Best of Forum II
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Re: Best of Forum II
Hien wrzucający bezbarwny skowyt. Tego jeszcze nie było. 
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Czez się dalej mści za Polke Dziadek, podobnie jak Mentos się mści za poprzednią wrzutę. Dobra, nie ważne xD
Jak coś to możemy już lecieć z następną kolejką, jej tempo będzie decydowało o tym, czy pewien numer wrzucę czy nie xtrololo
Jak coś to możemy już lecieć z następną kolejką, jej tempo będzie decydowało o tym, czy pewien numer wrzucę czy nie xtrololo
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Czez
- Posty: 9728
- Rejestracja: 22 lut 2009 00:43
- Ulubiony utwór: Cala masa
- Lokalizacja: Glasgow
O jakim mszczeniu Ty opowiadasz 
Enjoy The Silence
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Mściwym xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Czez
- Posty: 9728
- Rejestracja: 22 lut 2009 00:43
- Ulubiony utwór: Cala masa
- Lokalizacja: Glasgow
Oj synu, synu...
No to jedziemy dalej z tym koksem:
Nirvana - Smells Like Teen Spirit
No i teraz mowie Wam szach. Ta piosenka Nirvany jest zawsze mile u mnie widziana. Bezapelacyjnie jeden z najbardziej kultowych i rozpoznawalnych rifow gitarowych w historii muzyki. Ba, to jeden z pierwszych, jesli nie wogole pierwszy riff jaki nauczylem sie grac na gitarze. Myslicie ze Chez to tylko DM lub jakis pop czy folklor? Otoz niekoniecznie. Nirvana umiala we fajna muzyke, a to ich chyba najwiekszy przeboj. U mnie moze grac zawsze i sie nie pogniewam
https://youtu.be/hTWKbfoikeg
No to jedziemy dalej z tym koksem:
Nirvana - Smells Like Teen Spirit
No i teraz mowie Wam szach. Ta piosenka Nirvany jest zawsze mile u mnie widziana. Bezapelacyjnie jeden z najbardziej kultowych i rozpoznawalnych rifow gitarowych w historii muzyki. Ba, to jeden z pierwszych, jesli nie wogole pierwszy riff jaki nauczylem sie grac na gitarze. Myslicie ze Chez to tylko DM lub jakis pop czy folklor? Otoz niekoniecznie. Nirvana umiala we fajna muzyke, a to ich chyba najwiekszy przeboj. U mnie moze grac zawsze i sie nie pogniewam
https://youtu.be/hTWKbfoikeg
Enjoy The Silence
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Nie sądzę, żeby ktoś się mścił. Mam nadzieję, że nikt tak nie robi, bo to by była zwyczajna dziecinada.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Coldplay - Violet Hill
(2008)
No dobra, ruszam dalej z moją nieromantyczną opowiastką jak to dalej było z tą moją kumpelą do której mi serducho zabiło przed laty.
Historia moja związana z tym numerem Coldplay zaczęła się dokładnie w dniu mojego wyjazdu do Londynu latem 2008 roku (a więc jeszcze chwilę przed tym jak przyznałem się przed samym sobą co właściwie czuję). Tamtego dnia będąc już spakowany czekałem w domu już tylko na transport do Łodzi na lotnisko a przedtem właśnie na moją przyjaciółkę która miała przyjść się jeszcze pożegnać przed moim wylotem. Siedziałem więc w pokoju oglądając jakaś muzyczną tv kiedy wjechał nowy wówczas klip Coldplay do utworu Violet Hill promującego ich nowy album. I numer ten trafił na podatny grunt bo naładowany był jak dla mnie taką dawką burzliwych emocji, prezentował melancholię wymieszaną z całą tą burzą która mi się wtedy w serduchu toczyła (w tej roli gitarowa solówka którą bardzo lubię). Kawałek z miejsca mi się spodobał i później po przybyciu do UK zassałem z neta najnowsze dzieło Coldplay i zasłuchiwałem się w tym numerze nieraz, prawdopodobnie też podczas długich samotnych spacerów po pobliskim parku. I tu dwie rzeczy które najbardziej wiązały jeszcze mi ten numer z moją sytuacją wtedy, pierwsza - numer nazywa się Violet Hill a ja wówczas mieszkałem w dzielnicy Dollis Hill w Londynie i po owym wzgórzu spacerowałem w pobliskim parku więc o ile Chris Martin śpiewał "I took my love to Violet Hill" tak ja zabrałem swoje uczucie ze sobą na Dollis Hill. Tu zabawna sprawa, bo kompletnie nie miałem o tym pojęcia a doczytałem to teraz że owe Violet Hill to tak naprawdę nazwa ulicy... w Londynie xD znajduje się niedaleko Abbey Road (na której nawet byłem tamtego lata, szkoda że nie widziałem że byłem tak blisko tego miejsca z piosenki). Tak czy siak numer ten i bez mojej historii powiązany jest z Londynem jak widać
druga rzecz z tekstu to prośba którą wyśpiewuje pod koniec wokalista czyli "if you love me, won't you let me know?", bo w sumie jedyne o czym myślałem wtedy przez bite dwa miesiące odliczając dni do powrotu to odpowiedź na pytanie czy moja przyjaciółka czuje też coś do mnie.
Taka to historia tego numeru który towarzyszył mi w najdłuższe wakacje życia (nie, nie w sensie dosłownym, po prostu żadne mi się tak bardzo nie dłużyły jak te). Błąkałem się samotnie po parku i wzdychałem głośno cierpiąc katusze jak Werter, odliczając dni do powrotu i momentu kiedy wszystko wyjdzie na jaw i okaże się co dalej z tym fantem.
C.D.N.
https://youtu.be/IakDItZ7f7Q
(2008)
No dobra, ruszam dalej z moją nieromantyczną opowiastką jak to dalej było z tą moją kumpelą do której mi serducho zabiło przed laty.
Historia moja związana z tym numerem Coldplay zaczęła się dokładnie w dniu mojego wyjazdu do Londynu latem 2008 roku (a więc jeszcze chwilę przed tym jak przyznałem się przed samym sobą co właściwie czuję). Tamtego dnia będąc już spakowany czekałem w domu już tylko na transport do Łodzi na lotnisko a przedtem właśnie na moją przyjaciółkę która miała przyjść się jeszcze pożegnać przed moim wylotem. Siedziałem więc w pokoju oglądając jakaś muzyczną tv kiedy wjechał nowy wówczas klip Coldplay do utworu Violet Hill promującego ich nowy album. I numer ten trafił na podatny grunt bo naładowany był jak dla mnie taką dawką burzliwych emocji, prezentował melancholię wymieszaną z całą tą burzą która mi się wtedy w serduchu toczyła (w tej roli gitarowa solówka którą bardzo lubię). Kawałek z miejsca mi się spodobał i później po przybyciu do UK zassałem z neta najnowsze dzieło Coldplay i zasłuchiwałem się w tym numerze nieraz, prawdopodobnie też podczas długich samotnych spacerów po pobliskim parku. I tu dwie rzeczy które najbardziej wiązały jeszcze mi ten numer z moją sytuacją wtedy, pierwsza - numer nazywa się Violet Hill a ja wówczas mieszkałem w dzielnicy Dollis Hill w Londynie i po owym wzgórzu spacerowałem w pobliskim parku więc o ile Chris Martin śpiewał "I took my love to Violet Hill" tak ja zabrałem swoje uczucie ze sobą na Dollis Hill. Tu zabawna sprawa, bo kompletnie nie miałem o tym pojęcia a doczytałem to teraz że owe Violet Hill to tak naprawdę nazwa ulicy... w Londynie xD znajduje się niedaleko Abbey Road (na której nawet byłem tamtego lata, szkoda że nie widziałem że byłem tak blisko tego miejsca z piosenki). Tak czy siak numer ten i bez mojej historii powiązany jest z Londynem jak widać
Taka to historia tego numeru który towarzyszył mi w najdłuższe wakacje życia (nie, nie w sensie dosłownym, po prostu żadne mi się tak bardzo nie dłużyły jak te). Błąkałem się samotnie po parku i wzdychałem głośno cierpiąc katusze jak Werter, odliczając dni do powrotu i momentu kiedy wszystko wyjdzie na jaw i okaże się co dalej z tym fantem.
C.D.N.
https://youtu.be/IakDItZ7f7Q
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Czez
- Posty: 9728
- Rejestracja: 22 lut 2009 00:43
- Ulubiony utwór: Cala masa
- Lokalizacja: Glasgow
Otoz toshodan pisze:19 sie 2022 10:53Nie sądzę, żeby ktoś się mścił. Mam nadzieję, że nikt tak nie robi, bo to by była zwyczajna dziecinada.
Enjoy The Silence
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
JEZUUUU, CZY JA NAPRAWDĘ MUSZE UŻYWAĆ WIĘCEJ EMOTEK XDDDDDD LUDZIE OGARNIJCIE SIĘshodan pisze:19 sie 2022 10:53Nie sądzę, żeby ktoś się mścił. Mam nadzieję, że nikt tak nie robi, bo to by była zwyczajna dziecinada.
Wyobraziłem sobie jak Czez to mówi w ten sposób
https://www.youtube.com/watch?v=z8RkR4rd7dM
Grapetooth – Violent
Zeszłoroczne wakacje były koszmarnie bogate w dla mnie wybitne znaleziska. Ten kawałek, razem „Best Drugs” i kilkoma innymi, usłyszałem w filmie „I Used To Go Here” i to był jeden z moich przebojów lipca i sierpnia. Nie lubię takich porównań w stylu „gdyby zespół A i zespół B miał dziecko, to by wyszło C”, ale tutaj to się trochę samo nasuwa, bo gdyby New Order i King Krule mieli dziecko przez surogatkę MGMT, to wypluli by „Violent”. I aż żałuję, że nie chadzam już na studenckie imprezy, bo bym to tam pewnie leciało w kółko.
Grapetooth to side-project Claya Frankela z Twin Peaks (zespołu, nie serialu) i Chrisa Bailoni. Nie jest to poziom hipsterstwa na poziomie Feasleya, bo o tych gościach można znaleźć sporo info w necie i mają oni na koncie jakieś osiągnięcia. Również są reprezentantami sceny Chicago. Cały debiutancki album to jest bardzo konkretny sztos i być może uda mi się go wrzucić do bestki albumów, chociaż pewnie dopiero za rok od teraz zwolni się slot.
„Violent” wprowadza mnie w jakaś taką fajną, lekko głupawą euforię, a jednocześnie stanowi przypominajkę, że to już nie te lata i te chwilowe zrywy szaleństwa, to cień czasów kiedy miało się 20 lat. Są takie kawałki, które sprawiają, że ma się ochotę wstać i robić coś kreatywnego. Uważam, że takich piosenek w życiu trzeba mieć jak najwięcej.
https://www.youtube.com/watch?v=rQUNX40jO9A
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Ot krzykliwy się zrobił. Chyba szef go zje*ał przy piątku.Hien pisze:19 sie 2022 11:02JEZUUUU, CZY JA NAPRAWDĘ MUSZE UŻYWAĆ WIĘCEJ EMOTEK XDDDDDD LUDZIE OGARNIJCIE SIĘ
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Macie poczucie humoru na poziomie mrówek
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Ja w ramach zemsty za szydere ze mnie nakręcę kontynuację świata według kiepskich z akcją osadzoną w Łodzi oraz Pabianicach
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Biorę postać zbliżoną do Jolanty Pupymintaj pisze:19 sie 2022 12:10Ja w ramach zemsty za szydere ze mnie nakręcę kontynuację świata według kiepskich z akcją osadzoną w Łodzi oraz Pabianicach
Nie dość, że pomieszali kolejność to jeszcze poprzeciągali utwory i poza pierwszymi wydaniami cały pomysł na płytę wygląda idiotycznie. Taki urok streamingów i reedycji
Czytając tę humorystyczną nitkę już nie wiem kto się bardziej zgrywa - Czez, shodan czy Hien. Takie jajca
Ładnie to GC się rozeszło po ludziach, wydawało mi się, że nie miałem go wpisanego wcześniej, ale po prostu nieuważnie patrzyłem... pewna wrzutka, której za żadne skarby bym nie wyrzucił. Zaraz pojawi się kolejna, muszę tylko jeszcze na szybko coś do niej wymyślić.
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Jedziemy!
6. Lupe Fiasco - Superstar [feat. Matthew Santos] (rok wydania 2007, rok pierwszego odsłuchu 2008)
https://www.youtube.com/watch?v=glwhxRF ... neEarnings
Łapcie coś nieoczywistego ode mnie. A może wcale nie? Wiem, że moim trademarkiem są ejtisy, ale jednak potrafię czasem dowalić do pieca czymś skrajnie innym, takim jak ten hip hop prosto z Illinois. Album, z którego pochodzi ów singiel, wydany został w grudniu 2007, ale wówczas nie miałem szans się o nim dowiedzieć (nie miałem też za bardzo od kogo tbh). Na utwór, który tu wrzucam, będący zarazem pierwszym z tegoż albumu singlem, natknąłem się oczywiście przypadkiem. Kiedy? We wrześniu 2008. Przebywałem wówczas ze swoją partnerką z tamtego okresu na wyjeździe wakacyjnym w Szklarskiej Porębie. Taki wyjazd na sam koniec najdłuższych wakacji ever, tuż przed początkiem studiów. Mieliśmy dostępną nowiutką kwaterę w pensjonacie, w którym była masa braków wykończeniowych, gdyż postanowiono go otworzyć w środku sezonu przed końcem prac by już trochę zarobić. W pokoju trafił nam się telewizor, który oglądaliśmy wieczorami. Właściwie to trochę słowo na wyrost - "oglądaliśmy" - gdyż głównie leciały kanały muzyczne. O mojej muzycznej drodze już wiecie to i owo, więc nie będę pisał w kółko tego samego. Powiem jednak, że siłą rzeczy, przez swoich zgierskich "znajomych", obok ambientu, elektroniki, ejtisów i różnych obskjurów w stylu WoV miałem świadomość, czego słucha "tłuszcza eskowa", bo taka właśnie muza ciągle u nich grała, czy to w samochodach czy w domach. Parę nut wpadło mi zresztą w ucho, skłamałbym, gdybym powiedział inaczej, do niektórych do dziś wracam z jakąś tam nostalgią. Moja ówczesna partnerka, mimo bycia pancurem i fanką Kultu, też czasem lubiła słuchać Eski (częściej jednak Eski Rock, którą i mnie zaraziła, a potem ojciec mojej kumpeli pracujący dla pewnego Ważnego Potentata Medialnego zdecydował o zamknięciu nadawania poza Warszawą), dlatego też miałem raz, że pewną kontynuację wcześniejszej linii muzycznej (nazwijmy ją mimowolną), a dwa, na rzeczonym wyjeździe TV serwowało nam przede wszystkim VIVĘ. A na VIVIE same cuda roku 2008. Infinity 2008, Rise Up, Angels, Crazy Loop no i oczywiście to. Właściwie te wymienione przeze mnie numery leciały w pętli xD Każdy z nich jakoś zapadł mi w pamięć i mam na nie nawet dedykowaną playlistę. Ale tylko Lupe Fiasco skłonił mnie do dalszych eksploracji. (EDIT: Tamtego wyjazdu również poznałem kompilacje RAM cafe)
Wczesnym latem 2008 powoli wychodziłem z ejtisowego zapadliska, w jakim trwałem ostatnie prawie 4 lata (były jaskółki zmian wcześniej, ale nie aż tak wyraźne). Pierwszym krokiem było zassanie sobie bestki Radiohead (która akurat miała premierę), a więc zespołu, którym chwilę wcześniej gardziłem. I nagle się okazało, że ten pasztet jest zaje*isty. Dawałem szansę coraz to bardziej innym (od mojego dotychczasowego wyboru) rzeczom, aż przez Yorke'a, Marillion i The Cinematic Orchestra na pełnej dotarłem do odświeżania sobie klasyki polskiego rapu. To mogło mnie odpowiednio nastroić. Plus hip hop zaserwowany w tym konkretnym singlu Fiasco ma w sobie coś popowego, prawdopodobnie dzięki udziałowi Matthiew Santosa, który jest rock-pop-folkowym piosenkarzem ze Stanów, a w wystrzeleniu jego kariery (ograniczonej jednak do US of fookin' A) pomógł sam Fiasco. Utwór zgrabnie eksploatuje celebryckie FOMO, którego efektem może być całkowite zapomnienie przez "publiczność" i przepadek popularności, co zresztą często następuje i czasem pcha ludzi do absurdalnych rozwiązań, byleby tylko wrócić na nagłówki bulwarówek (parę casusów w Polsce by się znalazło). Melodyjny refren połączony z dość łagodnym - jak na rap - głosem Fiasco daje naprawdę świetne połączenie. Przez lata wracałem tylko do tego numeru, aż jakoś w 2011 albo 12 roku (ale chyba 11) zassałem cały album. Przesłuchałem go parę razy, i stwierdziłem, że to jest naprawdę dobra muzyka, choć niby nie z mojej stajni. Dodam tutaj, że sam Santos towarzyszy wokalnie głównemu artyście jeszcze na kilku utworach z płyty, nie ma to jednak negatywnego wpływu na jej nieco mroczny charakter - wręcz przeciwnie (choć nie jest to tak mroczne - a wciąż mówię o rapie - co zamierzam Wam za jakiś czas zaserwować w albumowej), doskonale go podbija. The Cool to raptem druga płyta Fiasco, potem ukazało się jeszcze 5 (ERRATA: Fiasco wydał nową płytę jakoś niedawno), choć przyznam, że niczego więcej (poza jednym numerem z jego pierwszego krążka, na którym też śpiewa Santos) od niego nie słuchałem. A teraz pomyślałem, że chyba warto. Dodam jeszcze, że z niezrozumiałych dla mnie powodów na miniaturce wideo, które wrzucam, jest okładka... pierwszego albumu, a nie The Cool. No ale numer ważny. Świetny bit, klawisze w tle, produkcja, Fiasco ma naprawdę dobrą nawijkę, sam tekst kupił mnie właściwie od razu (ostatnia zwrotka składa się wprost przecudownie), to jest zdecydowanie coś, co umieszczam w swojej prywatnej bestce. A teraz publicznej. Słuchać!
6. Lupe Fiasco - Superstar [feat. Matthew Santos] (rok wydania 2007, rok pierwszego odsłuchu 2008)
https://www.youtube.com/watch?v=glwhxRF ... neEarnings
Łapcie coś nieoczywistego ode mnie. A może wcale nie? Wiem, że moim trademarkiem są ejtisy, ale jednak potrafię czasem dowalić do pieca czymś skrajnie innym, takim jak ten hip hop prosto z Illinois. Album, z którego pochodzi ów singiel, wydany został w grudniu 2007, ale wówczas nie miałem szans się o nim dowiedzieć (nie miałem też za bardzo od kogo tbh). Na utwór, który tu wrzucam, będący zarazem pierwszym z tegoż albumu singlem, natknąłem się oczywiście przypadkiem. Kiedy? We wrześniu 2008. Przebywałem wówczas ze swoją partnerką z tamtego okresu na wyjeździe wakacyjnym w Szklarskiej Porębie. Taki wyjazd na sam koniec najdłuższych wakacji ever, tuż przed początkiem studiów. Mieliśmy dostępną nowiutką kwaterę w pensjonacie, w którym była masa braków wykończeniowych, gdyż postanowiono go otworzyć w środku sezonu przed końcem prac by już trochę zarobić. W pokoju trafił nam się telewizor, który oglądaliśmy wieczorami. Właściwie to trochę słowo na wyrost - "oglądaliśmy" - gdyż głównie leciały kanały muzyczne. O mojej muzycznej drodze już wiecie to i owo, więc nie będę pisał w kółko tego samego. Powiem jednak, że siłą rzeczy, przez swoich zgierskich "znajomych", obok ambientu, elektroniki, ejtisów i różnych obskjurów w stylu WoV miałem świadomość, czego słucha "tłuszcza eskowa", bo taka właśnie muza ciągle u nich grała, czy to w samochodach czy w domach. Parę nut wpadło mi zresztą w ucho, skłamałbym, gdybym powiedział inaczej, do niektórych do dziś wracam z jakąś tam nostalgią. Moja ówczesna partnerka, mimo bycia pancurem i fanką Kultu, też czasem lubiła słuchać Eski (częściej jednak Eski Rock, którą i mnie zaraziła, a potem ojciec mojej kumpeli pracujący dla pewnego Ważnego Potentata Medialnego zdecydował o zamknięciu nadawania poza Warszawą), dlatego też miałem raz, że pewną kontynuację wcześniejszej linii muzycznej (nazwijmy ją mimowolną), a dwa, na rzeczonym wyjeździe TV serwowało nam przede wszystkim VIVĘ. A na VIVIE same cuda roku 2008. Infinity 2008, Rise Up, Angels, Crazy Loop no i oczywiście to. Właściwie te wymienione przeze mnie numery leciały w pętli xD Każdy z nich jakoś zapadł mi w pamięć i mam na nie nawet dedykowaną playlistę. Ale tylko Lupe Fiasco skłonił mnie do dalszych eksploracji. (EDIT: Tamtego wyjazdu również poznałem kompilacje RAM cafe)
Wczesnym latem 2008 powoli wychodziłem z ejtisowego zapadliska, w jakim trwałem ostatnie prawie 4 lata (były jaskółki zmian wcześniej, ale nie aż tak wyraźne). Pierwszym krokiem było zassanie sobie bestki Radiohead (która akurat miała premierę), a więc zespołu, którym chwilę wcześniej gardziłem. I nagle się okazało, że ten pasztet jest zaje*isty. Dawałem szansę coraz to bardziej innym (od mojego dotychczasowego wyboru) rzeczom, aż przez Yorke'a, Marillion i The Cinematic Orchestra na pełnej dotarłem do odświeżania sobie klasyki polskiego rapu. To mogło mnie odpowiednio nastroić. Plus hip hop zaserwowany w tym konkretnym singlu Fiasco ma w sobie coś popowego, prawdopodobnie dzięki udziałowi Matthiew Santosa, który jest rock-pop-folkowym piosenkarzem ze Stanów, a w wystrzeleniu jego kariery (ograniczonej jednak do US of fookin' A) pomógł sam Fiasco. Utwór zgrabnie eksploatuje celebryckie FOMO, którego efektem może być całkowite zapomnienie przez "publiczność" i przepadek popularności, co zresztą często następuje i czasem pcha ludzi do absurdalnych rozwiązań, byleby tylko wrócić na nagłówki bulwarówek (parę casusów w Polsce by się znalazło). Melodyjny refren połączony z dość łagodnym - jak na rap - głosem Fiasco daje naprawdę świetne połączenie. Przez lata wracałem tylko do tego numeru, aż jakoś w 2011 albo 12 roku (ale chyba 11) zassałem cały album. Przesłuchałem go parę razy, i stwierdziłem, że to jest naprawdę dobra muzyka, choć niby nie z mojej stajni. Dodam tutaj, że sam Santos towarzyszy wokalnie głównemu artyście jeszcze na kilku utworach z płyty, nie ma to jednak negatywnego wpływu na jej nieco mroczny charakter - wręcz przeciwnie (choć nie jest to tak mroczne - a wciąż mówię o rapie - co zamierzam Wam za jakiś czas zaserwować w albumowej), doskonale go podbija. The Cool to raptem druga płyta Fiasco, potem ukazało się jeszcze 5 (ERRATA: Fiasco wydał nową płytę jakoś niedawno), choć przyznam, że niczego więcej (poza jednym numerem z jego pierwszego krążka, na którym też śpiewa Santos) od niego nie słuchałem. A teraz pomyślałem, że chyba warto. Dodam jeszcze, że z niezrozumiałych dla mnie powodów na miniaturce wideo, które wrzucam, jest okładka... pierwszego albumu, a nie The Cool. No ale numer ważny. Świetny bit, klawisze w tle, produkcja, Fiasco ma naprawdę dobrą nawijkę, sam tekst kupił mnie właściwie od razu (ostatnia zwrotka składa się wprost przecudownie), to jest zdecydowanie coś, co umieszczam w swojej prywatnej bestce. A teraz publicznej. Słuchać!
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
New Order - Touched by the Hand of God
Jak już jesteśmy po wrzutce Hiena w New Orderowych klimatach, to ja dołączę do nich, bo New Order i tak miał się tu pojawić.
Zespół poznałem w technikum dzięki kolegom, gdyż zespół ten był w tamtych latach niezwykle popularny. Często spotykaliśmy się u tego czy tamtego kolegi dysponującego jakimś przyzwoitym sprzętem typu mini wieża, żeby posłuchać właśnie takiej muzyki jak New Order czy DM.
Zespół zaskoczył u mnie właściwie natychmiastowo. Lubiłem strasznie głos Sumnera, ale najbardziej zawsze jarała mnie bardzo charakterystyczna gitara basowa Hooka. Chłopaki mieli też spory talent do pisania bardzo dobrych i chwytliwych piosenek.
Właściwie nie ma co się tu wielce rozpisywać, bo pewnie każdy, albo prawie każdy New Order zna. Na początku w odniesieniu do NO myślałem o Blue Monday. Stripped mi to jednak podwędził, ale nie ma problemu, bo ten zespół ma co najmniej kilkanaście utworów, które z powodzeniem mógłbym tu wstawić na równych prawach.
https://www.youtube.com/watch?v=pYVvMddQUYc
Jak już jesteśmy po wrzutce Hiena w New Orderowych klimatach, to ja dołączę do nich, bo New Order i tak miał się tu pojawić.
Zespół poznałem w technikum dzięki kolegom, gdyż zespół ten był w tamtych latach niezwykle popularny. Często spotykaliśmy się u tego czy tamtego kolegi dysponującego jakimś przyzwoitym sprzętem typu mini wieża, żeby posłuchać właśnie takiej muzyki jak New Order czy DM.
Zespół zaskoczył u mnie właściwie natychmiastowo. Lubiłem strasznie głos Sumnera, ale najbardziej zawsze jarała mnie bardzo charakterystyczna gitara basowa Hooka. Chłopaki mieli też spory talent do pisania bardzo dobrych i chwytliwych piosenek.
Właściwie nie ma co się tu wielce rozpisywać, bo pewnie każdy, albo prawie każdy New Order zna. Na początku w odniesieniu do NO myślałem o Blue Monday. Stripped mi to jednak podwędził, ale nie ma problemu, bo ten zespół ma co najmniej kilkanaście utworów, które z powodzeniem mógłbym tu wstawić na równych prawach.
https://www.youtube.com/watch?v=pYVvMddQUYc
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Totalnie cię widziałem w tej roliDragon pisze:Biorę postać zbliżoną do Jolanty Pupy
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Japan - My New Career
Wracamy do Latającego Cyrku Davida Sylviana. Nie wiem, albo to była jakaś rekomendacja albo ta cudna okładka Gentlemen Take Polaroids gdzieś rzuciła mi się w oczy, czegoś w stylu pierwszego doświadczenia z Japan nie pamiętam. Pamiętam z kolei jedną z audycji Kordowicza, kiedy parę lat temu miał godzinkę we wtorki po 22:00 w Trójce i puścił Darshan w jakimś remiksie. Kawałek nagrany z Frippem to najstarsze wspomnienie przychodzące mi do głowy w związku z głównym bohaterem tej wrzuty. Poza rewelacyjnym wizerunkiem Japan miało też znakomite płyty. To w ogóle był ciekawy czas na granie takiej muzyki. To bardzo drobiazgowo skonstruowany pop, nie ma zbyt lekkich aranżacji, a jednocześnie wszyte są w nim naprawdę potężne melodie. Muszę kiedyś zrobić poważny powrót do całej dyskografii Japan, bo dawno temu zrobiłem obchód po ich trzech ostatnich płytach i choć to ich najlepsze dokonania to pewnie i te pierwsze można bez napinki sprawdzić. RYM mi podpowiada, że GTP znam przynajmniej od pięciu lat.
Od zawsze najważniejsze były tytułowy numer ze wspomnianej płyty i Swing, ale któregoś przyjemnego dnia wróciłem do reszty i znalazłem coś, do czego mogę wracać częściej bez wprowadzania się w odpowiedni nastrój. Przytoczona dwójka jest dość długa, mają rozlazłe intro/outro, a My New Career to konkretny, ale bardzo efektowny (refrenik!) strzał. Zawiera się tutaj wszystko to, co w tamtym czasie wychodziło najlepiej. Dobrze brzmiące syntezatory, mieszana perkusja, zabójczo wciągający wokal. Nie ma co zamulać, dlatego zapraszam na tego bangerka.
https://www.youtube.com/watch?v=Z-CSaUXsoos
Wracamy do Latającego Cyrku Davida Sylviana. Nie wiem, albo to była jakaś rekomendacja albo ta cudna okładka Gentlemen Take Polaroids gdzieś rzuciła mi się w oczy, czegoś w stylu pierwszego doświadczenia z Japan nie pamiętam. Pamiętam z kolei jedną z audycji Kordowicza, kiedy parę lat temu miał godzinkę we wtorki po 22:00 w Trójce i puścił Darshan w jakimś remiksie. Kawałek nagrany z Frippem to najstarsze wspomnienie przychodzące mi do głowy w związku z głównym bohaterem tej wrzuty. Poza rewelacyjnym wizerunkiem Japan miało też znakomite płyty. To w ogóle był ciekawy czas na granie takiej muzyki. To bardzo drobiazgowo skonstruowany pop, nie ma zbyt lekkich aranżacji, a jednocześnie wszyte są w nim naprawdę potężne melodie. Muszę kiedyś zrobić poważny powrót do całej dyskografii Japan, bo dawno temu zrobiłem obchód po ich trzech ostatnich płytach i choć to ich najlepsze dokonania to pewnie i te pierwsze można bez napinki sprawdzić. RYM mi podpowiada, że GTP znam przynajmniej od pięciu lat.
Od zawsze najważniejsze były tytułowy numer ze wspomnianej płyty i Swing, ale któregoś przyjemnego dnia wróciłem do reszty i znalazłem coś, do czego mogę wracać częściej bez wprowadzania się w odpowiedni nastrój. Przytoczona dwójka jest dość długa, mają rozlazłe intro/outro, a My New Career to konkretny, ale bardzo efektowny (refrenik!) strzał. Zawiera się tutaj wszystko to, co w tamtym czasie wychodziło najlepiej. Dobrze brzmiące syntezatory, mieszana perkusja, zabójczo wciągający wokal. Nie ma co zamulać, dlatego zapraszam na tego bangerka.
https://www.youtube.com/watch?v=Z-CSaUXsoos
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Dajesz talerz Mentos
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Queen - Death On Two Legs (Dedicated To...)
Czas na wrzutę, którą - nie mam żadnych nadziei - tym razem was na PEWNO zaskoczę. Nie tylko zespołu, który całkiem lubię, ale i jeszcze utwór, który nie jest ogranym hiciorem na skalę Enjoy'a. Welp, akurat największe hity tego konkretnego zespołu zostały zarżnięte do oporu dobrych parę dekad temu, więc sory no, takie Łyły rakju to rzecz tak oklepana i tak zmaltretowana przez popkulturę, że chyba już wolałbym sobie Polki Dziadek posłuchać.
W tym akapicie chciałem bardzo płynnie przejść do tej części, w której w krótki i zwięzły sposób zcharakteryzuję ten zespół oraz napiszę parę zdań na jego temat ALE, prostytutka, KAMAN XD Każdy zna ten zespół, każdy o nim słyszał, każdy wie, że Fredi Merkury był gejem, ale się nie obnosił oraz że umarł na HIV. Trzeba chyba żyć w jaskini platońskiej by o nim nie słyszeć. Tutaj zaś powinna być ta część, w której opiszę swoją osobistą relację z zespołem. Jeśli wyłączyć jakieś rzeczy typu słyszenie wybranych piosenek w radio, to tak świadomie moja przygoda z Queen zaczęła się w roku 2010. Czas beztroski, czas kończenia edukacji, czas w którym w zasadzie wychodziłem z dupy i zacząłem słuchać czegokolwiek. A wiecie, akurat to był ten okres w dziejach internetu, kiedy to nie przystało słuchać jakiegoś obrzydliwego popu, bo to był syf dla małolat z MTV oraz szatan Bieber, tylko za ostoję dobrego gustu uchodziły STARE, DOBRE ROCKOWE zespoły, no i ten no tak się złożyło, że Queen był jednym z nich. Jak se o tym wszystkim pomyślę to mnie nawet pusty śmiech nie chce brać. xD
No w każdym razie... heh, SŁUCHAŁO SIĘ, bo jakże to by było inaczej. Ba, w sumie nawet gdzieś późną wiosną/latem 2010 roku kupiłem drugą część składanki Greatest Hits na Hali Targowej w Krakowie. Czemu akurat drugą? Nie wiem, pewnie nie było pierwszej, ale chyba najwyraźniej ten zespół musiał mi się jakoś podobać, skoro wybrałem akurat tę składankę, a nie np. jakieś Guns and Roses czy coś. xd Generalnie to tak w okolicach klasy maturalnej ten zespół przewijał się u mnie dość często na głośnikach/słuchawkach. Nawet pamiętam, że przez jakiś czas udzielałem się na jego forum, ale dość krótko i mało intensywnie, bo raz że byłem debilem, dwa - nie polubiła mnie tamtejsza wierchuszka, trzy - siedzieli tam psychofani Marillion. Tak, prostytutka, na forum Queen siedzieli fani późnego Marillion i zachwycali się tym zespołem na każdym kroku. Neoprogowcy są jak jakaś egzema, rozłażą się wszędzie. Aczkolwiek po latach, w zupełnie innej części internetu, poznałem jednego z użytkowników tegoż miejsca i się kumplujemy, nawet spotkaliśmy się na ostatnim Offie i w ogóle ten no miło było.
Średnio płynnie przejdę do sekcji poświęconej albumowi oraz utworowi. Generalnie to w ostatniej chwili żem wrzutę zmienił, bo chciałem rzucić jednym niedocenianym klasykiem z "dwójki", ale ostatecznie zmieniłem wybór na ten. Jeśli miałbym wybrać jeden album Queen który autentycznie uwielbiam od samego początku do samego końca, to zdecydowanie jest to słynna Noc w Operze - płyta kompletna, niesamowicie eklektyczna, genialnie wyprodukowana i po prostu będąca wcieleniem wszystkiego co najlepszego w tym słynnym rocku. Death on two legs... to kompozyacja stanowiąca wielkie otwarcie para... tej płyty (tak na marginesie to odkąd ją pierwszy raz usłyszałem to te trzy pierwsze utwory traktowałem jako jedną całość i mam tak po dziś dzień, ale prawa zabawy oraz tracklisty są nieubłagane) i jest to otwarcie epickie. Jest w tym utworze budowanie napięcia, jest PRAWDZIWY GNIEW i FRUSTRACJA, jest to wszystko o czym pisałem wcześniej, no i ta przysłowiowa (lol ciekawe jakie to było przysłowie niby xd) NUTKA TAJEMNICY, bo wiecie no, każdy se może uznać wedle uznania komuż ten kawałek jest zadedykowany. Pamiętam jakie wielkie wrażenie zrobił na mnie na początku roku 2011, w okresie jakiejś totalnej życiowej masakry, gdy usłyszałem go na jakichś pierdziawkach dołączonych do Nokii 5200 - to jest jedno z tych doświadczeń, których się nie zapomina.
Bierzcie i słuchajcie tego
https://www.youtube.com/watch?v=v4zmv1IFCOA
https://www.youtube.com/watch?v=tFxzp42QAyg - a tu ten medley, o którym napomknąłem, imo tak wchodzi jeszcze mocniej niż osobno
Czas na wrzutę, którą - nie mam żadnych nadziei - tym razem was na PEWNO zaskoczę. Nie tylko zespołu, który całkiem lubię, ale i jeszcze utwór, który nie jest ogranym hiciorem na skalę Enjoy'a. Welp, akurat największe hity tego konkretnego zespołu zostały zarżnięte do oporu dobrych parę dekad temu, więc sory no, takie Łyły rakju to rzecz tak oklepana i tak zmaltretowana przez popkulturę, że chyba już wolałbym sobie Polki Dziadek posłuchać.
W tym akapicie chciałem bardzo płynnie przejść do tej części, w której w krótki i zwięzły sposób zcharakteryzuję ten zespół oraz napiszę parę zdań na jego temat ALE, prostytutka, KAMAN XD Każdy zna ten zespół, każdy o nim słyszał, każdy wie, że Fredi Merkury był gejem, ale się nie obnosił oraz że umarł na HIV. Trzeba chyba żyć w jaskini platońskiej by o nim nie słyszeć. Tutaj zaś powinna być ta część, w której opiszę swoją osobistą relację z zespołem. Jeśli wyłączyć jakieś rzeczy typu słyszenie wybranych piosenek w radio, to tak świadomie moja przygoda z Queen zaczęła się w roku 2010. Czas beztroski, czas kończenia edukacji, czas w którym w zasadzie wychodziłem z dupy i zacząłem słuchać czegokolwiek. A wiecie, akurat to był ten okres w dziejach internetu, kiedy to nie przystało słuchać jakiegoś obrzydliwego popu, bo to był syf dla małolat z MTV oraz szatan Bieber, tylko za ostoję dobrego gustu uchodziły STARE, DOBRE ROCKOWE zespoły, no i ten no tak się złożyło, że Queen był jednym z nich. Jak se o tym wszystkim pomyślę to mnie nawet pusty śmiech nie chce brać. xD
No w każdym razie... heh, SŁUCHAŁO SIĘ, bo jakże to by było inaczej. Ba, w sumie nawet gdzieś późną wiosną/latem 2010 roku kupiłem drugą część składanki Greatest Hits na Hali Targowej w Krakowie. Czemu akurat drugą? Nie wiem, pewnie nie było pierwszej, ale chyba najwyraźniej ten zespół musiał mi się jakoś podobać, skoro wybrałem akurat tę składankę, a nie np. jakieś Guns and Roses czy coś. xd Generalnie to tak w okolicach klasy maturalnej ten zespół przewijał się u mnie dość często na głośnikach/słuchawkach. Nawet pamiętam, że przez jakiś czas udzielałem się na jego forum, ale dość krótko i mało intensywnie, bo raz że byłem debilem, dwa - nie polubiła mnie tamtejsza wierchuszka, trzy - siedzieli tam psychofani Marillion. Tak, prostytutka, na forum Queen siedzieli fani późnego Marillion i zachwycali się tym zespołem na każdym kroku. Neoprogowcy są jak jakaś egzema, rozłażą się wszędzie. Aczkolwiek po latach, w zupełnie innej części internetu, poznałem jednego z użytkowników tegoż miejsca i się kumplujemy, nawet spotkaliśmy się na ostatnim Offie i w ogóle ten no miło było.
Średnio płynnie przejdę do sekcji poświęconej albumowi oraz utworowi. Generalnie to w ostatniej chwili żem wrzutę zmienił, bo chciałem rzucić jednym niedocenianym klasykiem z "dwójki", ale ostatecznie zmieniłem wybór na ten. Jeśli miałbym wybrać jeden album Queen który autentycznie uwielbiam od samego początku do samego końca, to zdecydowanie jest to słynna Noc w Operze - płyta kompletna, niesamowicie eklektyczna, genialnie wyprodukowana i po prostu będąca wcieleniem wszystkiego co najlepszego w tym słynnym rocku. Death on two legs... to kompozyacja stanowiąca wielkie otwarcie para... tej płyty (tak na marginesie to odkąd ją pierwszy raz usłyszałem to te trzy pierwsze utwory traktowałem jako jedną całość i mam tak po dziś dzień, ale prawa zabawy oraz tracklisty są nieubłagane) i jest to otwarcie epickie. Jest w tym utworze budowanie napięcia, jest PRAWDZIWY GNIEW i FRUSTRACJA, jest to wszystko o czym pisałem wcześniej, no i ta przysłowiowa (lol ciekawe jakie to było przysłowie niby xd) NUTKA TAJEMNICY, bo wiecie no, każdy se może uznać wedle uznania komuż ten kawałek jest zadedykowany. Pamiętam jakie wielkie wrażenie zrobił na mnie na początku roku 2011, w okresie jakiejś totalnej życiowej masakry, gdy usłyszałem go na jakichś pierdziawkach dołączonych do Nokii 5200 - to jest jedno z tych doświadczeń, których się nie zapomina.
Bierzcie i słuchajcie tego
https://www.youtube.com/watch?v=v4zmv1IFCOA
https://www.youtube.com/watch?v=tFxzp42QAyg - a tu ten medley, o którym napomknąłem, imo tak wchodzi jeszcze mocniej niż osobno
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup