W sumie jestem rozczarowany. BTW, swego czasu uważałem, że płyta Azbestu mogłaby nazywać się "Dev" i by mi się to podobało.
Best of Forum IV
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Re:
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Mój ulubiony fragment tak btw xD
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Jak coś, to ja się powinienem wyrobić do końca tego tygodniosa
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Datarock – Amarillion
No i ja też muszę pochwalić tę propozycję jak moi poprzednicy, bo to bardzo spoko utwór. Taki luzacki i lekki. Bardzo dobra melodia i dobry wokal. Talerze rzeczywiście fajnie cykają. Podobają mi się tez zagrywki gitarowe. Nóżka chodzi pod stołem podczas słuchania. Jedyne co średnio mi się podoba, to te zaśpiewy Oooooooo. Ale to czepianie na siłę.
Uczciwie mówiąc najbardziej wolę te melancholijne wrzutki Hiena, ale tu też jest dobrze.
RychuPejaSolufka - Dziś wyjdziesz ze mną
Murzyn się uparł na polskie utwory. Ostatnio szczególnie na gadaczy. No i za każdym razem o dziwo nie meham, bo potrafię to i owo docenić. Rychu kiedyś mocno mnie wkurzał, ale potem mi przeszło. Oczywiście go nie słucham, ale przynajmniej mnie nie drażni. Tutaj wokalnie jest jakiś inny niż zawsze. Lepiej brzmi. Nie wiem, czy to zasługa tego, że featował u 52 Dębiec, ale w refrenie brzmi łudząco podobnie do Hansa Solo. I mi ten styl wymawiania słów bardzo podchodzi. Podkłady są niezłe. Dęciaki w hip hopie to chyba niecodzienność, choć z no-man mi się ani przez moment jednak nie skojarzyło. Szkoda, że w drugiej części Rychu tak buracko zaczyna kląć. Psuje to wrażenie jednak. Tak więc jest całkiem spoko, choć prawda jest taka, że pomimo pozytywnego odbioru do tych polskich gadaczy nigdy nie wracam. To nie mój świat.
Lech Janerka - W naturze mamy ciągły ruch
Janerka od zawsze źle mi się kojarzył. Wrzutka Melkiego tylko to pogłębiła. Bardzo mi się nie podobał tamten numer. Tutaj jest zaskakująco dobrze. Naprawdę dostałem dużo lepszy kawałek muzyki niż się spodziewałem. Od strony brzmieniowej jest bardzo dobrze. Może to też nie jest do końca mój ulubiony klimat, ale nie mogę nie docenić brzmienia. Tego dobrego basu, dobrych gitar, klawiszy, perki. Linia melodyczna też ciekawa. I zyskuje w miarę kolejnych odsłuchów. Średnio mi się widzi za to wokal. Niby jest niezły, ale mi nie pasuje zbytnio. A nawet mocno psuje wrażenie. Dziwnie gość śpiewa, jakby był śmiertelnie znudzony, zblazowany. Ale utwór jednak jest dobry, temu nie zaprzeczę. Myślę nawet, że w latach 90', kiedy słuchałem tego typu muzyki podjarałbym się bardziej. Teraz już mi jednak inne rzeczy chodzą po głowie.
Matthew Dear - Her Fantasy
O całkiem dobra rzecz. Utwór zbudowany jak lubię. Zestaw zapętlonych klawiszowych akordów, jakieś wokalne sample, rytmiczna perka. Nadaje to piosence takiej transowości. Dobrze się tego słucha po prostu. Jest fajny vibe. Może ponad 6 minut to trochę za długo. Ze 4,5 minuty by wystarczyło. No i wokal dziwny jakiś, ale z drugiej strony nawet w tym utworze w miarę pasuje. Nie wiem jednak, czy zdzierżyłbym takie wokale na przestrzeni całego albumu.
Marek Biliński - Sen Mistrza Alberta
Padały tu określenia, że to polski JMJ, albo że to Jarre w domu. No ja bym powiedział bardziej, że to Jarre na strychu. Nie jest to oczywiście złe, nawet zalatuje JMJ, ale jednak do Francuza Bilińskiemu niezmiernie daleko. Sympatyczne melodyjki, ale zbyt proste to wszystko. Mam wrażenie, że nawet jakiś początkujący muzyk, który jakoś ogarnia klawisze potrafiłby coś takiego nagrać. Nie ma tu nic, czego nie odkryłoby się już w pierwszym odsłuchu. W ogóle te klimaty kojarzą mi się z Podróżami Pana Kleksa. I to są oczywiście miłe skojarzenia. Ale jak na poważny utwór muzyczny to zdecydowanie za mało. Dlatego też pewnie Biliński drugim Jarrem nie został.
No i ja też muszę pochwalić tę propozycję jak moi poprzednicy, bo to bardzo spoko utwór. Taki luzacki i lekki. Bardzo dobra melodia i dobry wokal. Talerze rzeczywiście fajnie cykają. Podobają mi się tez zagrywki gitarowe. Nóżka chodzi pod stołem podczas słuchania. Jedyne co średnio mi się podoba, to te zaśpiewy Oooooooo. Ale to czepianie na siłę.
Uczciwie mówiąc najbardziej wolę te melancholijne wrzutki Hiena, ale tu też jest dobrze.
RychuPejaSolufka - Dziś wyjdziesz ze mną
Murzyn się uparł na polskie utwory. Ostatnio szczególnie na gadaczy. No i za każdym razem o dziwo nie meham, bo potrafię to i owo docenić. Rychu kiedyś mocno mnie wkurzał, ale potem mi przeszło. Oczywiście go nie słucham, ale przynajmniej mnie nie drażni. Tutaj wokalnie jest jakiś inny niż zawsze. Lepiej brzmi. Nie wiem, czy to zasługa tego, że featował u 52 Dębiec, ale w refrenie brzmi łudząco podobnie do Hansa Solo. I mi ten styl wymawiania słów bardzo podchodzi. Podkłady są niezłe. Dęciaki w hip hopie to chyba niecodzienność, choć z no-man mi się ani przez moment jednak nie skojarzyło. Szkoda, że w drugiej części Rychu tak buracko zaczyna kląć. Psuje to wrażenie jednak. Tak więc jest całkiem spoko, choć prawda jest taka, że pomimo pozytywnego odbioru do tych polskich gadaczy nigdy nie wracam. To nie mój świat.
Lech Janerka - W naturze mamy ciągły ruch
Janerka od zawsze źle mi się kojarzył. Wrzutka Melkiego tylko to pogłębiła. Bardzo mi się nie podobał tamten numer. Tutaj jest zaskakująco dobrze. Naprawdę dostałem dużo lepszy kawałek muzyki niż się spodziewałem. Od strony brzmieniowej jest bardzo dobrze. Może to też nie jest do końca mój ulubiony klimat, ale nie mogę nie docenić brzmienia. Tego dobrego basu, dobrych gitar, klawiszy, perki. Linia melodyczna też ciekawa. I zyskuje w miarę kolejnych odsłuchów. Średnio mi się widzi za to wokal. Niby jest niezły, ale mi nie pasuje zbytnio. A nawet mocno psuje wrażenie. Dziwnie gość śpiewa, jakby był śmiertelnie znudzony, zblazowany. Ale utwór jednak jest dobry, temu nie zaprzeczę. Myślę nawet, że w latach 90', kiedy słuchałem tego typu muzyki podjarałbym się bardziej. Teraz już mi jednak inne rzeczy chodzą po głowie.
Matthew Dear - Her Fantasy
O całkiem dobra rzecz. Utwór zbudowany jak lubię. Zestaw zapętlonych klawiszowych akordów, jakieś wokalne sample, rytmiczna perka. Nadaje to piosence takiej transowości. Dobrze się tego słucha po prostu. Jest fajny vibe. Może ponad 6 minut to trochę za długo. Ze 4,5 minuty by wystarczyło. No i wokal dziwny jakiś, ale z drugiej strony nawet w tym utworze w miarę pasuje. Nie wiem jednak, czy zdzierżyłbym takie wokale na przestrzeni całego albumu.
Marek Biliński - Sen Mistrza Alberta
Padały tu określenia, że to polski JMJ, albo że to Jarre w domu. No ja bym powiedział bardziej, że to Jarre na strychu. Nie jest to oczywiście złe, nawet zalatuje JMJ, ale jednak do Francuza Bilińskiemu niezmiernie daleko. Sympatyczne melodyjki, ale zbyt proste to wszystko. Mam wrażenie, że nawet jakiś początkujący muzyk, który jakoś ogarnia klawisze potrafiłby coś takiego nagrać. Nie ma tu nic, czego nie odkryłoby się już w pierwszym odsłuchu. W ogóle te klimaty kojarzą mi się z Podróżami Pana Kleksa. I to są oczywiście miłe skojarzenia. Ale jak na poważny utwór muzyczny to zdecydowanie za mało. Dlatego też pewnie Biliński drugim Jarrem nie został.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Śmiechłem na głos w pracy z "Jarra na strychu"
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
To pewnie strych u tej mojej babci na wsi w latach 90. ;-)
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Shodan pracuje na swoją szkołę dissu
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Ostatnie dni były naprawdę szalone, ale jestem, żyję, wychodzę na prostą i nadrabiam zaległości.
Datarock - Amarillion
Ta wrzuta to jest taki maksymalny Munlup w Munlupie, jest tu trochę Devo, trochę Kraftwerowskiej rytmiki, trochę tego śmiesznego amerykańskiego punka z OST do Tony Hawka, może nawet jakbym się dosłuchał, to bym znalazł echa tych wszystkich INDIE rzeczy, którymi tutaj dostawaliśmy, ale nie będę już doszukiwał się tego na siłę. Ta energia to tutaj jest mocno przytłumiona, ja chyba potrzebuję jakiegoś bezpośredniego pierdolnięcia w bębenki uszne, bym mógł coś nazwać "energetycznym", ale mimo wszystko to faktycznie jest to rzecz po prostu DOBRA - niczego konkretnego tutaj nie wyróżnię, po prostu dobrze się tego słucha i jest to przyjemne. Kupuję, zwłaszcza z opisem, bo też mam sentyment do etapu wielogodzinnych podróży autokarem do swojej dziewczyny w latach 2016/17, z tą różnicą, że wówczas to się nazywało Polski Bus (i przejazd na trasie Kraków - Wrocław potrafił kosztować 10 złotych, co jest z obecnej perspektywy dla mnie wręcz niewyobrażalne). DAJĘ OKEJKĘ.
RychuPejaSolufka - Dziś wyjdziesz ze mną
Jesień roku 2009 kojarzy mi się głównie z tym, że grałem na kupionym latem PSP i nerdziłem w internecie, bo dopiero wtedy pojawiło się u nas sensowne łącze internetowe. To był jeszcze ten okres, w którym nie myślałem o żadnych studiach, nie mówiąc już o chujozie rynku pracy, która pewnie była niemożebnie przerabana. Z tym miałem do czynienia parę lat później i nawet trochę kojarzę podobne posiadówy, ale jednak my siedzieliśmy w samochodzie kumpla zamiast w pokoju, a zamiast Pei słuchaliśmy Pink Floyd czy tam innych rzeczy, które miałem wówczas na cedeku. Dobra, właściwie nie cholery nie rozumiem klimatu z opowieści murzyna, ale przynajmniej próbowałem.
Pamiętam Rycha z tego okresu, głównie z powodu tej słynnej inby w Zielonej Górze - mam problem z tym typem polegający na tym, że gdy zaczyna mi się wydawać, że jest ogarnięty jak na rapera, to zaczyna odpierdalać takie akcje i jednak trochę zmieniam o nim zdanie. Ale mniejsza z nimi, bo ten kawałek jest w sumie okej. Tekst nie wywołuje ciar żenary, a to dużo jak na tekst o poważnej tematyce, bit też mi się podoba. Faktycznie nie brzmi jak typowy bit Rycha, właściwie soundtrackiem do Psów - generalnie czuć tu trochę klimat tych wszystkich filmów dla facecików typu Ojciec Chrzestny czy inne Kasyno, które kocham miłością niezmerną i absolutną, z racji tego, że sam takowym facecikiem jestem. W sumie więc jest wszystko git i szanuję.
Lech Janerka - W Naturze Mamy Ciagly Ruch
Mam nadzieję, że tym zespołem, który zainspirował kolegę Roberta do słuchania Lecha Janerki nie był ten zespół, któremu autor poniższej wrzuty produkował płytę w 1999, ponoć wprowadzony w błąd przez jednego z jego członków. Też szanuję typa, jest w nim coś bezpretensjonalnego, jego twórczość sprawia wrażenie prostej, ale jednocześnie inteligentnej i przemyślanej. I w sumie to taki jest też ten kawałek, bo niby słyszałem takich post-punków rzeczy mnóstwo, ale ciężko mi bawić się w jakieś konkretne porównania - niby jakieś podobne rzeczy mogą przyjść do głowy, ale nie rzucę żadnym porównaniem z czystym sumieniem. Szczerze mówiąc jestm trochę zaskoczony faktem, że kolega Munlup uznał, że brzmi to jak "sklejka" z różnych pomysłów, bo najzwyczajniej w świecie niczego takiego tu nie słyszę i mam odwrotne wrażenie, tj. tego, że całość jest mocno przemyślana. Naprawdę bardzo dobra rzecz i CHYLE COPKE, bo znowu kolega Robert trafił w mój gust.
Matthew Dear - Her Fantasy
Początek mi się kojarzy z Cyberpunkiem, bo tak się składa, że w telewizji w grze był dżingiel, który brzmiał bardzo podobnie do tego wstępu. Dalej robi się... specyficznie. Ta wrzuta ma bardzo specyficzny vibe, niby brzmi jak stereotypowe granie forsowanie na p4k na początku poprzedniej dekady, ale jednak jest o wiele bardziej kwaśna i psychodeliczna. Nie wiem na ile wrażenie to potęguje ta okładka z Gahanem bez oczu namalowanym farbami plakatowymi, ale na pewno w jakimś stopniu to robi. Jak se tak was, panocki, czytam, to widzę, żeście raczej zjechali tę wrzutę i też nastawiałem się na roast, a tak sobie tego słucham i nawet to niezłe jest - może i typo brzmi jak Bowie mający raka krtani i momentami drażni, ale ta monotonia, o której większość z was pisze, zupełnie mnie nie męczy, ba - nawet działa na korzyść tego kawałka. Kupuję to, nie jest to rzecz bez wad, ale słyszę w tym coś ciekawego i propsuję.
Julia Pietrucha - We Care So Much
Shodan mnie, delikatnie rzecz ujmując, nie zachęcił do odsłuchu, bo tak się składa, że jednak trochę tego snobizmu we mnie zostało i jakoś tak średnio mnie interesuje muzyka nagrywana przez byłe Miss, aktorki z seriali i w ogóle ludzi robiących RÓŻNE RZECZY, bo jak te rzeczy obejmują granie i śpiewanie, to bardzo często się okazuje, że mamy do czynienia z celebrytą, a jak mamy do czynienia z celebrytą, to sami już wiecie. Trochę odetchnąłem z ulgą, gdy puściłem tę wrzutę, bo jednak okazało się, że dostaliśmy kolejną śpiewającą panią od Wuja, może nie tak dobrą jak kolejkę wcześniej, ale w sumie to ten no - przyjemną. To jedna z tych rzeczy, o których nie napiszę niczego odkrywczego, ale które szanuję, bo dobrze się tego kawałka słucha i jest po prostu dobry. Gdybym był nauczycielem, a ten kawałek uczniem, to na olimpiady bym go nie wysyłał, ale jeździłby na czwórkach i był dobrym uczniem czy coś. Więc no jest git.
W sumie fajna kolejka, ciekawa taka i zróżnicowana i w ogóle. Jeśli moje recki sprawiają wrażenie wymęczonych, to nie będę się z tym kłócić, bo - jak napisałem na początku - ostatnio byłem mocno zajęty ŻYCIEM, przez kilka ostatnich dni mnie w domu nie było i w ogóle teraz znalazłem chwilę, by usiąść przed komputerem i ogarnąć wasze wrzuty. Na szczęście wkrótce, najprawdopodobniej, będę miał nieco więcej czasu na nerdzenie. Tyle z mej strony, noście kalesony.
Datarock - Amarillion
Ta wrzuta to jest taki maksymalny Munlup w Munlupie, jest tu trochę Devo, trochę Kraftwerowskiej rytmiki, trochę tego śmiesznego amerykańskiego punka z OST do Tony Hawka, może nawet jakbym się dosłuchał, to bym znalazł echa tych wszystkich INDIE rzeczy, którymi tutaj dostawaliśmy, ale nie będę już doszukiwał się tego na siłę. Ta energia to tutaj jest mocno przytłumiona, ja chyba potrzebuję jakiegoś bezpośredniego pierdolnięcia w bębenki uszne, bym mógł coś nazwać "energetycznym", ale mimo wszystko to faktycznie jest to rzecz po prostu DOBRA - niczego konkretnego tutaj nie wyróżnię, po prostu dobrze się tego słucha i jest to przyjemne. Kupuję, zwłaszcza z opisem, bo też mam sentyment do etapu wielogodzinnych podróży autokarem do swojej dziewczyny w latach 2016/17, z tą różnicą, że wówczas to się nazywało Polski Bus (i przejazd na trasie Kraków - Wrocław potrafił kosztować 10 złotych, co jest z obecnej perspektywy dla mnie wręcz niewyobrażalne). DAJĘ OKEJKĘ.
RychuPejaSolufka - Dziś wyjdziesz ze mną
Jesień roku 2009 kojarzy mi się głównie z tym, że grałem na kupionym latem PSP i nerdziłem w internecie, bo dopiero wtedy pojawiło się u nas sensowne łącze internetowe. To był jeszcze ten okres, w którym nie myślałem o żadnych studiach, nie mówiąc już o chujozie rynku pracy, która pewnie była niemożebnie przerabana. Z tym miałem do czynienia parę lat później i nawet trochę kojarzę podobne posiadówy, ale jednak my siedzieliśmy w samochodzie kumpla zamiast w pokoju, a zamiast Pei słuchaliśmy Pink Floyd czy tam innych rzeczy, które miałem wówczas na cedeku. Dobra, właściwie nie cholery nie rozumiem klimatu z opowieści murzyna, ale przynajmniej próbowałem.
Pamiętam Rycha z tego okresu, głównie z powodu tej słynnej inby w Zielonej Górze - mam problem z tym typem polegający na tym, że gdy zaczyna mi się wydawać, że jest ogarnięty jak na rapera, to zaczyna odpierdalać takie akcje i jednak trochę zmieniam o nim zdanie. Ale mniejsza z nimi, bo ten kawałek jest w sumie okej. Tekst nie wywołuje ciar żenary, a to dużo jak na tekst o poważnej tematyce, bit też mi się podoba. Faktycznie nie brzmi jak typowy bit Rycha, właściwie soundtrackiem do Psów - generalnie czuć tu trochę klimat tych wszystkich filmów dla facecików typu Ojciec Chrzestny czy inne Kasyno, które kocham miłością niezmerną i absolutną, z racji tego, że sam takowym facecikiem jestem. W sumie więc jest wszystko git i szanuję.
Lech Janerka - W Naturze Mamy Ciagly Ruch
Mam nadzieję, że tym zespołem, który zainspirował kolegę Roberta do słuchania Lecha Janerki nie był ten zespół, któremu autor poniższej wrzuty produkował płytę w 1999, ponoć wprowadzony w błąd przez jednego z jego członków. Też szanuję typa, jest w nim coś bezpretensjonalnego, jego twórczość sprawia wrażenie prostej, ale jednocześnie inteligentnej i przemyślanej. I w sumie to taki jest też ten kawałek, bo niby słyszałem takich post-punków rzeczy mnóstwo, ale ciężko mi bawić się w jakieś konkretne porównania - niby jakieś podobne rzeczy mogą przyjść do głowy, ale nie rzucę żadnym porównaniem z czystym sumieniem. Szczerze mówiąc jestm trochę zaskoczony faktem, że kolega Munlup uznał, że brzmi to jak "sklejka" z różnych pomysłów, bo najzwyczajniej w świecie niczego takiego tu nie słyszę i mam odwrotne wrażenie, tj. tego, że całość jest mocno przemyślana. Naprawdę bardzo dobra rzecz i CHYLE COPKE, bo znowu kolega Robert trafił w mój gust.
Matthew Dear - Her Fantasy
Początek mi się kojarzy z Cyberpunkiem, bo tak się składa, że w telewizji w grze był dżingiel, który brzmiał bardzo podobnie do tego wstępu. Dalej robi się... specyficznie. Ta wrzuta ma bardzo specyficzny vibe, niby brzmi jak stereotypowe granie forsowanie na p4k na początku poprzedniej dekady, ale jednak jest o wiele bardziej kwaśna i psychodeliczna. Nie wiem na ile wrażenie to potęguje ta okładka z Gahanem bez oczu namalowanym farbami plakatowymi, ale na pewno w jakimś stopniu to robi. Jak se tak was, panocki, czytam, to widzę, żeście raczej zjechali tę wrzutę i też nastawiałem się na roast, a tak sobie tego słucham i nawet to niezłe jest - może i typo brzmi jak Bowie mający raka krtani i momentami drażni, ale ta monotonia, o której większość z was pisze, zupełnie mnie nie męczy, ba - nawet działa na korzyść tego kawałka. Kupuję to, nie jest to rzecz bez wad, ale słyszę w tym coś ciekawego i propsuję.
Julia Pietrucha - We Care So Much
Shodan mnie, delikatnie rzecz ujmując, nie zachęcił do odsłuchu, bo tak się składa, że jednak trochę tego snobizmu we mnie zostało i jakoś tak średnio mnie interesuje muzyka nagrywana przez byłe Miss, aktorki z seriali i w ogóle ludzi robiących RÓŻNE RZECZY, bo jak te rzeczy obejmują granie i śpiewanie, to bardzo często się okazuje, że mamy do czynienia z celebrytą, a jak mamy do czynienia z celebrytą, to sami już wiecie. Trochę odetchnąłem z ulgą, gdy puściłem tę wrzutę, bo jednak okazało się, że dostaliśmy kolejną śpiewającą panią od Wuja, może nie tak dobrą jak kolejkę wcześniej, ale w sumie to ten no - przyjemną. To jedna z tych rzeczy, o których nie napiszę niczego odkrywczego, ale które szanuję, bo dobrze się tego kawałka słucha i jest po prostu dobry. Gdybym był nauczycielem, a ten kawałek uczniem, to na olimpiady bym go nie wysyłał, ale jeździłby na czwórkach i był dobrym uczniem czy coś. Więc no jest git.
W sumie fajna kolejka, ciekawa taka i zróżnicowana i w ogóle. Jeśli moje recki sprawiają wrażenie wymęczonych, to nie będę się z tym kłócić, bo - jak napisałem na początku - ostatnio byłem mocno zajęty ŻYCIEM, przez kilka ostatnich dni mnie w domu nie było i w ogóle teraz znalazłem chwilę, by usiąść przed komputerem i ogarnąć wasze wrzuty. Na szczęście wkrótce, najprawdopodobniej, będę miał nieco więcej czasu na nerdzenie. Tyle z mej strony, noście kalesony.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Jako przedstawiciel obszernej tu grupy, która nie posiada żadnej pracy ani obowiązków, otworzę nową kolejkę, ale najpierw kilka słów o poprzedniej. Dużo miłych słów dla Datarock, ale widzę, że nikogo na kolana nie powaliło, no trudno. Ta 25-tka u mnie może się wydawać strasznie randomowa jeśli chodzi o style i brzmienia, ale tak to się poukładało, więc pozostaje tylko sprawę jeszcze bardziej skomplikować.
Rebel Babel Ensable (L.U.C) – Tinderelations
Jakiś czas temu, w mojej rozmowie z Murzynem, wyszło na to, że ze wszystkich stale biorących udział w bestce, jako jedyny nie wrzucałem jeszcze polskiego hip-hopu. Stwierdziłem, że trzeba to szybko naprawić, zatem sięgam po kawałek, który na mojej bestkowej liście był od dawna, ale nie byłem pewien kiedy z niego skorzystam. Będzie to też polski hip-hop po munlupowemu, bo inaczej niż Wy, nie wrzucę jakiegoś bardzo znanego i szanowanego rapera, ale interesującego jak najbardziej – L.U.C-a. A dokładnie Rebel Babel Ensamble, której to inicjatywy L.U.C jest ojcem. Zacznę od tego, czym jest RBE, chociaż nie ma tu za dużo do wyjaśniania. Jest to ciągle zmieniający się, międzynarodowy (ale chyba tylko w obrębie Europy) skład muzyków (głównie instrumentów dętych), który wspólnie nagrał dwie płyty „Dialog 1” oraz „Dialog 2”, ten drugi wyszedł w ubiegłym roku. Na płytach mnóstwo różnego rodzaju featów, jak to w hip-hopie, ale nie wszystkie są takie oczywiste. Jak trafiłem na ten projekt? Z dupy, jak zwykle.
W 2020 r., wiele imprez obliczonych na dużą frekwencję, padło ofiara pandemii, większość została (słusznie oczywiście) odwołana lub zaadaptowana na model „covidowy”. Jedną z tych imprez był łódzki Light Move Festival, o którym część z was mogła słyszeć, bo swego czasu był to największy festiwal światła w Europie. Nie chcąc odwoływać kompletnie imprezy, ale jednocześnie by zapewnić ludziom bezpieczeństwo, całość odbyła się na mieście, ale online. Światła były puszczane na niebie, można było je zobaczyć z domów oraz online, z dodatkiem pewnych ciasno zorganizowanych imprez dodatkowych, wśród których znalazł się koncert L.U.Ca, który odbył się na dachu wieżowca. Dużo hejtu się na nich wylało, ale to głównie foliarstwo waliło w stół. Ja L.U.Ca znałem tylko z „nazwy”, ale zdecydowaliśmy się z dziewczyną obejrzeć jego koncert, bo na feacie miała z nim wystąpić Mela Koteluk, którą lubimy. Widać było, że wszystko robione jest trochę na yolo. Rebel Babel Ensamble wystąpił w montowanym na pałę składzie (a poradzili sobie doskonale), a Mela ewidentnie dojechała na ostatnią chwilę, o czym jeszcze będę pisał później. Wykonali wtedy, między innymi, kwaśną, pół-improwizowaną wersję „Tinderelations”, która zwróciła naszą uwagę. Z początku trochę z beką do tego numeru podchodziłem, ale z czasem coraz częściej do mnie wracał, w głowie, aż nie mogłem się od niego uwolnić. Mało oryginalny, ale fajnie zrealizowany pomysł z ekipą dętą grającą do bitu, bardzo fajny występ Meli oraz reszty, dobry L.U.C z może trochę zbyt bieżącym (a już się zestarzał) tekstem, ale to jest do przebolenia, zresztą to jest polski hip-hop, kaman. Ja Tindera nigdy nie miałem, nie zainstalowanego nawet na chwilę, nawet „z ciekawości” tudzież „dla beki”, przeraża mnie ta aplikacja. L.U.C podchodzi do tematu w trochę mało czytelny, ale może i lepiej, sposób.
Długo się zastanawiałem czy Wam wrzucać wersję z płyty, czy może tego lajwa, ale ostatecznie wrzucam studyjną, choćby ze względu na ten fajny rnb fragment na końcu, a wersję live dla chętnych daję później. Na tym śmiesznym koncercie na dachu, Mela wpadła dosłownie na ostatnią chwilę, widać było, że praktycznie nic nie było przećwiczone i uzgodnione. Z początku wszystko idzie jak w płytowej wersji, ale potem wchodzi fragment rapowany na płycie przez Bisza, a L.U.C to olewa i pozwala muzykom grać. Mela wraca ze swoim fragmentem ‘salto mortale’, i ciągnie go przez minutę z hakiem, nie wiedząc za bardzo dokąd to wszystko zmierza. L.U.C nie wraca już z rapem, tylko w tle dośpiewuje do Meli. Chłopaki z tyłu nie wiedzą co robić i patrzą na L.U.Ca, a ten im na migi pokazuje kto ma wejść. Mela, już totalnie zagubiona, zaczyna pięknie nucić jakaś melodię, która splata się ze skromnym solo, z którym właśnie wjechał trębacz. W tle, L.U.C beatboxuje. Kompletny, ale kompletnie piękny, chaos. Ta wersja, pełna przerażonych i zagubionych spojrzeń, improwizacji i ryzyka, porusza mnie znacznie bardziej niż poukładana, albumowa, ale ostatecznie obie uważam za bardzo dobre i raczej dla Was lepiej będzie poznać albumową, a potem ewentualnie sprawdzić lajwa.
W każdym razie:
https://youtu.be/Nznaiv1sVPM
oraz live
https://youtu.be/XA7yyJ9UXv4?t=6261 (jakby timestamp nie działał, to od 1:44:21)
Rebel Babel Ensable (L.U.C) – Tinderelations
Jakiś czas temu, w mojej rozmowie z Murzynem, wyszło na to, że ze wszystkich stale biorących udział w bestce, jako jedyny nie wrzucałem jeszcze polskiego hip-hopu. Stwierdziłem, że trzeba to szybko naprawić, zatem sięgam po kawałek, który na mojej bestkowej liście był od dawna, ale nie byłem pewien kiedy z niego skorzystam. Będzie to też polski hip-hop po munlupowemu, bo inaczej niż Wy, nie wrzucę jakiegoś bardzo znanego i szanowanego rapera, ale interesującego jak najbardziej – L.U.C-a. A dokładnie Rebel Babel Ensamble, której to inicjatywy L.U.C jest ojcem. Zacznę od tego, czym jest RBE, chociaż nie ma tu za dużo do wyjaśniania. Jest to ciągle zmieniający się, międzynarodowy (ale chyba tylko w obrębie Europy) skład muzyków (głównie instrumentów dętych), który wspólnie nagrał dwie płyty „Dialog 1” oraz „Dialog 2”, ten drugi wyszedł w ubiegłym roku. Na płytach mnóstwo różnego rodzaju featów, jak to w hip-hopie, ale nie wszystkie są takie oczywiste. Jak trafiłem na ten projekt? Z dupy, jak zwykle.
W 2020 r., wiele imprez obliczonych na dużą frekwencję, padło ofiara pandemii, większość została (słusznie oczywiście) odwołana lub zaadaptowana na model „covidowy”. Jedną z tych imprez był łódzki Light Move Festival, o którym część z was mogła słyszeć, bo swego czasu był to największy festiwal światła w Europie. Nie chcąc odwoływać kompletnie imprezy, ale jednocześnie by zapewnić ludziom bezpieczeństwo, całość odbyła się na mieście, ale online. Światła były puszczane na niebie, można było je zobaczyć z domów oraz online, z dodatkiem pewnych ciasno zorganizowanych imprez dodatkowych, wśród których znalazł się koncert L.U.Ca, który odbył się na dachu wieżowca. Dużo hejtu się na nich wylało, ale to głównie foliarstwo waliło w stół. Ja L.U.Ca znałem tylko z „nazwy”, ale zdecydowaliśmy się z dziewczyną obejrzeć jego koncert, bo na feacie miała z nim wystąpić Mela Koteluk, którą lubimy. Widać było, że wszystko robione jest trochę na yolo. Rebel Babel Ensamble wystąpił w montowanym na pałę składzie (a poradzili sobie doskonale), a Mela ewidentnie dojechała na ostatnią chwilę, o czym jeszcze będę pisał później. Wykonali wtedy, między innymi, kwaśną, pół-improwizowaną wersję „Tinderelations”, która zwróciła naszą uwagę. Z początku trochę z beką do tego numeru podchodziłem, ale z czasem coraz częściej do mnie wracał, w głowie, aż nie mogłem się od niego uwolnić. Mało oryginalny, ale fajnie zrealizowany pomysł z ekipą dętą grającą do bitu, bardzo fajny występ Meli oraz reszty, dobry L.U.C z może trochę zbyt bieżącym (a już się zestarzał) tekstem, ale to jest do przebolenia, zresztą to jest polski hip-hop, kaman. Ja Tindera nigdy nie miałem, nie zainstalowanego nawet na chwilę, nawet „z ciekawości” tudzież „dla beki”, przeraża mnie ta aplikacja. L.U.C podchodzi do tematu w trochę mało czytelny, ale może i lepiej, sposób.
Długo się zastanawiałem czy Wam wrzucać wersję z płyty, czy może tego lajwa, ale ostatecznie wrzucam studyjną, choćby ze względu na ten fajny rnb fragment na końcu, a wersję live dla chętnych daję później. Na tym śmiesznym koncercie na dachu, Mela wpadła dosłownie na ostatnią chwilę, widać było, że praktycznie nic nie było przećwiczone i uzgodnione. Z początku wszystko idzie jak w płytowej wersji, ale potem wchodzi fragment rapowany na płycie przez Bisza, a L.U.C to olewa i pozwala muzykom grać. Mela wraca ze swoim fragmentem ‘salto mortale’, i ciągnie go przez minutę z hakiem, nie wiedząc za bardzo dokąd to wszystko zmierza. L.U.C nie wraca już z rapem, tylko w tle dośpiewuje do Meli. Chłopaki z tyłu nie wiedzą co robić i patrzą na L.U.Ca, a ten im na migi pokazuje kto ma wejść. Mela, już totalnie zagubiona, zaczyna pięknie nucić jakaś melodię, która splata się ze skromnym solo, z którym właśnie wjechał trębacz. W tle, L.U.C beatboxuje. Kompletny, ale kompletnie piękny, chaos. Ta wersja, pełna przerażonych i zagubionych spojrzeń, improwizacji i ryzyka, porusza mnie znacznie bardziej niż poukładana, albumowa, ale ostatecznie obie uważam za bardzo dobre i raczej dla Was lepiej będzie poznać albumową, a potem ewentualnie sprawdzić lajwa.
W każdym razie:
https://youtu.be/Nznaiv1sVPM
oraz live
https://youtu.be/XA7yyJ9UXv4?t=6261 (jakby timestamp nie działał, to od 1:44:21)
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
No całkiem ładnie, możnaby chyba nawet rzec że Peja najsłabiej się przyjął u Dragona w którym pokładałem jedyne nadzieje na jakąś okejkę, tak to bywa właśnie z tym czytaniem czyjegoś gustu xD
To co by tu teraz dać, to może coś innego dla odmiany...
White House Records feat. Peja - Pijak
(2009, oryg. Jacek Kaczmarski)
Że co, Rysiek Peja i Kaczmarski? Crossover którego nie chcieliście a i tak go dostaliście xD Po łyknięciu pierwszego numeru z Ryśkiem na majku zacząłem mu się nieco bliżej przyglądać, słuchałem później jego płyty Na Serio z roku 2009 oraz mixtape'u Czarny Wrzesień który był jednym wielkim dissem na Tedego po wydarzeniach z Zielonej Góry (kto wie, ten wie). Ale gdzieś pomiędzy tym wszystkim przydarzył się Rychowi jeszcze udział na kompilacji produkcji White House Records zatytułowanej Poeci. Był to projekt wymyślony przez Bogusława Pezdę z grupy Aggresiva 69 w którym to polscy raperzy brali na tapetę wiersze przeróżnych polskich poetów, wszystko to oczywiście zostało nagrane na bitach White House. Przekrój zarówno raperów jak i wybranych tekstów był r ó ż n y, na płycie znalazła się nawet Lilu interpretująca "Lokomotywę" Juliana Tuwima, ogółem wydaje mi się (pamięć może zawodzić) że duża część tego to była taka słowna gimnastyka języka a część z kolei interpretowała wiersze tak wiekowe że siłą rzeczy zamierzchły język gryzł się ze współczesną interpretacją. W tym wszystkim znalazł się też Peja, który dla mnie wyróżniał się na plus bo jako jeden z niewielu wziął na tapetę tekst bardziej współczesny a na dodatek taki który pasował osobiście do niego samego.
"Pijak" to utwór poezji śpiewanej nagrany przez Jacka Kaczmarskiego w 1992 roku na koncertowy album Bankiet, sam tekst Kaczmarskiego pochodzi z roku 1974 i jest jego własną interpretacją utworu Jacquesa Brela o tym samym tytule z roku 1961. Peja - nie będę ukrywał - interpretując Kaczmarskiego ma w tym numerze mocno drewniane flow, jednakże ja słyszę tu przede wszystkim szczerość i emocje, złość na los, rozgoryczenie i rozczarowanie kobietami z którymi mu nie wyszło, poczucie beznadziei osiąga tu swoje apogeum. To był kawałek który z kolei stał mi się bliski już chyba po roku 2014 i opisywanym tu moim największym heartbreaku życia, kiedy wydawało się że w życiu nie będę w stanie zbudować relacji z żadną kobietą. Wtedy to zdarzało mi się czasem spędzać wieczory samotnie przed kompem z paroma browarami - zwłaszcza mocniejszymi - którymi zalewałem jątrzące się w serduchu rany, zatem nie było to spożywanie alko w celu poprawy nastroju a przynajmniej nie działało w taki sposób. Na pewno wrzucany przeze numer zdarzało mi się wtedy zapętlać i celebrować nim ten stan lekkiego upodlenia. Niemniej i tak przyznać trzeba że do Ryśkowego alkoholizmu było mi jeszcze daleko, ale kto wie czy gdyby ten stan potrwał dłużej jak potoczyłyby się moje losy, wybrałem jednak inną drogę dla siebie - to już jednak temat na inną wrzutkę. Póki co dalej szorujemy dno z Rychem Peją robiącym za przewodnika, na koniec dopowiem jeszcze że niejako zapowiedziałem ten utwór moją poprzednią wrzutą gdyż w "Dziś wyjdziesz ze mną" pod koniec są samplowane wersy z "Pijaka" właśnie.
Na zdrowie!
https://youtu.be/rRGTxZC8H0A?si=QtWYTV0ZSVjW6Pl0
To co by tu teraz dać, to może coś innego dla odmiany...
White House Records feat. Peja - Pijak
(2009, oryg. Jacek Kaczmarski)
Że co, Rysiek Peja i Kaczmarski? Crossover którego nie chcieliście a i tak go dostaliście xD Po łyknięciu pierwszego numeru z Ryśkiem na majku zacząłem mu się nieco bliżej przyglądać, słuchałem później jego płyty Na Serio z roku 2009 oraz mixtape'u Czarny Wrzesień który był jednym wielkim dissem na Tedego po wydarzeniach z Zielonej Góry (kto wie, ten wie). Ale gdzieś pomiędzy tym wszystkim przydarzył się Rychowi jeszcze udział na kompilacji produkcji White House Records zatytułowanej Poeci. Był to projekt wymyślony przez Bogusława Pezdę z grupy Aggresiva 69 w którym to polscy raperzy brali na tapetę wiersze przeróżnych polskich poetów, wszystko to oczywiście zostało nagrane na bitach White House. Przekrój zarówno raperów jak i wybranych tekstów był r ó ż n y, na płycie znalazła się nawet Lilu interpretująca "Lokomotywę" Juliana Tuwima, ogółem wydaje mi się (pamięć może zawodzić) że duża część tego to była taka słowna gimnastyka języka a część z kolei interpretowała wiersze tak wiekowe że siłą rzeczy zamierzchły język gryzł się ze współczesną interpretacją. W tym wszystkim znalazł się też Peja, który dla mnie wyróżniał się na plus bo jako jeden z niewielu wziął na tapetę tekst bardziej współczesny a na dodatek taki który pasował osobiście do niego samego.
"Pijak" to utwór poezji śpiewanej nagrany przez Jacka Kaczmarskiego w 1992 roku na koncertowy album Bankiet, sam tekst Kaczmarskiego pochodzi z roku 1974 i jest jego własną interpretacją utworu Jacquesa Brela o tym samym tytule z roku 1961. Peja - nie będę ukrywał - interpretując Kaczmarskiego ma w tym numerze mocno drewniane flow, jednakże ja słyszę tu przede wszystkim szczerość i emocje, złość na los, rozgoryczenie i rozczarowanie kobietami z którymi mu nie wyszło, poczucie beznadziei osiąga tu swoje apogeum. To był kawałek który z kolei stał mi się bliski już chyba po roku 2014 i opisywanym tu moim największym heartbreaku życia, kiedy wydawało się że w życiu nie będę w stanie zbudować relacji z żadną kobietą. Wtedy to zdarzało mi się czasem spędzać wieczory samotnie przed kompem z paroma browarami - zwłaszcza mocniejszymi - którymi zalewałem jątrzące się w serduchu rany, zatem nie było to spożywanie alko w celu poprawy nastroju a przynajmniej nie działało w taki sposób. Na pewno wrzucany przeze numer zdarzało mi się wtedy zapętlać i celebrować nim ten stan lekkiego upodlenia. Niemniej i tak przyznać trzeba że do Ryśkowego alkoholizmu było mi jeszcze daleko, ale kto wie czy gdyby ten stan potrwał dłużej jak potoczyłyby się moje losy, wybrałem jednak inną drogę dla siebie - to już jednak temat na inną wrzutkę. Póki co dalej szorujemy dno z Rychem Peją robiącym za przewodnika, na koniec dopowiem jeszcze że niejako zapowiedziałem ten utwór moją poprzednią wrzutą gdyż w "Dziś wyjdziesz ze mną" pod koniec są samplowane wersy z "Pijaka" właśnie.
Na zdrowie!
https://youtu.be/rRGTxZC8H0A?si=QtWYTV0ZSVjW6Pl0
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Gazebo - I Like Chopin (1983)
Psze Państwa, tzw. klasyczek. Był czas, kiedy mimo słuchania ejtisów na potęgę te 19-18 lat temu, wciąż wstydziłem się łatki italo disco. Zresztą w ogóle odrzucałem od siebie myśl (od innych zresztą też), jakobym słuchał popu. Cały tej ejtisowy bałagan nazywałem "new wave" albo "new romantic" i bezwzględnie poprawiałem każdego, kto używał w stosunku do, dajmy na to, Duran Duran, określenia "muzyka popularna". Ale do italo disco schylałem się tylko w ramach pewnego rodzaju guilty pleasure. Szczęśliwie parę lat później mi przeszło, za to fazę na tego typu muzę miałem podczas swego ejtisowego revivalu jesienią 2018. Ostro cisnąłem wtedy Fancy, Valerie Dore, Bad Boys Blue etc. Pomagało na pewno to, że zbliżałem się wówczas do trzydziestki i zacząłem mieć masę rzeczy w dupie, oraz to, że moja ówczesna partnerka (Natalka, odbierz, to też moje dzieci) sama bardzo italo disco lubiła. Więc se razem słuchaliśmy. Ale teraz czas na throwback, do jesieni 2005, znów. Ktoś na forum80s.pl (jakżeby inaczej) wrzucił link do YouSendIt z tym numerem, a ja go z ciekawości ściągnąłem i jorgnąłem się, że go znam. Wielkim fanem okołowłoskiej syntezatorowej muzyki tanecznej (której przedstawicielami byli głównie Niemcy lol) był (nadal w sumie jest) mój wujek, ten sam, który swego czasu sprzedał mi Alphaville, ale też Queen. Miał on sporą kolekcję winyli Modern Talking, za którym od zawsze przepadałem. Też kiedyś dostałem od niego jakąś kasetę, a potem moi rodzice dostali od niego kompilację Back for Good i ta często się w domu na wieży kręciła. Wiąże się z tym zresztą dość ciekawa historia, taki mój prywatny "efekt Mandeli", było całe śledztwo, które prowadziłem z kol. Hienem... no, ale nie o tym.
Więc zassałem, rozpoznałem i mi się bardzo spodobało. Tzn. podobało mi się wcześniej, ale teraz (czyli wtedy) to już w ogóle. Jednocześnie potwornie się z tym kryłem, albowiem gdyby to wyszło na światło dzienne, to beka, jaką toczono ze mnie w szkole ze względu na słuchaną muzykę byłaby jeszcze sroższa (serio, łatwiej byłoby mi się wtedy wytłumaczyć z oglądania porno z osobami trans). Ta faza też nie trwała specjalnie długo, zwyczajnie szybko przerzuciłem się na bardziej nowofalową nową falę i słuchałem głównie tego. Aż do jesieni 2018... Mniejsza o to. Gazebo to urodzony w Libanie Włoch, który na tamtejszej scenie pluł albumami przez dziesięć lat, ale w Polsce znany jest właściwie wyłącznie ze swojego pierwszego singla, a więc właśnie I Like Chopin. Nie mam bladego pojęcia, czemu właściwie taki tytuł, no ale prawdą jest że ten numer kojarzy każdy. I wtedy, w tym 2005 roku, słuchany po raz pierwszy na w miarę porządnych słuchawkach zrobił na mnie piorunujące wrażenie (choć przecież też go znałem). Taki kawałek na jesień, która ciągle jest latem. W sam raz dla Was, Kochani. Bierzcie i słuchajcie Altanki (gazebo to po angielsku altanka lol).
https://youtu.be/4mTMj-NWa0U?si=fvbFEMf_NhYj1Iw1
Psze Państwa, tzw. klasyczek. Był czas, kiedy mimo słuchania ejtisów na potęgę te 19-18 lat temu, wciąż wstydziłem się łatki italo disco. Zresztą w ogóle odrzucałem od siebie myśl (od innych zresztą też), jakobym słuchał popu. Cały tej ejtisowy bałagan nazywałem "new wave" albo "new romantic" i bezwzględnie poprawiałem każdego, kto używał w stosunku do, dajmy na to, Duran Duran, określenia "muzyka popularna". Ale do italo disco schylałem się tylko w ramach pewnego rodzaju guilty pleasure. Szczęśliwie parę lat później mi przeszło, za to fazę na tego typu muzę miałem podczas swego ejtisowego revivalu jesienią 2018. Ostro cisnąłem wtedy Fancy, Valerie Dore, Bad Boys Blue etc. Pomagało na pewno to, że zbliżałem się wówczas do trzydziestki i zacząłem mieć masę rzeczy w dupie, oraz to, że moja ówczesna partnerka (Natalka, odbierz, to też moje dzieci) sama bardzo italo disco lubiła. Więc se razem słuchaliśmy. Ale teraz czas na throwback, do jesieni 2005, znów. Ktoś na forum80s.pl (jakżeby inaczej) wrzucił link do YouSendIt z tym numerem, a ja go z ciekawości ściągnąłem i jorgnąłem się, że go znam. Wielkim fanem okołowłoskiej syntezatorowej muzyki tanecznej (której przedstawicielami byli głównie Niemcy lol) był (nadal w sumie jest) mój wujek, ten sam, który swego czasu sprzedał mi Alphaville, ale też Queen. Miał on sporą kolekcję winyli Modern Talking, za którym od zawsze przepadałem. Też kiedyś dostałem od niego jakąś kasetę, a potem moi rodzice dostali od niego kompilację Back for Good i ta często się w domu na wieży kręciła. Wiąże się z tym zresztą dość ciekawa historia, taki mój prywatny "efekt Mandeli", było całe śledztwo, które prowadziłem z kol. Hienem... no, ale nie o tym.
Więc zassałem, rozpoznałem i mi się bardzo spodobało. Tzn. podobało mi się wcześniej, ale teraz (czyli wtedy) to już w ogóle. Jednocześnie potwornie się z tym kryłem, albowiem gdyby to wyszło na światło dzienne, to beka, jaką toczono ze mnie w szkole ze względu na słuchaną muzykę byłaby jeszcze sroższa (serio, łatwiej byłoby mi się wtedy wytłumaczyć z oglądania porno z osobami trans). Ta faza też nie trwała specjalnie długo, zwyczajnie szybko przerzuciłem się na bardziej nowofalową nową falę i słuchałem głównie tego. Aż do jesieni 2018... Mniejsza o to. Gazebo to urodzony w Libanie Włoch, który na tamtejszej scenie pluł albumami przez dziesięć lat, ale w Polsce znany jest właściwie wyłącznie ze swojego pierwszego singla, a więc właśnie I Like Chopin. Nie mam bladego pojęcia, czemu właściwie taki tytuł, no ale prawdą jest że ten numer kojarzy każdy. I wtedy, w tym 2005 roku, słuchany po raz pierwszy na w miarę porządnych słuchawkach zrobił na mnie piorunujące wrażenie (choć przecież też go znałem). Taki kawałek na jesień, która ciągle jest latem. W sam raz dla Was, Kochani. Bierzcie i słuchajcie Altanki (gazebo to po angielsku altanka lol).
https://youtu.be/4mTMj-NWa0U?si=fvbFEMf_NhYj1Iw1
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Bardzo miłe słowa tu padły o utworze Julii, których się szczerze mówiąc nie spodziewałem. Tym razem nawet serce Dragona zostało lekko zmiękczone.
Peter, Sue & Marc - Birds of Paradise
Mamy koniec września. Mimo początku kalendarzowej jesieni lato wciąż nie ustępuje. Jest gorąco i słonecznie. A ta pora roku i taka pogoda kojarzą mi się mocno z wydarzeniami sprzed 19 lat, czyli końcem rocznego pobytu na misji wojskowej w Syrii. Tym bardziej, że teraz też siedzę poza domem w bazie wojskowej pod białoruską granicą i czuję się trochę jak na jakiejś misji. Wspomnienia wracają mimowolnie. A na tym etapie misji każdy już niecierpliwie czekał na zlot do kraju. Dla uczestników wszystkich misji pokojowych kultową piosenką jest Birds of Paradise. To utwór płynący z głośników w bazach i zwiastujący bezpieczny powrót do kraju. Na moim posterunku nie było inaczej. Wojsko puszczało ten utwór tym częściej, im bliżej było do zlotu. Tęsknota do kraju, domu i rodziny po rocznym pobycie w obcym kraju była niewyobrażalna. Tym bardziej, że w domu czekała młoda żona i narodzona w trakcie trwania misji córka. Były momenty, kiedy robiło się naprawdę ciężko. Pewnie szwajcarskie trio nagrywając w 1980r. utwór Birds of Paradise nie zdawało sobie sprawy, jak ważna będzie to piosenka dla żołnierzy przebywających na misjach wojskowych i jak wielki ładunek emocjonalny będzie ze sobą niosła. Jeszcze teraz po wielu latach robi na mnie duże wrażenie i wywołuje spore emocje. Zresztą nie tylko na mnie. Potwierdzić to może właściwie każdy misjonarz. Wystarczy poczytać parę komentarzy pod wstawionym filmem na YT. Każdy słuchał tej piosenki pod koniec misji i każdy chciał, żeby te rajskie ptaki zabrały go wreszcie do domu.
Nie napiszę wyjątkowo nic o brzmieniu, bo tym razem zupełnie nie o to tu chodzi.
https://www.youtube.com/watch?v=M7uoisPmY6c
Peter, Sue & Marc - Birds of Paradise
Mamy koniec września. Mimo początku kalendarzowej jesieni lato wciąż nie ustępuje. Jest gorąco i słonecznie. A ta pora roku i taka pogoda kojarzą mi się mocno z wydarzeniami sprzed 19 lat, czyli końcem rocznego pobytu na misji wojskowej w Syrii. Tym bardziej, że teraz też siedzę poza domem w bazie wojskowej pod białoruską granicą i czuję się trochę jak na jakiejś misji. Wspomnienia wracają mimowolnie. A na tym etapie misji każdy już niecierpliwie czekał na zlot do kraju. Dla uczestników wszystkich misji pokojowych kultową piosenką jest Birds of Paradise. To utwór płynący z głośników w bazach i zwiastujący bezpieczny powrót do kraju. Na moim posterunku nie było inaczej. Wojsko puszczało ten utwór tym częściej, im bliżej było do zlotu. Tęsknota do kraju, domu i rodziny po rocznym pobycie w obcym kraju była niewyobrażalna. Tym bardziej, że w domu czekała młoda żona i narodzona w trakcie trwania misji córka. Były momenty, kiedy robiło się naprawdę ciężko. Pewnie szwajcarskie trio nagrywając w 1980r. utwór Birds of Paradise nie zdawało sobie sprawy, jak ważna będzie to piosenka dla żołnierzy przebywających na misjach wojskowych i jak wielki ładunek emocjonalny będzie ze sobą niosła. Jeszcze teraz po wielu latach robi na mnie duże wrażenie i wywołuje spore emocje. Zresztą nie tylko na mnie. Potwierdzić to może właściwie każdy misjonarz. Wystarczy poczytać parę komentarzy pod wstawionym filmem na YT. Każdy słuchał tej piosenki pod koniec misji i każdy chciał, żeby te rajskie ptaki zabrały go wreszcie do domu.
Nie napiszę wyjątkowo nic o brzmieniu, bo tym razem zupełnie nie o to tu chodzi.
https://www.youtube.com/watch?v=M7uoisPmY6c
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Ja nie sugerowałem, że za moje opóźnienie były odpowiedzialne praca i/lub obowiązki.Jako przedstawiciel obszernej tu grupy, która nie posiada żadnej pracy ani obowiązków
Cieszę się, że ktokolwiek kupił moją wrzutę jeśli mam być szczery, bo spodziewałem się, że zostanę zjechany przez wszystkich, a najmocniej przez osobę, której swój kawałek "dedykowałem", a summa summarum okazało się, że jako jedna z dwóch napisała o niej cokolwiek ciepłego. Muszę przysiąść nad poprzednią płytą typa, bo zapoznałem się z nią jakiś czas temu i faktycznie na pierwsze ucho zrobiła na mnie całkiem niezłe wrażenie, ale to w sowim czasie. Na razie czas na...
Games - Strawberry Skies
Dzisiejszy odcinek mojego stałego mikrocyklu, który do niedawna nie miał nazwy i od poprzedniego odcinka ją ma, ale już ją zapomniałem i nie chce mi się przewijać, by ją znaleźć jest sponsorowany przez literki A, D, R, I, A, N, M, U, S, I, A oraz Ł. Chciałem napisać, że nie pamiętam już gdzie usłyszałem ten kawałek pierwszy raz i w ramach swoistego hołdu założyć, że LucekDM z forum80s pokazał mi go na obozie językowym, ale sobie przypomniałem. Spośród trzech okresów mojego życia, w których słuchałem muzyki, tę rzecz usłyszałem akurat wiosną 2015 roku. Tak, to był ten fajny okres i w ogóle, ale z perspektywy czasu niemożebnie mnie śmieszy to, że w owym czasie byłem kimś pokroju hipstera - studiowałem kulturoznawstwo, próbowałem oglądać fancy filmy oraz słuchać ambitnej muzyki, gdzieś tam przewijało się tworzenie losowego contentu (nie będę pisać, że byłem awangardowym memiarzem, bo prostytutka jednak się szanuję), zainteresowanie piłką nożną oraz grami komputerowymi, oraz poglądy do których nie za bardzo chcę się dziś przyznawać, zasłaniając się trochę tym, że takie były wówczas czasy, trochę wpływem ówczesnej bańki, a bardziej swoją głupotą. Mieszanka wybuchowa, albo bardziej taka, której teraz wyjebałbym plaskuna na sam żenujący widok.
No w każdym razie, miałem wtedy takiego znajomego z Internetu, którego też dało się opisać w taki sposób - to były jeszcze te czasy, kiedy nie dziwiło mnie to, że nie wiem jak takowi się nazywają, nie mówiąc już o spotykaniu ich irl. W sumie to typ był z Wrocławia (i w socialach też ma Manna na profilowym), więc możliwym, że jednak kiedyś nasze ścieżki się przeminęły, ale umówmy się, że pewnie nasze spotkanie byłoby cokolwiek żenujące. W każdym razie po prostu on to wysłał na nasz śmieszny domek na drzewie, mnie tam się ta rzecz spodobała i w ogóle.
Być może część z was się żachnie, bo to kawałek nagrany na początku poprzedniej dekady, kiedy to zapanowała ta śmieszna moda na ejtisy, tj. wpierdalanie gdzie się da różowych kolorów oraz efektu VHS, która szybko zjadła własny ogon i zaczęła męczyć, ale tu akurat udało się uniknąć popadniecią w tanie żerowańsko na nostalgii. Ten kawałek ma bardzo specyficzną aurę, gdybym był jak ta typiara, co to widzi muzykę kolorami, pewnie bym stwierdził, że widzę tu dużo różu i fioletu - jest to niezbity dowód na to, że majaczę i odjebało mi do reszty. Może zatem oddam więc głos wrzucającemu:
Jako Zgierzanin mieszkający w stolicy Polski, Warszawie, mam przyjemność polecić utwór "Strawberry Skies" autorstwa zespołu Games. Ta propozycja muzyczna odkryta została przeze mnie na internetowym forum80s, gdzie miłośnicy muzyki retro dzielą się swoimi ulubionymi kawałkami i artystami. To właśnie tam po raz pierwszy usłyszałem ten zniewalający utwór, a jego magiczna melodia od razu mnie zaczarowała.
Zanim opowiem więcej o samym utworze, pozwólcie mi przedstawić krótką biografię zespołu Games. Zespół Games to brytyjski duet tworzący muzykę elektroniczną, którego członkami są Daniel Lopatin i Joel Ford. Ich muzyka jest często określana jako "vaporwave", co oznacza, że zawiera elementy retro kultury lat 80. i 90., nadając im nowoczesny i jednocześnie nostaliczny charakter. To muzycy, którzy eksperymentują z dźwiękami, tworząc hipnotyzujące kompozycje, które trafiają prosto w serce miłośników elektronicznej muzyki eksperymentalnej.
"Strawberry Skies" to jeden z tych utworów, które przywodzą na myśl czasy, gdy syntezatory i dźwięki z gier wideo dominowały na scenie muzycznej. Ta kompozycja emanuje ciepłem i nostalgia, dzięki swoim delikatnym dźwiękom i hipnotycznym rytmom. Główna melodia jest urzekająco nostalgiczna i przypomina czasy dzieciństwa, kiedy spędzaliśmy godziny przed konsolami do gier.
Osobiście poznałem ten utwór podczas obozu językowego, gdzie spotkałem wielu ludzi z różnych części świata, którzy również byli zakochani w muzyce retro. Dzięki tej wspólnej pasji, odkryliśmy wiele fascynujących utworów, w tym właśnie "Strawberry Skies". Co ciekawe, obozowe doświadczenie wzbogaciło nasze życie muzyczne i zainspirowało nas do eksploracji nowych dźwięków.
Jako mieszkaniec Warszawy, mam przyjemność żyć w jednym z najbardziej ekscytujących miast w Polsce, gdzie różnorodność kulturowa i muzyczna jest nie do przebicia. Ten utwór Games idealnie wpisuje się w atmosferę Warszawy, łącząc nowoczesność z nostalgią, jak również wskazując na to, że muzyka jest uniwersalnym językiem, który łączy ludzi z różnych zakątków świata.
Pobrany przeze mnie z platformy Soulseek, "Strawberry Skies" stał się stałym towarzyszem moich spacerów po ulicach Warszawy, podkreślając magiczny klimat tego miasta. Dlatego chciałbym gorąco polecić ten utwór każdemu mieszkańcowi Warszawy i miłośnikowi muzyki retro, jako idealny dźwięk do towarzyszenia nam w podróży przez nasze piękne miasto. Niech "Strawberry Skies" zabierze was w podróż pełną nostalgii i niezapomnianych chwil.
No, sami widzicie. Ja tylko dodam, że wersja na YT, co to ją zapodaję nie zawiera przefajnej okładki z flagami randomowych mikronacji na świecie - jedna z nich chyba należała do któregoś rejonu w Polsce, ale nie pamiętam która i którego. Dla mnie fajna ciekawostka, bo lubię flagi, a dla was to nie wiem, zróbcie z tym faktem co chcecie. Np. Bierzcie i słuchajcie tego kawałka.
https://www.youtube.com/watch?v=y8sNsHw3Id0
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Autentycznie skisłem z opisu z ChatGPT, dla takich rzeczy (między innymi) warto tu siedzieć.

EDIT: Jestem zrąbany, środkowa flaga z górnego rzędu to flaga... Gdańska, ale nie Wolnego Miasta, a po prostu Gdańska. Dziwne, że nie rzuciło mi się to w oczy za pierwszym razem.
I tu zonk, bo ja mam fioła na punkcie map, flag, mikronacji, etc. i oczywiście musiałem obczaić tę właściwą okładkę, o której wspomniał Mentos. Jednak jeden rzut oka i widzę, że mikronacji to jest tam garstka, nie brakuje jednakowoż flag historycznych, np. Wietnamu Południowego, Natalu, Królestwa Serbii, historycznego Królestwa Portugalii, dawnej Turcji Osmańskiej, DeDeeRu czy komunistycznej Mongolii, ale oprócz tego jest też Republika Tuwy (odjazdowe państwo swoją drogą, w ich stolicy znajduje się geograficzny środek Azji) wchodząca w skład Federacji Rosyjskiej, Osetia Południowa, Abchazja, Kubań (to też fragment Rosji), ustaszowska Chorwacja (wtf), nawet jedno państwo nieuznawane już właściwie (od kilku dni de iure) nie istniejące, czyli Arcach, a więc to, co Ormianie zmontowali ponad 30 lat temu w Górskim Karabachu. Niestety, nie widzę czegokolwiek, co mogę odnieść do Polski. Nie jestem aż tak ogarnięty jak widaćmintaj pisze:25 wrz 2023 20:04[Ja tylko dodam, że wersja na YT, co to ją zapodaję nie zawiera przefajnej okładki z flagami randomowych mikronacji na świecie - jedna z nich chyba należała do któregoś rejonu w Polsce, ale nie pamiętam która i którego. Dla mnie fajna ciekawostka, bo lubię flagi, a dla was to nie wiem, zróbcie z tym faktem co chcecie.
EDIT: Jestem zrąbany, środkowa flaga z górnego rzędu to flaga... Gdańska, ale nie Wolnego Miasta, a po prostu Gdańska. Dziwne, że nie rzuciło mi się to w oczy za pierwszym razem.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Żeby Dragon był ostatni, to chyba jeszcze się nie zdarzyło.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Rzekłbym inaczej - żeby inni tak sprawnie wrzucali to jest szok
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Sory juz nie bede
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Weź tak chamsko nie poganiaj
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Ktoś musi, opierdalamy się
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
miło będzie jeszcze poczekać na Sebę do czw... CO DO
Asia Minor - Northern Lights (1980)
Nie zapomniałem o odcinku progrockowym. Pod wieloma względami wiele się od niego zaczęło, wiadomo. Jeszcze dam o tym znać parę razy. Wiecznie po polsku się nie da, trzeba urozmaicić. Pewnie dla ekspertów inspiracje mogą być dość oczywiste, ale Asia Minor kupili mnie bogatą atmosferą. Może to już było granie lekko sandałowe, czasami za bardzo poprowadzone według pewnego wzorca, ale chui tam. Between Flesh and Divine to dobra płyta i gdybym mógł, to zapodałbym po prostu dwa pierwsze kawałki - znakomite małe muzyczne melodramaty, w których bez opamiętania zasłuchiwałem się przez spory okres liceum. Miałem cały czas na świecie dla siebie na wszystko, więc wycieczka pośród list, rekomendacji i rankingów nie miała końca. Chyba na początku zainteresował mnie specyficzny rodowód. Francuski zespół grający po angielsku, a w składzie dominacja ziomków pochodzących z Turcji. Brzmi dostatecznie dziwnie, trzeba było sprawdzić z marszu. Ze wspomnień bezpośrednio związanych z muzyką pamiętam tylko jakieś luźno rzucane polecajki dla znajomych ze szkoły pytających o ciekawe niszowe perełki. Do tego ociupinkę krawędziowa otoczka, że niby ekspert, bo się naczyta, nasłucha i można kogoś podegrać. Urocze w swojej naiwności. Zdziwieniu nie byłoby końca, gdyby było inaczej. To dość introwertyczna muzyka, jeśli da się tak powiedzieć. Nie do sensownego polecenia w kontakcie bezpośrednim.
Nie wracam obecnie do tego za często, ale ma miejsce w moim serduszku niezależnie od ewoluujących preferencji. Popisowe, plastyczne partie fletu. Lekko sztuczne pompatyczne tło syntezatorowe w tym klimacie buduje specyficzny klimat, ja tam lubię. Gitara brzmi dość ostro, może nawet przypomina granie rodem z Turcji, jest w niej coś egzotycznego. Na wokalu słyszalny akcent, przynajmniej mnie nie drażni. Jest na czym budować poruszające muzyczne opowieści. Trochę jak z książek czytanych pod kocem przy zimnych wieczorach z zapaloną lampką w tle. Coraz łatwiej będzie o taki klimat, przy odrobinie szczerego zanurzenia się może komuś siądzie. Kiedyś ta muzyka potrafiła wyostrzać określone nastroje. Miło po latach dalej odnaleźć tu coś dla siebie, choć chyba już nigdy nie będę czuć tego pierwotnego podniecenia, małego niepokoju, większych emocji. Northern Lights składa się z trzech części. Wychodzimy od klimatycznego, miejscami technicznego instrumentala do właściwego melodramatu z wokalem i cudną klimatyczną gitarką, która trochę inaczej popracuje na dość doomerski finał. To muzyka idealnie skrojona pod wieczorową, nocną aurę.
https://www.youtube.com/watch?v=atlL_GxkOpE
Asia Minor - Northern Lights (1980)
Nie zapomniałem o odcinku progrockowym. Pod wieloma względami wiele się od niego zaczęło, wiadomo. Jeszcze dam o tym znać parę razy. Wiecznie po polsku się nie da, trzeba urozmaicić. Pewnie dla ekspertów inspiracje mogą być dość oczywiste, ale Asia Minor kupili mnie bogatą atmosferą. Może to już było granie lekko sandałowe, czasami za bardzo poprowadzone według pewnego wzorca, ale chui tam. Between Flesh and Divine to dobra płyta i gdybym mógł, to zapodałbym po prostu dwa pierwsze kawałki - znakomite małe muzyczne melodramaty, w których bez opamiętania zasłuchiwałem się przez spory okres liceum. Miałem cały czas na świecie dla siebie na wszystko, więc wycieczka pośród list, rekomendacji i rankingów nie miała końca. Chyba na początku zainteresował mnie specyficzny rodowód. Francuski zespół grający po angielsku, a w składzie dominacja ziomków pochodzących z Turcji. Brzmi dostatecznie dziwnie, trzeba było sprawdzić z marszu. Ze wspomnień bezpośrednio związanych z muzyką pamiętam tylko jakieś luźno rzucane polecajki dla znajomych ze szkoły pytających o ciekawe niszowe perełki. Do tego ociupinkę krawędziowa otoczka, że niby ekspert, bo się naczyta, nasłucha i można kogoś podegrać. Urocze w swojej naiwności. Zdziwieniu nie byłoby końca, gdyby było inaczej. To dość introwertyczna muzyka, jeśli da się tak powiedzieć. Nie do sensownego polecenia w kontakcie bezpośrednim.
Nie wracam obecnie do tego za często, ale ma miejsce w moim serduszku niezależnie od ewoluujących preferencji. Popisowe, plastyczne partie fletu. Lekko sztuczne pompatyczne tło syntezatorowe w tym klimacie buduje specyficzny klimat, ja tam lubię. Gitara brzmi dość ostro, może nawet przypomina granie rodem z Turcji, jest w niej coś egzotycznego. Na wokalu słyszalny akcent, przynajmniej mnie nie drażni. Jest na czym budować poruszające muzyczne opowieści. Trochę jak z książek czytanych pod kocem przy zimnych wieczorach z zapaloną lampką w tle. Coraz łatwiej będzie o taki klimat, przy odrobinie szczerego zanurzenia się może komuś siądzie. Kiedyś ta muzyka potrafiła wyostrzać określone nastroje. Miło po latach dalej odnaleźć tu coś dla siebie, choć chyba już nigdy nie będę czuć tego pierwotnego podniecenia, małego niepokoju, większych emocji. Northern Lights składa się z trzech części. Wychodzimy od klimatycznego, miejscami technicznego instrumentala do właściwego melodramatu z wokalem i cudną klimatyczną gitarką, która trochę inaczej popracuje na dość doomerski finał. To muzyka idealnie skrojona pod wieczorową, nocną aurę.
https://www.youtube.com/watch?v=atlL_GxkOpE