Best of Forum (Albumy) vol. 3

Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13846
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 18 paź 2025 21:05

Pozwolę sobie zauważyć że minęły 2 tygodnie a za tydzień powinniśmy ruszać z Talk Talk.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10366
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 18 paź 2025 21:40

Słucham aktywnie, ale ostatnio nie mam nocy do napisania... Poniedziałek/wtorek wjeżdżam
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7404
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 20 paź 2025 17:54

Martyn - The Air Between Words

Zacznę od tego, że to nie będzie długa recka. Tzn. tym razem to NAPRAWDĘ nie będzie długa recka. I, niestety dla Jacy a może i dla siebie, przychodzi mi zacząć od jednego stwierdzenia - średnio mi w tej chwili ten krążek leży. Po prostu. On ma momenty, ma, że tak to ujmę, tejki z którymi wajbuję, ma w sobie trochę tego czegoś, ale no właśnie, tego jest "trochę". Jaca pisze w swojej wrzutce, iż można tutaj np. znaleźć rzeczy podchodzące pod słynne Detroit Techno. Ja mam minimalną ekspozycję na tę scenę przez Matthew Deara (tak, tego samego od Dwizyjnego Give Me More, gość zaczynał jako DJ techno, potem zresztą do tego wrócił), i tam mi chyba wystarczyło.

Albo nie wiem, może to kwestia, kurde, pory roku, gdyż ponieważ gdyż październik znajduję wyjątkowo podłym na potrzeby takich brzmień, gdy się siedzi w domu xD To jest tzw. fajne słuchadło, ale ciężko mi było skoncentrować się na pojedynczych numerach jakoś mocno (może to ADHD?). Jest oczywiście parę highlightów (jak np. Glassbeadgames z Four Tetem czy Love of Pleasure, które ciągnie trochę najntisami; Forgiveness Step 2 też jest spoko z podobnych powodów), ale też choćby przy Empty Mind miałem dosłownie Empty Mind i weź tu diluj z tym człowieku, no nie ma jak. Like That z kolei brzmi mocno tanio, a to ze względu właśnie na ten gadany sampel.

Po czasie z kolei przegryzłem się z takimi kawałkami jak Lullaby, Two Leads and a Computer oraz Drones, ale z tym ostatnim głównie za jego dość dziwny klimat pt. Jestem Jakimś Utworem, Ale Nie Wiem Jakim Do Końca (Nie Dowiem Się Już). Jest trochę pokręcony i skojarzył mi się z takim duetem Plone. Ale tylko trochę. Potrafię sobie wyobrazić tańczenie do tej muzy, choć musiałbym być chyba nieco porobiony i to nie tylko alkoholem. Może też mieć na to wszystko wpływ fakt, że podobnej muzy słuchała moja najświeższa była lol, i jej zapewne by się ten album mocno spodobał. Jednak nie chodzi tu wyłącznie o cheesy skojarzenia, chodzi o coś nieco innego, sensorycznego.

Kiedy próbowałem się na tej płycie koncentrować, w sensie na słuchaniu jej numer po numerze bardzo skrupulatnie, to rozbijało mi to uwagę w tzw. trzy pipy, kiedy z kolei pozwalałem jej płynąć w tle do mojego poprawiania magisterki, zwykłej pracy biurowej czy rozwieszania prania, to jednym uchem wpadało a drugim wypadało i nie szło się na tym w ogóle skupić. Może pomijając Drony, bo kończą się dość nagle i tu zawsze miałem takie "o, Jutub się zawiesił". A warto nadmienić, że słuchałem tego albumu z sześć razy i to mimo przychodzących mi ciągle do głowy skojarzeń z byłą, a raczej z jej gustem do tego typu rzeczy. No ale właśnie, może lato, może wakacje?

Jak byliśmy w sierpniu na Wybrzeżu, to mocno suflowała mi takiego gościa, o którym wcześniej słyszałem od jakichś tam ziomów co to w muzyce klubowej siedzą i się trochę DJką zajmują, a gość posługuje się pseudo Kaytranada. Akurat wyszedł jego nowy album i postanowiliśmy go sobie posłuchać. Bardzo mi siadł i dziewczę zapodało kolejne rzeczy z jego stajni (jakoś bardzo dużo też ich nie było). Wyszło tak, że Ain't No Damn Way (właśnie ostatnia jego płyta) stała się naszym soundtrackiem tego wyjazdu (obok... Cate Brooks, ale to zupełnie inna historia). Jestem pewien, że Martyn mógłby do tego dołączyć. Albo być tylko dla mnie, bo czemu nie. No to czemu nie?

Bo jest październik i wiem, że mogę teraz wychodzić na pretensjonalnego głupca-ignoranta, ale nie jestem w stanie "kupić" tej muzyki na teraz. I w związku z tym całego jej wajbu jest dla mnie w tej chwili "trochę", bo ja bym z tym pochodził po Wyspie Spichrzów albo Parku Reagana w Gdańsku czy coś w tym stylu, promenadą w Sopot czy Bulwarem Nowowiejskiego w Gdyni, luźny letni wieczór, laski na rolkach, kolesie na rowerach, zimny radlerek w dłoni, zapach morza. Teraz mam za oknem zapach dymu. Każdemu jego porno, wiadomo, ale przy dobrej okazji wrócę do tej pozycji. Tylko nie o tej porze roku. Więc, powiedzmy, taki odroczony bonus, może na tym poprzestańmy.

Tylko, Panie, kiedy ja będę teraz w Gdańsku...
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10366
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 21 paź 2025 20:22

Martyn i The Air Between Words oczyma oraz uszyma Smoka

Po pierwszym odsłuchu tak mniej więcej już byłem pewien swoich odczuć na do widzenia, ale pozwoliłem sobie na parę więcej kontaktów rozłożonych czasowo. Najbliższe okoliczności są jakie są, ale na szczęście Jacek podrzucił na tyle przyjazny, jednocześnie ciekawy i bliski moich codziennych rytmów album, że nie czułem się wyjątkowo przytłoczony. Tego wykonawcy jeszcze na forumach nie mieliśmy. Wobec stajni Ninja Tune nie odczuwam wyjątkowo intensywnych uczuć, ale wydali wiele ciekawej muzyki. Czasem wydaje mi się wyjątkowo wymuszona, eklektyczna aż do przesady, bez charakteru. Gdyby The Air... trwało powyżej siedemdziesięciu minut nie byłbym ani zdziwiony, ani tak zadowolony, jak ostatecznie jestem xD Co mogę powiedzieć bardziej szczegółowo?

Forgiveness Jednička zarzuca delikatnie duchologiczny lo-fi vibe. Przypomina trochę dokonania Boards of Canada, a trochę Nathana Fake'a. Trochę wspomnień podszytych gliczami lub szumami. Elegancki wstępniak, bardzo niepozorny, ale lubię takie miniatury. Nie za wiele można napisać, więcej idzie poczuć. Glassbeadgames z dobrym znajomym Four Tetem. Od razu przynosi ze sobą bardziej wyraźne house'owe klimaty. Solidnie podbity basem lekki klubowy numer, mocniej będzie bliżej finału płyty. Miłe zaskoczenie, że FT udziela się w czymś bardziej klubowym niż refleksyjno-melancholijnym, choć ten numer nieźle balansuje między tymi nastrojami. Taak, coś intensywniejszego do słuchania w domu, wciąż wiele melodyjek, nie ma aż tak transowej, mulącej energii. Pusty Umysł wjeżdża prosto z nocnej bujanki na TNMK... Kawałek spokojnego techno z brudnym brzmieniem, sampel też dobrze pasuje, taki muzyczny przerywnik między bardziej wykręconymi rzeczami, choć im dalej w las, tym trochę szkoda braku dalszego rozwinięcia w coś bardziej chamskiego czy ostrzejszego. Zapowiada się Andy Stott, a wchodzi bezpieczny kompromis. Drony, Ale Nie Steve Roach Czy Klaus Wiese. Tu trochę lepiej na całym dystansie niż poprzednio, choć wciąż za dużo. Jazzowe otoczenie ładnie leży na mocnej stopie, całość delikatnie zabrudzona, kwasy mogłyby wejść same, powtórki z klawiszy zbędne. Pierwsze takty Love of Pleasure i chyba już rozumiem. W założeniu raczej celowo skupiamy się na łączeniu muzycznych wątków, dzięki czemu wychodzi coś więcej niż bezpieczna elektronika, ale bez nie wiadomo jakich eksperymentów i odpałów... Niezły nocny klubowy popik. Jednocześnie coś więcej dzięki gęstym dołom, fajnie brzmiącej perce, delikatnie rozmarzonemu wokalowi, ale coś mniej przez pady i pianinko... Paradoksalnie ten numer jest najbardziej zblazowany, unosi się nad nim duch singli z przełomu 80/90 - w tych klimatach też co jakiś czas się obracamy.

No właśnie, Two Leads. Na dzień dobry jak gdyby Marshall Jefferson wypuszczał nowy kawałek. Całość mocno ciągnie w stronę elektro. Całkiem gęsto uszyte aranżacyjnie, choć pod koniec się rozłazi, mimo fajnego zabiegu perkusyjnego. Forgiveness Dvojka, do tej pory mój ulubieniec, choć w środku praktycznie zgasł. To nie są tak drobiazgowo rozpisane kompozycje na tak długi czas. Z drugiej strony nie są w bardziej oczywisty sposób hipnotyczne, przynajmniej znaczna większość. Przy uważniejszych odsłuchach to mi trochę przeszkadzało. Nie do końca moja bajka klubowa, ale tutaj przynajmniej nie spalono dodatkowych elementów robiących różnicę pod koniec. Atmosferyczny house'ik bez wstydu, z początku bardziej śpiewany, w dalszej części bardziej klubowy, wreszcie! Like That, mmm... na bicie klasyczne Rolandy, zaraźliwe seksiarskie sample, wreszcie godny minimal z właściwą porcją basu (dobrze za dużo). Obserwatorzy mojego Lasta czy uważni czytelnicy zauważyli już dawno słabość do darkroomowo-podnietowych rytmów, więc tutaj forma nie spada, absolutnie. Bardzo dobry fragment płyty! Pianinko zbędne, ale generalnie wszystkie kawałki są ociupinkę za długie, więc tutaj aż tak się nie czepiam. Buja z marszu. Lullaby jak przyjazny zamulacz już bez żadnych ciągot klubowych. Kawałek niezłej basowej atmosferycznej elektroniki, którego szczególnie nie trzeba opisywać. Chwilami z takim około vaporowym brzmieniem, w tamtym czasie już dawno zaczęto robić bardziej "martwe" new age jak sprzed 30 lat, ale w nieironicznym zachwycie nad tymi brzmieniami, więc ten tego. Ostatni wjeżdża Fashion Skater. Tutaj symulacja Stotta wyszła chyba najlepiej. Brytolski bass nie najgorszej próby. Specyficzny wybór na zakończenie płyty, ale w trójce najlepszych bez dwóch zdań. Basowy brud, szumy, główna melodia też delikatnie lo-fi, nie ma wyraźnego upupienia brzmieniowego. Do tego pierwszy raz od dawien dawna ktoś wrzuca coś z clapem użytym z sensem. Faktyczne idzie z nim pierdolnięcie, dodatkowa nadbudowa groove'u, tak to się robi. Do tego sprytnie użyte smyki i pianinko. Patent trochę jak Autechre, którzy najpierw atakują słuchacza ostrzejszą elektroniką spod której wychodzą po prostu ładne rzeczy. Tak jest i tutaj, wyszło bardzo dobrze.

Wyjątkowo zwolniłem tempo muzycznych odkrywek, generalnie nie za dużo słucham nawet w porównaniu z początkiem roku. Trochę zmęczony po skrobaniu magisterki, trochę nakręcony nowymi perspektywami zawodowymi. Znacznie łatwiej byłoby mi w ostatnim czasie słuchać czegoś ze swojej bajki niż plastyczne, jesieniarskie pieśniarstwo, także miło się złożyło. Jacek może przymknąć oko na bardziej szczegółowe pierdoły, bo większość odsłuchów było mniej drobiazgowych. Wtedy słuchało się tylko lepiej. Druga połowa mocniejsza od pierwszy. Może pod wpływem kryzysu biedy poznawczej, ale daję całkiem wyraźny kciuk w górę. Więcej zalet niż powodów do marudzenia. W zależności od nastroju to taka uniwersalna muzyka, siadłaby zimą, jak i latem. Miło, że dzięki forumom ten przeklęty Ninja Tune trochę przychylniej wypada w moich oczach heh
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13846
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 22 paź 2025 17:33

Nakurwiacie Panowie, zostały 3 dni
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24709
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 23 paź 2025 11:40

Martyn - The Air Between Words

Od razu wywalę kawę na ławę, wynudziłem się z tą płytą od Murzyna. Nudziła mnie za każdym razem, a jednak album z muzyką taneczną, nie powinien nudzić. Nawet jeśli nie ma tu materiału do wsłuchiwania się wieczorami w słuchawkach, to powinna być przynajmniej jakaś dawka endorfin. Tymczasem cała ta płyta, to taneczny bit, a mnie nawet raz noga nie drgnęła, nawet raz mnie nie zabujało. A to już prostytutka jednak problem w tym kontekście.

Najbardziej spodobał mi się „Drones”, bo poza samym bitem dzieje się tu sporo fajnych rzeczy. Jest urywek, jak z jakiegoś noir-jazzowego kawałka, jest pierdzenie winyla, są jakieś, dosłownie, dronowe elementy, fajne fille perkusyjne. Gdyby cały ten album brzmiał w ten sposób, to bym zupełnie inaczej śpiewał. Tylko te kwasowe syntezatory mi średnio wchodzą.

„Glassbeadgames” jest jeszcze całkiem ok, zwłaszcza, że to dopiero początek dosyć przydługiego albumu. Gdyby to była wrzuta utworowa, to myślę, że bym pochwalił. Martyn robi tu niemal wszystko, co miał do zrobienia. Po tym i „Drones”, reszta wydaje się być męczenie tego samego, zmęczonego już konia. „Love of Pleasure” to taki wyjątek co powinien odświeżyć odsłuch albumu, ale to brzmi jak jakiś odrzut Ladytrona, czy czegoś w tym stylu. Taki sobie wokal, nudne tło. „Two Leads and a Computer” brzmi jak rzeczy, które robiłem w FL-u w 2004 roku i teraz się ich wstydzę. W „Forgivness pt 2” w tym pierwszym wokalnym fragmencie słyszę „pooojeeebany” i nie potrafię tego odusłyszeć. Jeżeli o jakimś numerze nie napisałem, to po prostu oznacza, że nie mam na jego temat wiele więcej do napisania, niż to co napisałem o kawałkach powyżej. Nie znam się na takiej muzie, więc tego nie rozłożę na niepotrzebne części pierwsze, musi Murzynowi wystarczyć takie ogólne moje wrażenie.

To nie jest tak, że Jaca mi się wpierdzielił pod kominek, czy w środek Konkursu Chopinowskiego, i ja nie umiałem się w tym odnaleźć. Ja wręcz desperacko szukałem w tym jakiejś zabawy, odskoczni od tego klasycznego munlupowego jesiennego tła, ale na „The Air Between Words” tego nie znalazłem. Widocznie nie mam tego genu, albo potrzebuję mieć jakieś naprawdę silne tło dla takiej muzy, żeby to zaklikało, inaczej to zwykłe pitu-pitu. Szkoda, że jednak nie zostało De La Soul, no ale nie ma co rozdzierać szat. Martyn nie jest jakimś totalnym gównem, bo są momenty, a do „Drones” nawet myślę, że będę wracał. Niemniej, jest to najsłabszy album od Murzyna od początku zabawy.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13846
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 23 paź 2025 12:38

Dla mnie to jednak bardziej muzyka dla umysłu niż dla ciała.

Do przerwy 1:2, robi sie interesująco
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6943
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 25 paź 2025 02:51

Martyn - The Air Between Words

To ja może napiszę od razu, że Murzyn dawaj 2:2 i zobaczymy jak Shodan zagłosuję heh.

Być może nie powinienem zaczynać swojej recenzji w ten sposób, ale nie będę kłamać, że słuchałem kiedykolwiek tego zespołu sam z siebie. Nazwa mogła się obić o uszy, nawet nie tyle w kontekście Watch Dogsów (w które nigdy nie grałem), co wytwórni Ninja Tune, bo kaman - żeby nie słyszeć o Ninja Tune to trzeba generalnie nie słyszeć o wielu zjawiskach związanych z muzyką, ale na zasadzie przeglądania katalogu czy czytania recenzji. Ale może jednak ktoś mi to kiedyś gdzieś puścił? Nie wiem, nie pamiętam, nieważne.

I faktycznie dostałem takiego typowego reprezentanta tego kultowego w pewnych kręgach labelu, co to wydawał te wszystkie Bonoby i Skalpele. Gdybym był tą osobą, co ryje w skale portfolio tej wytwórni to na podstawie tej płyty nie zapisałbym nazwy MARTYN tak wielkimi znakami co wyżej wymienione, ale na pewno bym ją uwzględnił tak, by była widoczna i czytelna.

Zanim przejdę do meritum, jeno pozwolę sobie się odnieść do recenzji co to była nad moją w momencie gdy pisałem te słowa, bo może w tym przypadku choć raz ktoś przeczyta to co piszę. Przyznaję, że ani przez chwilę nie przeszło mi przez głowę, by ta muzyka miała nadawać się do tańczenia. Tak jak napisał Murzyn - jest to rzecz dla duszy, a nie ciała, i nawet abstrachując od tego, że ja z tańczeniem mam tyle wspólnego co z Mercedesami, to o potencjalnych hulankach w kontekście tego albumu myślałem równie intensywnie co o locie na księżyc (nie planuję lecieć na księżyc).

Może mógłbym się pogibać pod te rytmy będąc w jakimś stanie skrajnej nietrzeźwości czy czegoś podobnego, ale tak się śmiesznie składa, że nie jestem i nie planuję się w takim znaleźć. I to też nie jest tak, że się czepiam, każdy sobie niechaj traktuje muzykę jako narzędzie do czego tam sobie zażyczy - po prostu z mojej perspektywy takie podejście jest na tyle obce, że aż abstrakcyjne.

Ale mniejsza z tym. Tak w ogólnym rozrachunku - po prostu mi się podobało. Wiem, że wyjdę znowu na hipokrytę, bo niby pisałem tu wielokrotnie, że odchodzę od oceniania muzyki w skali 1-10, ale nic nie poradzę na to, że cały czas mam z tyłu głowy, że ten album to tzw. TYPOWA SIÓDEMKA czyli płyta dobra, ale... Bez przesady. W sensie wiecie, słucha się miło, dobrze, nie ma co się czepiać, czasem sobie posłucham, nierzadko wrócę, ale też nierzadko zapomnę na X lat, by potem wrócić i pisać coś w stylu "O nie, czemu ja tak rzadko do tego wracam".

Jeśli chodzi o utwory wypisane przez Jacę to pod jego listą podpisałbym się tak 50/50. Empty Words jest po prostu spoko, tak bardzo wychwalane Drones mocno trącą Skalpelem, Love of Pleasure faktycznie jest chwilą słuszną, prawą i zbawienną, a przy tym jedną z tych, które bym mógł najprędzej usłyszeć w jakiejś "normalnej" rozgłośni radiowej - głownie przez to, że to jedyny kawałek z nieprzetworzonym wokalem. Rzeczy słuszne, sprawiedliwe i znamienne, rozumiem ich wyszczególnienie, ale to raczej nie jest mój ścisły top.

A gdybym miał go wypisywać, to na pewno bym wspomniał choćby o Glassbeadgames - chyba najbardziej reprezentatywnego przykładu muzyki klubowej "dla ciała", która buja, z lekkim i przyjemnym, ale jednocześnie też odpowiednio intensywnym podkładem i psychodelicznymi samplami. Osobiście też podobało mi się Lullaby - trochę brzmi jak chopped and screwed wersja muzyczki z 1 z 10, którą ktoś wymieszał z jakimiś odgłosami z retro urządzeń i w tle której puścił randomowe sample. Jeśli mamy się bawić w analogie i porównania do klubu nocą, to tu akurat pewnie bym szukał wśród miejsc/osób, które zażyły coś wesołego. No i obie części Forgiveness klasa - chyba najbardziej "duchologiczne" momenty na płycie, zwłaszcza Step 2 na którym słyszę echa Aphexa.

No i jeśli chodzi o rzeczy z którym się nie zgadzam, to Two Leads and a Computer to jednak dla mnie jeden ze słabszych momentów - ot, taki utworek co sobie jest, ale średnio na jeża go czuję, a Fashion Skater wolę zdecydowanie na przestrzeni trwania utworu, bo ta końcówka to też jakoś tak niespecjalnie mnie bierze. Like That jest całkiem git, ale nie mam o tym utworze nic szczególnego do napisania. Chciałbym, by niektórzy wrzucali tu płyty z takimi lowlightami...

W listopadzie 2016 byłem na przedostatnim semestrze studiów, a relacja z moją ówczesną partnertką przechodziła już na taki poważny etap, w którym planowaliśmy wspólne zamieszkanie we Wrocławiu, psiecko i cholera wie jeszcze co. Zabawne, że raczej nie spodziewałem się, że skończy się dokładnie odwrotnie niż u Murzyna (o którym w sumie niewiele wiedziałem, bo nie wchodziłem na forum). Nie wiem co z tego wynika, ale nie zmienia to faktu, że płyta mi się po prostu podoba.
DEPESZWIZJA 123: EDYCJA NOWOFALOWA
FINAŁ 21:15
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18356
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 26 paź 2025 20:11

Martyn - The Air Between Words

Długo zwlekałem z napisaniem tego tekstu. Dzieje się tak zawsze wtedy, gdy coś mi się nie podoba, gdy coś jest growerem, albo gdy po prostu nie wiem jak dany album jednoznacznie ocenić. I tutaj mamy właśnie ten ostatni przypadek.
Zdecydowanie nie po drodze jest mi z muzyką klubową, housem czy techno. I tutaj to trochę wychodzi. Pamiętam, że przed pierwszym odsłuchem byłem albumem zainteresowany. Oto coś zupełnie mi nieznanego. Zżerała mnie ciekawość. Jednak wraz z kolejnymi utworami ten zapał gasł. I nawet nie dlatego, że uważałem to za coś złego. Po prostu czułem, że to nie moja bajka.
Pet Shop Boys w 1993r, wraz z albumem Very wydał drugi krążek pt. Very Relentless zawierający sześć praktycznie instrumentalnych utworów danceo’wych. I mimo że Very bardzo lubiłem, to ten drugi krążek posłuchałem w swoim życiu może ze 3 razy. I potem nigdy już do niego nie wróciłem. Bo Very Relentless nie jest złe, ale to nie moja bajka. Mimo, że to wielki PSB. Tutaj jest trochę podobnie. Jak sobie rozpatruję jakiś utwór w odosobnieniu od albumu, to jest spoko. Gdy mam poświęcić tej muzyce ponad 50 minut, to trochę odpadam. W połowie albumu już tracę zdecydowanie uwagę. Myślałem początkowo, że druga część albumu jest po prostu słabsza. Ale wcale nie o to chodzi. Po prostu ja nie potrafię słuchać takiej muzyki na tak długim dystansie. Niby tylko 10 utworów, ale większość jest zdecydowanie za długa.
Nie będę jak mam w zwyczaju pisał o każdym utworze z osobna, bo po prostu nie potrafię. Za dużo musiałbym się powtarzać. Zresztą ja się na takiej muzyce nie bardzo znam.
Glassbeadgames jest generalnie spoko utworem. Fajny rytm, fajna zagrywka lecąca na klawiszach od początku. Nie bardzo mi za to pasują te fragmenty z tym niby damskim wokalem. Słabowate to trochę i nieco psuje wrażenie.
W Empty Mind od początku dobrze cykają talerze. Wchodzi fajny bas i klawisze. Utwór dosyć podobny w sumie do poprzednika, ale lepszy, bo nic mi tam nie psuje wrażenia. Trochę stylowo kojarzy mi się z wczesnymi tanecznymi remiksami PSB.
Za to wychwalany Drones mnie nie porywa. Dziwny utwór, może i ciekawie brzmiący, ale nie porywa mnie jednak. Ma fajne momenty, choć główny motyw lekko drażniący.
Two Leads ansd a Computer ma od początku przyjemne brzmienie. Ten elektroniczny bas daje radę. Potem wchodzi bardzo dobra zagrywka syntezatorowa. Automat perkusyjny też spoko.
No i na koniec Fashion Skater jeszcze godny wyróżnienia. Podoba mi się wykreowany tu klimat. Dobre te klapy. Dobra zagrywka głównego motywu. Ogólnie dobre brzmienie. Być może to dla mnie najlepszy utwór z płyty (dla Jacka co ciekawe – najgorszy).

Pozostałe utwory, których nie wymieniłem po prostu niczym się nie wyróżniają. Lecą sobie bo lecą. Nie są jakieś złe. Zdarzają się ciekawsze momenty, ale ogólnie lekko przynudzają.
No i tak to wygląda. Obaj z Jackiem lubimy muzykę elektroniczną, ale jednak każdy w nieco innym stylu. Czasami się spotykamy gdzieś tam po drodze, ale częściej jednak się rozmijamy w tym temacie. Album nie jest zły. Ale raczej do posłuchania przy okazji robienia czegoś. Usiedzieć w skupieniu 50 minut ze słuchawkami było mi jednak trudno. Gdyby to nie był album z bestki, to bym pewnie się nie męczył na siłę na tak długim dystansie. Generalnie 50 minut dla jednej muzyki jest dystansem krótkim, dla innej zbyt długim. Zależy co komu leży. Gdybym miał oceniać ten album w skali 10 stopniowej, to byłoby takie 5/10.
Myślę, że więcej jednak radochy miałbym z De La Soul.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13846
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 26 paź 2025 20:30

No trudno, zatem zostaje 2:3. Mazury i aglomeracja łódzka mehła, Dolny Śląsk docenił - bez hurraoptymizmu ale raczej tak z głową, na tyle ile moim zdaniem ten album zasługuje (takie powiedzmy 7/10). Czy było warto? Myślę że tak, zawsze to ciekawsze niż spodziewany mniejszy i większy prejz za album który i tak jest uznany przez masy. De La tu jeszcze wleci w przyszłym roku pewnie a tymczasem jutro startujemy z kolejnym albumem. Dzięki.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13846
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 27 paź 2025 09:37

Dobra Panowie, "Koniec Imprezy",

Czyli kolejka 27.10-16.11.2025

Talk Talk - The Party's Over (1982)

devotional pisze:
05 sie 2025 08:40

Editorsi zostali skutecznie wyedytowani, zaś ja straciłem dobre miejsce w kolejce, ale no matter. Zawsze znajdzie się odpowiednie zastępstwo i myślę, że lepszego momentu nie będzie. Dlaczego? Ano dlatego, że mija zaraz 20 lat odkąd poznałem ten album, a nawet wykonawcę tak właściwie, nie licząc może pojedynczych "seansów" niektórych wideoklipów na MTV Classic. Najczęściej widywałem tam utwór pt. Talk Talk i jego fenomenalny teledysk (ten pierwszy, nie ten z gestykulującymi ludźmi) szybko przykuł moją uwagę. W sukurs przyszło mi forum80s.pl, wiadomo, a wraz z nim wrzutki różnych ludzi, tu tytułowy, tu Today, tu jeszcze coś innego. Trwało to od końca sierpnia do połowy grudnia, kiedy to w końcu skompletowałem całe The Party's Over, więc zaczynałem na wyrywki hehe.

Ja wiedziałem już wtedy, że Talk Talk to pewnego rodzaju klasyka, muzyka wysokich lotów i w ogóle mnogość świetnych utworów, znałem It's My Life, już od października tamtego roku zachwycałem się The Colour of Spring (choć też brakowało mi chyba jednej piosenki do "kolekcji"). A debiut uciekał mi swoją "całością". Odpowiedź na pytanie "dlaczego tak" jest prosta - wciąż korzystałem z BearShare zasysając pojedyncze kawałki albo to, co ktoś wrzucił na tamto stare ejtisowe forum. Dopiero w grudniu 2005 poznałem SS i zacząłem witać się z całymi albumami. Tak więc moja przygoda z TPO była rozłożona na niemal cały czwarty kwartał 2005, na dodatek z końcówką trzeciego. Przez to numery takie jak Talk Talk czy Today kojarzę z sierpniem, tytułowy z wrześniem, zaś Hate z grudniem.

Najmocniej w mojej głowie siedzi jednak październik i Have You Heard the News. Borze szumiący, jaki to jest dobry utwór. Background ma dość mroczny, albowiem tekstowo opiera się na - o ile dobrze pamiętam - osobistych doświadczeniach Marka Hollisa, który miał brać udział w dość nieciekawym wypadku samochodowym. W 2005 nie miałem jeszcze żadnej empetrójki, miałem za to discmana, który odtwarzał format MP3 i czytał płyty CD-RW. Kupowałem ich całe cake boxy i wypalałem tyle muzy, ile byłem w stanie unieść. Discman w wewnętrzną kieszeń kurtki, kurtka na grzbiet i wychodziłem na autobus do szkoły (jeden z trzech, ot, uroki mieszkania na zadupiu). Gdy szło się do budy na zerówkę, trzeba było wyjść z chałupy o 5 rano. Ciemność, chłód, mgła... To był, kurde, klimat.

I z tym klimatem najbardziej kojarzą mi się trzy piosenki - dwie od The Cure (odpowiednio Disintegration i Faith), oraz właśnie HYHTN. Ponieważ to jesień była porą roku, w którą poznawałem Talk Talk niemal w całości (nie licząc dwóch ostatnich krążków), najbardziej słuchanie tego zespołu wchodzi mi właśnie jesienią. I o ile mogę zrozumieć bekę związaną z puszczaniem sobie The Colour of Spring w październiku, tak nikt mi nie powie, iż TPO czy It's My Life nie pasują do klimatu jesiennej słoty (do tego najbardziej pasuje "bezalbumowe" My Foolish Friend). Włóczenie się listopadowym popołudniem po jakimś smutnym parku do Another Word czy Candy to jest złoto i tyle mam do powiedzenia. Względnie w śniegu do Hate (zaliczyłem chyba wtedy każde warunki pogodowe).

Aż trudno mi zaakceptować fakt, iż ten krążek miał premierę w lipcu, mój headcannon na to nie pozwala. Powoli zbliża się koniec lata, a to oznacza, że po dwóch dekadach będę znów słuchał TPO na raty, tak celem upamiętnienia tamtego magicznego okresu w moim życiu. Tzn. okres był to pod wieloma względami taki se, ale muzycznie? Kiedy później poznałem tak wielu wykonawców tak bardzo od podszewki? Wiosna/lato 2012, jesień 2017 oraz 2018... a potem niekiedy dzięki naszym forumowym zabawom. No, mogę jeszcze na krzywy ryj wepchnąć tutaj marzec 2011, ale co 2005 to 2005. Wtedy otworzyłem się na ejtisy a Talk Talk i ich debiut grali tu pierwsze skrzypce. I będą grali wciąż, bo to świetny album jest, nowa fala na pełnej z najlepszego dla niej roku.

Są elektroniczne bębny? Są. Są "porcelanowe klawisze"? Są, a jakże. No i ten wspaniały, głęboki bas Webba, specyficzny, momentami ostro wykrzykiwany wokal Hollisa, nic, tylko się jarać. Dla mnie The Party's Over to jeden z tych albumów, gdzie nie ma ani jednego złego numeru (choć może jeden z nich mógłby brzmieć NIECO lepiej, nie powiem który). Dołożyć do tego ciekawe bisajdy dla singli... Czego chcieć więcej? Powrotu do jesieni 2005 na chwilę. Kiedy to wszystko było takie "pierwsze" i "świeże". Debiut TT to jedna z tych rzeczy, które napędzają u mnie maszynę nostalgii lepiej, niż zrobiłaby to stuoktanowa benzyna. Droga do szkoły, uliczki Starych Bałut, Park Julianowski... Nie wyszło z jesienią 2015, zapraszam na jesień 2005, wierzę, że wszystkim się spodoba (w końcu to Talk Talk).

https://youtube.com/playlist?list=OLAK5 ... F3GbIPSMKg
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10366
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 28 paź 2025 20:42

Talk Talk The Party's Over

Poznanie niektórych zespołów oraz stylistyk w pewnych momentach życia traktowałem wręcz jako punkt honoru. Autechre w gimnazjum, zrozumienie Tangerine Dream w podstawówce, przełamanie irracjonalnej niechęci do ostrzejszych/hałaśliwych brzmień w liceum. Kiedy jestem do czegoś uprzedzony, to raczej i tak siłą rzeczy czy przyzwyczajenia ulegam sile oddziaływania przynajmniej w drobnym stopniu. Coś wewnętrznie podpowiada mi pójście wbrew: albo swoim oczekiwaniom albo podejściu otoczenia. Pewnie dlatego trochę czasu potrzebowałem na odpowiednie nastawienie do Talk Talk. Kilka piosenek kojarzyłem od zawsze, ale żeby z własnej woli sięgnąć? Nigdy nie było poważniejszego punktu zaczepienia. Zainspirowany forumowymi wzmiankami, fejsbukowymi propsami i wysokim statusem ich muzyki na RYMach świata tego postanowiłem po prostu sprawdzić. It's My Life, Spirit of Eden, nie szedłem chronologicznie, raczej odbywało się to na podstawie wcześniejszych odkryć, doświadczeń czy znajomych tropów. The Party's Over to już czas pandemii. Czas dopisywania ostatnich rozdziałów do zapomnianych historii czy porzuconych wątków, gdy te nie zażarły lub po prostu o danej porze roku nie wracały do głowy z należytą siłą. Nawet na debiucie czuć pewną jesieniarskość i zimowość. Nieprzypadkowo większość ocen pod ich płytami to daty marcowe. Październik też się znajdzie, ale to pewnie poszło w ramach odświeżenia. TPO oceniona jako ostatnia, rok później już tylko solówka Hollisa. Skrajności, które łączy wiele. Na płycie podrzucanej przez Deva słyszymy świadectwa eksperymentów, szukania tożsamości, choć już pierwsze kroki ważą naprawdę wiele. Wczoraj słuchałem w pracy i chciałem zrobić najśmieszniejszą rzecz na świecie, ale wieczorem nastrój wewnętrzny załamał się dość gwałtownie, więc nie było szans na cokolwiek większego. Dziś obrót o 180 stopni. Jedziemy, bo tutaj nie ma co rozmydlać, gdy akurat słuchasz czegoś dobrze przyswojonego.

Talk Talk. Znając ich dyskografię do końca włącznie z solówką Hollisa, powrót tutaj jest wyjątkowo przyjemny, przyziemny, czysto rozrywkowy, nawet niewinnie ofensywny. Po latach osłuchiwania nawet tutaj słychać uporządkowanie, brak jazgotu, niepotrzebnych dźwięków (mimo hardo pracującej perki elektronicznej). Wszystko co robisz dla mnie to jest yapp yapp yapp - lekkie, a takie uniwersalne. Znakomity wstęp do niedocenianej płyty. W zamierzchłych czasach musiałem słyszeć, bo do teraz pamiętam pierwszy świadomy odsłuch i wrażenie kojarzenia, tak mocno zarażających głowę refrenów nie da się wymazać. Czy kogoś dziwi, że już przed odsłuchem i tak jest na jednej z moich list na spotifie? i to wcale nie tak młodej, a do tego związanej z rytualnymi wówczas spotkaniami z najbliższymi przyjaciółmi, przynajmniej te cztery lata ma. Pięknie się nam ekipa przedstawiła przed milionami słuchaczy. Znamienne, że na koniec przygody TT tych słów i środków wyrazu ubędzie jakieś 3/4 co najmniej.

It's So Serious, czyli rosnące wrażenie przyjemnie naiwnej wrażliwości, bo takiej bez skrępowania przegiętej. Dla ładnych i łatwych porównań powiedziałbym, że to chwilami naprawdę ichniejsze A Broken Frame... Temu skojarzeniu sprzyjają klawiszowe pochody na pierwszym planie, w tle, dodatkowe przejścia, uzupełnia, jeszcze ten zaśpiew przy tytule. Wszystko stosownie do stylistyki new romantic. Nawet automatowa klapa od kibla ładnie obudowana, choć samo brzmienie robi delikatnie tajemniczy, poważny klimat.

Today. Czy więksi eksperci od Talk Talk wiedzą coś o graniu czegoś więcej z tej płyty na późniejszym etapie istnienia zespołu? Kolejny numer, który byłby nieźle skrojony do takiego Colour of Spring przynajmniej na poziomie aranżu, tylko trochę trzeba byłoby pozmieniać... Poza tym lekko tajemniczo. Mocny mostek przed ofensywnym pseudo refrenem. Te nasze dawne dywagacje o częściach składowych piosenek zabiły mi ćwieka na dobre xD Po latach niby można marudzić, że w porównaniu do reszty płyt jest zbyt kwadratowo, ale oni nawet syntezatorowe aranże robili z charakterystyczną subtelnością i wyczuciem. Że też im się tyle udało zmieścić? Hollis sprawia wrażenie, jakby te piosenki były zbyt napakowane, za szybkie, ale wciąż z nimi wygrywa. Jak dla mnie te nieparzyste są mocniejsze, a parzyste robią za przystanki na przerwę heh ale bez wyraźnego spadku poziomu, ma się rozumieć.

The Party's Over. Tu jakby bardziej dostojne, w bardziej rozmarzony sposób, z nutką patosu, ale bez smęcenia i przesady. Hollis brzmi jak Ferry czasami, co uważam za pozytywne skojarzenie. Poza tym brzmi jak dojrzalsze TT nawet bez większych zmian aranżacyjnych budzi kojące odczucia. Druga część już bardziej egzotyczna. Nie pamiętałem, że oni AŻ TAK tutaj grali na synthpopową modłę, sprawia to wrażenie jakichś dalekowschodnich imitacji. Zazwyczaj wracam dla pierwszych dwóch minut, ale to co jest potem również na przyzwoitym poziomie, choć nie są to bóg wie jak wykombinowane ustawienia heh

Hate. Po oczyszczeniu znowu coś bardziej zrywnego. Perka jak czołg w połączeniu z tymi "porcelanowymi klawiszami", świetnie to Adrian ujął. Jeden z lepiej brzmiących kawałków, choć kontrast z refrenem wywołuje wręcz dysonans. Na debiucie jeszcze szukali. Bardzo dobrze, że tego nie okrzesali. Spokojnie w top 3 płyty i pewnie moich powrotów. Do tego ten sam Hollis od półszeptów ledwo zrozumiałych jeszcze się wydziera, noo ja mu wierzę! Jednocześnie urocze, a już naprawdę dobrze przemyślane, ciupciać hate'rów.

Have You Heard The News? Chyba przez podobieństwo początku do tytułowego kawałka nie wracałem za często, choć dla tego elektro noir klimatu warto. Gdy już się przebrnie przez ten mniej wyróżniający fragment to jest naprawdę ciekawie. W porównaniu do reszty na płycie trochę za mało na powroty, ale przy odsłuchu całości nie odstaje aż tak... Nie bez powodu od takich klimatów później odstąpili, tak sobie myślę.

Mirror Man, czy Talk Talku odpowiedź na Yazoo i Human League? Kuurczę, ostatnio rzadziej wracałem, a zapomniałem, że tu naprawdę pięknie wyszedł ten piwniczno-introspektywny klimacik. Miks trochę inny niż do tej pory, Hollis miauczy aż miło, cykacze bossanova jak u Żara, wiele przyjemnie znajomych rozwiązań, nawet smyki wtopione w noworomantyczne klimaty brzmią jakby inaczej... Podtrzymuję zdanie o tych mocniejszych nieparzystych. Bardzo subtelny muzyczny obraz pewnego rozkoszowania się byciem w dupie. Z deszczem za oknem na pierwszym piętrze teatru chwilami słuchałem tej płyty jak gdyby po raz pierwszy.

Another Word. Moralne niepokoje na wyjątkowo dyskotekowym podkładzie. Polacy wciąż dziesięć lat później próbowali brzmieć podobnie, ale jakby wciąż nie na tym poziomie. Panowie niby subtelnie dogęszczają, jest wokoder, dodatkowe elementy w tle, całkiem efektowny mostek pod koniec, jednak wciąż to brzmi dość tandetnie, niestety. Znak czasu aż za bardzo. Chyba jedyny minus płyty, jeszcze te chórki... Ni czas to, ni miejsce - a może wtedy jeszcze był? Raczej tylko wtedy w ten sposób. Jedyny numer do zapomnienia.

Candy, mmm... Na koniec największa perełka, być może jedna z ich najlepszych piosenek. Subtelna klamra z niedopowiedzeniami, czasem lepiej się nie da tego ująć. Utwór idealny na wewnętrzne dylematy, jakieś nieopisywalne smutki w związku z bliskimi związkami z ludźmi. Trochę melancholijnie, trochę przesadnego myślenia o tym, co się już zrobiło, a czego nie. Candy do teraz potrafi sprawić wiele słodko-gorzkiej przyjemności. Hollis właściwie sam ciągnie ten utwór, a pojedyncze melodie syntezatorowe tylko mu wtórują. Najdojrzalszy, najlepiej poprowadzony kawałek, który aż kipi od emocji. Można go interpretować w mniej czarno-biały sposób. Ma w sobie coś z ducha Republikańskiego angstu. Wywołuje porównywalne refleksje do wewnątrz. Świetny kawałek. Prowokuje mnie tylko do jeszcze wyższego odlatywania w opisie. Nawet pojedyncze kiksy nie powinni zniechęcać do podążania dalej, bo w finale czeka ten charakterystyczny nastrój, za który bardziej polubiłem ten zespół, sprawdziłem wszystkie płyty, zaczepiłem się o ukryte ciekawostki.

Nawet na okładkę można przymknąć oko (złowrogi śmiech w tle). Lekko kiczowaty zabieg z ustami, ale przynajmniej w subtelnej palecie kolorystycznej. Dla mniej wczutych słuchaczy może bardziej trącić ejtisową myszką, ale trzeba mieć wyjątkowo zły nastrój, by szukać członka w uszach. W wielu miejscach TPO odpowiada na kwaśne rozterki w dobrze oczyszczający sposób. Miło było wrócić. Od razu chce się sięgnąć po coś więcej, ale też odświeżyłem kilka zakurzonych klasyków. Mirror Man, Hate, Candy... tercet znakomitości. Już po tej płycie mieliby status kogoś nie do pominięcia dla tych, którzy szukają w muzyce czegoś więcej. Na szczęście sami jako artyści szukali czegoś więcej i potrafili nam to na kolejnych płytach zaprezentować w znakomity sposób. Dev podrzuca pierwszy etap podróży, naprawdę warto ją przebyć do końca! Takie wrzutki się ceni.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13846
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 10 lis 2025 12:11

Talk Talk - The Party's Over

Myślę że ciężko wlatywać z czymkolwiek od Talk Talk kiedy przerobiliśmy tu już Laughing Stock które wiadomo że doceniłem mocno. Zdając sobie sprawę że obie płyty dzieli mnóstwo nie miałem żadnych oczekiwań, w sumie to spodziewałem sie rzetelnych ejtisów i w sumie to... no zobaczymy co dostałem.

Album z kopyta otwiera Talk Talk będące jednym z najbardziej przebojowych utworów w trackliście. Żwawy taneczny rytm perkusji, bucząca gitara basowa, melodie klawiszy dookoła, główną siłą tego otwieracza jest jednak ten motoryczny pęd i chwytliwy refren. Wyróżnia się też na plus mostek z galopującą perkusją i pianinkiem. Dobre, ejtisowe, przebojowe TT.

Drugi utwór It's So Serious ma klawisze które z miejsca kojarzą mi się z Enola Gay od OMD. Tempo nadal dość żwawe, choć jest tu mniej intensywnie niż w otwieraczu. Refren nawet się wyróżnia ale całość jest na takim średnim poziomie jeśli chodzi o przebojowość, tu raczej typowy album track.

Wraz z Today wracamy na najwyższe obroty i do krainy hitowych refrenów. Fajna kontrmelodia w zwrotkach. Całość jest napakowana energią po brzegi na tyle że nawet jeśli na coś tam się krzywię to ciężko nie ulec temu utworowi, po prostu z czasem porywa zwłaszcza że w końcówce klimat tylko się zagęszcza.

Z czwartym numerem sinusoida tempa idzie w umiarkowane rejony, będzie kolejny typowy album track. Wydaje mi się że w tym numerze najlepiej wybrzmiewa Mark Hollis tym swoim zawodzeniem oddaje atmosferę końca czegoś. Po drugim refrenie bas bardziej uderza i wjeżdża coś co nazywam azjatyckimi klawiszami - to brzmienie jakoś kojarzy mi się z Japanese Boy od Aneki czy podobnymi stylizacjami na Daleki Wschód. Może ciut przeciągnięty jest ten kawałek, moim zdaniem śmiało można było go zakończyć fade-outem w okolicy 5 minuty i bardziej zachęcałby wtedy do powrotów.

Hate otwiera drugą część albumu, znów chłopaki jadą z biglem uderzając w bardziej parkietowe tempa. Fajne synthy na wejściu tworzące tajemniczy klimat. Strasznie gęsta produkcja, trochę młóckarnia z tego wszystkiego wychodzi na pierwszy plan. Z braku laku walimy w bęben ile wlezie, może kogoś porwie. U mnie numer ląduje w kategorii wannabe szlagieru.

Have You Heard The News to jeden z najbardziej wyróżniających się album tracków, przede wszystkim za sprawą refrenu i pobrzmiewających w nim synthów. Ich brzmienie kojarzy mi się z niektórymi motywami z Twin Peaks, podobnie spooky klimat. Bas z kolei przywodzi na myśli niesprecyzowany kawałek Kate Bush. Utwór jednak jako całość znów wydaje mi się nieco przydługi.

Mirror Man jakoś mnie nie chwyciło. Piosenka zdaje się zaczynać tam gdzie skończyła się poprzednia, brzmi jak jej kontynuacja trochę. Jakimś wyróżnikiem na pewno są skrzypce, chociaż prawdę mówiąc mi nie robią, tu wyjątkowo refren uznaję za najsłabszy fragment. Mostek nawet fajny z tym wyciszeniem nieco.

Another World to już dla mnie klasyczny zapychacz, ostatnia próba ożywienia płyty ale tutaj brzmi to jak dość przaśnie, niemiłosiernie drażni mnie refren oraz te Oooo-Oooo-ooo chórki. Melodie klawiszy pobrzmiewają jakąś muzyką chodnikową prawie, mam wrażenie że tu Papa Dance się takim graniem inspirowało.

Na szczęście album wieńczy Candy będące jednym z mocniejszych akcentów tutaj. Dla odmiany, dla wytrwałych na koniec - ballada. Kolejny dobry refren, fajny klimat, myślę że taki numer będący odpowiednim drogowskazem dla zespołu że powinni właśnie pójść w spokojniejsze tempa i taki vibe. Ładnie brzmi ten głos Hollisa powtarzający tytułowe CANDY. Zamknięcie albumu na solidnym poziomie chociaż.


Mam na zakończenie parę uwag nt. spraw o których nie pisałem przy okazji poszczególnych piosenek jeszcze. Po pierwsze to przyznam że nie podoba mi się produkcja na tej płycie, mocno w uszy uwiera mnie zwłaszcza to toporne brzmienie perkusji ale i miks pozostawia tu też do życzenia bo całość od A do Z brzmi dla mnie jak ja to mawiam MUDDY, niewyraźnie, gęsto, melodie klawiszy zlewają się trochę ze sobą w tle jakby. Druga sprawa nie wiem czy akurat takie ejtisowe granie to odpowiednia rzecz na szaro bury listopad, fakt, nie są to te pastelowe ejtisy może, może to miała być brzydka muza na brzydką pogodę po prostu - ja chwilami czułem się podwójnie zniechęcony. Ostatecznie parę numerów się przegryzło, najwyżej chyba oceniłbym klamrę czyli otwieracz i zamykacz tracklisty. Oprócz tego ciut za nimi Today i Have You Heard The News, może też tytułowy. Druga część płyty słabiej od pierwszej wypada na moje ucho. Nie jest to album najwyższych lotów, raczej rzetelny początek, bywały kapele z gorszym startem na pewno. Podejrzewam że w katalogu TT to może być ich najsłabszy album, na plus zatem dopiszę to że znając spektrum ich możliwości jeśli sięgnę po cokolwiek dalej to powinno być już tylko lepiej niż na debiucie.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13846
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 13 lis 2025 11:12

Ja tylko przypomnę że zamykamy Talk Talk w tym tygodniu więc zostały Wam niecałe 4 dni jeszcze
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13846
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 15 lis 2025 09:51

Wlatywać proszę uprzejmie
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10366
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 15 lis 2025 13:35

To Boardsi do lutego będą iść
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24709
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 15 lis 2025 13:53

Jak płyta ludziom wchodz, to idzie szybciej, np Biggie
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13846
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 15 lis 2025 13:54

<udaje że nie rozpiera go duma>

no tak no płyta płycie nierówna wiadomo ale myślę że 3 tygodnie to ostateczny rigczowy termin
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24709
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 15 lis 2025 13:58

Moja recenzja wleci w poniedziałek rano. Myślałem, że wjadę jako pierwszy, a tu życie podyktowało inny scenariusz. Zwyczajnie nie chciało mi się wracać do tej płyty, bo to najsłabszy album TT.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13846
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 15 lis 2025 14:42

Uuu

Jestem naprawdę rozczarowany przyznaję
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup