DM track by track #5: Black Celebration
-
shodan
- Posty: 18356
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Muszę się z tym Fly jeszcze przespać.
-
Hien
- Posty: 24709
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
No ok, ale nie wciskaj mi, że robisz to nieprzerwanie od 2 tygodni xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18356
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Coś Ty Hien taki poważny ostatnio? 
-
shodan
- Posty: 18356
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Fly On The Windscreen
FOTW to niewątpliwie jeden z najlepszych utworów DM z lat 80’. Pojawił się na stronie b singla It’s Called a Heart, z tym że jest utworem dużo lepszym od tegoż singla. Dziwna sytuacja.
Zdecydowanie najlepsza wersja to ta z albumu BC. Przede wszystkim dzięki wspaniałym łączeniom z Black Celebration i A Question of Lust. Zawsze mnie te połączenia na starych albumach DM jarały. Niestety od dawna już tego nie robią. Na albumie Black Celebration jest to w szczególnie udany sposób zrobione. Jeszcze nie ucichły ostatnie dźwięki utworu BC, a wchodzi fantastyczny motyw. Potem ten motyw w trakcie trwania utworu powraca między kolejnymi zwrotkami. Podoba mi się to przesunięcie między prawym a lewym kanałem. Potem sampel jakiegoś głosu i zagrywka na metalicznie brzmiących klawiszach. Cudny ten początek. Na wersji z singla tego nie ma i tym samym ta wersja już na starcie przegrywa z albumową. Bardzo dobra melodia i świetny wokal Gahana. Gore też w tle robi wspaniałą robotę. Bardzo podoba mi się wielokrotnie powtarzane „touch me”. Nisko grające pianino, trąbki z klawisza, bas. Dużo się tu dzieje. Aranż jest bogaty, ale nie przeładowany. Te wszystkie zagrywki świetnie ze sobą współgrają. No i niesamowite outro. Utwór zwalnia, cichnie. Gore wciąż powtarza „touch me”. Wjeżdża świdrujący dźwięk, podobny do odgłosu hamującego pociągu. Jeszcze malutka fajna zagrywka na koniec, ale niezwykle ważna. Takimi właśnie drobiazgami DM kiedyś robili klimat. I potem już wjazd do AQOL.
BC to taka płyta, gdzie zawsze miałem problem z ustaleniem jakiegoś najlepszego utworu. Fly obok Stripped i BC po prostu przez lata zmieniali się na tej pozycji. Nadal nie wiem, który z tych utworów najbardziej lubię. Ale FOTW w połączeniu z BC i AQOF to naprawdę kapitalna sprawa. Jeden z najlepszych fragmentów w dyskografii DM. Singlowa wersja bez tych połączeń to już nie to. W ogóle wersja z singla brzmi gorzej. Brakuje niektórych rzeczy. W ogóle pozbawiona jest tej „szurającej” zagrywki z samego początku albumówki. Kiedyś Hien się dziwił przy okazji rozmowy na temat Corrupt, że jakiś pojedynczy dźwięk czy zagrywka potrafią „zrobić” mi numer. I tak jest rzeczywiście. W albumowym Fly ta zagrywka robi wg mnie kosmiczną robotę. I w wersji extended też ona jest.
Death Mix jest całkiem spoko. Dużo tam dodatkowych sampli „mówionych”, zaczerpniętych z programu telewizyjnego „Hiroshima: 40 Years Later”.
Z wersji live jara mnie oczywiście wersja hip-hopowa z Devotional. Ten utwór idealnie się do takiej konwencji nadawał. Z pozostałych dwóch wykonań każde jest też dobre. W 1986r. oczywiście Gahan brylował na wokalu. W 2009 to już raczej skrzeczał. Ale za to warstwa dźwiękowa brzmiała idealnie. No i żywa perkusja wpasowała się świetnie.
FOTW to niewątpliwie jeden z najlepszych utworów DM z lat 80’. Pojawił się na stronie b singla It’s Called a Heart, z tym że jest utworem dużo lepszym od tegoż singla. Dziwna sytuacja.
Zdecydowanie najlepsza wersja to ta z albumu BC. Przede wszystkim dzięki wspaniałym łączeniom z Black Celebration i A Question of Lust. Zawsze mnie te połączenia na starych albumach DM jarały. Niestety od dawna już tego nie robią. Na albumie Black Celebration jest to w szczególnie udany sposób zrobione. Jeszcze nie ucichły ostatnie dźwięki utworu BC, a wchodzi fantastyczny motyw. Potem ten motyw w trakcie trwania utworu powraca między kolejnymi zwrotkami. Podoba mi się to przesunięcie między prawym a lewym kanałem. Potem sampel jakiegoś głosu i zagrywka na metalicznie brzmiących klawiszach. Cudny ten początek. Na wersji z singla tego nie ma i tym samym ta wersja już na starcie przegrywa z albumową. Bardzo dobra melodia i świetny wokal Gahana. Gore też w tle robi wspaniałą robotę. Bardzo podoba mi się wielokrotnie powtarzane „touch me”. Nisko grające pianino, trąbki z klawisza, bas. Dużo się tu dzieje. Aranż jest bogaty, ale nie przeładowany. Te wszystkie zagrywki świetnie ze sobą współgrają. No i niesamowite outro. Utwór zwalnia, cichnie. Gore wciąż powtarza „touch me”. Wjeżdża świdrujący dźwięk, podobny do odgłosu hamującego pociągu. Jeszcze malutka fajna zagrywka na koniec, ale niezwykle ważna. Takimi właśnie drobiazgami DM kiedyś robili klimat. I potem już wjazd do AQOL.
BC to taka płyta, gdzie zawsze miałem problem z ustaleniem jakiegoś najlepszego utworu. Fly obok Stripped i BC po prostu przez lata zmieniali się na tej pozycji. Nadal nie wiem, który z tych utworów najbardziej lubię. Ale FOTW w połączeniu z BC i AQOF to naprawdę kapitalna sprawa. Jeden z najlepszych fragmentów w dyskografii DM. Singlowa wersja bez tych połączeń to już nie to. W ogóle wersja z singla brzmi gorzej. Brakuje niektórych rzeczy. W ogóle pozbawiona jest tej „szurającej” zagrywki z samego początku albumówki. Kiedyś Hien się dziwił przy okazji rozmowy na temat Corrupt, że jakiś pojedynczy dźwięk czy zagrywka potrafią „zrobić” mi numer. I tak jest rzeczywiście. W albumowym Fly ta zagrywka robi wg mnie kosmiczną robotę. I w wersji extended też ona jest.
Death Mix jest całkiem spoko. Dużo tam dodatkowych sampli „mówionych”, zaczerpniętych z programu telewizyjnego „Hiroshima: 40 Years Later”.
Z wersji live jara mnie oczywiście wersja hip-hopowa z Devotional. Ten utwór idealnie się do takiej konwencji nadawał. Z pozostałych dwóch wykonań każde jest też dobre. W 1986r. oczywiście Gahan brylował na wokalu. W 2009 to już raczej skrzeczał. Ale za to warstwa dźwiękowa brzmiała idealnie. No i żywa perkusja wpasowała się świetnie.
-
Dragon
- Posty: 10366
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
przprszm za spóźnienie, pies zjadł mi zadanie domowe
Fly On The Windscreen
Przyznam się, że od samego początku traktowałem ten numer z uznaniem. Działo się tak pomimo częstszych powrotów do większości innych rzeczy z Blacka. Najpierw poznawałem single, potem dość wybiórczo resztę. W czasach dziecięcego słuchania muzyki pewnie rzadko kiedy słuchałem całość, ale dzisiaj z lekkim dyskomfortem słuchałem Fly w izolacji, bez wczutki związanej z przejściami między pierwszymi kawałkami. Niby nic, jednak brzmi dalej zaskakująco spójnie, klimatycznie. Czasem lepiej odbiera się je słuchane w serii niż osobno. W tym przypadku to zjawisko występuje najsilniej. Poza tym to i tak naprawdę dobry numer. Najbardziej podoba mi się to, jak przemyślany kontrast idzie w tekście. Cały Mr Martin eL Gor. Niepokój, mrok, mniej lub bardziej upuszczony kwas, a obok tego wyraźne romantyczne linijki, coś bezpośredniego. Dzisiaj nie wiem, czy tu wygrywa powaga czy dystans. Może po prostu świetnie udało się oddać wszystko to, co pomiędzy. Gahan niezły na wokalu, ale w refrenie trochę mnie już drażni, nie brzmi za dobrze tutaj w niższych tonach. Gore podbija większość momentów i nawet jeśli czasem gorzej go słychać, to i tak robi robotę. Nic dziwnego, w końcu to on ostatecznie jest nawet wokalnie głównym bohaterem tutaj, nigdy wcześniej nie dostał tyle miejsca i czasu.
Wybory Hiena traktuję jako dobrą sugestię, więc zaczynam od studio outtake. Numer jeszcze w poważnych powijakach na poziomie aranżu. Wokale właściwie gotowe, ale powsadzane losowo w niektórych momentach dodatkowe partie klawiszowe świadczą o tym, że to jeszcze nie jest pełnoprawny produkt. Ciekawostka historyczna.
Wersja singlowa (sic) to bardziej uporządkowana wersja robocza. Wkurza jednostajne dudnienie z automatu, pewnie dlatego nie wracam praktycznie od lat do studyjnych Flyów. Pierwsze poznałem Final, więc intro bez całej masy charakterystycznych zapowiedzi brzmi od czapy. Numer startuje naprawdę z marszu, dość dziwne wrażenie. Jeszcze niewykorzystany potencjał metalicznej melodyjki. Outro zapowiada klimacik nadchodzącej płyty, a tak poza tym to wcale nie jest tak daleko brzmieniowo do It's Called A Heart. Zadziwia perspektywa, w której to FOTW jest singlem. W porównaniu do strony A to mocna niedoróbka.
Extended klasyczne rozciąganie i przeciąganie kawałka na siłę. Jeszcze gorsza klapa od kibla, za to trąbki bez efektów brzmią śmieszniej. Musiałbym przeżywać premiery tych wersji w epoce, by brać je dziś na serio. Death Mix o niebo lepszy, choć klimatycznie dochodzi tu do totalnej rozwałki. Wokalne sample powycinane pod zmieszczenie się w rytmie są całkiem zabawne. Im dalej, tym lepiej. Mniej śpiewania by Gahan&Gore nie może dziwić, zresztą tutaj wyraźniej na przód wychodzi Martin. Pod koniec odbywa się już wręcz jakieś Negativland. Odbieram ten śmiercionośny remiks jako mały żart, ale za to naprawdę dobrze zrobiony. Udana wycinanka. Quiet Mix wcale nie jest taki cichutki. Metaliczna melodyjka to słaby materiał do kameralnego ogrywania. Zresztą w Leave In Silence były tylko pojedyncze akordy, a tu poza wspominaną mamy kilka elementów z właściwego aranżu. Szczekaczka też występuje. Mogło wyjść nieźle, ale chyba raz w życiu przesłuchałem w całości.
Studyjna robi przewagę nad resztą całą dodatkową produkcją. Radio pod koniec, przetworzone wokale na początku. Charakterystyczna szczekaczka, odpowiednie wykorzystanie melodyjki i jesteśmy w domu. Dudnienie bardziej schowane, ale i tak lekko drażni. Tutaj znajduję ulubioną wersję FOTW, ale Death Mix jest naprawdę niedaleko z tyłu. Przejście do A Question of Lust jest boskie. Ciekawe, że nikt do tej pory nie zrobił jakiejś kilkuminutowej wersji tego "dark industrial" ambientu.
Koncertówki. Tutaj opinia nie zmieniła się od końcówki 2019 roku. Wyjściowa wersja debiutancka z 1986 roku pod względem perkusji faktycznie przypomina singlową. Dziki sampling w środku wypada bardzo ciekawie, ale przez miejsce w secie i jednak lekkie przeciągnięcie kawałkowi groziło zapomnienie tak jak całej ławie dobrych rzeczy z SGR. Gahan lekko drze japę, zdziera gardło, a Martin dojeżdża prawidłowo. Nie tak źle, ale bez szału. Obecność na Devotional Tour to jak nic sprawka Wildera, bo pewnie reszta ekipy zdążyła poważnie zapomnieć o tym numerze. Na wierzch wychodzi lekko hip-hopowy charakter rytmu. Skrecze brzmią spoko. Gahan wbrew pozorom stara się znacznie bardziej niż kilka lat wcześniej. Panie w chórkach dodają zaskakująco przyjemnego wrażenia a la upiorność starej szafy. Blisko przerysowania, ale przez groove i podbity dodatkowo bas mamy złoto. Biorąc pod uwagę wszystkie oblicza tego kawałka, to właśnie wersja z Devo jest najlepsza. Mostek moim ulubionym fragmentem, Depeche Mode rzadko kiedy tak bardzo BUJA. Pominięcie "now" niby niepozorny ruch, ale ja już wyobrażam sobie emocje lasek na koncertach. Szczególnie wtedy, gdy wyciągał pojedyncze faworytki na scenę przy okazji niektórych występów. Podobnym szaleństwem, a może i większym był początek Exotic Tour, gdzie zespół zaczął umierać, ale to nie przeszkadzało w uruchomieniu kolejnej serii eksperymentów. Fly był zagrany kilkukrotnie, ciekawe czy przed koncertami w lutym próbowano jeszcze raz Something to Do... Gahan ledwo pieje, zresztą w nagraniach z Johannesburga brzmi wręcz karykaturalnie. Jest VIBE, panie chórzystki i Gore wychodzą tak bardzo przed szereg, złoto.
https://media.dmlive.wiki/stream/dm1994 ... 644/15.m4a
Wersja z TOTU podobała mi się w czasach, gdy łykałem wszystko. Dzisiaj poraża tym, jak dosłownie każdy element brzmi z dupy. Pod względem sampli spora wycinka, a do tego szkielet aranżu stanowi dudnienie Eignera. Wokalnie średnio już od Luksemburga, ale zdarzało się, że Gahan się starał. Stolcówa Martina do przyjęcia. W epoce byłbym mocno wkurzony na wywalenie z setu. Dzisiaj w sumie już się nie dziwię, to niesamowite jak nudną wersję udało im się przygotować. Tylko sentyment i chęć mrugnięcia okiem w stronę wierniejszych fanów broni tą decyzję. Dziś już raczej kawałek nie do odświeżenia, chyba że wrócą do dogęszczonego aranżu, poprawią perkusję...
Fly On The Windscreen
Przyznam się, że od samego początku traktowałem ten numer z uznaniem. Działo się tak pomimo częstszych powrotów do większości innych rzeczy z Blacka. Najpierw poznawałem single, potem dość wybiórczo resztę. W czasach dziecięcego słuchania muzyki pewnie rzadko kiedy słuchałem całość, ale dzisiaj z lekkim dyskomfortem słuchałem Fly w izolacji, bez wczutki związanej z przejściami między pierwszymi kawałkami. Niby nic, jednak brzmi dalej zaskakująco spójnie, klimatycznie. Czasem lepiej odbiera się je słuchane w serii niż osobno. W tym przypadku to zjawisko występuje najsilniej. Poza tym to i tak naprawdę dobry numer. Najbardziej podoba mi się to, jak przemyślany kontrast idzie w tekście. Cały Mr Martin eL Gor. Niepokój, mrok, mniej lub bardziej upuszczony kwas, a obok tego wyraźne romantyczne linijki, coś bezpośredniego. Dzisiaj nie wiem, czy tu wygrywa powaga czy dystans. Może po prostu świetnie udało się oddać wszystko to, co pomiędzy. Gahan niezły na wokalu, ale w refrenie trochę mnie już drażni, nie brzmi za dobrze tutaj w niższych tonach. Gore podbija większość momentów i nawet jeśli czasem gorzej go słychać, to i tak robi robotę. Nic dziwnego, w końcu to on ostatecznie jest nawet wokalnie głównym bohaterem tutaj, nigdy wcześniej nie dostał tyle miejsca i czasu.
Wybory Hiena traktuję jako dobrą sugestię, więc zaczynam od studio outtake. Numer jeszcze w poważnych powijakach na poziomie aranżu. Wokale właściwie gotowe, ale powsadzane losowo w niektórych momentach dodatkowe partie klawiszowe świadczą o tym, że to jeszcze nie jest pełnoprawny produkt. Ciekawostka historyczna.
Wersja singlowa (sic) to bardziej uporządkowana wersja robocza. Wkurza jednostajne dudnienie z automatu, pewnie dlatego nie wracam praktycznie od lat do studyjnych Flyów. Pierwsze poznałem Final, więc intro bez całej masy charakterystycznych zapowiedzi brzmi od czapy. Numer startuje naprawdę z marszu, dość dziwne wrażenie. Jeszcze niewykorzystany potencjał metalicznej melodyjki. Outro zapowiada klimacik nadchodzącej płyty, a tak poza tym to wcale nie jest tak daleko brzmieniowo do It's Called A Heart. Zadziwia perspektywa, w której to FOTW jest singlem. W porównaniu do strony A to mocna niedoróbka.
Extended klasyczne rozciąganie i przeciąganie kawałka na siłę. Jeszcze gorsza klapa od kibla, za to trąbki bez efektów brzmią śmieszniej. Musiałbym przeżywać premiery tych wersji w epoce, by brać je dziś na serio. Death Mix o niebo lepszy, choć klimatycznie dochodzi tu do totalnej rozwałki. Wokalne sample powycinane pod zmieszczenie się w rytmie są całkiem zabawne. Im dalej, tym lepiej. Mniej śpiewania by Gahan&Gore nie może dziwić, zresztą tutaj wyraźniej na przód wychodzi Martin. Pod koniec odbywa się już wręcz jakieś Negativland. Odbieram ten śmiercionośny remiks jako mały żart, ale za to naprawdę dobrze zrobiony. Udana wycinanka. Quiet Mix wcale nie jest taki cichutki. Metaliczna melodyjka to słaby materiał do kameralnego ogrywania. Zresztą w Leave In Silence były tylko pojedyncze akordy, a tu poza wspominaną mamy kilka elementów z właściwego aranżu. Szczekaczka też występuje. Mogło wyjść nieźle, ale chyba raz w życiu przesłuchałem w całości.
Studyjna robi przewagę nad resztą całą dodatkową produkcją. Radio pod koniec, przetworzone wokale na początku. Charakterystyczna szczekaczka, odpowiednie wykorzystanie melodyjki i jesteśmy w domu. Dudnienie bardziej schowane, ale i tak lekko drażni. Tutaj znajduję ulubioną wersję FOTW, ale Death Mix jest naprawdę niedaleko z tyłu. Przejście do A Question of Lust jest boskie. Ciekawe, że nikt do tej pory nie zrobił jakiejś kilkuminutowej wersji tego "dark industrial" ambientu.
Koncertówki. Tutaj opinia nie zmieniła się od końcówki 2019 roku. Wyjściowa wersja debiutancka z 1986 roku pod względem perkusji faktycznie przypomina singlową. Dziki sampling w środku wypada bardzo ciekawie, ale przez miejsce w secie i jednak lekkie przeciągnięcie kawałkowi groziło zapomnienie tak jak całej ławie dobrych rzeczy z SGR. Gahan lekko drze japę, zdziera gardło, a Martin dojeżdża prawidłowo. Nie tak źle, ale bez szału. Obecność na Devotional Tour to jak nic sprawka Wildera, bo pewnie reszta ekipy zdążyła poważnie zapomnieć o tym numerze. Na wierzch wychodzi lekko hip-hopowy charakter rytmu. Skrecze brzmią spoko. Gahan wbrew pozorom stara się znacznie bardziej niż kilka lat wcześniej. Panie w chórkach dodają zaskakująco przyjemnego wrażenia a la upiorność starej szafy. Blisko przerysowania, ale przez groove i podbity dodatkowo bas mamy złoto. Biorąc pod uwagę wszystkie oblicza tego kawałka, to właśnie wersja z Devo jest najlepsza. Mostek moim ulubionym fragmentem, Depeche Mode rzadko kiedy tak bardzo BUJA. Pominięcie "now" niby niepozorny ruch, ale ja już wyobrażam sobie emocje lasek na koncertach. Szczególnie wtedy, gdy wyciągał pojedyncze faworytki na scenę przy okazji niektórych występów. Podobnym szaleństwem, a może i większym był początek Exotic Tour, gdzie zespół zaczął umierać, ale to nie przeszkadzało w uruchomieniu kolejnej serii eksperymentów. Fly był zagrany kilkukrotnie, ciekawe czy przed koncertami w lutym próbowano jeszcze raz Something to Do... Gahan ledwo pieje, zresztą w nagraniach z Johannesburga brzmi wręcz karykaturalnie. Jest VIBE, panie chórzystki i Gore wychodzą tak bardzo przed szereg, złoto.
https://media.dmlive.wiki/stream/dm1994 ... 644/15.m4a
Wersja z TOTU podobała mi się w czasach, gdy łykałem wszystko. Dzisiaj poraża tym, jak dosłownie każdy element brzmi z dupy. Pod względem sampli spora wycinka, a do tego szkielet aranżu stanowi dudnienie Eignera. Wokalnie średnio już od Luksemburga, ale zdarzało się, że Gahan się starał. Stolcówa Martina do przyjęcia. W epoce byłbym mocno wkurzony na wywalenie z setu. Dzisiaj w sumie już się nie dziwię, to niesamowite jak nudną wersję udało im się przygotować. Tylko sentyment i chęć mrugnięcia okiem w stronę wierniejszych fanów broni tą decyzję. Dziś już raczej kawałek nie do odświeżenia, chyba że wrócą do dogęszczonego aranżu, poprawią perkusję...
-
Hien
- Posty: 24709
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Elegancko Panie Smoku, ogólnie stwierdzam, że przy tym utworze mieliśmy chyba najfajniejsze rozkimny od długiego czasu, było o czym pisać, było dużo ciekawego materiału do pochylenia się nań. Kompletnie zapomniałem o Quiet Mix, ale nie mogę powiedzieć, że mam jakoś dużo do napisania na jego temat. Bliźniacza wersja "Leave in Silence" miała więcej sensu, tutaj jest to ciekawostka przyrodnicza, ale odarcie kawałka z perkusji nie przynosi jakiegoś unikatowego efektu, ot kaprys.
Dobra, wyciągajcie chusteczki, bo nas czeka seria ballad.
Dobra, wyciągajcie chusteczki, bo nas czeka seria ballad.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Hien
- Posty: 24709
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Jeszcze w kwestii Fly on the Windscreen, chyba najfajniejsze wykonanie jakie słyszałem z 1986 r. tutaj
https://dmlive.wiki/wiki/1986-05-27_The ... Test,_BBC2
https://dmlive.wiki/wiki/1986-05-27_The ... Test,_BBC2
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10366
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
ktoś musi zacząć!
A Question of Lust
Potrzeba chwili, żeby się zebrać do pisania. Jeden z bardziej kanonicznych numerów w repertuarze DM na to zasługuje. W czasach niewinnego poznawania zespołu zastanawiało mnie, czemu Martin dostał tak dużo miejsca do śpiewania. Poznawałem DM z perspektywy najbardziej oczywistych klasyków wykonywanych przez Gahana. Początkowo Black Celebration było problematyczne o tyle, że tego WŁAŚCIWEGO Depeche Mode było dla mnie za mało, ile można tych balladek... Najlepszym komentarzem niech będzie to, że po latach najczęściej wracałem do zestawu piosenek martinowych, a dziś, już tak szerzej pisząc, Gore jest moim ulubionym członkiem zespołu. Takie buty.
Na początku jakieś tam wrażenie robił na mnie fakt nazwania dwóch różnych utworów w sumie podobnie, no bo wiecie, Question of Lust i Question of Time? Do tego to, jak bardzo się różnią klimatem, sposobem wykonania, podejściem do tematu. Pierwsze poważnie przeżycia to przede wszystkim wyłapanie tej różnicy. Ładnie przemyślane, niby nic, ale właśnie drzemie w tym coś więcej. Chyba nigdy się nie zraziłem do tego kawałka. Uważny wgląd uzmysłowił mi jednak, jak bardzo ckliwa i romantyczna to opowiastka. Teraz tak na serio rozumiem swoje potrzeby wracania tutaj w przeszłości, ale też dużo uznania idącego od pań.
Albumówka. Tkwimy jeszcze w tych atmosferycznych łączeniach, a za moment wyraźny rytm, basowy szkielet, cała masa efektów, świstów. Zaczynamy. Niby dzieje się dużo, ale na początku mniej konkretnie. Z czasem, gdy kawałek się rozwija, tych melodii w tle jest więcej, są bardziej rozbudowane, to nie tylko pojedyncze dźwięki i wyraźnie brzmiąca perkusja. Dużo industrialnych, metalicznych dźwięków. Na pierwszym planie jednak Gore, przede wszystkim on, cała reszta służy wokaliście jak nic do tej pory. Martin brzmi czysto, delikatnie, niewinnie. Aranż podkręca klimat w drugą stronę, robi z pozornie zwyczajnej historii coś szytego grubszymi nićmi. Kwestia pożądania to nie tylko miłość, czucie Tego Czegoś przez dwie osoby tak po prostu. To cała gra zależności, budowania wrażenia. Tak to słyszę właśnie. W studyjnej wersji podoba mi się kulminacja w postaci mostka przed ostatnim refrenem, tam dzieje się najwięcej, najpełniej. Końcówka lepsza z wyciszeniem niż "właściwym" outro wykorzystywanym chociażby na koncertach. Na płycie efekt byłby porównywalny do rozwalenia domku z kart. Wersja singlowa wydaje mi się tylko bardziej bogata w pogłosy. Wchodzi jeszcze większa zamuła. Poza tym bez charakterystycznego startu z rozbiegu, a tak to właściwie to samo.
Wersja Flooda, czyli uporządkowany aranż. Kiedyś podobała mi się bardziej. Perkusyjny wstęp mógłby działać na dyskotekach. Słuchany w zaciszu domowym trochę nie działa, dodatkowy rozbieg nie jest potrzebny. Flood powycinał sporo ozdobników. W tle w zwrotkach dodał tak jakby symfoniczny klawisz, wyciągnął do przodu melodyjkę w refrenie. Zostaje w sumie tylko perkusja i specyficzne arpeggio zrobione na samplach potraktowane dodatkowo delayem. Końcówka brzmi dość dziwne. Mniej patosu niż na albumie, ale wypada dziwnie tanio. Kolejny podobny klawisz wskakuje na chwilę, no nie wiem. Mamy za to namiastkę outro. Czas dość negatywnie zweryfikował ten remiks.
Minimal to z kolei małe oszustwo. Po Quiet Mix Leave In Silence przestali umieć robić prawdziwy minimal. Zaczyna się charakterystycznym ćwierkaniem (w sumie to całkiem wyraźnie przypomina coś w stylu Klausa S), ale potem mamy właściwie normalną wersję pozbawioną perkusji, przynajmniej tak do czwartej minuty. Wokal dodatkowo potraktowany efektami, taki klaustrofobiczny refren nie brzmi najlepiej. Dobry minimal imo powinien się opierać na jakimś padzie i tych ćwierkających dźwiękach, to wszystko. Outro perkusyjne to już bez komentarza, przynajmniej ten dodatkowy sampling wypada nieźle. Tej niby "syreny" chyba nie ma na płycie, podoba mi się. Poza tym kolejny miks do przesłuchania i zapomnienia.
Koncertówki, no no, temat wreszcie bogaty w osobiste doświadczenia. Przecież udało mi się usłyszeć ten numer w dwóch wersjach! Tę akustyczną z GST pamiętam przez pryzmat niesamowitej ciszy na samym początku. Tylko błyski lampek telefonów, całkiem estetyczna, oszczędna grafika na telebimach. Solidnie brzmiące pianinko, WRESZCIE. Poza tym i tak o dwa piętra niżej niż wersja w pełnym aranżu z sierpnia xD Te fortepianowe to co najwyżej mogą robić robotę w kameralnym otoczeniu, jako wyjątkowe wydarzenie. AQOL w tym wydaniu cierpi na bardzo oszczędny aranż. Niektóre klasyki to melodyjne samograje, a tutaj to basowe intro grane na fortepianie wypada jak gwóźdź do trumny. Musi podbijać wokal Martina, a nie doprowadzać do sytuacji, gdzie właściwie on sam musi wystarczyć.
Oczywiście wróciłem do tematu z końcówki 2019 roku, trochę bym pozmieniał kolejność, ale czołówka na pewno bez zmian. Najlepiej Question of Lust wypada oczywiście z potężnymi chórzystkami w refrenie. Devotional ma dłuższe intro, ale za to panie pieją czasami aż zbyt upiornie. Singles Tour jak w przypadku większości granych rzeczy to taka spokojniejsza wersja z 1993 roku. Panie już tylko w refrenie, ale znacznie fajniej niż na wcześniejszej trasie. Swoje miejsce dostaje Gordeno. Brzmi nawet nieźle, lata młodszy brzmi jak jakiś wokalista r&b, choć do pań nie ma podjazdu, sorry. Z pełnoprawnych wersji z XXI wieku najlepsza ta najnowsza. Tak, mimo coraz większych problemów Martina na wokalu, szczególnie na wejściu. Potem panowie w dwójkę tak dworują w refrenie na wysokich rejestrach. Dziady już dziadują, ale dalej próbują swoich sił, no brzmi to uroczo xD
https://media.dmlive.wiki/stream/dm2023 ... 448/11.m4a
Na najnowszej trasie perkusja aż tak głupio nie dudni od samego początku. Symfoniczny pasażyk w tle to dobre rozwiązanie. Poza tym honorowe docenienie za klimat w Warszawie. Wolałem usłyszeć to niż znowu Home i się udało. Do tego nieźle słychać klasyczne sample, a publika koło mnie (i ze mną) podśpiewywała ostatnią melodyjkę klawiszową. Było bardzo dobrze.
Chyba osobistych wspomnień wyrazistych ze studyjnymi nagraniami nie mam za dużo. W latach dziecięcej młodości mogło być śpiewane pod różne smutki czy natchnione uczucia, ale nie pamiętam jakiejś dłuższej fazy.
W dotychczas opisanego tercetu AQOL stawiam na pierwszym miejscu minimalnie przed Black Celebration.
A Question of Lust
Potrzeba chwili, żeby się zebrać do pisania. Jeden z bardziej kanonicznych numerów w repertuarze DM na to zasługuje. W czasach niewinnego poznawania zespołu zastanawiało mnie, czemu Martin dostał tak dużo miejsca do śpiewania. Poznawałem DM z perspektywy najbardziej oczywistych klasyków wykonywanych przez Gahana. Początkowo Black Celebration było problematyczne o tyle, że tego WŁAŚCIWEGO Depeche Mode było dla mnie za mało, ile można tych balladek... Najlepszym komentarzem niech będzie to, że po latach najczęściej wracałem do zestawu piosenek martinowych, a dziś, już tak szerzej pisząc, Gore jest moim ulubionym członkiem zespołu. Takie buty.
Na początku jakieś tam wrażenie robił na mnie fakt nazwania dwóch różnych utworów w sumie podobnie, no bo wiecie, Question of Lust i Question of Time? Do tego to, jak bardzo się różnią klimatem, sposobem wykonania, podejściem do tematu. Pierwsze poważnie przeżycia to przede wszystkim wyłapanie tej różnicy. Ładnie przemyślane, niby nic, ale właśnie drzemie w tym coś więcej. Chyba nigdy się nie zraziłem do tego kawałka. Uważny wgląd uzmysłowił mi jednak, jak bardzo ckliwa i romantyczna to opowiastka. Teraz tak na serio rozumiem swoje potrzeby wracania tutaj w przeszłości, ale też dużo uznania idącego od pań.
Albumówka. Tkwimy jeszcze w tych atmosferycznych łączeniach, a za moment wyraźny rytm, basowy szkielet, cała masa efektów, świstów. Zaczynamy. Niby dzieje się dużo, ale na początku mniej konkretnie. Z czasem, gdy kawałek się rozwija, tych melodii w tle jest więcej, są bardziej rozbudowane, to nie tylko pojedyncze dźwięki i wyraźnie brzmiąca perkusja. Dużo industrialnych, metalicznych dźwięków. Na pierwszym planie jednak Gore, przede wszystkim on, cała reszta służy wokaliście jak nic do tej pory. Martin brzmi czysto, delikatnie, niewinnie. Aranż podkręca klimat w drugą stronę, robi z pozornie zwyczajnej historii coś szytego grubszymi nićmi. Kwestia pożądania to nie tylko miłość, czucie Tego Czegoś przez dwie osoby tak po prostu. To cała gra zależności, budowania wrażenia. Tak to słyszę właśnie. W studyjnej wersji podoba mi się kulminacja w postaci mostka przed ostatnim refrenem, tam dzieje się najwięcej, najpełniej. Końcówka lepsza z wyciszeniem niż "właściwym" outro wykorzystywanym chociażby na koncertach. Na płycie efekt byłby porównywalny do rozwalenia domku z kart. Wersja singlowa wydaje mi się tylko bardziej bogata w pogłosy. Wchodzi jeszcze większa zamuła. Poza tym bez charakterystycznego startu z rozbiegu, a tak to właściwie to samo.
Wersja Flooda, czyli uporządkowany aranż. Kiedyś podobała mi się bardziej. Perkusyjny wstęp mógłby działać na dyskotekach. Słuchany w zaciszu domowym trochę nie działa, dodatkowy rozbieg nie jest potrzebny. Flood powycinał sporo ozdobników. W tle w zwrotkach dodał tak jakby symfoniczny klawisz, wyciągnął do przodu melodyjkę w refrenie. Zostaje w sumie tylko perkusja i specyficzne arpeggio zrobione na samplach potraktowane dodatkowo delayem. Końcówka brzmi dość dziwne. Mniej patosu niż na albumie, ale wypada dziwnie tanio. Kolejny podobny klawisz wskakuje na chwilę, no nie wiem. Mamy za to namiastkę outro. Czas dość negatywnie zweryfikował ten remiks.
Minimal to z kolei małe oszustwo. Po Quiet Mix Leave In Silence przestali umieć robić prawdziwy minimal. Zaczyna się charakterystycznym ćwierkaniem (w sumie to całkiem wyraźnie przypomina coś w stylu Klausa S), ale potem mamy właściwie normalną wersję pozbawioną perkusji, przynajmniej tak do czwartej minuty. Wokal dodatkowo potraktowany efektami, taki klaustrofobiczny refren nie brzmi najlepiej. Dobry minimal imo powinien się opierać na jakimś padzie i tych ćwierkających dźwiękach, to wszystko. Outro perkusyjne to już bez komentarza, przynajmniej ten dodatkowy sampling wypada nieźle. Tej niby "syreny" chyba nie ma na płycie, podoba mi się. Poza tym kolejny miks do przesłuchania i zapomnienia.
Koncertówki, no no, temat wreszcie bogaty w osobiste doświadczenia. Przecież udało mi się usłyszeć ten numer w dwóch wersjach! Tę akustyczną z GST pamiętam przez pryzmat niesamowitej ciszy na samym początku. Tylko błyski lampek telefonów, całkiem estetyczna, oszczędna grafika na telebimach. Solidnie brzmiące pianinko, WRESZCIE. Poza tym i tak o dwa piętra niżej niż wersja w pełnym aranżu z sierpnia xD Te fortepianowe to co najwyżej mogą robić robotę w kameralnym otoczeniu, jako wyjątkowe wydarzenie. AQOL w tym wydaniu cierpi na bardzo oszczędny aranż. Niektóre klasyki to melodyjne samograje, a tutaj to basowe intro grane na fortepianie wypada jak gwóźdź do trumny. Musi podbijać wokal Martina, a nie doprowadzać do sytuacji, gdzie właściwie on sam musi wystarczyć.
Oczywiście wróciłem do tematu z końcówki 2019 roku, trochę bym pozmieniał kolejność, ale czołówka na pewno bez zmian. Najlepiej Question of Lust wypada oczywiście z potężnymi chórzystkami w refrenie. Devotional ma dłuższe intro, ale za to panie pieją czasami aż zbyt upiornie. Singles Tour jak w przypadku większości granych rzeczy to taka spokojniejsza wersja z 1993 roku. Panie już tylko w refrenie, ale znacznie fajniej niż na wcześniejszej trasie. Swoje miejsce dostaje Gordeno. Brzmi nawet nieźle, lata młodszy brzmi jak jakiś wokalista r&b, choć do pań nie ma podjazdu, sorry. Z pełnoprawnych wersji z XXI wieku najlepsza ta najnowsza. Tak, mimo coraz większych problemów Martina na wokalu, szczególnie na wejściu. Potem panowie w dwójkę tak dworują w refrenie na wysokich rejestrach. Dziady już dziadują, ale dalej próbują swoich sił, no brzmi to uroczo xD
https://media.dmlive.wiki/stream/dm2023 ... 448/11.m4a
Na najnowszej trasie perkusja aż tak głupio nie dudni od samego początku. Symfoniczny pasażyk w tle to dobre rozwiązanie. Poza tym honorowe docenienie za klimat w Warszawie. Wolałem usłyszeć to niż znowu Home i się udało. Do tego nieźle słychać klasyczne sample, a publika koło mnie (i ze mną) podśpiewywała ostatnią melodyjkę klawiszową. Było bardzo dobrze.
Chyba osobistych wspomnień wyrazistych ze studyjnymi nagraniami nie mam za dużo. W latach dziecięcej młodości mogło być śpiewane pod różne smutki czy natchnione uczucia, ale nie pamiętam jakiejś dłuższej fazy.
W dotychczas opisanego tercetu AQOL stawiam na pierwszym miejscu minimalnie przed Black Celebration.
-
Dragon
- Posty: 10366
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Jest tam kto?
-
Hien
- Posty: 24709
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Mam już praktycznie napisane od tygodnia, ale chciałem jeszcze przypomnieć sobie wszystkie lajwy i remiksy. Stawię się jutro.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Mamy dwie aktywne bestki i dpwizję a ten się dziwi że nikt nie pisze o DM :p
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10366
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Poza bestką główną to na razie nikt o niczym nie pisze hehe
-
shodan
- Posty: 18356
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Właśnie wróciłem z wojaży i zakończyłem urlop. Wreszcie będzie czas na pisanie. 
-
Hien
- Posty: 24709
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Straszna męczarnia to "Black Celebration", żaden z nas nie jest w stanie się do tego zabrać z jakimś większym entuzjazmem. Zwalam to na zbytnie osłuchanie i przytłaczającą ilość wersji do ogarnięcia.
„A Question of Lust” to jeden z tych kawałków DM, które znam najdłużej, czyli od 1998 r., kiedy pierwszy raz zacząłem słuchać DM na poważnie. Nr 2 na „The Singles 86 > 98”. Utwór miał wtedy 12 lat, co mnie uderza mocno, biorąc pod uwagę, że 12 lat w przyszłym roku będzie obchodziło „Delta Machine” , a przecież to dopiero co było. To jest chyba najbardziej bezceromanialnie ejtisowa ballada Martina. Gruby reverb, typowo ejtisowy refren i te uber-ejtisowe klawisze na końcu. Kiedy poznawałem ten numer, to jeszcze nie było brzmienie aż tak przestarzałe, a jednocześnie odległe, bo to było lata przez jakimikolwiek początkami 80s-revivalu. Słowo ‘lust’ kojarzyło mi się wtedy głównie z seksem, potem się z tego śmiałem, a jeszcze potem dotarło do mnie, że to Martin i pewnie miałem rację od początku xD No nie ważne. Lubię ten kawałek, bardzo lubię. Mam do niego sentyment, ale też czyste uznanie za dobre i proste piosenkopisarstwo. Melodie są mistrzowskie, wokal Martina fenomenalny, to były jego najlepsze czasy. Nie przesadzono tu z waleniem o metal, a te pozostałości nie robią złego wrażenia. Umiejscowienie na BC mi się podoba. Podobnie jak Dragon, byłem z początku zadziwiony, kiedy zorientowałem się przy pierwszych przesłuchaniach, że ten album stoi balladami, a „A Question of Lust”, to jeszcze najbardziej dynamiczna z nich. To jest jeden z tych kawałków, że kiedy się ich dłużej nie słucha, to z pamięci wypadają tak sobie, ale kiedy się faktycznie do nich wróci, to może to się skończyć jedynie pochwałami i nawet lekkim, sentymentalnym wzruszem (zwłaszcza myśląc o dystansie 25 lat).
Remiksy, itd. Flood Mix jest ok, nic nadzwyczajnego. Minimal fajny, zwłaszcza psychodeliczna końcówka. Wersja Margouleffa ma fajny pancz, efekty na wokalu i jakaś taką większą moc komercyjną, co wyjątkowo pasuje do tego kawałka. Jeżeli są jeszcze inne remiksy, to ich nie znam.
Jeśli chodzi o lajwy, to nic się u mnie nie zmieniło, wygrywa Devotional Tour za oszczędną elektronikę i fajne outro. Sprawdziłem wersję z bieżącej trasy, jest to w zasadzie to samo co na TTA i Delcie, ale Gore jodłuje już tak mocno, że numer tonie razem ze stolcówą. Gordeno ładnie śpiewa w tle, ale to tyle. Szanuję za dosyć wierne, ejtisowe brzmienie. Akurat tego kawałka bym niczym nie unowocześniał.
„A Question of Lust” to jeden z tych kawałków DM, które znam najdłużej, czyli od 1998 r., kiedy pierwszy raz zacząłem słuchać DM na poważnie. Nr 2 na „The Singles 86 > 98”. Utwór miał wtedy 12 lat, co mnie uderza mocno, biorąc pod uwagę, że 12 lat w przyszłym roku będzie obchodziło „Delta Machine” , a przecież to dopiero co było. To jest chyba najbardziej bezceromanialnie ejtisowa ballada Martina. Gruby reverb, typowo ejtisowy refren i te uber-ejtisowe klawisze na końcu. Kiedy poznawałem ten numer, to jeszcze nie było brzmienie aż tak przestarzałe, a jednocześnie odległe, bo to było lata przez jakimikolwiek początkami 80s-revivalu. Słowo ‘lust’ kojarzyło mi się wtedy głównie z seksem, potem się z tego śmiałem, a jeszcze potem dotarło do mnie, że to Martin i pewnie miałem rację od początku xD No nie ważne. Lubię ten kawałek, bardzo lubię. Mam do niego sentyment, ale też czyste uznanie za dobre i proste piosenkopisarstwo. Melodie są mistrzowskie, wokal Martina fenomenalny, to były jego najlepsze czasy. Nie przesadzono tu z waleniem o metal, a te pozostałości nie robią złego wrażenia. Umiejscowienie na BC mi się podoba. Podobnie jak Dragon, byłem z początku zadziwiony, kiedy zorientowałem się przy pierwszych przesłuchaniach, że ten album stoi balladami, a „A Question of Lust”, to jeszcze najbardziej dynamiczna z nich. To jest jeden z tych kawałków, że kiedy się ich dłużej nie słucha, to z pamięci wypadają tak sobie, ale kiedy się faktycznie do nich wróci, to może to się skończyć jedynie pochwałami i nawet lekkim, sentymentalnym wzruszem (zwłaszcza myśląc o dystansie 25 lat).
Remiksy, itd. Flood Mix jest ok, nic nadzwyczajnego. Minimal fajny, zwłaszcza psychodeliczna końcówka. Wersja Margouleffa ma fajny pancz, efekty na wokalu i jakaś taką większą moc komercyjną, co wyjątkowo pasuje do tego kawałka. Jeżeli są jeszcze inne remiksy, to ich nie znam.
Jeśli chodzi o lajwy, to nic się u mnie nie zmieniło, wygrywa Devotional Tour za oszczędną elektronikę i fajne outro. Sprawdziłem wersję z bieżącej trasy, jest to w zasadzie to samo co na TTA i Delcie, ale Gore jodłuje już tak mocno, że numer tonie razem ze stolcówą. Gordeno ładnie śpiewa w tle, ale to tyle. Szanuję za dosyć wierne, ejtisowe brzmienie. Akurat tego kawałka bym niczym nie unowocześniał.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10366
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Czemu tak?Hien pisze:23 lut 2024 21:01żaden z nas nie jest w stanie się do tego zabrać z jakimś większym entuzjazmem
-
Hien
- Posty: 24709
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Nie wiem
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18356
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Ja nie miałem czasu, bo ciągle w rozjazdach od 3 tygodni.
-
Dragon
- Posty: 10366
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Ja tam po prostu potrzebuję zawsze znaleźć ten dzień, w którym sprawdzam wszystkie (albo większość) wersji i jestem gotowy. Taki bilans zamknięcia na tym etapie znajomości muzyki DM jest dla mnie spoko. Później będzie łatwiej przez kilka kawałków xd