Best of Forum VI
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
wieczór? pewnie chodzi o miły ciepły choć g r u d n i o w y
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Podobno koło godziny 21 ale tbh nie czekam z wypiekami na polikach
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Clark - The Autumnal Crush
Ktoś by powiedział, że to takie The Cinematic Orchestra na kiju z nieznanych mi zupełnie jaskiń, ale nawet, jeśli bym się pod tym - choćby częściowo - podpisał, nie zmienia to faktu, iż mamy do czynienia z naprawdę fajnym kawałkiem muzyki. Jest jazzująco, jest jazgocząco (czyli jazzująco lol), instrumentarium narasta pracą do stanu berserka już w pierwszych dwóch minutach z hakiem. Następnie wjeżdża para-ambient, który stanowił tło już pierwszej, powiedzmy, części numeru. Mentos pisze o katharsis, ja czegoś takiego tutaj nie czuję, wciąż jest raczej przyciężkawo, mhrocznie i jakoś tak, hmmm, beznadziejnie (wiadomo, w którym sensie znaczenia tego słowa). Fakt, że od kilku dni pogoda robi speedrun z sierpnia do listopada tylko pomaga w odbiorze. Dragon jesieniarsko dostarcza.
Doris - You Never Come Closer
Mam wrażenie, że trochę przestrzeliłem z tym Guziorem, albowiem póki co w ogóle nie mieszczę się w zakresie muzycznym wrzutek tej kolejki. Clark otworzył, Doris kontynuuje. Björk jednak nie słyszę tutaj w ogóle, pod żadnym względem (moooże - w bardzo naciągany sposób - dźwiękowo, ale tylko poprzez pewne dziwactwa tła, nic więcej). Już prędzej jakaś Dot Allison czy ktoś taki. Brzmienie jest jesienne as fuck, kojarzy mi się w jakiś sposób z A Small Plot of Land Bowiego (z jego ultimate jesiennego albumu, jakim jest Outside), świetnie zabawy perką, fantastyczna gitara, lekko niepokojący basik. Klimat mgły i... nie wiem, przed oczami mam Bytom xD Wokół cuchnie dymem i kamienicznymi bramami, bohater snuje się po ulicach i podwórzach jarając szluga za szlugiem, wokół żywej duszy. Psychodela, na którą zwrócił uwagę Jaca, jest obserwacją jak najbardziej na miejscu. Super <3
CIFIKA - Melody
Kurde, problematyczny dla mnie kawałek. Bo z jednej strony nie jest jakoś gruntownie zły czy słaby, ale porywać też jakoś nie porywa. Wokal swinguje od ciekawego do zupełnie nieciekawego, muzyka... słyszałem takie rzeczy już sto razy wcześniej. Jednocześnie ten arpeggiowaty bas mi się podoba. Kuba zwraca uwagę na chamskość kicka, a mnie cały ten bicik pasuje. Ten numer dobrze by sobie poradził - w mojej mocno subiektywnej opinii - jako taki pół-instrumental, gdzie zostawić możnaby te wszystkie wokalizy bujające się gdzieś w tle. Numer kojarzy mi się z takim kawałkiem, którego tytułu ni cholery sobie nie przypomnę, ale było w nim słowo "lullabies", często śmigał w radio w 2008 roku. Także, no, jest tu parę fajnych rzeczy, jest też parę słabych, a przynajmniej takich, które zwyczajnie nie czynią Melodii niczym specjalnie wyróżniającym się. Do uśmiechnięcia się pod nosem przy okazji przypadkowego usłyszenia, raczej nie do odpalenia samodzielnie.
Bryan Ferry - Miss Otis Regrets
Choć Szacowne Forum ma mnie tu przede wszystkim za skrajnego fanboya Foxxa, to kiedyś - nie tak dawno temu w sumie - byłem też grubym fanboyem Ferry'ego. Moja faza na frontmana Roxy Music zaczęła się na dobre od premiery albumu Dylanesque w marcu 2007, na którym to albumie Ferry coveruje - ain't this a surprise - Boba Dylana. Robi to TAK DOBRZE, że właściwie jego wykony brzmią stokroć lepiej od oryginałów samego Dylana. Pamiętam, jak w recenzji tego krążka w Dzienniku (dziś Dzienniku Gazecie Prawnej) autor tejże napisał, iż właściwie wybrane przez Ferry'ego kawałki były dla niego właśnie stworzone. Uwielbiam klimat, jaki ten gość robi w swojej muzyce. Album As Time Goes By znam (choć słuchałem go tylko dwukrotnie dawno temu, zassałem właśnie pod wpływem Dylanesque), także i ten kawałek znam. Prawdziwą przyjemnością było przypomnieć sobie jego brzmienie, jesień wylewa się stąd hektolitrami. Feeling, który wspomina Hien, jest mi dobrze znany i reluję całkowicie. U mnie w domu co prawda nikt Roxy Music nie słuchał (Ferry'ego solo tym bardziej nie), musiałem do tej muzy doskoczyć sam (i trochę mi to zajęło), więc o ile mogę mieć nieco inne skojarzenia, tak zamknięcie się w ciepłym, bardzo własnym mieszkaniu i odpalenie takiej muzyki w spokojny wieczór jest dla mnie cudnym konceptem. Fenomenalny utwór, fenomenalny wokal, warstwa muzyczna to po prostu złoto. Wielkie propsy, nie zapraszam do dyskusji, bo nie ma o czym.
Kaliber 44 - Bierz Mój Miecz I Masz
Wow... Był czas, naprawdę dawno temu, że zasiadałem do Kalibra, bo mi kilka, powiedzmy, istotnych osób znajomych w życiu bardzo go polecało. Na takiej zasadzie, że no ok, mogę się nie jarać hip hopem i w ogóle go nie słuchać, ale jest taka lista rzeczy, które trzeba przesłuchać przed śmiercią, no i oczywiście Księga Tajemnicza się tam znalazła. Pamiętam jaaakieś próby z tymże wydawnictwem, ale prawdę mówiąc niewiele ponad te próby. Czy dotarłem do tego numeru? Nie wiem, niewykluczone, ale tak samo prawdopodobnym jest, że nie. Będę trochę abstrahował od warstwy tekstowej (choć trzeba przyznać, że zawarte są tutaj wyjątkowo małe dawki krindżu jak na polski hip hop orbitujący lirycznie wokół szeroko zakrojonego ruchańska), bowiem dzięki temu mogę docenić w pełni cuda muzyczne. Toż to brzmi jak, nie przymierzając, Dead Can Dance w kolabo z Trevorem Hornem. Gęsto, ciężko, wręcz obezwładniająco. Ja wiem, że to jest kwestia odpowiedniego doboru sampli i paru sztuczek produkcyjnych, ale wciąż, że ci goście wpadli na coś takiego, naprawdę szacun. Zgadzam się, jest jesiennie, nie jest to może jesień typu Doris, ale Clark with extra steps jak najbardziej. Fantastyczny utwór, może nawet wrócę do całego albumu heh (pewnie nie, ale wykluczyć tego też zupełnie się nie da).
Panowie, świetne jesienne rozdanie. Keep up the good work!
Ktoś by powiedział, że to takie The Cinematic Orchestra na kiju z nieznanych mi zupełnie jaskiń, ale nawet, jeśli bym się pod tym - choćby częściowo - podpisał, nie zmienia to faktu, iż mamy do czynienia z naprawdę fajnym kawałkiem muzyki. Jest jazzująco, jest jazgocząco (czyli jazzująco lol), instrumentarium narasta pracą do stanu berserka już w pierwszych dwóch minutach z hakiem. Następnie wjeżdża para-ambient, który stanowił tło już pierwszej, powiedzmy, części numeru. Mentos pisze o katharsis, ja czegoś takiego tutaj nie czuję, wciąż jest raczej przyciężkawo, mhrocznie i jakoś tak, hmmm, beznadziejnie (wiadomo, w którym sensie znaczenia tego słowa). Fakt, że od kilku dni pogoda robi speedrun z sierpnia do listopada tylko pomaga w odbiorze. Dragon jesieniarsko dostarcza.
Doris - You Never Come Closer
Mam wrażenie, że trochę przestrzeliłem z tym Guziorem, albowiem póki co w ogóle nie mieszczę się w zakresie muzycznym wrzutek tej kolejki. Clark otworzył, Doris kontynuuje. Björk jednak nie słyszę tutaj w ogóle, pod żadnym względem (moooże - w bardzo naciągany sposób - dźwiękowo, ale tylko poprzez pewne dziwactwa tła, nic więcej). Już prędzej jakaś Dot Allison czy ktoś taki. Brzmienie jest jesienne as fuck, kojarzy mi się w jakiś sposób z A Small Plot of Land Bowiego (z jego ultimate jesiennego albumu, jakim jest Outside), świetnie zabawy perką, fantastyczna gitara, lekko niepokojący basik. Klimat mgły i... nie wiem, przed oczami mam Bytom xD Wokół cuchnie dymem i kamienicznymi bramami, bohater snuje się po ulicach i podwórzach jarając szluga za szlugiem, wokół żywej duszy. Psychodela, na którą zwrócił uwagę Jaca, jest obserwacją jak najbardziej na miejscu. Super <3
CIFIKA - Melody
Kurde, problematyczny dla mnie kawałek. Bo z jednej strony nie jest jakoś gruntownie zły czy słaby, ale porywać też jakoś nie porywa. Wokal swinguje od ciekawego do zupełnie nieciekawego, muzyka... słyszałem takie rzeczy już sto razy wcześniej. Jednocześnie ten arpeggiowaty bas mi się podoba. Kuba zwraca uwagę na chamskość kicka, a mnie cały ten bicik pasuje. Ten numer dobrze by sobie poradził - w mojej mocno subiektywnej opinii - jako taki pół-instrumental, gdzie zostawić możnaby te wszystkie wokalizy bujające się gdzieś w tle. Numer kojarzy mi się z takim kawałkiem, którego tytułu ni cholery sobie nie przypomnę, ale było w nim słowo "lullabies", często śmigał w radio w 2008 roku. Także, no, jest tu parę fajnych rzeczy, jest też parę słabych, a przynajmniej takich, które zwyczajnie nie czynią Melodii niczym specjalnie wyróżniającym się. Do uśmiechnięcia się pod nosem przy okazji przypadkowego usłyszenia, raczej nie do odpalenia samodzielnie.
Bryan Ferry - Miss Otis Regrets
Choć Szacowne Forum ma mnie tu przede wszystkim za skrajnego fanboya Foxxa, to kiedyś - nie tak dawno temu w sumie - byłem też grubym fanboyem Ferry'ego. Moja faza na frontmana Roxy Music zaczęła się na dobre od premiery albumu Dylanesque w marcu 2007, na którym to albumie Ferry coveruje - ain't this a surprise - Boba Dylana. Robi to TAK DOBRZE, że właściwie jego wykony brzmią stokroć lepiej od oryginałów samego Dylana. Pamiętam, jak w recenzji tego krążka w Dzienniku (dziś Dzienniku Gazecie Prawnej) autor tejże napisał, iż właściwie wybrane przez Ferry'ego kawałki były dla niego właśnie stworzone. Uwielbiam klimat, jaki ten gość robi w swojej muzyce. Album As Time Goes By znam (choć słuchałem go tylko dwukrotnie dawno temu, zassałem właśnie pod wpływem Dylanesque), także i ten kawałek znam. Prawdziwą przyjemnością było przypomnieć sobie jego brzmienie, jesień wylewa się stąd hektolitrami. Feeling, który wspomina Hien, jest mi dobrze znany i reluję całkowicie. U mnie w domu co prawda nikt Roxy Music nie słuchał (Ferry'ego solo tym bardziej nie), musiałem do tej muzy doskoczyć sam (i trochę mi to zajęło), więc o ile mogę mieć nieco inne skojarzenia, tak zamknięcie się w ciepłym, bardzo własnym mieszkaniu i odpalenie takiej muzyki w spokojny wieczór jest dla mnie cudnym konceptem. Fenomenalny utwór, fenomenalny wokal, warstwa muzyczna to po prostu złoto. Wielkie propsy, nie zapraszam do dyskusji, bo nie ma o czym.
Kaliber 44 - Bierz Mój Miecz I Masz
Wow... Był czas, naprawdę dawno temu, że zasiadałem do Kalibra, bo mi kilka, powiedzmy, istotnych osób znajomych w życiu bardzo go polecało. Na takiej zasadzie, że no ok, mogę się nie jarać hip hopem i w ogóle go nie słuchać, ale jest taka lista rzeczy, które trzeba przesłuchać przed śmiercią, no i oczywiście Księga Tajemnicza się tam znalazła. Pamiętam jaaakieś próby z tymże wydawnictwem, ale prawdę mówiąc niewiele ponad te próby. Czy dotarłem do tego numeru? Nie wiem, niewykluczone, ale tak samo prawdopodobnym jest, że nie. Będę trochę abstrahował od warstwy tekstowej (choć trzeba przyznać, że zawarte są tutaj wyjątkowo małe dawki krindżu jak na polski hip hop orbitujący lirycznie wokół szeroko zakrojonego ruchańska), bowiem dzięki temu mogę docenić w pełni cuda muzyczne. Toż to brzmi jak, nie przymierzając, Dead Can Dance w kolabo z Trevorem Hornem. Gęsto, ciężko, wręcz obezwładniająco. Ja wiem, że to jest kwestia odpowiedniego doboru sampli i paru sztuczek produkcyjnych, ale wciąż, że ci goście wpadli na coś takiego, naprawdę szacun. Zgadzam się, jest jesiennie, nie jest to może jesień typu Doris, ale Clark with extra steps jak najbardziej. Fantastyczny utwór, może nawet wrócę do całego albumu heh (pewnie nie, ale wykluczyć tego też zupełnie się nie da).
Panowie, świetne jesienne rozdanie. Keep up the good work!
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Dziękujemy! To zapraszam do wrzuty po raz trzeci xd
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
OK
Flying Lotus feat. Kendrick Lamar - Never Catch Me
(2014)
Pierwszy mój kontakt z Flying Lotusem miałem jakoś w roku 2012 chyba jeszcze za sprawą jego albumu Until The Quiet Comes, pamiętam że jakiś czas później fascynowała mnie ta muzyka a konkretnie jakość tej produkcji. W tamtym czasie jakoś bardziej niż kompozycjami jarałem się dopracowanym brzmieniem różnych artystów i zasłuchiwałem się w FlyLo, Aphex Twin, Noonie ale też poznawałem wtedy też takich kompozytorów jak Philip Glass czy Terry Riley, to był dość specyficzny moment w mojej przygodzie z muzyką. Kiedy więc później napotkałem Flying Lotusa we wspomnianym w ostatniej wrzutce GTA 5 ucieszyłem się mogąc dalej zagłębiać się w ten świat różnych specyficznych brzmień. A potem nadszedł rok 2014 kiedy w grze wleciał update jego stacji radiowej, poznałem m.in. znany Wam już kawałek Doris a jesienią tego samego roku Flying Lotus wydał nowy album zatytułowany You're Dead!
Album ten powstał (tak jak i poprzedni) we współpracy z Thundercatem który gra na basie na tej płycie, ogólnie obaj Panowie jarali się mocno jazzem (zresztą nic dziwnego, sam FlyLo jest bodajże wnukiem siostry Alice Coltrane, żony Johna Coltrane'a) i uznali że dlaczegóż by nie nagrać płyty z taką dobrą jazzową rozpierduchą współcześnie. You're Dead nie jest co prawda albumem stricte jazzowym bo Flying Lotus tradycyjnie dla siebie wymieszał to z bitami i elektroniką ale jednak te wpływy są słyszalne czego dobrym przykładem jest właśnie singiel Never Catch Me promujący płytę.
Singiel ten ukazał się we wrześniu 2014 roku i jako że były to jeszcze czasy kiedy muzykę poznawałem właśnie głównie sięgając po single i płyty artystów mi już znanych był to dla mnie jeden z hiciorów tamtego roku. Gościnnie w kawałku nawija Kendrick Lamar, który powoli trochę już zmieniał flow wtedy i były momenty że potrafił mnie drażnić (ostatnim dla mnie znośnym jego punktem kariery było dla mnie wydane rok później To Pimp A Butterfly, ale takie rzeczy jak gościnka u Taylor Swift czy na soundtrack do Spidermana działały mi już na nerwy), tu na szczęście ta jego taka wkurwiona nawijka i ekspresja wjeżdża tylko trochę i pasuje mi akurat do energii tego żywego numeru z jazzującą gitarą basową Thundercata. Z połączenia rapu, podkładu i popisów na gitarze basowej wynika tu zgrabna synergia w mojej opinii a że numer ten jak i album skupione były wokół tematyki śmierci w dużej mierze tym samym to dla mnie kolejna pewna pozycja na Spooktober którą i Wam polecam. A, no i wrzucam to teraz po Doris bo coś mi się zdaje że to wszystko nie jest dziełem przypadku i takie numery jak You Never Come Closer które wrzucałem też mogły być solidną inspiracją dla tej płyty FlyLo.
Bierzcie to i bójcie się.
https://youtu.be/k4Oz8UmUXbg?si=JlsI4TnUP_iYoDhW
Flying Lotus feat. Kendrick Lamar - Never Catch Me
(2014)
Pierwszy mój kontakt z Flying Lotusem miałem jakoś w roku 2012 chyba jeszcze za sprawą jego albumu Until The Quiet Comes, pamiętam że jakiś czas później fascynowała mnie ta muzyka a konkretnie jakość tej produkcji. W tamtym czasie jakoś bardziej niż kompozycjami jarałem się dopracowanym brzmieniem różnych artystów i zasłuchiwałem się w FlyLo, Aphex Twin, Noonie ale też poznawałem wtedy też takich kompozytorów jak Philip Glass czy Terry Riley, to był dość specyficzny moment w mojej przygodzie z muzyką. Kiedy więc później napotkałem Flying Lotusa we wspomnianym w ostatniej wrzutce GTA 5 ucieszyłem się mogąc dalej zagłębiać się w ten świat różnych specyficznych brzmień. A potem nadszedł rok 2014 kiedy w grze wleciał update jego stacji radiowej, poznałem m.in. znany Wam już kawałek Doris a jesienią tego samego roku Flying Lotus wydał nowy album zatytułowany You're Dead!
Album ten powstał (tak jak i poprzedni) we współpracy z Thundercatem który gra na basie na tej płycie, ogólnie obaj Panowie jarali się mocno jazzem (zresztą nic dziwnego, sam FlyLo jest bodajże wnukiem siostry Alice Coltrane, żony Johna Coltrane'a) i uznali że dlaczegóż by nie nagrać płyty z taką dobrą jazzową rozpierduchą współcześnie. You're Dead nie jest co prawda albumem stricte jazzowym bo Flying Lotus tradycyjnie dla siebie wymieszał to z bitami i elektroniką ale jednak te wpływy są słyszalne czego dobrym przykładem jest właśnie singiel Never Catch Me promujący płytę.
Singiel ten ukazał się we wrześniu 2014 roku i jako że były to jeszcze czasy kiedy muzykę poznawałem właśnie głównie sięgając po single i płyty artystów mi już znanych był to dla mnie jeden z hiciorów tamtego roku. Gościnnie w kawałku nawija Kendrick Lamar, który powoli trochę już zmieniał flow wtedy i były momenty że potrafił mnie drażnić (ostatnim dla mnie znośnym jego punktem kariery było dla mnie wydane rok później To Pimp A Butterfly, ale takie rzeczy jak gościnka u Taylor Swift czy na soundtrack do Spidermana działały mi już na nerwy), tu na szczęście ta jego taka wkurwiona nawijka i ekspresja wjeżdża tylko trochę i pasuje mi akurat do energii tego żywego numeru z jazzującą gitarą basową Thundercata. Z połączenia rapu, podkładu i popisów na gitarze basowej wynika tu zgrabna synergia w mojej opinii a że numer ten jak i album skupione były wokół tematyki śmierci w dużej mierze tym samym to dla mnie kolejna pewna pozycja na Spooktober którą i Wam polecam. A, no i wrzucam to teraz po Doris bo coś mi się zdaje że to wszystko nie jest dziełem przypadku i takie numery jak You Never Come Closer które wrzucałem też mogły być solidną inspiracją dla tej płyty FlyLo.
Bierzcie to i bójcie się.
https://youtu.be/k4Oz8UmUXbg?si=JlsI4TnUP_iYoDhW
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Tim Bowness – Dark Nevada Dream
Miałem nadzieję nie wrzucać tego utworu w tym roku, ale oto jesteśmy. Towarzyszył mi on przez ostatnie tygodnie, bardziej w głowie niż w odtwarzaczu. Były to tygodnie ciężkie, z chwilą złudnego optymizmu. Te jesienie naprawdę nie mogą odbyć się bez jakiegoś cienia, który przez nie przemyka. W każdym razie, „Dark Nevada Dream” pochodzi z nie tak dawno wydanego, bo w 2022 r., albumu pt. „Butterlfy Mind”, który generalnie nie powalił mnie po premierze na kolana, bo brzmiał jakby Tim z premedytacją wchodził do każdej, zaliczonej już wielokrotnie rzeki, naiwnie licząc na to, że coś nowego w nich znajdzie. Z czasem uznałem, że to jest w przypadku takich wykonawców jak Tim z grubsza nieistotne, bo oni mogą sobie na takie coś pozwolić. Ich warsztat jest w stanie to udźwignąć. Niby utwór najtypowszy w repertuarze Tima, a jednak jest w nim coś, czego w innych nie ma. Nie potrafię tego wyjaśnić, no ale muzyka w końcu. Klasyczne instrumentarium, klasycznie timowa, mega sentymentalna atmosfera i doskonały tekst. Nawiązania do złotych czasów art rocka. Na feacie. Ben Coleman, skrzypek z oryginalnego składu no-man, którego uważam za najbardziej unikatowego skrzypka jakiego znam, powinien być przynajmniej tak znany jak Nigel Kennedy. Jego nienachalna gra, dodaje jeszcze więcej melancholii i czystego piękna do już pięknego utworu. Smutnego, a jednocześnie nie beznadziejnie smutnego, z jakąś wyczuwalną nutą nadziei. I tego trzeba się trzymać.
https://youtu.be/F_WtWs323RQ
Miałem nadzieję nie wrzucać tego utworu w tym roku, ale oto jesteśmy. Towarzyszył mi on przez ostatnie tygodnie, bardziej w głowie niż w odtwarzaczu. Były to tygodnie ciężkie, z chwilą złudnego optymizmu. Te jesienie naprawdę nie mogą odbyć się bez jakiegoś cienia, który przez nie przemyka. W każdym razie, „Dark Nevada Dream” pochodzi z nie tak dawno wydanego, bo w 2022 r., albumu pt. „Butterlfy Mind”, który generalnie nie powalił mnie po premierze na kolana, bo brzmiał jakby Tim z premedytacją wchodził do każdej, zaliczonej już wielokrotnie rzeki, naiwnie licząc na to, że coś nowego w nich znajdzie. Z czasem uznałem, że to jest w przypadku takich wykonawców jak Tim z grubsza nieistotne, bo oni mogą sobie na takie coś pozwolić. Ich warsztat jest w stanie to udźwignąć. Niby utwór najtypowszy w repertuarze Tima, a jednak jest w nim coś, czego w innych nie ma. Nie potrafię tego wyjaśnić, no ale muzyka w końcu. Klasyczne instrumentarium, klasycznie timowa, mega sentymentalna atmosfera i doskonały tekst. Nawiązania do złotych czasów art rocka. Na feacie. Ben Coleman, skrzypek z oryginalnego składu no-man, którego uważam za najbardziej unikatowego skrzypka jakiego znam, powinien być przynajmniej tak znany jak Nigel Kennedy. Jego nienachalna gra, dodaje jeszcze więcej melancholii i czystego piękna do już pięknego utworu. Smutnego, a jednocześnie nie beznadziejnie smutnego, z jakąś wyczuwalną nutą nadziei. I tego trzeba się trzymać.
https://youtu.be/F_WtWs323RQ
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
No Panowie, tak Wam wczoraj było spieszno a żaden nie siadł do wrzuty jak co do czego, liczę na poprawę dzisiaj 
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
The Corrs – Time Enough For Tears
Był czas, kiedy naprawdę miałem sporą zajawkę na ten zespół. Było to jeszcze w czasach, kiedy nie używałem lasta, więc tych zapewne setek, a może i tysięcy odsłuchów nie ma odzwierciedlenia w srobblach. Ale był to dla mnie bardzo ważny zespół. Teraz już nieco zapomniany, choć wciąż potrafiący fajnie umilić czas.
The Corrs to irlandzki „rodzinny” zespół. Rodzinny, bo w jego skład wchodzi czwórka rodzeństwa: trzy siostry i brat. Zespół gra muzykę pop/folk. Ich znakiem rozpoznawczym są oczywiście skrzypce. Mnóstwo skrzypiec w typowo irlandzkim stylu. Zespół nagrał sporo naprawdę dobrych przebojów. Ja jak zazwyczaj mam w zwyczaju nie sięgnę jednak po żaden znany singiel.
Moją ulubioną płytą zawsze był Borrowed Heaven z 2004r. I to właśnie z tego albumu pochodzi Time Enough For Tears. Jest to ładna ballada i to taka dosyć nietypowa jak na The Corrs. A nietypowa dlatego, że nie ma tam skrzypiec. Przynajmniej w takim zakresie jak zazwyczaj u The Corrs. Raczej niewiele mają takich utworów w dorobku. Za to pierwsze skrzypce odgrywa tym razem pianino. Aranżacja na klasyczne żywe instrumenty, ładna nastrojowa melodia i ładny głos Andrei Corr. Przyjemna piosenka na jesienne popołudnia.
I jeszcze ciekawostka – jednym za współautorów utworu jest Bono.
https://www.youtube.com/watch?v=IOcJjFyh0kQ
Był czas, kiedy naprawdę miałem sporą zajawkę na ten zespół. Było to jeszcze w czasach, kiedy nie używałem lasta, więc tych zapewne setek, a może i tysięcy odsłuchów nie ma odzwierciedlenia w srobblach. Ale był to dla mnie bardzo ważny zespół. Teraz już nieco zapomniany, choć wciąż potrafiący fajnie umilić czas.
The Corrs to irlandzki „rodzinny” zespół. Rodzinny, bo w jego skład wchodzi czwórka rodzeństwa: trzy siostry i brat. Zespół gra muzykę pop/folk. Ich znakiem rozpoznawczym są oczywiście skrzypce. Mnóstwo skrzypiec w typowo irlandzkim stylu. Zespół nagrał sporo naprawdę dobrych przebojów. Ja jak zazwyczaj mam w zwyczaju nie sięgnę jednak po żaden znany singiel.
Moją ulubioną płytą zawsze był Borrowed Heaven z 2004r. I to właśnie z tego albumu pochodzi Time Enough For Tears. Jest to ładna ballada i to taka dosyć nietypowa jak na The Corrs. A nietypowa dlatego, że nie ma tam skrzypiec. Przynajmniej w takim zakresie jak zazwyczaj u The Corrs. Raczej niewiele mają takich utworów w dorobku. Za to pierwsze skrzypce odgrywa tym razem pianino. Aranżacja na klasyczne żywe instrumenty, ładna nastrojowa melodia i ładny głos Andrei Corr. Przyjemna piosenka na jesienne popołudnia.
I jeszcze ciekawostka – jednym za współautorów utworu jest Bono.
https://www.youtube.com/watch?v=IOcJjFyh0kQ
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
To ja wrzucę w czwartek, bo za dużo tych mobilizacyjnych postówstripped pisze:07 paź 2024 14:56No Panowie, tak Wam wczoraj było spieszno a żaden nie siadł do wrzuty jak co do czego, liczę na poprawę dzisiaj![]()
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Możesz w ogóle nie wrzucać, jak to taki problem
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Masz Seba kolejny argument za dyskusjami, tu wczuta instant nawet w najbardziej z dupy momentach to norma.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Jezu jaki meltdown od razu, myślałem że czekaliście niecierpliwie ale skoro tak to MNIE SIĘ NIE SPIESZY
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
MNIE TEŻ NIE
Nie wiem po co Musiała poganiałem
Nie wiem po co Musiała poganiałem
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Ja chcę być ostatni w tym rozdaniu, numer mi pasuje
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Wavestar - Voyager (1987)
Nadchodzi ten czas w roku, gdzie można bezwstydnie poić się berlinem. Znaczy powiedziałbym tak, gdybym nie słuchał go w dowolną pogodę. Miałem rzucić coś bardziej dedykowanego, ale trochę szkoda rzucać takie pół duble. Co innego kolejny odcinek z serii poważniejszego zanurzenia w świat efekciarskich solówek, sekwencji i kosmicznej atmosfery.
Pierwszą ligą typu Tangerine Dream, Klaus czy Jarre raczyłem się naprawdę często i gęsto. Jednocześnie nie miałem problemu z przyjęciem blisko serduszka projektów mniej popularnych wymagających czasem poważnych poszukiwań i głębokiego kopania. Daję wam o tym znać od samego początku bestki. Myślę, że to nie ulegnie zmianie nawet przy okazji następnej serii, w której już zamierzam sięgnąć wreszcie po duble. To była moja nisza. Dawała dużo emocji, inspirowała, bywała idealna jako dobra odcinka od otaczającej rzeczywistości. Do dziś nie przetrwało zbyt wiele śladów tamtego intensywnego kontaktu. Zapiski w zeszytach o średniej kondycji, bank muzyczny na dysku. Albo pamięć o konkretnych utworach, które w znacznie mniejszym stopniu, ale wciąż dają o sobie znać.
Tak jest z muzyką brytyjskiego duetu Wavestar. Dość anonimowe towarzystwo w 1983 roku zebrało się do wspólnego grania. Przez kilka lat koncertowali, wydawali nagrania. Wszystko utrzymane w stylistyce podobnej do tego co Mandarynki grały na Poland. John Dyson i David Ward-Hunt zostali w tym brzmieniu, trochę je rozwijali. Tego typu muzykę określam melodyjnym berlinem. Nie brakuje czysto ambientowych momentów, ale jednocześnie nie chodziło im o granie totalnego tła. Kordowicz pewnie by się nie skrzywił, gdyby i ich twórczość można było określić mianem rocka elektronicznego. Kulminacja tego wszystkiego znajduje się na Moonwind z 1987 roku.
Voyager otwiera płytę. Za pierwszym razem pewnie odleciałem najmocniej. Przez dwanaście minut stopniowo odrywamy się coraz dalej od powierzchni Ziemi, odlatujemy. Nawet to tło jest zagrane w charakterystyczny sposób, nie ma przypadku. Te kilka lat wstecz syntezatorowa kulminacja robiła na mnie spore wrażenie. Dzisiaj już ciarek nie miałem, ale to wciąż dobry utwór. Tylko zyskuje specyficznego uroku dzięki osadzeniu w dźwiękowych realiach sprzed ponad 30 lat. Wyjątkowo długi, lecz wciąż przyjemny temat filmowy. Jak ktoś lubi, umie się wczuć, zrozumie. Kolejną wrzutką daję do zrozumienia, że warto do muzyki podejść trochę inaczej.
https://www.youtube.com/watch?v=x6BadJqZbq0
Nadchodzi ten czas w roku, gdzie można bezwstydnie poić się berlinem. Znaczy powiedziałbym tak, gdybym nie słuchał go w dowolną pogodę. Miałem rzucić coś bardziej dedykowanego, ale trochę szkoda rzucać takie pół duble. Co innego kolejny odcinek z serii poważniejszego zanurzenia w świat efekciarskich solówek, sekwencji i kosmicznej atmosfery.
Pierwszą ligą typu Tangerine Dream, Klaus czy Jarre raczyłem się naprawdę często i gęsto. Jednocześnie nie miałem problemu z przyjęciem blisko serduszka projektów mniej popularnych wymagających czasem poważnych poszukiwań i głębokiego kopania. Daję wam o tym znać od samego początku bestki. Myślę, że to nie ulegnie zmianie nawet przy okazji następnej serii, w której już zamierzam sięgnąć wreszcie po duble. To była moja nisza. Dawała dużo emocji, inspirowała, bywała idealna jako dobra odcinka od otaczającej rzeczywistości. Do dziś nie przetrwało zbyt wiele śladów tamtego intensywnego kontaktu. Zapiski w zeszytach o średniej kondycji, bank muzyczny na dysku. Albo pamięć o konkretnych utworach, które w znacznie mniejszym stopniu, ale wciąż dają o sobie znać.
Tak jest z muzyką brytyjskiego duetu Wavestar. Dość anonimowe towarzystwo w 1983 roku zebrało się do wspólnego grania. Przez kilka lat koncertowali, wydawali nagrania. Wszystko utrzymane w stylistyce podobnej do tego co Mandarynki grały na Poland. John Dyson i David Ward-Hunt zostali w tym brzmieniu, trochę je rozwijali. Tego typu muzykę określam melodyjnym berlinem. Nie brakuje czysto ambientowych momentów, ale jednocześnie nie chodziło im o granie totalnego tła. Kordowicz pewnie by się nie skrzywił, gdyby i ich twórczość można było określić mianem rocka elektronicznego. Kulminacja tego wszystkiego znajduje się na Moonwind z 1987 roku.
Voyager otwiera płytę. Za pierwszym razem pewnie odleciałem najmocniej. Przez dwanaście minut stopniowo odrywamy się coraz dalej od powierzchni Ziemi, odlatujemy. Nawet to tło jest zagrane w charakterystyczny sposób, nie ma przypadku. Te kilka lat wstecz syntezatorowa kulminacja robiła na mnie spore wrażenie. Dzisiaj już ciarek nie miałem, ale to wciąż dobry utwór. Tylko zyskuje specyficznego uroku dzięki osadzeniu w dźwiękowych realiach sprzed ponad 30 lat. Wyjątkowo długi, lecz wciąż przyjemny temat filmowy. Jak ktoś lubi, umie się wczuć, zrozumie. Kolejną wrzutką daję do zrozumienia, że warto do muzyki podejść trochę inaczej.
https://www.youtube.com/watch?v=x6BadJqZbq0
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Fajnie, że Magik i spółka się przyjęli. Doceniam rozkminy Murzyna, jak i Munlupa, opinię shodana nt. wymiany GADACZY przyjmuję, opinię dragona jeszcze bardziej przyjmuję, a Dev mnie skonfudował, bo Trevor Horn to ostatnie nazwisko jakie by mi przyszło do głowy. Ale no ten
Desireless - Voyage Voyage
Tym razem znowu wrzucam kawałek, który już tu był pierdyliard lat temu, ale w zupełnie innym wykonaniu i liczę na to, że tym razem obędzie się bez podmianki. Aczkolwiek zaryzykuję stwierdzenie, że jest jakaś subtelna różnica między oryginałem a jakimś coverem ze składanki z muzyką stylizowaną na chorały gregoriańskie czy coś tam podobnego.
Opis będzie krótki i lakoniczny, bo źle się czuję i nie mam za grosz weny. W każdym razie wrzucam wam cholernie znany przebój, który pewnie możecie kojarzyć z tego, że w latach dwutysięcznych wykonywała go etatowa odwórczyni starych francuskich przebojów. Lub nie.
W każdym razie jest to jeden z tych hitów, które to normalni ludzie nazywają letniakami, ale ja ni cholery nie umiem go powiązać z konkretną porą roku. Ale za to umiem ulokować go w czasie - lata 2015-16, studenciakowianie i życie towarzyskie, które nijak nie wyglądało jak życie typowego studenciaka, bo mieszkałem na wsi i większość wolnego czasu spędzałem z bratem, jego ekipą w samochodzie marki Volkswagen Golf 2, w którym wyruszaliśmy w zakrapiane eskapady po okolicznych wsiach i miasteczkach, a towarzyszył nam pendrive, na zazwyczaj się znajdował soundtrack z hitami lat 80/90 ze stron typu polskie-mp3.tk.
I jakoś tak sobie z głupia zakodowałem, że jednym z tych bangerów, które wówczas regularnie leciały był ten kawałek, ale nie zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że to pamięć mi płata figla i ja sobie coś wkręciłem, a naprawdę to wcale tak nie było. Trudno, najwyraźniej nostalgia to tak potężna prukwa, że nawet taki przeciwnik mitologizowania przeszłości musi sobie "zaczarować" jakiś skrawek historii.
Zapraszam was na przejażdzkę do Racławic czy gdzie tam się bujaliśmy (tak, mieszkałem ćwierć wieku obok TYCH Racławic). Zapnijcie pasy, bo miśki ostatnio suszą oraz bierzcie i słuchajcie tego
https://www.youtube.com/watch?v=2KFtLUS_lb4
Desireless - Voyage Voyage
Tym razem znowu wrzucam kawałek, który już tu był pierdyliard lat temu, ale w zupełnie innym wykonaniu i liczę na to, że tym razem obędzie się bez podmianki. Aczkolwiek zaryzykuję stwierdzenie, że jest jakaś subtelna różnica między oryginałem a jakimś coverem ze składanki z muzyką stylizowaną na chorały gregoriańskie czy coś tam podobnego.
Opis będzie krótki i lakoniczny, bo źle się czuję i nie mam za grosz weny. W każdym razie wrzucam wam cholernie znany przebój, który pewnie możecie kojarzyć z tego, że w latach dwutysięcznych wykonywała go etatowa odwórczyni starych francuskich przebojów. Lub nie.
W każdym razie jest to jeden z tych hitów, które to normalni ludzie nazywają letniakami, ale ja ni cholery nie umiem go powiązać z konkretną porą roku. Ale za to umiem ulokować go w czasie - lata 2015-16, studenciakowianie i życie towarzyskie, które nijak nie wyglądało jak życie typowego studenciaka, bo mieszkałem na wsi i większość wolnego czasu spędzałem z bratem, jego ekipą w samochodzie marki Volkswagen Golf 2, w którym wyruszaliśmy w zakrapiane eskapady po okolicznych wsiach i miasteczkach, a towarzyszył nam pendrive, na zazwyczaj się znajdował soundtrack z hitami lat 80/90 ze stron typu polskie-mp3.tk.
I jakoś tak sobie z głupia zakodowałem, że jednym z tych bangerów, które wówczas regularnie leciały był ten kawałek, ale nie zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że to pamięć mi płata figla i ja sobie coś wkręciłem, a naprawdę to wcale tak nie było. Trudno, najwyraźniej nostalgia to tak potężna prukwa, że nawet taki przeciwnik mitologizowania przeszłości musi sobie "zaczarować" jakiś skrawek historii.
Zapraszam was na przejażdzkę do Racławic czy gdzie tam się bujaliśmy (tak, mieszkałem ćwierć wieku obok TYCH Racławic). Zapnijcie pasy, bo miśki ostatnio suszą oraz bierzcie i słuchajcie tego
https://www.youtube.com/watch?v=2KFtLUS_lb4
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
To już chyba wszyscy?
King of Woolworths - This Is Radio Theydon (2003)
Był Foxx, będzie Brooks. Ja wiem, że Brooks była już tutaj pod wieloma postaciami (The Advisory Circle, Georges Vert, Hintermass, coś jeszcze chyba nawet), ale ponieważ w ciągu trwania swojej kariery (która ciągle przecież trwa) używała chyba z 10 monikerów, mogę każdy z nich traktować jako osobnego wykonawcę, i nie zawaham się użyć tego handicapu.
Przed Państwem, PT Osoby Forumowe, jej pierwsza muzyczna inkarnacja, czyli King of Woolworths (nie Queen, bo to jeszcze za czasów deadname'u, przed tranzycją etc.). KoW to domorosłe downtempo z elementami fajnie zrealizowanego trip hopu, ciekawe bity i trafnie dobrane sample. Pierwszy krążek - z 2001 roku - jaki Brooks wydała pod tym szyldem, to było Ming Star. Mocno soundtrackowe, miało (wciąż ma lol) vibe krążka montowanego po godzinach pracy w studio przy użyciu dość ograniczonych środków, za to z głową pełną pomysłów. Follow up, album L'illustration Musicale z roku 2003, był już nieco inny. Bardziej rozbudowany, pieczołowiciej zrealizowany, widać (a raczej słychać, ale widać pewnie też), że w jego tworzenie włożono nieco więcej energii i - przede wszystkim - mocy przerobowych. Pojawiły się numery z wokalem, oczywiście od gości występujących u Brooks, ale nie brakło wyjątkowo nastrojowych instrumentali. Tak się składa, że L'illustration Musicale słucham właśnie w październiku, także moment jest wprost doskonały. Prognozy pogody zapowiadają słoneczny tydzień przed nami, co temu utworowi może jedynie pomóc, sami zresztą zobaczycie Rozpłyńcie się w tych dźwiękach, niech otuli Was kołderka z liści (najlepiej dostarczona przez kasztanowe ludziki), ostatnie promienie słoneczne ogrzeją mordy, takie tam. Co tu jest takiego, co może tworzyć tego typu nastrój? Przede wszystkim fenomenalnie brzmiące pianino, któremu towarzyszą elektroniczne (jak mniemam) smyki, a te z kolei podlano efektami sugerującymi lekko rozstrojone radio. Powolny bicik, nieskomplikowany bas, niby niewiele, a dla mnie absolutnie czysta przyjemność z odsłuchu. Oby dla Was również, zresztą celowo wrzucam ten kawałek jako ostatni, gdyż na oryginalnej trackliście domyka on płytę. Zabawnym zdaje się, jakby o tym pomyśleć, że już dwa lata później, w 2005 roku, ukazała się debiutancka epka The Advisory Circle z muzyką tak skrajnie odmienną od tego, co Brooks robiła raptem chwilę wcześniej... Szkoda, że nigdy nie przyszło jej do głowy wrócić do tego konkretnego projektu. No, ale nie można mieć wszystkiego. Niech chociaż będzie jesień!
Na marginesie, numer na YT ma tytuł This Is Radio Theydon 2, a to dlatego, że na małym EP wydanym w 2002 roku, numer ten już się raz pojawił, i brzmi... właściwie identycznie, ma tylko dodatkowe elektroniczne szumy na samym początku (tutaj wjeżdża samo pianino). Także nie traktuję tego jako drugiej wersji per se i nie odzwierciedlam w tytule wrzuty.
https://www.youtube.com/watch?v=nv0XRPpp2ng
King of Woolworths - This Is Radio Theydon (2003)
Był Foxx, będzie Brooks. Ja wiem, że Brooks była już tutaj pod wieloma postaciami (The Advisory Circle, Georges Vert, Hintermass, coś jeszcze chyba nawet), ale ponieważ w ciągu trwania swojej kariery (która ciągle przecież trwa) używała chyba z 10 monikerów, mogę każdy z nich traktować jako osobnego wykonawcę, i nie zawaham się użyć tego handicapu.
Przed Państwem, PT Osoby Forumowe, jej pierwsza muzyczna inkarnacja, czyli King of Woolworths (nie Queen, bo to jeszcze za czasów deadname'u, przed tranzycją etc.). KoW to domorosłe downtempo z elementami fajnie zrealizowanego trip hopu, ciekawe bity i trafnie dobrane sample. Pierwszy krążek - z 2001 roku - jaki Brooks wydała pod tym szyldem, to było Ming Star. Mocno soundtrackowe, miało (wciąż ma lol) vibe krążka montowanego po godzinach pracy w studio przy użyciu dość ograniczonych środków, za to z głową pełną pomysłów. Follow up, album L'illustration Musicale z roku 2003, był już nieco inny. Bardziej rozbudowany, pieczołowiciej zrealizowany, widać (a raczej słychać, ale widać pewnie też), że w jego tworzenie włożono nieco więcej energii i - przede wszystkim - mocy przerobowych. Pojawiły się numery z wokalem, oczywiście od gości występujących u Brooks, ale nie brakło wyjątkowo nastrojowych instrumentali. Tak się składa, że L'illustration Musicale słucham właśnie w październiku, także moment jest wprost doskonały. Prognozy pogody zapowiadają słoneczny tydzień przed nami, co temu utworowi może jedynie pomóc, sami zresztą zobaczycie Rozpłyńcie się w tych dźwiękach, niech otuli Was kołderka z liści (najlepiej dostarczona przez kasztanowe ludziki), ostatnie promienie słoneczne ogrzeją mordy, takie tam. Co tu jest takiego, co może tworzyć tego typu nastrój? Przede wszystkim fenomenalnie brzmiące pianino, któremu towarzyszą elektroniczne (jak mniemam) smyki, a te z kolei podlano efektami sugerującymi lekko rozstrojone radio. Powolny bicik, nieskomplikowany bas, niby niewiele, a dla mnie absolutnie czysta przyjemność z odsłuchu. Oby dla Was również, zresztą celowo wrzucam ten kawałek jako ostatni, gdyż na oryginalnej trackliście domyka on płytę. Zabawnym zdaje się, jakby o tym pomyśleć, że już dwa lata później, w 2005 roku, ukazała się debiutancka epka The Advisory Circle z muzyką tak skrajnie odmienną od tego, co Brooks robiła raptem chwilę wcześniej... Szkoda, że nigdy nie przyszło jej do głowy wrócić do tego konkretnego projektu. No, ale nie można mieć wszystkiego. Niech chociaż będzie jesień!
Na marginesie, numer na YT ma tytuł This Is Radio Theydon 2, a to dlatego, że na małym EP wydanym w 2002 roku, numer ten już się raz pojawił, i brzmi... właściwie identycznie, ma tylko dodatkowe elektroniczne szumy na samym początku (tutaj wjeżdża samo pianino). Także nie traktuję tego jako drugiej wersji per se i nie odzwierciedlam w tytule wrzuty.
https://www.youtube.com/watch?v=nv0XRPpp2ng
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup