Best of Forum VI
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
No to lecim.
The Gap Band - Outstanding (12" Version)
(1982)
Kontynuuję wątek diggerski z poprzedniej wrzuty. The Gap Band to zespół z Oklahomy w USA grający muzykę r&b i funk, popularny w latach 80. ubiegłego wieku. Mają na koncie kilka przebojów, które poznawałem przez lata dzięki grom wideo (tak, TYM grom), telewizji czy - jak w przypadku dzisiejszej wrzuty - wspominanej uprzednio serii składanek Mastercuts. Słowem wyjaśnienia dopowiem jeszcze że nazwa ta dotyczy się tego że kompilowały one różne hity w wersjach z 12-calowych singli. Zapomniałem o nich na jakiś czas kiedy mój brat wyprowadzając się z domu zabrał ze sobą kompa i tym samym straciłem dostęp do jego folderów z muzą. Love Is Contagious wrzucane przeze mnie pochodziło z 4 części serii Classic Mellow Mastercuts, a więc dedykowanej klasycznemu r&b przede wszystkim. Kiedy po latach przypomniałem sobie o tych kompilacjach zacząłem szukać i zasysać kolejno następne odsłony a z czasem udało mi się je nawet wygrać na aukcjach Allegro (miałem trochę farta, udało mi się jednego wieczoru wygrać kolejno kilka aukcji i zebrać wszystkie 4 części serii Classic Mellow, choć poległem w przypadku innych serii wtedy). Na 1. części składaka znajdował się kolejny przebój Gap Band do kolekcji czyli właśnie Outstanding.
Poznałem ten numer w wersji extended i prawdę powiedziawszy aż trudno mi teraz uwierzyć że to nie jest oryginalna prawilna wersja tego kawałka, widzę że na albumie trwał on ledwie 3 minuty z hakiem ale bez charakterystycznego wstępu z bongosami albumówka brzmi dla mnie jak wykastrowana, nie mówiąc już o tym że są one w tamtej wersji mocniej zagrzebane w miksie jakby a przecież stanowią coś w rodzaju wisienki na torcie tej kompozycji! Główną melodię utworu stanowi chwytliwy riff pianina podbity gitarą basową i uzupełniany o delikatne synthy oraz wtrącenia na dęciakach. Numer jest funky, bujający w opór, zaś na wokalu - który myślę jeszcze usłyszycie kiedyś w tej bestce - dowozi niezawodny Charlie Wilson.
Mamy środek jesienii, za oknami szaro i piździ więc z ponurej ulicy zachodzę do ulubionego lokalu i zapraszam Was ponownie na dancefloor, bierzcie i bujajcie się do tego hehe:
https://youtu.be/EXXq_n9JtX8?si=vHI3kwEYu-UJb7If
The Gap Band - Outstanding (12" Version)
(1982)
Kontynuuję wątek diggerski z poprzedniej wrzuty. The Gap Band to zespół z Oklahomy w USA grający muzykę r&b i funk, popularny w latach 80. ubiegłego wieku. Mają na koncie kilka przebojów, które poznawałem przez lata dzięki grom wideo (tak, TYM grom), telewizji czy - jak w przypadku dzisiejszej wrzuty - wspominanej uprzednio serii składanek Mastercuts. Słowem wyjaśnienia dopowiem jeszcze że nazwa ta dotyczy się tego że kompilowały one różne hity w wersjach z 12-calowych singli. Zapomniałem o nich na jakiś czas kiedy mój brat wyprowadzając się z domu zabrał ze sobą kompa i tym samym straciłem dostęp do jego folderów z muzą. Love Is Contagious wrzucane przeze mnie pochodziło z 4 części serii Classic Mellow Mastercuts, a więc dedykowanej klasycznemu r&b przede wszystkim. Kiedy po latach przypomniałem sobie o tych kompilacjach zacząłem szukać i zasysać kolejno następne odsłony a z czasem udało mi się je nawet wygrać na aukcjach Allegro (miałem trochę farta, udało mi się jednego wieczoru wygrać kolejno kilka aukcji i zebrać wszystkie 4 części serii Classic Mellow, choć poległem w przypadku innych serii wtedy). Na 1. części składaka znajdował się kolejny przebój Gap Band do kolekcji czyli właśnie Outstanding.
Poznałem ten numer w wersji extended i prawdę powiedziawszy aż trudno mi teraz uwierzyć że to nie jest oryginalna prawilna wersja tego kawałka, widzę że na albumie trwał on ledwie 3 minuty z hakiem ale bez charakterystycznego wstępu z bongosami albumówka brzmi dla mnie jak wykastrowana, nie mówiąc już o tym że są one w tamtej wersji mocniej zagrzebane w miksie jakby a przecież stanowią coś w rodzaju wisienki na torcie tej kompozycji! Główną melodię utworu stanowi chwytliwy riff pianina podbity gitarą basową i uzupełniany o delikatne synthy oraz wtrącenia na dęciakach. Numer jest funky, bujający w opór, zaś na wokalu - który myślę jeszcze usłyszycie kiedyś w tej bestce - dowozi niezawodny Charlie Wilson.
Mamy środek jesienii, za oknami szaro i piździ więc z ponurej ulicy zachodzę do ulubionego lokalu i zapraszam Was ponownie na dancefloor, bierzcie i bujajcie się do tego hehe:
https://youtu.be/EXXq_n9JtX8?si=vHI3kwEYu-UJb7If
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
I To I – The Right Time
To nie miało teraz wlecieć, ale po skojarzeniu z poprzednią wrzutką Muzyna (poprzez podobną sekwencję akordów), wiedziałem, że tylko teraz ma to sens, bo przy moim planowaniu, układaniu, itd., to cholera wie kiedy by to było. Pora na spontan. I To I to kompletny one hit wonder, wydali tylko dwa single, żadnych albumów. Nikt by o nich nie usłyszał gdyby nie trafili na soundtrack do jednego z bardziej znanych brytyjskich filmów lat 90 – Cztery wesela i pogrzeb. Richard Curtis to jest gość i IMO nie napisał złego scenariusza, ale to temat na inny temat. Cofamy się do drugiej połowy lat 90-tych. Mały Munlup szwenda się po domu z walkmanem i nie ma czego słuchać. W końcu sięgam po kasetę z OST do w/w filmu, z kolekcji mojej mamy, bo pamiętam, że są tam fajne kawałki Eltona Johna i TEN cover Wet Wet Wet. W gąszczu znanych rzeczy, trafiam na TO. Numer, którego z filmu nawet nie kojarzyłem, bo pojawia się tylko w napisach. Zupełnie co innego niż pozostała zawartość, coś nowego, współczesnego, zaraźliwego, z bitem. Zakochałem się w tym numerze, nie potrafiłem oddać mamie tej kasety przez długi czas.
Fast forward do 2024 r., w zasadzie teraz dopiero dowiedziałem się jak bardzo obskjurowy był ten zespół. Zawsze mnie zastanawiało, czemu takie numery trafiają na OSTy popularnych filmów, po czym zespoły nie korzystają z tej chwilowej ekspozycji, i znikają. Różnie to bywa, pamiętacie Fuzzbubble i kuriozalna sytuację, w której się znaleźli. Wokalistka Suzanna Marger, miała chyba jakąś śladową karierę, ale podobnie jak Fonda Rae, głównie jako sesyjny artysta. Niewiele znalazłem na temat tego bandu, to było dwóch typów i laska. Czemu przepadli, nie wiem. Zostało po nich kilka piosenek, z czego „The Right Time” zawsze już będzie utrwalony w moim kanonie, jako nośnik wspomnień, ale też po prostu zajebisty kawałek, który uwielbiam.
https://youtu.be/I3RLuSnx8Ew
To nie miało teraz wlecieć, ale po skojarzeniu z poprzednią wrzutką Muzyna (poprzez podobną sekwencję akordów), wiedziałem, że tylko teraz ma to sens, bo przy moim planowaniu, układaniu, itd., to cholera wie kiedy by to było. Pora na spontan. I To I to kompletny one hit wonder, wydali tylko dwa single, żadnych albumów. Nikt by o nich nie usłyszał gdyby nie trafili na soundtrack do jednego z bardziej znanych brytyjskich filmów lat 90 – Cztery wesela i pogrzeb. Richard Curtis to jest gość i IMO nie napisał złego scenariusza, ale to temat na inny temat. Cofamy się do drugiej połowy lat 90-tych. Mały Munlup szwenda się po domu z walkmanem i nie ma czego słuchać. W końcu sięgam po kasetę z OST do w/w filmu, z kolekcji mojej mamy, bo pamiętam, że są tam fajne kawałki Eltona Johna i TEN cover Wet Wet Wet. W gąszczu znanych rzeczy, trafiam na TO. Numer, którego z filmu nawet nie kojarzyłem, bo pojawia się tylko w napisach. Zupełnie co innego niż pozostała zawartość, coś nowego, współczesnego, zaraźliwego, z bitem. Zakochałem się w tym numerze, nie potrafiłem oddać mamie tej kasety przez długi czas.
Fast forward do 2024 r., w zasadzie teraz dopiero dowiedziałem się jak bardzo obskjurowy był ten zespół. Zawsze mnie zastanawiało, czemu takie numery trafiają na OSTy popularnych filmów, po czym zespoły nie korzystają z tej chwilowej ekspozycji, i znikają. Różnie to bywa, pamiętacie Fuzzbubble i kuriozalna sytuację, w której się znaleźli. Wokalistka Suzanna Marger, miała chyba jakąś śladową karierę, ale podobnie jak Fonda Rae, głównie jako sesyjny artysta. Niewiele znalazłem na temat tego bandu, to było dwóch typów i laska. Czemu przepadli, nie wiem. Zostało po nich kilka piosenek, z czego „The Right Time” zawsze już będzie utrwalony w moim kanonie, jako nośnik wspomnień, ale też po prostu zajebisty kawałek, który uwielbiam.
https://youtu.be/I3RLuSnx8Ew
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Japan - Quiet Life (1979)
Sylvian przewijał się przez różne nasze bestki pod różnymi bardzo postaciami. Teraz ja wyskakuję z jego pierwszym ensemble, jakim było Japan, które TEŻ już się tutaj pojawiało w postaci My New Career. Tam już pewnie pisałem o swojej przygodzie z tym zespołem, w sensie recenzując wrzutę bodaj Roberta, także jedynie przypomnę - lata olewałem, jesienią 2018 nastąpił wielki powrót. Raz, że bardzo lubię Sylviana (duże zasługi ma tutaj PT Hien), a dwa, że lubię nową falę, a od trzeciej płyty Japonii band ten zrobił się bardzo nowofalowy. Quiet Life błyskawicznie złapało moją uwagę, co ciekawe, wyczuwam brzmieniowe połączenia z No. 1 in Heaven od Sparks. Szybki rzut oka na Discogs i już wiem, o co chodzi - chwilę przed nagraniem płyty o tym samym tytule, co moja wrzuta, Sylvian i spółka współpracowali na jednym singlu z Giorgio Moroderem. Co prawda postanowili tejże współpracy nie kontynuować przy całości albumu, ale wpływy i tak mocno słychać mam wrażenie, zwłaszcza w tym kawałku.
Generalnie piosenkę kocham miłością bezgraniczną, ma wszystko to, co lubię w tego typu muzyce - nieco melancholijny klimat (w sam raz na listopad), kapitalne klawisze, arpy, cudownie melodyjny bas Micka Karna, głos samego Sylviana no i świetny tekst, z którym mocno reluję, zwłascza ostatnio, kiedy to dostałem soczyste lanie od losu po raz 2137 w tym roku (na własne życzenie, but still). Nie ma tutaj żadnych złych i zbędnych rzeczy (no dobra, może w wersji singlowej ucięto ten ostatni refren, który jest troszkę za bardzo zawodzący, no ale SYLVIAN), jest czysta soniczna przyjemność obcowania z najlepszym dla świata okresem w muzyce (nie zapraszam nawet do dyskusji, bo nie ma o czym). Listopad new wavem stoi, new wave stoi Japan, od takich połączeń stoi wszystkim. A jak nie, to się nie znacie.
https://www.youtube.com/watch?v=VFFRyLyE7BI
Sylvian przewijał się przez różne nasze bestki pod różnymi bardzo postaciami. Teraz ja wyskakuję z jego pierwszym ensemble, jakim było Japan, które TEŻ już się tutaj pojawiało w postaci My New Career. Tam już pewnie pisałem o swojej przygodzie z tym zespołem, w sensie recenzując wrzutę bodaj Roberta, także jedynie przypomnę - lata olewałem, jesienią 2018 nastąpił wielki powrót. Raz, że bardzo lubię Sylviana (duże zasługi ma tutaj PT Hien), a dwa, że lubię nową falę, a od trzeciej płyty Japonii band ten zrobił się bardzo nowofalowy. Quiet Life błyskawicznie złapało moją uwagę, co ciekawe, wyczuwam brzmieniowe połączenia z No. 1 in Heaven od Sparks. Szybki rzut oka na Discogs i już wiem, o co chodzi - chwilę przed nagraniem płyty o tym samym tytule, co moja wrzuta, Sylvian i spółka współpracowali na jednym singlu z Giorgio Moroderem. Co prawda postanowili tejże współpracy nie kontynuować przy całości albumu, ale wpływy i tak mocno słychać mam wrażenie, zwłaszcza w tym kawałku.
Generalnie piosenkę kocham miłością bezgraniczną, ma wszystko to, co lubię w tego typu muzyce - nieco melancholijny klimat (w sam raz na listopad), kapitalne klawisze, arpy, cudownie melodyjny bas Micka Karna, głos samego Sylviana no i świetny tekst, z którym mocno reluję, zwłascza ostatnio, kiedy to dostałem soczyste lanie od losu po raz 2137 w tym roku (na własne życzenie, but still). Nie ma tutaj żadnych złych i zbędnych rzeczy (no dobra, może w wersji singlowej ucięto ten ostatni refren, który jest troszkę za bardzo zawodzący, no ale SYLVIAN), jest czysta soniczna przyjemność obcowania z najlepszym dla świata okresem w muzyce (nie zapraszam nawet do dyskusji, bo nie ma o czym). Listopad new wavem stoi, new wave stoi Japan, od takich połączeń stoi wszystkim. A jak nie, to się nie znacie.
https://www.youtube.com/watch?v=VFFRyLyE7BI
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
EMF – Children (1991)
Kolejny rozdział “zapomnianych zespołów”. Mamy rok – a jakże – 1991. Jeden z najlepszych dla mnie okresów muzycznych. Oprócz tego, że wiele tuzów muzyki wydało w owym czasie (90-91) albumy, które zapisały się w mojej topce życia (jak choćby DM, PSB, A-ha, Sting, U2), to jeszcze był to okres dużej popularności różnego rodzaju boysbandów. Większości nie lubiłem, ale były i takie, które mi podpasowały. Jednym z nich był właśnie EMF (skrót od Epsom Mad Funkers bądź Ecstasy Mother Fuckers). Brytyjska grupa grająca wg Wikipedii rock alternatywny. W 1991r, wydali swój debiutancki album Schubert Dip. Było na nim kilka popularnych w tamtym czasie singli, ale mnie podobała się cała płyta, włącznie z fajną okładką. Zaopatrzyłem się oczywiście w ten album w formie kasetowej i zajeżdżałem do oporu. Potem wydali jeszcze dwa albumy, których nie słyszałem nawet, bo moje zainteresowania muzyczne skręciły w nieco inne rejony. Ale po wielu latach, robiąc przegląd muzyczny pod bestkę oczywiście, przypomniałem sobie o nich. Czasami tak jest, że takie wynalazki z młodości po latach potrafią tylko wywoływać wzrusz ramion i uśmiech politowania. Tymczasem ku zaskoczeniu odkryłem, że ten album po latach nadal jest fajny i daje mi sporo radochy. I nadal podoba mi się właściwie w całości.
Zarzucam jeden z singli, który zawsze bardzo lubiłem i który otwiera album Schubert Dip. Mam nadzieję, że się Wam spodoba.
https://www.youtube.com/watch?v=UnhucWQbQ68
Kolejny rozdział “zapomnianych zespołów”. Mamy rok – a jakże – 1991. Jeden z najlepszych dla mnie okresów muzycznych. Oprócz tego, że wiele tuzów muzyki wydało w owym czasie (90-91) albumy, które zapisały się w mojej topce życia (jak choćby DM, PSB, A-ha, Sting, U2), to jeszcze był to okres dużej popularności różnego rodzaju boysbandów. Większości nie lubiłem, ale były i takie, które mi podpasowały. Jednym z nich był właśnie EMF (skrót od Epsom Mad Funkers bądź Ecstasy Mother Fuckers). Brytyjska grupa grająca wg Wikipedii rock alternatywny. W 1991r, wydali swój debiutancki album Schubert Dip. Było na nim kilka popularnych w tamtym czasie singli, ale mnie podobała się cała płyta, włącznie z fajną okładką. Zaopatrzyłem się oczywiście w ten album w formie kasetowej i zajeżdżałem do oporu. Potem wydali jeszcze dwa albumy, których nie słyszałem nawet, bo moje zainteresowania muzyczne skręciły w nieco inne rejony. Ale po wielu latach, robiąc przegląd muzyczny pod bestkę oczywiście, przypomniałem sobie o nich. Czasami tak jest, że takie wynalazki z młodości po latach potrafią tylko wywoływać wzrusz ramion i uśmiech politowania. Tymczasem ku zaskoczeniu odkryłem, że ten album po latach nadal jest fajny i daje mi sporo radochy. I nadal podoba mi się właściwie w całości.
Zarzucam jeden z singli, który zawsze bardzo lubiłem i który otwiera album Schubert Dip. Mam nadzieję, że się Wam spodoba.
https://www.youtube.com/watch?v=UnhucWQbQ68
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Nine Inch Nails - A Warm Place
Generalnie to ja jestem jedną z tych osób, które starają się zawsze płacić podatki, wyrzucać śmieci do odpowiednich pojemników, a jak kiedyś pani w Żabce zapomniała mi podliczyć batonik na paragonie, to ja do tej Żabki wróciłem i jej zwróciłem uwagę. Pomimo tego, nie jestem zwolennikiem traktowania tzw. LITERY PRAWA jako absolutnej świętości.
Bo tak to ja widzę, że nie wszystko co w świetle przepisów jest zabronione jest moralnie naganne i tak samo jak nie wszystko co jest dozwolone jest okej. No bo kaman - dlaczego karać kogokolwiek za takie obrażanie uczuć religijnych? Pod to pojęcie przecież można podpiąć praktycznie cokolwiek i w najlepszym razie kończy się to zawsze angażowaniem sądów w absolutnie bezproduktywne spory.
No a przykładów w drugą stronę mógłbym wymieniać bez liku, począwszy od defekowania do paczkomatu, poprzez zwymiotowanie na domówce, a skończywszy na byciu bucowatym kretynem. Dobry przykład można znaleźć i w tej bestce - niby nikt tu nie zabrania wrzucania Depeche Mode, ale umówmy się, że byłoby to swego rodzaju faux pas.
No i tak po prawdzie, choćby i z tego ta playlista tutaj nie będize dla mnie nigdy w stu procentach reprezentatywna (innym powodem jest też to, że parę rzeczy wrzucili tu uprzednio inni lol), bo jednak to jest dla mnie ważny zespół, który nauczył mnie słuchania muzyki, dzięki któremu piszę te słowa i który jednak jakiś tam wpływ na mnie miał. Bycie piwniczakiem z zapyziałej wiochy i urodzonym w 90sach ma swoje plusy, a jednym z nich jest to, że jakoś tak się złożyło, że żaden kretyński fandom mi tego zespołu w żaden sposób nie zepsuł ani mnie na poważnie nie zraził (jak już to na krótko i tylko ostatnią płytę).
Piszę to wszystko, bo to jest ten przypadek, w którym przegrywam z siłą skojarzeń. Nic bowiem nie poradzę na to, że gdy słucham tego utworu mam cały czas wrażenie, jakbym słyszał jakiś niewydany oficjalnie utwór DM, choć wiem, że żaden Gore czy Wilder, o Gahanie nie wspominając, palców w nim nie maczał. Trochę mocno mi on trąci jakimś Violatorem, może nieco mniej Ultrą, ew. jak już to musiałaby to być wersja z tego alternatywnego wymiaru, w którym to Wilder nie odszedł w 1995.
A poza tym to po prostu ładny instrumental lol.
Dobra, bierzcie i słuchajcie tego.
https://www.youtube.com/watch?v=pw3PQEw6O4U
Generalnie to ja jestem jedną z tych osób, które starają się zawsze płacić podatki, wyrzucać śmieci do odpowiednich pojemników, a jak kiedyś pani w Żabce zapomniała mi podliczyć batonik na paragonie, to ja do tej Żabki wróciłem i jej zwróciłem uwagę. Pomimo tego, nie jestem zwolennikiem traktowania tzw. LITERY PRAWA jako absolutnej świętości.
Bo tak to ja widzę, że nie wszystko co w świetle przepisów jest zabronione jest moralnie naganne i tak samo jak nie wszystko co jest dozwolone jest okej. No bo kaman - dlaczego karać kogokolwiek za takie obrażanie uczuć religijnych? Pod to pojęcie przecież można podpiąć praktycznie cokolwiek i w najlepszym razie kończy się to zawsze angażowaniem sądów w absolutnie bezproduktywne spory.
No a przykładów w drugą stronę mógłbym wymieniać bez liku, począwszy od defekowania do paczkomatu, poprzez zwymiotowanie na domówce, a skończywszy na byciu bucowatym kretynem. Dobry przykład można znaleźć i w tej bestce - niby nikt tu nie zabrania wrzucania Depeche Mode, ale umówmy się, że byłoby to swego rodzaju faux pas.
No i tak po prawdzie, choćby i z tego ta playlista tutaj nie będize dla mnie nigdy w stu procentach reprezentatywna (innym powodem jest też to, że parę rzeczy wrzucili tu uprzednio inni lol), bo jednak to jest dla mnie ważny zespół, który nauczył mnie słuchania muzyki, dzięki któremu piszę te słowa i który jednak jakiś tam wpływ na mnie miał. Bycie piwniczakiem z zapyziałej wiochy i urodzonym w 90sach ma swoje plusy, a jednym z nich jest to, że jakoś tak się złożyło, że żaden kretyński fandom mi tego zespołu w żaden sposób nie zepsuł ani mnie na poważnie nie zraził (jak już to na krótko i tylko ostatnią płytę).
Piszę to wszystko, bo to jest ten przypadek, w którym przegrywam z siłą skojarzeń. Nic bowiem nie poradzę na to, że gdy słucham tego utworu mam cały czas wrażenie, jakbym słyszał jakiś niewydany oficjalnie utwór DM, choć wiem, że żaden Gore czy Wilder, o Gahanie nie wspominając, palców w nim nie maczał. Trochę mocno mi on trąci jakimś Violatorem, może nieco mniej Ultrą, ew. jak już to musiałaby to być wersja z tego alternatywnego wymiaru, w którym to Wilder nie odszedł w 1995.
A poza tym to po prostu ładny instrumental lol.
Dobra, bierzcie i słuchajcie tego.
https://www.youtube.com/watch?v=pw3PQEw6O4U
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Chyba nic grubszego niż porównanie AWP do DM tu nie wleci
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
ja się bym wstrzymał z ferowaniem takich sądow do momentu aż wleca recenzje ¯\_(ツ)_/¯
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
A ja nie
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
a no i przepraszam za spóźnienie
Jauntix - Atlantyda (1992)
Myślę, że wiele osób może mniej więcej znać tę opowieść, ale przejdźmy przez nią jeszcze raz. Zaczęło się od książki... a tak naprawdę od spektaklu, bo najpierw widziałem sceniczną Duchologię polską w wałbrzyskim teatrze. Niedługo później książka Olgi Drendy wpadła mi w ręce. O ile spektakl skupiał się na bardziej... hmm... fikcjonalnych aspektach wspominek o najtisach, tak papierowa wersja jest znacznie głębiej zanurzona w Polsce przełomu społeczno-politycznego. Między rozdziałami o designie, filmach czy fotografii znajduje się również segment muzyczny. Pamiętam to inaczej, ale wychodzi na to, że do zainteresowania się Jauntix zainspirowała mnie... pojedyncza luźna wzmianka przy okazji rozmaitości na rynku muzyki chodnikowej. Może tylko linijka, ale jaka - coś dla depeszowców. Mnie w to graj! W 2019 roku nie można było tego znaleźć na streamingach, więc trochę zasobów chomiczych przekopałem. O Atlantydzie były jakiekolwiek informacje poza danymi czysto statystycznymi i odnotowaniem obecności w kulturze. O ile 'Pod wodospadem marzeń' też brało z zaskoczenia, tyle że w tym przypadku jest już bardzo blisko przegięcia, tak Atlantyda poważnie zaskoczyła na plus. W ten sposób zaczęła się niezbyt intensywne, ale wieloletnie zainteresowanie zespołem.
W czasach pandemicznych poznałem całą właściwą dyskografię zespołu, tj. kasety wydane na początku lat 90'. Wtedy też ekipa postanowiła się reaktywować. Proces ten trwał od pewnego czasu. Jednemu z klawiszowców (Marcin Jaglarz) udało się nakłonić wokalistę (Damian Dominik) do powrotu i w ten sposób właściwe Jauntix zmartwychwstało. Drugi z panów za parapetami chyba nie chciał wracać do młodzieńczych zabaw na poważnie. Szczególnie, że Norbert Nawojski po naturalnej śmierci zespołu w 1994 roku sam próbował swoich sił na rynku muzycznym w segmencie smętnego rocka. Jakiś czas temu też ponoć próbował, ale nie wiem jak to obecnie wygląda.
Trudno powiedzieć, co tutaj faktycznie jest najlepszego, ale najbardziej reprezentatywnym kawałkiem jest bez wątpienia Atlantyda. Domorosły, uroczo naiwny wokal, dość dziwny tekst i te partie klawiszowe grane z rąsi możliwe do równie solidnego wykonania po kilku minutach ćwiczeń. Przepis na solidny synthpop? NIE WIEM, ale ja się jaram. W Polsce dzikiego kapitalizmu, bałuckich rynków i samorodnych bazarów w każdym mieście chyba inaczej się nie dało (chociaż... czekajcie do kolejnych odcinków heh).
Inaczej też nie mogło się skończyć. Rozwój kariery zależał od jakiegoś dzbana, który proponował nawet występy zagraniczne, ale z discopolowymi wersjami jakichś polskich standardów, więc nie było o czym mówić. Z drugiej strony jauntiksowe SOFAD, czyli następca Atlantydy to też jest kompletna pomyłka, więc trudno byłoby prowadzić ten wózek dalej w sensownym kierunku. Powrót w 2021 roku należało zatrzymać na tej pierwszej płycie, gdzie jeszcze da się słuchać bez zgrzytania zębów, choć to nie jest pełnowartościowy synthpop. Dziś projekt jest właściwie epizodyczny i ogranicza się do pojedynczych nowych wyborów raz na jakiś czas. Gwoździem do trumny okazał się atak na audytorium fanów DM, dzięki czemu panowie w ogóle stracili jakąkolwiek rozpoznawalność, przepalając czas i energię w kolejne przeciętne covery. Starych płyt nie ma tez na streamingach, została tylko kompilacja klasyków wyselekcjonowana tak, by ten trzeci się nie przypierniczył.
Mimo to będę miał ich w serduszku. Jauntix odbieram jako taką naiwną opowieść o szczerej zajawie, chęci artystycznej realizacji w czasach, gdzie pewne trendy nie mogły się rozwinąć w naturalny, właściwy sposób. W tamtych czasach u nas domorosły synthpop musiał trochę brzmieć jako disco-polo. Musiał być wydany u anonimowego janusza tłukącego kasety na chacie (choć Atlantyda wyszła nawet na CD!). W wydaniach kasetowych obowiązkowo zawierał te paskudne pastelowe ramki. Koniec końców przygoda potrwała trzy minuty i tyle. Mimo wszystko chyba tkwił tu pewien potencjał, szczególnie w atrakcyjnym wokaliście... przy mniej turbokapitalistycznym podejściu i bardziej subtelną ręką mogło się udać. No ale nie wyszło, trudno, zostają wspaniałe artefakty z epoki nie do odtworzenia.
Akcenty queerowe wyróżniam jako wyjątkowy szczególik, ale po kilku rozmowach z ludźmi w internecie śmiało mogę stwierdzić, że są jak najbardziej obecne. Nikogo nie wyciągam z szafy na siłę, po prostu uważnie obserwuję... dalej się nie rozpędzam, bo forumy nie są na to gotowe.
Najlepszą możliwą klamrą historii z Jauntix było otwarte spotkanie z Olgą Drendą we Wrocku nt. artefaktów najtisowego folkloru miejskiego. Rozmowy o knyszach, pitach, Solpolu (na zawsze w naszych sercach) czy barze mlecznym Miś były jednak dla mnie przystawką dla zamienienia kliku zdań i zdobycia autografu. Proste pytanie do Olgi: Jauntix czy Brutal? Moc rażenia Atlantydy i młodego Damiana jest za duża, by móc wybrać inaczej. Zresztą po prostu posłuchajcie.
https://www.youtube.com/watch?v=CjazSu6ZP-0
Jauntix - Atlantyda (1992)
Myślę, że wiele osób może mniej więcej znać tę opowieść, ale przejdźmy przez nią jeszcze raz. Zaczęło się od książki... a tak naprawdę od spektaklu, bo najpierw widziałem sceniczną Duchologię polską w wałbrzyskim teatrze. Niedługo później książka Olgi Drendy wpadła mi w ręce. O ile spektakl skupiał się na bardziej... hmm... fikcjonalnych aspektach wspominek o najtisach, tak papierowa wersja jest znacznie głębiej zanurzona w Polsce przełomu społeczno-politycznego. Między rozdziałami o designie, filmach czy fotografii znajduje się również segment muzyczny. Pamiętam to inaczej, ale wychodzi na to, że do zainteresowania się Jauntix zainspirowała mnie... pojedyncza luźna wzmianka przy okazji rozmaitości na rynku muzyki chodnikowej. Może tylko linijka, ale jaka - coś dla depeszowców. Mnie w to graj! W 2019 roku nie można było tego znaleźć na streamingach, więc trochę zasobów chomiczych przekopałem. O Atlantydzie były jakiekolwiek informacje poza danymi czysto statystycznymi i odnotowaniem obecności w kulturze. O ile 'Pod wodospadem marzeń' też brało z zaskoczenia, tyle że w tym przypadku jest już bardzo blisko przegięcia, tak Atlantyda poważnie zaskoczyła na plus. W ten sposób zaczęła się niezbyt intensywne, ale wieloletnie zainteresowanie zespołem.
W czasach pandemicznych poznałem całą właściwą dyskografię zespołu, tj. kasety wydane na początku lat 90'. Wtedy też ekipa postanowiła się reaktywować. Proces ten trwał od pewnego czasu. Jednemu z klawiszowców (Marcin Jaglarz) udało się nakłonić wokalistę (Damian Dominik) do powrotu i w ten sposób właściwe Jauntix zmartwychwstało. Drugi z panów za parapetami chyba nie chciał wracać do młodzieńczych zabaw na poważnie. Szczególnie, że Norbert Nawojski po naturalnej śmierci zespołu w 1994 roku sam próbował swoich sił na rynku muzycznym w segmencie smętnego rocka. Jakiś czas temu też ponoć próbował, ale nie wiem jak to obecnie wygląda.
Trudno powiedzieć, co tutaj faktycznie jest najlepszego, ale najbardziej reprezentatywnym kawałkiem jest bez wątpienia Atlantyda. Domorosły, uroczo naiwny wokal, dość dziwny tekst i te partie klawiszowe grane z rąsi możliwe do równie solidnego wykonania po kilku minutach ćwiczeń. Przepis na solidny synthpop? NIE WIEM, ale ja się jaram. W Polsce dzikiego kapitalizmu, bałuckich rynków i samorodnych bazarów w każdym mieście chyba inaczej się nie dało (chociaż... czekajcie do kolejnych odcinków heh).
Inaczej też nie mogło się skończyć. Rozwój kariery zależał od jakiegoś dzbana, który proponował nawet występy zagraniczne, ale z discopolowymi wersjami jakichś polskich standardów, więc nie było o czym mówić. Z drugiej strony jauntiksowe SOFAD, czyli następca Atlantydy to też jest kompletna pomyłka, więc trudno byłoby prowadzić ten wózek dalej w sensownym kierunku. Powrót w 2021 roku należało zatrzymać na tej pierwszej płycie, gdzie jeszcze da się słuchać bez zgrzytania zębów, choć to nie jest pełnowartościowy synthpop. Dziś projekt jest właściwie epizodyczny i ogranicza się do pojedynczych nowych wyborów raz na jakiś czas. Gwoździem do trumny okazał się atak na audytorium fanów DM, dzięki czemu panowie w ogóle stracili jakąkolwiek rozpoznawalność, przepalając czas i energię w kolejne przeciętne covery. Starych płyt nie ma tez na streamingach, została tylko kompilacja klasyków wyselekcjonowana tak, by ten trzeci się nie przypierniczył.
Mimo to będę miał ich w serduszku. Jauntix odbieram jako taką naiwną opowieść o szczerej zajawie, chęci artystycznej realizacji w czasach, gdzie pewne trendy nie mogły się rozwinąć w naturalny, właściwy sposób. W tamtych czasach u nas domorosły synthpop musiał trochę brzmieć jako disco-polo. Musiał być wydany u anonimowego janusza tłukącego kasety na chacie (choć Atlantyda wyszła nawet na CD!). W wydaniach kasetowych obowiązkowo zawierał te paskudne pastelowe ramki. Koniec końców przygoda potrwała trzy minuty i tyle. Mimo wszystko chyba tkwił tu pewien potencjał, szczególnie w atrakcyjnym wokaliście... przy mniej turbokapitalistycznym podejściu i bardziej subtelną ręką mogło się udać. No ale nie wyszło, trudno, zostają wspaniałe artefakty z epoki nie do odtworzenia.
Akcenty queerowe wyróżniam jako wyjątkowy szczególik, ale po kilku rozmowach z ludźmi w internecie śmiało mogę stwierdzić, że są jak najbardziej obecne. Nikogo nie wyciągam z szafy na siłę, po prostu uważnie obserwuję... dalej się nie rozpędzam, bo forumy nie są na to gotowe.
Najlepszą możliwą klamrą historii z Jauntix było otwarte spotkanie z Olgą Drendą we Wrocku nt. artefaktów najtisowego folkloru miejskiego. Rozmowy o knyszach, pitach, Solpolu (na zawsze w naszych sercach) czy barze mlecznym Miś były jednak dla mnie przystawką dla zamienienia kliku zdań i zdobycia autografu. Proste pytanie do Olgi: Jauntix czy Brutal? Moc rażenia Atlantydy i młodego Damiana jest za duża, by móc wybrać inaczej. Zresztą po prostu posłuchajcie.
https://www.youtube.com/watch?v=CjazSu6ZP-0
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
I To I - The Right Time
No i to faktycznie jest WŁAŚCIWY CZAS na tę wrzutkę bo muszę przyznać Kubie rację że to ma naprawdę ten vibe co mój remiks Love Is Contagious. O ile u mnie jeszcze czuć ejtisy tu już wczesne dziewięćdziesiąte na pełnej włącznie z rapującym FUNKY koleżką. Ale poza tym happy super optimistic numer w którym przesłanie miłości szerzy wydzierająca się momentami laska no przecież to wypisz wymaluj jest siostrzany track do mojej wrzuty! Bardzo fajny soundtrackowy obskjur, Kuba z rzadka ale dostarcza w tej kwestii z czasem coraz częściej jakby, w przeciwieństwie choćby do...
Japan - Quiet Life
...Musiała, który ostatnimi czasy wyjeżdża z bardziej oczywistymi ejtisami, bo jednak jakby nie było to jeden z największych hitów Japan zdaje się. Ja znam go rzecz jasna z GTA a konkretnie z osta do Vice City Stories wydanego na konsole PSP w które rzecz jasna nie grałem ale nie przeszkodziło mi to w obczajeniu muzyczki. Numer rzecz jasna jest w porządku, Japan tym razem w stylistyce new wave ale na disco bicie, brzmi to w podobie trochę do Heart of Glass chociażby. Nie kojarzyłem tego groovy mostku, może znałem jakaś wersję singlową albo słabo osłuchałem ten numer, ale jest w dechę. Zasadniczo propsy ale żeby nie było za słodko jest to trochę wrzuta low effort/easy prejz, no bo kaman, wlatuje to od człowieka który dał nam fajne mniej znane numery Men At Work, INXS czy Fiction Factory, już o takich obskjurach jak White Door nie wspominając ale to już trochę pieśń przeszłości w bestce u Musiała od dłuższego czasu. Liczę na poprawę!
EMF - Children
Wuja co prawda próbuje dawać też mniej znane numery ale z różnym skutkiem. W przypadku EMF akurat u mnie skucha, próbowałem zdaje się sięgać kiedyś po tą płytę a na pewno przynajmniej obczajałem Children które było mniej znanym singlem w przeciwieństwie do Unbelievable ale też słabszym numerem. Teoretycznie tu wszystko na papierze gra ale mój problem z nim jest taki że ten kawałek jest mocno rytmiczny a nie dość melodyjny, on funkcjonuje może lepiej jako taki pulsujący strumień energii na dancefloorze kiedy się bierze ecstasy ale tak na spokojnie do radyjka to nie wiem bo trochę nie bardzo zostaje w głowie potem. Jak dla mnie trochę za duża kaszanka łupanka, za szybko, za dużo a brak czegoś co by złapało mnie na dłużej. Po dłuższym przysłuchaniu się myślę że tym mógłby być choćby ten klawiszowy riff z refrenu ale IMO jest trochę za bardzo zagrzebany w miksie, no i zwrotki nie dają też zbytnio wytchnienia dla uszu, rytm atakuje non stop. Połowicznie szanuję.
NIN - A Warm Place
Tym razem baaaardzo dziwna wrzutka by mentos. Zacznijmy od kontrowersyjnej tezy jakoby to mogło brzmieć jak odrzut czy zaginiony track DM, no tu przyznam szczerze nie słyszę tego ani trochę, ale to nie problem. Problem mam z tym że trochę nie wiem co to jest, jest to jakiś instrumental który mentos wyrwał kompletnie z kontekstu płyty na której się znajdował i w którym to kontekście z tego co sobie doczytałem nieźle funkcjonował jako jakaś chwila wytchnienia na albumie którego ładunek emocjonalny ma ciężar ołowiu zaś oderwany od tej reszty płyty no... Nie wiem. Czuję tu niepokój, smutek, melancholię ale prawdę mówiąc nie mam teraz ochoty na takie brzmienia akurat, o ile może w kontekście płyty to jest jakiś lżejszy moment o tyle w kontekście obecnej kolejki jest dość z dupy niestety i trochę psuje mi dodatkowo smak całości może.
Nie mówię że wrzucanie randomowych instrumentali z płyt to nie jest sposób na bestkę bo sam takie coś będę miał i się okaże co powiecie wtedy i ja to szanuję za osobiste wybory ale no ani to dla mnie nic w stylu DM ani nic co chciałbym teraz posłuchać po prostu.
Jauntix - Atlantyda
A tu proszę o, ładnie morze słychać sobie na początku i co to morze na brzeg wyrzuca, czy to bursztyn? Nie, to niestety guano. I to takie najgorszego sortu jak dla mnie, numer który brzmi jakby discopolowcy chcieli nagrać balladę ala DM '84. O ile bas daje ułamek nadzieji tak pryska ona już za moment pod naporem cukierkowego klawisza i mega wkurzającego wokalu (napisałbym ostrzej ale wyszedłbym na homofoba a przecież Dragon nikogo nie zdołał wyciągnąć z szafy więc tym bardziej bez sensu). Nie jarają mnie duchologiczne klimaty już tak bardzo jak gdy zachwyciłem się śpiewającym Ojcem Mateuszem a nawet gdyby to w kontekście "polskiego DM" słyszałem fajniejsze rzeczy. To tutaj rani moje uszy zanadto i tu wracać nie będę z pewnością.
No i to faktycznie jest WŁAŚCIWY CZAS na tę wrzutkę bo muszę przyznać Kubie rację że to ma naprawdę ten vibe co mój remiks Love Is Contagious. O ile u mnie jeszcze czuć ejtisy tu już wczesne dziewięćdziesiąte na pełnej włącznie z rapującym FUNKY koleżką. Ale poza tym happy super optimistic numer w którym przesłanie miłości szerzy wydzierająca się momentami laska no przecież to wypisz wymaluj jest siostrzany track do mojej wrzuty! Bardzo fajny soundtrackowy obskjur, Kuba z rzadka ale dostarcza w tej kwestii z czasem coraz częściej jakby, w przeciwieństwie choćby do...
Japan - Quiet Life
...Musiała, który ostatnimi czasy wyjeżdża z bardziej oczywistymi ejtisami, bo jednak jakby nie było to jeden z największych hitów Japan zdaje się. Ja znam go rzecz jasna z GTA a konkretnie z osta do Vice City Stories wydanego na konsole PSP w które rzecz jasna nie grałem ale nie przeszkodziło mi to w obczajeniu muzyczki. Numer rzecz jasna jest w porządku, Japan tym razem w stylistyce new wave ale na disco bicie, brzmi to w podobie trochę do Heart of Glass chociażby. Nie kojarzyłem tego groovy mostku, może znałem jakaś wersję singlową albo słabo osłuchałem ten numer, ale jest w dechę. Zasadniczo propsy ale żeby nie było za słodko jest to trochę wrzuta low effort/easy prejz, no bo kaman, wlatuje to od człowieka który dał nam fajne mniej znane numery Men At Work, INXS czy Fiction Factory, już o takich obskjurach jak White Door nie wspominając ale to już trochę pieśń przeszłości w bestce u Musiała od dłuższego czasu. Liczę na poprawę!
EMF - Children
Wuja co prawda próbuje dawać też mniej znane numery ale z różnym skutkiem. W przypadku EMF akurat u mnie skucha, próbowałem zdaje się sięgać kiedyś po tą płytę a na pewno przynajmniej obczajałem Children które było mniej znanym singlem w przeciwieństwie do Unbelievable ale też słabszym numerem. Teoretycznie tu wszystko na papierze gra ale mój problem z nim jest taki że ten kawałek jest mocno rytmiczny a nie dość melodyjny, on funkcjonuje może lepiej jako taki pulsujący strumień energii na dancefloorze kiedy się bierze ecstasy ale tak na spokojnie do radyjka to nie wiem bo trochę nie bardzo zostaje w głowie potem. Jak dla mnie trochę za duża kaszanka łupanka, za szybko, za dużo a brak czegoś co by złapało mnie na dłużej. Po dłuższym przysłuchaniu się myślę że tym mógłby być choćby ten klawiszowy riff z refrenu ale IMO jest trochę za bardzo zagrzebany w miksie, no i zwrotki nie dają też zbytnio wytchnienia dla uszu, rytm atakuje non stop. Połowicznie szanuję.
NIN - A Warm Place
Tym razem baaaardzo dziwna wrzutka by mentos. Zacznijmy od kontrowersyjnej tezy jakoby to mogło brzmieć jak odrzut czy zaginiony track DM, no tu przyznam szczerze nie słyszę tego ani trochę, ale to nie problem. Problem mam z tym że trochę nie wiem co to jest, jest to jakiś instrumental który mentos wyrwał kompletnie z kontekstu płyty na której się znajdował i w którym to kontekście z tego co sobie doczytałem nieźle funkcjonował jako jakaś chwila wytchnienia na albumie którego ładunek emocjonalny ma ciężar ołowiu zaś oderwany od tej reszty płyty no... Nie wiem. Czuję tu niepokój, smutek, melancholię ale prawdę mówiąc nie mam teraz ochoty na takie brzmienia akurat, o ile może w kontekście płyty to jest jakiś lżejszy moment o tyle w kontekście obecnej kolejki jest dość z dupy niestety i trochę psuje mi dodatkowo smak całości może.
Nie mówię że wrzucanie randomowych instrumentali z płyt to nie jest sposób na bestkę bo sam takie coś będę miał i się okaże co powiecie wtedy i ja to szanuję za osobiste wybory ale no ani to dla mnie nic w stylu DM ani nic co chciałbym teraz posłuchać po prostu.
Jauntix - Atlantyda
A tu proszę o, ładnie morze słychać sobie na początku i co to morze na brzeg wyrzuca, czy to bursztyn? Nie, to niestety guano. I to takie najgorszego sortu jak dla mnie, numer który brzmi jakby discopolowcy chcieli nagrać balladę ala DM '84. O ile bas daje ułamek nadzieji tak pryska ona już za moment pod naporem cukierkowego klawisza i mega wkurzającego wokalu (napisałbym ostrzej ale wyszedłbym na homofoba a przecież Dragon nikogo nie zdołał wyciągnąć z szafy więc tym bardziej bez sensu). Nie jarają mnie duchologiczne klimaty już tak bardzo jak gdy zachwyciłem się śpiewającym Ojcem Mateuszem a nawet gdyby to w kontekście "polskiego DM" słyszałem fajniejsze rzeczy. To tutaj rani moje uszy zanadto i tu wracać nie będę z pewnością.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
The Gap Band - Outstanding (12" Version)
Ale Murzyn wygrzebuje fajne rzeczy. Miałeś takie fajne numery, a na lato wrzuciłeś to polskie gówno, chłopie, SMH. Co rzuciło mi się w uszy na początku to doskonała, klarowna produkcja tego utworu. Wszystko doskonale słychać, wokale są mistrzowsko rozłożone, a jednocześnie groove buja odpowiednio, co w tak przestrzennych miksach czasami kompletnie ginie. Kawałek sam w sobie generyczny, ale to nie ma znaczenia akurat w tym wypadku, jest vibe i jest super. Brzmi kompletnie jak coś, co by wrzucono do GTA. Fajna klimatyczna rzecz, zostawiam sobie na kolejne wakacje. BTW odpaliłem wersję albumową, bas jest tam mocniej wyeksponowany i w ogóle miks cieplejszy. Chyba nawet fajniejsza wersja, bez przeciągania.
Japan - Quiet Life
Nigdy nie przekonałem się do końca do Japan. Moim zdaniem, jedną z najlepszych rzeczy jakie stały się w karierze Davida Sylviana, to rozpad tego zespołu, bo praktycznie wszystko co później robił, było lepsze, a Rain Tree Crow kładzie na deski wszystko co Japan wydali pod oryginalna nazwą. „Quiet Life” jest spoko, ale tylko spoko. Nie przepadam za sposobem w jaki Dom Studencki w tamtym czasie śpiewał, jego maniera jest wkurwiająca, przypomina starego dziada. Nie szczególnie potrafił wtedy korzystać ze swoich atutów. Utwór sam w sobie jest ok, ale nagrywali dużo fajniejsze rzeczy. Nie wiem, sorry za taką meh reakcję, ale naprawdę, Japan to taki przedbieg do wspaniałych karier poszczególnych członków tego bandu.
EMF – Children
Wujas wyciąga z lamusa ciekawe rzeczy. Nazwa EMF nic mi nie mówi, nigdy tego nie słyszałem. Faktycznie brzmi to jak typowy alt rock z tamtych czasów, ale z bonusami w postaci ciekawych rzeczy dziejących się w tle (sample, dźwięki, itd). Brzmi to też mocno, jak wrzucane przeze mnie rok temu Inspiral Carpets, które Wujas wtedy ostro zjechał xD Madchesterowo, więc jak dla mnie bardzo spoko, lubię takie kawałki. Myślę, że zassam sobie cały album, bo jak znam Wujka, to mogą tam być jeszcze lepsze rzeczy.
PS. Murzyn mnie uświadomił, że oczywiście znam ich "Unbelieveble", więc Wuja nie wyciąga takie obskjura.
Nine Inch Nails - A Warm Place
Mam takie wspomnienie ze studiów. Mieliśmy bardzo fajną babkę od angielskiego, nazywała się Greta, słuchała fajnej muzyki. Ja i mój najlepszym ziom z tamtych czasów, mocno wtedy się jaraliśmy NIN. No i któregoś dnia Greta zrobiła nam taką „zabawę” (nie wiem jak to inaczej nazwać) i włączyła muzykę, którą potem mieliśmy po angielsku opisać (tak, jedna laska powiedziała „I see dead people”). No i leci to i Greta pyta, czy znamy numer. No i my z Kaziem kombinujemy jakieś God is an Astronaut, czy coś, a ta mówi, że NIN. prostytutka, myśleliśmy, że się zapadniemy pod stół. Wyszliśmy na totalnych pozerów, śmieszniej by to było chyba tylko gdybyśmy obaj siedzieli tam w koszulkach NIN. Nie wiem jakim cudem nie rozpoznałem wtedy „A Warm Place”, coś musiało mi na mózg paść. Od tamtej pory, mam wstydem wyryty ten numer w tym mózgu. Piękny kawałek, traci trochę po wyrwaniu z kontekstu, ale nadal piękny. Resztę opowieści okołoNIN zostawię sobie kiedy sam będę ich wrzucał.
Jauntix - Atlantyda
Dżantix poznałem na tym forum, jak ktoś wrzucił ich cover DM. Wyśmiałbym i olał gdyby Dragon nie zwrócił uwagi na to, że band wraca po latach i kiedyś tam coś tam znaczył. Obczaiłem i faktycznie, okazało się, że to dobra muzyka. Zassałem z chomika te trzy albumy, i przyznam, że sporo z tego materiału, to pierwsza klasa, zwłaszcza biorąc pod uwagę młody wiek członków zespołu. W niczym to nie jest gorsze od kawałków, które były wtedy absolutnymi hitami na polskich listach przebojów. Szkoda, że Dżantixom nie wyszło. Zespół się reaktywował, ale mam wrażenie, że chyba lepiej gdyby tego nie robił. Po dekadach upierania się, że oni z DM nie zjeżdżali, teraz stali się praktycznie ich cover bandem. Na YT co chwila wyskakuje mi nowe studyjne lub koncertowe wykonanie KOLEJNEGO utworu DM, obowiązkowo na jakimś ZLOCIE DM, albo posty Jaglarza w stylu „jestem na koncercie Force to Mode, żeby zobaczyć jak się robi covery DM”. No, prostytutka. Nie wiem, smuci mnie to przeogromnie i te konotacje z DM (wiem, że Drenda nie chciała źle) mnie niesamowicie wkurwiają. Najnowszego albumu nie posłuchałem, swego czasu chciałem nawet iść na koncert, ale jak zobaczyłem wideo z kilkoma starymi typami w koszulkach violatora w pierwszym rzędzie, to stwierdziłem, że to naprawdę nie ma sensu (a nowe wersje starych kawałków są chujowe). Bawi mnie też, że obecni członkowie odmawiają wykonywania „Pod wodospadem marzeń”, bo to przecież Norbert napisał i oni nie będą tego grać. prostytutka DLACZEGO? XD Bo jakiś foch? Kilka lat przez reaktywacją Jauntix, zespół został wyciągnięty z przeszłości, między innymi przez moich kolegów z Żaka. W jednym z wywiadów, Jaglarz twierdził, że reaktywacja zespołu z Damianem nie wchodzi w grę, ale być może nagrają coś z Norbertem. I co? XD Teraz czytam w wywiadach, że oni z nim to już od dawna kontaktu nie mają i siusiak z nim. Dajcie spokój. Uznaję ten zespół za instniejący tylko do połowy lat 90 i tyle. Płyta „Atlantyda” jak i tytułowy numer są bardzo dobre, chociaz osobiście wolę „Sceny z XX w.”, bo tam znajdują się moje ulubone ich kawałki jak „Ty”, czy „Zimny Ogień”. Niemniej, ten atlantydowy walc jest ujmujący, ciekawy kawałek jak na tego typu zespół, czuć w tym jakaś polskość przedzierająca się przez zachodnie wpływy. Szkoda, że się zesrało.
Ale Murzyn wygrzebuje fajne rzeczy. Miałeś takie fajne numery, a na lato wrzuciłeś to polskie gówno, chłopie, SMH. Co rzuciło mi się w uszy na początku to doskonała, klarowna produkcja tego utworu. Wszystko doskonale słychać, wokale są mistrzowsko rozłożone, a jednocześnie groove buja odpowiednio, co w tak przestrzennych miksach czasami kompletnie ginie. Kawałek sam w sobie generyczny, ale to nie ma znaczenia akurat w tym wypadku, jest vibe i jest super. Brzmi kompletnie jak coś, co by wrzucono do GTA. Fajna klimatyczna rzecz, zostawiam sobie na kolejne wakacje. BTW odpaliłem wersję albumową, bas jest tam mocniej wyeksponowany i w ogóle miks cieplejszy. Chyba nawet fajniejsza wersja, bez przeciągania.
Japan - Quiet Life
Nigdy nie przekonałem się do końca do Japan. Moim zdaniem, jedną z najlepszych rzeczy jakie stały się w karierze Davida Sylviana, to rozpad tego zespołu, bo praktycznie wszystko co później robił, było lepsze, a Rain Tree Crow kładzie na deski wszystko co Japan wydali pod oryginalna nazwą. „Quiet Life” jest spoko, ale tylko spoko. Nie przepadam za sposobem w jaki Dom Studencki w tamtym czasie śpiewał, jego maniera jest wkurwiająca, przypomina starego dziada. Nie szczególnie potrafił wtedy korzystać ze swoich atutów. Utwór sam w sobie jest ok, ale nagrywali dużo fajniejsze rzeczy. Nie wiem, sorry za taką meh reakcję, ale naprawdę, Japan to taki przedbieg do wspaniałych karier poszczególnych członków tego bandu.
EMF – Children
Wujas wyciąga z lamusa ciekawe rzeczy. Nazwa EMF nic mi nie mówi, nigdy tego nie słyszałem. Faktycznie brzmi to jak typowy alt rock z tamtych czasów, ale z bonusami w postaci ciekawych rzeczy dziejących się w tle (sample, dźwięki, itd). Brzmi to też mocno, jak wrzucane przeze mnie rok temu Inspiral Carpets, które Wujas wtedy ostro zjechał xD Madchesterowo, więc jak dla mnie bardzo spoko, lubię takie kawałki. Myślę, że zassam sobie cały album, bo jak znam Wujka, to mogą tam być jeszcze lepsze rzeczy.
PS. Murzyn mnie uświadomił, że oczywiście znam ich "Unbelieveble", więc Wuja nie wyciąga takie obskjura.
Nine Inch Nails - A Warm Place
Mam takie wspomnienie ze studiów. Mieliśmy bardzo fajną babkę od angielskiego, nazywała się Greta, słuchała fajnej muzyki. Ja i mój najlepszym ziom z tamtych czasów, mocno wtedy się jaraliśmy NIN. No i któregoś dnia Greta zrobiła nam taką „zabawę” (nie wiem jak to inaczej nazwać) i włączyła muzykę, którą potem mieliśmy po angielsku opisać (tak, jedna laska powiedziała „I see dead people”). No i leci to i Greta pyta, czy znamy numer. No i my z Kaziem kombinujemy jakieś God is an Astronaut, czy coś, a ta mówi, że NIN. prostytutka, myśleliśmy, że się zapadniemy pod stół. Wyszliśmy na totalnych pozerów, śmieszniej by to było chyba tylko gdybyśmy obaj siedzieli tam w koszulkach NIN. Nie wiem jakim cudem nie rozpoznałem wtedy „A Warm Place”, coś musiało mi na mózg paść. Od tamtej pory, mam wstydem wyryty ten numer w tym mózgu. Piękny kawałek, traci trochę po wyrwaniu z kontekstu, ale nadal piękny. Resztę opowieści okołoNIN zostawię sobie kiedy sam będę ich wrzucał.
Jauntix - Atlantyda
Dżantix poznałem na tym forum, jak ktoś wrzucił ich cover DM. Wyśmiałbym i olał gdyby Dragon nie zwrócił uwagi na to, że band wraca po latach i kiedyś tam coś tam znaczył. Obczaiłem i faktycznie, okazało się, że to dobra muzyka. Zassałem z chomika te trzy albumy, i przyznam, że sporo z tego materiału, to pierwsza klasa, zwłaszcza biorąc pod uwagę młody wiek członków zespołu. W niczym to nie jest gorsze od kawałków, które były wtedy absolutnymi hitami na polskich listach przebojów. Szkoda, że Dżantixom nie wyszło. Zespół się reaktywował, ale mam wrażenie, że chyba lepiej gdyby tego nie robił. Po dekadach upierania się, że oni z DM nie zjeżdżali, teraz stali się praktycznie ich cover bandem. Na YT co chwila wyskakuje mi nowe studyjne lub koncertowe wykonanie KOLEJNEGO utworu DM, obowiązkowo na jakimś ZLOCIE DM, albo posty Jaglarza w stylu „jestem na koncercie Force to Mode, żeby zobaczyć jak się robi covery DM”. No, prostytutka. Nie wiem, smuci mnie to przeogromnie i te konotacje z DM (wiem, że Drenda nie chciała źle) mnie niesamowicie wkurwiają. Najnowszego albumu nie posłuchałem, swego czasu chciałem nawet iść na koncert, ale jak zobaczyłem wideo z kilkoma starymi typami w koszulkach violatora w pierwszym rzędzie, to stwierdziłem, że to naprawdę nie ma sensu (a nowe wersje starych kawałków są chujowe). Bawi mnie też, że obecni członkowie odmawiają wykonywania „Pod wodospadem marzeń”, bo to przecież Norbert napisał i oni nie będą tego grać. prostytutka DLACZEGO? XD Bo jakiś foch? Kilka lat przez reaktywacją Jauntix, zespół został wyciągnięty z przeszłości, między innymi przez moich kolegów z Żaka. W jednym z wywiadów, Jaglarz twierdził, że reaktywacja zespołu z Damianem nie wchodzi w grę, ale być może nagrają coś z Norbertem. I co? XD Teraz czytam w wywiadach, że oni z nim to już od dawna kontaktu nie mają i siusiak z nim. Dajcie spokój. Uznaję ten zespół za instniejący tylko do połowy lat 90 i tyle. Płyta „Atlantyda” jak i tytułowy numer są bardzo dobre, chociaz osobiście wolę „Sceny z XX w.”, bo tam znajdują się moje ulubone ich kawałki jak „Ty”, czy „Zimny Ogień”. Niemniej, ten atlantydowy walc jest ujmujący, ciekawy kawałek jak na tego typu zespół, czuć w tym jakaś polskość przedzierająca się przez zachodnie wpływy. Szkoda, że się zesrało.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
The Gap Band - Outstanding (12" Version)
To jest dobry numer. Nie z rodzaju tych, co to chciałbym zapętlić i słuchać po nocach. Możliwe, że nawet po zakończeniu tej kolejki długo do tego nie wrócę. Raczej takie rzeczy, czyli pojedyncze strzały jakiegoś wykonawcy, funkcjonują u mnie inaczej. Jeżeli po tej drugiej setce zdecyduję się znowu zrobić sobie jakąś top playlistę, to wtedy ten numer ma dużą szansę się tam znaleźć i będzie okazja na odsłuchy od czasu do czasu. Tymczasem muszę docenić samo brzmienie i fajny rytm. Utwór rzeczywiście buja i ja to lubię. Ładnie brzmią wszystkie instrumenty. Pianino super, trąbki i bębenki też robią dobrą robotę. Dobre wokale. Melodia może nie jakaś bardzo wyrazista, ale może być. Ogólnie wszystko to robi dobre wrażenie, choć jednocześnie za serce nie chwyta.
I To I – The Right Time
Właściwe następny utwór, o którym mogę napisać to samo co wyżej. Dobry, rzetelny numer, który za chwilę pewnie jednak zatrze się w pamięci. Hien ma z nim związane stare wspomnienia. To co innego, niż słuchać tego po raz pierwszy w 2024r. Każdy ma pewnie takie chwile, kiedy coś usłyszy i się w tym kompletnie zakochuje. Kto inny tymczasem nie słyszy w tym nic szczególnego.
Jest dobrze, jest energia, która lepiej by chyba jednak zadziałała latem niż teraz. Kobitka dobrze śpiewa. Trochę za to przeszkadza towarzyszący jej gościu. Nie lubię raczej takich rapowanych wtrąceń. Ogólnie lubię wykonawców, którzy potrafią mnie zainteresować na dłuższym dystansie. Choćby jednego albumu. I To I nie mają jednak nawet albumu, więc furory u mnie pewnie nie zrobią.
Japan - Quiet Life
Zgadzam się z Hienem w dwóch kwestiach. Po pierwsze, że to jest spoko i tylko spoko. I po drugie, że wszystko inne, co słyszałem od Sylviana w tej bestce, było dużo lepsze. Wciąż wracam do jego solowego albumu i do Nine Horses. Tutaj sam w życiu bym nie wpadł na myśl, że na wokalu jest Sylvian. Brzmi kompletnie inaczej. Raczej gorzej niż lepiej. Utwór po paru przesłuchaniach trochę się wbił w pamięć. Ta klawiszowa zagrywka jest ok. A nawet bardzo ok. Bas, gitara i arpy też. To naprawdę jest spoko. No ale jednak nie ma tego magicznego klimatu co znane mi już z bestki albumowej dokonania Sylviana.
Nine Inch Nails - A Warm Place
Nie znam za bardzo tego zespołu. Wiem jedynie, że Reznor robił soundtrack do Quake’a, który zawsze podczas grania wyłączałem, bo mnie niemiłosiernie to rzępolenie gitarowe wkurzało. Dlatego tutaj też spodziewałem się raczej szarpania struny. Tymczasem miła niespodzianka, bo jest bardzo spokojnie i klimatycznie. Jak na instrumental jest bardzo krótko, aż za krótko. Bo ledwie się człowiek wczuje w klimat, a tu koniec. Ale rozumiem, że to jakiś przerywnik na albumie. W każdym razie ładna miniaturka. Mimo wszystko chyba by mi się z DM raczej nie skojarzyło. A już na pewno nie z Violator. No ale każdy może na swój sposób odbierać muzykę przecież. Jeżeli Mentosowi kojarzy się to z Violator, to tylko pozazdrościć.
Jauntix - Atlantyda
Juantixów też za bardzo nie znam. Słyszałem jakiś cover czy dwa DM, ale nie wzbudziło to mojego najmniejszego zainteresowania. Bo jak chcę posłuchać utworów DM, to zdecydowanie preferuje oryginał niż jakieś słabe podróbki.
Tutaj już tytuł był jak dla mnie bardzo interesujący. Atlantyda – mityczna wyspa. Kiedyś za dzieciaka nawet czytałem książkę „Atlantyda wyspa ognia”. Możliwe, że to była lektura szkolna. I podobała mi się. Zawsze lubiłem takie historie owiane jakąś tajemnicę, przygodą. A muzyka? Absolutnie mnie nie zawiodła. Ten utwór mógłby śmiało robić za soundtrack do w/w opowieści. Ten utwór jest po prostu przeuroczy i piękny. Zespołowi udało się stworzyć niezwykły baśniowy klimat. Ja jak już nie raz udowodniłem mam niezwykłą słabość do takich klimatów. Melodia, szczególnie w refrenie jest po prostu piękna. Wokalista idealny do tej piosenki. Super dopasowane brzmienie. Po prostu jestem pod dużym urokiem tej piosenki.
Trzy pierwsze utwory na dobrym, rzetelnym poziomie, chociaż bez ciar. NIN już mocniej zażarło, a Juantix to już taka przeurocza wisienka na torcie.
To jest dobry numer. Nie z rodzaju tych, co to chciałbym zapętlić i słuchać po nocach. Możliwe, że nawet po zakończeniu tej kolejki długo do tego nie wrócę. Raczej takie rzeczy, czyli pojedyncze strzały jakiegoś wykonawcy, funkcjonują u mnie inaczej. Jeżeli po tej drugiej setce zdecyduję się znowu zrobić sobie jakąś top playlistę, to wtedy ten numer ma dużą szansę się tam znaleźć i będzie okazja na odsłuchy od czasu do czasu. Tymczasem muszę docenić samo brzmienie i fajny rytm. Utwór rzeczywiście buja i ja to lubię. Ładnie brzmią wszystkie instrumenty. Pianino super, trąbki i bębenki też robią dobrą robotę. Dobre wokale. Melodia może nie jakaś bardzo wyrazista, ale może być. Ogólnie wszystko to robi dobre wrażenie, choć jednocześnie za serce nie chwyta.
I To I – The Right Time
Właściwe następny utwór, o którym mogę napisać to samo co wyżej. Dobry, rzetelny numer, który za chwilę pewnie jednak zatrze się w pamięci. Hien ma z nim związane stare wspomnienia. To co innego, niż słuchać tego po raz pierwszy w 2024r. Każdy ma pewnie takie chwile, kiedy coś usłyszy i się w tym kompletnie zakochuje. Kto inny tymczasem nie słyszy w tym nic szczególnego.
Jest dobrze, jest energia, która lepiej by chyba jednak zadziałała latem niż teraz. Kobitka dobrze śpiewa. Trochę za to przeszkadza towarzyszący jej gościu. Nie lubię raczej takich rapowanych wtrąceń. Ogólnie lubię wykonawców, którzy potrafią mnie zainteresować na dłuższym dystansie. Choćby jednego albumu. I To I nie mają jednak nawet albumu, więc furory u mnie pewnie nie zrobią.
Japan - Quiet Life
Zgadzam się z Hienem w dwóch kwestiach. Po pierwsze, że to jest spoko i tylko spoko. I po drugie, że wszystko inne, co słyszałem od Sylviana w tej bestce, było dużo lepsze. Wciąż wracam do jego solowego albumu i do Nine Horses. Tutaj sam w życiu bym nie wpadł na myśl, że na wokalu jest Sylvian. Brzmi kompletnie inaczej. Raczej gorzej niż lepiej. Utwór po paru przesłuchaniach trochę się wbił w pamięć. Ta klawiszowa zagrywka jest ok. A nawet bardzo ok. Bas, gitara i arpy też. To naprawdę jest spoko. No ale jednak nie ma tego magicznego klimatu co znane mi już z bestki albumowej dokonania Sylviana.
Nine Inch Nails - A Warm Place
Nie znam za bardzo tego zespołu. Wiem jedynie, że Reznor robił soundtrack do Quake’a, który zawsze podczas grania wyłączałem, bo mnie niemiłosiernie to rzępolenie gitarowe wkurzało. Dlatego tutaj też spodziewałem się raczej szarpania struny. Tymczasem miła niespodzianka, bo jest bardzo spokojnie i klimatycznie. Jak na instrumental jest bardzo krótko, aż za krótko. Bo ledwie się człowiek wczuje w klimat, a tu koniec. Ale rozumiem, że to jakiś przerywnik na albumie. W każdym razie ładna miniaturka. Mimo wszystko chyba by mi się z DM raczej nie skojarzyło. A już na pewno nie z Violator. No ale każdy może na swój sposób odbierać muzykę przecież. Jeżeli Mentosowi kojarzy się to z Violator, to tylko pozazdrościć.
Jauntix - Atlantyda
Juantixów też za bardzo nie znam. Słyszałem jakiś cover czy dwa DM, ale nie wzbudziło to mojego najmniejszego zainteresowania. Bo jak chcę posłuchać utworów DM, to zdecydowanie preferuje oryginał niż jakieś słabe podróbki.
Tutaj już tytuł był jak dla mnie bardzo interesujący. Atlantyda – mityczna wyspa. Kiedyś za dzieciaka nawet czytałem książkę „Atlantyda wyspa ognia”. Możliwe, że to była lektura szkolna. I podobała mi się. Zawsze lubiłem takie historie owiane jakąś tajemnicę, przygodą. A muzyka? Absolutnie mnie nie zawiodła. Ten utwór mógłby śmiało robić za soundtrack do w/w opowieści. Ten utwór jest po prostu przeuroczy i piękny. Zespołowi udało się stworzyć niezwykły baśniowy klimat. Ja jak już nie raz udowodniłem mam niezwykłą słabość do takich klimatów. Melodia, szczególnie w refrenie jest po prostu piękna. Wokalista idealny do tej piosenki. Super dopasowane brzmienie. Po prostu jestem pod dużym urokiem tej piosenki.
Trzy pierwsze utwory na dobrym, rzetelnym poziomie, chociaż bez ciar. NIN już mocniej zażarło, a Juantix to już taka przeurocza wisienka na torcie.
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
No beka z polskich prowincjonalnych artystów co to nie będą grać rzeczy dla zainteresowanych kilkuset osób, bo nie jest rzecz autorstwa tych, którzy raczyli wznowić działalność xD Ewentualne argumenty o kiczu czy tandecie nie mają sensu po wydaniu tak odtwórczych rzeczy i przejścia na pozycje coverbandu DM
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
A tu co za spanie?
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
No, trochę słabo. Jutro powinniśmy jechać dalej.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Dzisiaj to chyba już jestem w stanie znowu tego posłuchać od początku do końca, także jak to mówił MLG na jednym z koncertów w 2001 roku: siląs hehhe
The Gap Band Outstanding 12'
Dobrze czasem wkroczyć w świat funkowych standardów. Jaca zna się na rzeczy, więc nigdy jego wybory nie lądują poniżej przeciętnej. Może dwunastka to trochę za dużo tego samego, szczególnie przy spokojnym odsłuchu domowym, ale generalnie nie ma się do czego przyczepić. Akcenty tribalowe drażnią mnie w różnym stopniu w zależności od pory roku - tutaj są akceptowalne, choć nieszczególnie rozbudowane. Jak na dwunastkę zaskakująco mało momentów czysto instrumentalnych, jakiegoś większego urozmaicenia. Refreny są chwytliwe. Funky bas w połączeniu z wyjątkowo surowym rytmem brzmi specyficznie. Przy mniej wczutym odsłuchu spoko, zdecydowanie. Pewnie w drodze łatwiej byłoby mi wczuć się w ten groove.
I To I The Right Time
Trudno nie zauważyć ciągu logicznego, funky rnb akcenty toną tym razem w najtisowym plastiku, elektronice, chamsko ciętych samplach (albo po prostu ten ziomek z doskoku brzmi jak... na serio z doskoku, z wycinanki). Całość jest jeszcze bardziej energetyczna, żywiołowa. No i jest wersja radiowa xD Szkatułkowo zbudowany bit z jakiegoś perkusyjnego śmietnika daje radę. Jak sobie przypominam rzeczy z GTA San Andreas czy generalnie popularne w mediach klubowe rytmy to nie dziwię się, że dla wszystkich nie było aż tyle miejsca. Hien porusza ciekawą kwestię związaną z muzyką do filmu. Czasem brakuje większej inwencji twórczej, numery prędzej działają tylko przy okazji konkretnych obrazów niż wynikają z absolutnie szczerej zajawki muzyków... no nie wiem, może być tak wiele różnych przyczyn objawień takich efemerycznych projektów. Zawsze to dobre okazje do odkrywania, snucia anegdotycznych historii, co ostatecznie wychodzi na dobre wszystkim bez przesady. Zaraźliwy refren jakoś dziwnie jest zaśpiewany, raz mnie męczył, raz go odbierałem jak po prostu dość transowego, wciągającego. Razem z Gap Band to taka solidna reprezentacja ligi obskjurowej.
Japan Quiet Life
Kurczę, już trochę płyt z mikroświata Sylviana słyszałem, mam do nich wiele szacunku, ale gdyby przychodzi do kontaktu z Japonią to mam takie "no wreszcie coś normalnego niewydumanego" xD Natłukłem się syntezatorowego grania na tyle, że najprawdopodobniej pod tym względem jestem już w jakiś sposób naruszony, no trudno. W świat hotuwy z okładki (trochę jak z Obc... no nwm może lepiej wychodzącego z Mgły) wszedłem dzięki Gentlemen Take Polaroids i już nigdy później nie byłem równie zajarany... choć Quiet Life oraz Tin Drum były naprawdę blisko. Cały czas odczuwam wrażenie niedosytu przy Japan. W swoim czasie słuchałem tego zaskakująco często. Teraz coraz rzadziej aż tak długo daję niektórym szansę, staram się przegryźć. Jednocześnie ich muzyka to wciąż nie jest najbardziej oczywisty kawałek sztuki. Koniec końców brzmi stylowo, całkiem świeżo, przebojowo, kreatywnie. Barbieri robi tutaj tytaniczną robotę, by tło było czymś więcej, cały czas angażowało, zaskakiwało, zmieniało się... tak jakby to było takie łatwe zadanie, gdy nad tym masz jeszcze plastyczny bas i Sylviana na wokalu kradnącego 3/4 uwagi i wrażenia. Potężne uderzenie na początek dobrej płyty.
EMF Children
Wuja zakopał się w głębokich wspomnieniach... i BARDZO DOBRZE. Kolejny kawałek, którego nie umiem sensownie opisać. Future Sound of London spotyka jakichś pozytywnych rockowych wariatów z brytolskich dobrych domów. Beztroska, energetyczna muzyka. Tylko wtedy można było bez zgrzytu topić gitarowe grzanie w house'owej rytmice, new age'owych chorusach, kwaśnych arpach. Jeden z najbardziej skutecznych wehikułów czasu. Poza tym to naprawdę niezły numer. Jestem przede wszystkim zdziwiony. Zaraz potem zadowolony. Wokal (a przede wszystkim akcent) zdradza korzenie, ale to tylko paradoksalnie dodaje uroku. Na dłuższą metę pewnie mógłbym się zmęczyć. W takiej dawce biorę bez popitki.
Nine Inch Nails A Warm Place
NIN to wciąż właściwie nigdy nierozpoczęta historia z mojej perspektywy. Z jednej strony nigdy nie było szczególnych okazji. Z drugiej ta industrialowa otoczka przez lata z założenia nie była w orbicie zainteresowań. Przyszła pandemia to przynajmniej znalazłem czas na The Downward Spiral... a nie, czekaj. W czasach głębokiego uzależnienia od RYMa sprawdziłem sobie najnowszą wówczas płytę, czyli Bad Witch. Przytuliłem dwa kawałki do serduszka i zamknąłem temat, wracając dopiero po pewnym czasie do kolejnej płyty we wspomnianych okolicznościach. Po latach widzę, że tych kontaktów z aktywnością Reznora było więcej. Bowie, Natural Born Killers, kawałki wykorzystane w jednym ze spektakli w Wałbrzychu (!). U mnie jak zwykle to musi wyglądać jak wyprawa konia pod górę, no cóż.
Jest wiele projektów, które mógłbym odbierać podobnie jak Seba podchodzi do NIN. Depeche Mode to płaszczyzna życiowa, długowłosi Niemcy - artystyczna, kolorowe geje i laseczki - tożsamościowa, różne Siksy świata tego - społeczno-polityczna. O teatrze już nawet nie mówię. W tym kontekście The Downward Spiral to kolejna wczuta artystyczna. Kolejny bodziec kierujący mnie w stronę zjawisk trochę bardziej poszukujących, mniej kolorowych, więcej wymagających od zainteresowanych. Ten zimny, nihilistyczny koncept. W osobistej perspektywie jak klamra domykająca dziwne wewnętrzne kwasy. Pewien metalowy zespół dla wyszumiałej młodzieży na jednej z płyt zastosował podobny zabieg. W pewnym momencie wjeżdża przepiękna instrumentalna miniatura, a potem tylko spadasz w kolejne niższe kręgi. Mogę nie słuchać A Warm Place bardzo długo, a potem kończy się tym, że za każdym razem musi polecieć jakby z automatu jeszcze Eraser i Reptile. No i tak to działa, po prostu. Najprawdopodobniej ostatnia płyta z naiwno-młodzieńczego okresu życia, która tak mnie poruszyła.
Jest tu pewna powaga i patos przypominająca instrumentalne kawałki z MFTM czy Violatora, ja to porównanie kupuję mniej bezpośrednio. Tak się powinno wrzucać generalnie części z całości. Rzadko kiedy wywołujecie we mnie takie potrzeby rozpisywania się, także dziena. Świetnie to Reznor zrobił. Uwiecznienie momentu pozytywnego zawieszenia. Niezbyt rozbudowane melodie, ale zaaranżowane po profesorsku. Tyle.
The Gap Band Outstanding 12'
Dobrze czasem wkroczyć w świat funkowych standardów. Jaca zna się na rzeczy, więc nigdy jego wybory nie lądują poniżej przeciętnej. Może dwunastka to trochę za dużo tego samego, szczególnie przy spokojnym odsłuchu domowym, ale generalnie nie ma się do czego przyczepić. Akcenty tribalowe drażnią mnie w różnym stopniu w zależności od pory roku - tutaj są akceptowalne, choć nieszczególnie rozbudowane. Jak na dwunastkę zaskakująco mało momentów czysto instrumentalnych, jakiegoś większego urozmaicenia. Refreny są chwytliwe. Funky bas w połączeniu z wyjątkowo surowym rytmem brzmi specyficznie. Przy mniej wczutym odsłuchu spoko, zdecydowanie. Pewnie w drodze łatwiej byłoby mi wczuć się w ten groove.
I To I The Right Time
Trudno nie zauważyć ciągu logicznego, funky rnb akcenty toną tym razem w najtisowym plastiku, elektronice, chamsko ciętych samplach (albo po prostu ten ziomek z doskoku brzmi jak... na serio z doskoku, z wycinanki). Całość jest jeszcze bardziej energetyczna, żywiołowa. No i jest wersja radiowa xD Szkatułkowo zbudowany bit z jakiegoś perkusyjnego śmietnika daje radę. Jak sobie przypominam rzeczy z GTA San Andreas czy generalnie popularne w mediach klubowe rytmy to nie dziwię się, że dla wszystkich nie było aż tyle miejsca. Hien porusza ciekawą kwestię związaną z muzyką do filmu. Czasem brakuje większej inwencji twórczej, numery prędzej działają tylko przy okazji konkretnych obrazów niż wynikają z absolutnie szczerej zajawki muzyków... no nie wiem, może być tak wiele różnych przyczyn objawień takich efemerycznych projektów. Zawsze to dobre okazje do odkrywania, snucia anegdotycznych historii, co ostatecznie wychodzi na dobre wszystkim bez przesady. Zaraźliwy refren jakoś dziwnie jest zaśpiewany, raz mnie męczył, raz go odbierałem jak po prostu dość transowego, wciągającego. Razem z Gap Band to taka solidna reprezentacja ligi obskjurowej.
Japan Quiet Life
Kurczę, już trochę płyt z mikroświata Sylviana słyszałem, mam do nich wiele szacunku, ale gdyby przychodzi do kontaktu z Japonią to mam takie "no wreszcie coś normalnego niewydumanego" xD Natłukłem się syntezatorowego grania na tyle, że najprawdopodobniej pod tym względem jestem już w jakiś sposób naruszony, no trudno. W świat hotuwy z okładki (trochę jak z Obc... no nwm może lepiej wychodzącego z Mgły) wszedłem dzięki Gentlemen Take Polaroids i już nigdy później nie byłem równie zajarany... choć Quiet Life oraz Tin Drum były naprawdę blisko. Cały czas odczuwam wrażenie niedosytu przy Japan. W swoim czasie słuchałem tego zaskakująco często. Teraz coraz rzadziej aż tak długo daję niektórym szansę, staram się przegryźć. Jednocześnie ich muzyka to wciąż nie jest najbardziej oczywisty kawałek sztuki. Koniec końców brzmi stylowo, całkiem świeżo, przebojowo, kreatywnie. Barbieri robi tutaj tytaniczną robotę, by tło było czymś więcej, cały czas angażowało, zaskakiwało, zmieniało się... tak jakby to było takie łatwe zadanie, gdy nad tym masz jeszcze plastyczny bas i Sylviana na wokalu kradnącego 3/4 uwagi i wrażenia. Potężne uderzenie na początek dobrej płyty.
EMF Children
Wuja zakopał się w głębokich wspomnieniach... i BARDZO DOBRZE. Kolejny kawałek, którego nie umiem sensownie opisać. Future Sound of London spotyka jakichś pozytywnych rockowych wariatów z brytolskich dobrych domów. Beztroska, energetyczna muzyka. Tylko wtedy można było bez zgrzytu topić gitarowe grzanie w house'owej rytmice, new age'owych chorusach, kwaśnych arpach. Jeden z najbardziej skutecznych wehikułów czasu. Poza tym to naprawdę niezły numer. Jestem przede wszystkim zdziwiony. Zaraz potem zadowolony. Wokal (a przede wszystkim akcent) zdradza korzenie, ale to tylko paradoksalnie dodaje uroku. Na dłuższą metę pewnie mógłbym się zmęczyć. W takiej dawce biorę bez popitki.
Nine Inch Nails A Warm Place
NIN to wciąż właściwie nigdy nierozpoczęta historia z mojej perspektywy. Z jednej strony nigdy nie było szczególnych okazji. Z drugiej ta industrialowa otoczka przez lata z założenia nie była w orbicie zainteresowań. Przyszła pandemia to przynajmniej znalazłem czas na The Downward Spiral... a nie, czekaj. W czasach głębokiego uzależnienia od RYMa sprawdziłem sobie najnowszą wówczas płytę, czyli Bad Witch. Przytuliłem dwa kawałki do serduszka i zamknąłem temat, wracając dopiero po pewnym czasie do kolejnej płyty we wspomnianych okolicznościach. Po latach widzę, że tych kontaktów z aktywnością Reznora było więcej. Bowie, Natural Born Killers, kawałki wykorzystane w jednym ze spektakli w Wałbrzychu (!). U mnie jak zwykle to musi wyglądać jak wyprawa konia pod górę, no cóż.
Jest wiele projektów, które mógłbym odbierać podobnie jak Seba podchodzi do NIN. Depeche Mode to płaszczyzna życiowa, długowłosi Niemcy - artystyczna, kolorowe geje i laseczki - tożsamościowa, różne Siksy świata tego - społeczno-polityczna. O teatrze już nawet nie mówię. W tym kontekście The Downward Spiral to kolejna wczuta artystyczna. Kolejny bodziec kierujący mnie w stronę zjawisk trochę bardziej poszukujących, mniej kolorowych, więcej wymagających od zainteresowanych. Ten zimny, nihilistyczny koncept. W osobistej perspektywie jak klamra domykająca dziwne wewnętrzne kwasy. Pewien metalowy zespół dla wyszumiałej młodzieży na jednej z płyt zastosował podobny zabieg. W pewnym momencie wjeżdża przepiękna instrumentalna miniatura, a potem tylko spadasz w kolejne niższe kręgi. Mogę nie słuchać A Warm Place bardzo długo, a potem kończy się tym, że za każdym razem musi polecieć jakby z automatu jeszcze Eraser i Reptile. No i tak to działa, po prostu. Najprawdopodobniej ostatnia płyta z naiwno-młodzieńczego okresu życia, która tak mnie poruszyła.
Jest tu pewna powaga i patos przypominająca instrumentalne kawałki z MFTM czy Violatora, ja to porównanie kupuję mniej bezpośrednio. Tak się powinno wrzucać generalnie części z całości. Rzadko kiedy wywołujecie we mnie takie potrzeby rozpisywania się, także dziena. Świetnie to Reznor zrobił. Uwiecznienie momentu pozytywnego zawieszenia. Niezbyt rozbudowane melodie, ale zaaranżowane po profesorsku. Tyle.
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
The Gap Band - Outstanding (12" Version)
Ten kawałek to klasyczny wręcz przypadek wrzuty, która mi siada, która mi się podoba i o której mógłbym pisać w superlatywach, ale mam dziwne wrażenie, że takowe pisałem tu pierdyliardset razy, a ile można pisać o tym, że Murzyn BAZA, bo wrzucił spoko piosenkę z GTA i w ogóle coś tam o czarnym graniu. No w każdym razie, byłoby tak i w tym przypadku. Z ciekawości sprawdziłem jak ten utwór brzmiałby bez tego intra, o którym pisał Murzyn i się z nim zgadzam, bo jak se puściłem tę wersję trzyminutową to miałem wrażenie, że po prostu włączyłem ten kawałek w połowie. Jak to mawia młodzież: może i aura nie ta, ale womp womp gdy trza. Propsik, z chęcią sobie bym to puścił na jakimś disco, gdybym na takie chodził.
I to I - The Right Time
Kurde, faktycznie trochę pojebana akcja, że między jakieś stare jak świat ballady, Eltona Johna i obligatoryjne wręcz w tym przypadku It's A Wonderful World ktoś wjebał na soundtrack TO. W sumie ciekawi mnie myśl stojąca za tą ideą, bo pozornie nie powinno mieć to sensu - ani to nie pasuje do reszty ścieżki i do filmu w sumie też, ani też JA TO JA, to nie jest tym bardziej nazwa, która przyciągnęłaby tłumy do sklepów w celu zanabycia kasety/płyty. Aczkolwiek coś mi tam świta z tyłu łba, że ten film został zrealizowany za jakieś grosze i chyba to jest rozwiązaniem tej "zagadki".
Niemniej, fr nie ma czemó się dziwić, że ten zespół przepadł, bo ten no…. Gdybym to usłyszał w napisach końcówych filmu w okolicach premiery, to pewnie uznałbym, że to jeden z tych hiciorów, które zara będą lecieć w radio cały czas i nawet nie przeszłoby mi przez myśl, by go sprawdzać. Ot, żaden rizz, ale i żaden cringe. Ale jest tu fajny klimat, słychać aż za dobrze kiedy to powstało i mam cholerną słabość do tych rapowych wstawek z dupy, które wtedy były wciskane dosłownie WSZĘDZIE. xD Przyjemna ciekawostka, z perspektywami na nieregularne powrty.
Japan - Quiet Life
Jesień baza, nowa fala też baza, ale Japan to jeden z tych zespołów, które nigdy mi w pełni nie zaskoczyły. Ofc, szanuję, doceniam, raz na jakiś eon wrzucę na ruszt, ale broń boże nie za często. Jeden z tych przypadków, gdy niby szanuję, niby cenię, ale nie słucham ,bo nie. Quiet Life znam i kojarzę właściwie od prehistorii, bo było w tym spoko spinoffie Vice City na PSP, które posiadałem i który to ogrywałem w przeciwieństwie do Murzyna chociażby, więc intro od razu uaktywniło wspomnienia z czasów, gdy jeszcze nie mogłem sobie kupić piwa bez dowodu osobistego. Gorzej jednak z tym, że mam z nim jak z tym zespołem - kawałek niezły, niby powinien mi się podobać, ale… no nie wchodzi i nie do końca umiem to racjonalnie wyjaśnić. Tam samo jak tego, że mam dziwne przeczucie, że do JAPONII jeszcze wrócę i jeszcze mi, prostytutka, się to zmieni, a ja będę te słowa odszczekiwał. Póki co jednak azbest. Sorry bambiki.
EMF – Children
Gdyby ten kawałek wleciał do depeszwizji, zapewne bym się mocno złapał za głowę po ogłoszeniu wykonawców, bowiem w ciemno podejrzewałbym o tę wrzutę każdego, ale nie shodana. Welp, '91 faktycznie był wyjątkowym rocznikiem, powstało wtedy jakoś zaskakująco dużo albumów, które do dziś uchodzą za gigaklasyki i coś musiało być najwyraźniej w powietrzu, że tak się stało. Niby można napisać, że mam wrażenie, że słyszałem takich ALTERNATYWNO ROCKOWYCH z wczesnych 90sów wiele ale akurat to jest jeden z tych przypadków, gdzie mam to w dupie i po prostu podoba mi się muzyka. Po prostu slay kawałek, żadne skibidi ani brainroit, joł.
Jauntix - Atlantyda
Oporowo beka ze mnie, że Jauntix znam tylko z nazwy i to właściwie wyłącznie dzięki temu forum. A Duchologię Polską to ja czytałem jeszcze w jakimś 2017 roku, lata przed tym, jak Olga Drenda zaczęła wyskakiwać mi z każdej lodówki. Faktycznie, jest w tym uchwycony tzw ZEITGEIST, ten duch wczesnych najtisów, okresu biedy, samoróbki, bezrobocia, rozwijającego się sektora prywatnej gospodarki i zachłyśnięcia "wolnością". Niby cukierkowe, przesłodzone do granic i trąci niebezpiecznie kiczem, ale cholera - COŚ w tym słyszę. Śmiesznie to się generalnie w tej kolejce ułożyło, że niby takie "obiektywnie" fajne Japan potraktowałem wzruszeniem ramionami, a to niby disco-polo nagrane po kosztach w piwnicy do mnie trafiło. Może właśnie czasem wystarczy sam KLIMAT, może to przez to, że mam wrażenie, iż słucham 90sowego ekwiwalentu Papa Dance. A może mam delulu….
Womp womp - Kończę ten yapping, bo trąci cringe'm i azbestem fr. Kolejna z gatunku skibidibi - trochę rizzu, trochę brainrot, ale aura była i to najważniejsze. Zero utworów typu słabe, parę typu niezłe, ciężko mi jakiś wyróżnić, ale będę miał na pewno na oku Jauntix.
Ten kawałek to klasyczny wręcz przypadek wrzuty, która mi siada, która mi się podoba i o której mógłbym pisać w superlatywach, ale mam dziwne wrażenie, że takowe pisałem tu pierdyliardset razy, a ile można pisać o tym, że Murzyn BAZA, bo wrzucił spoko piosenkę z GTA i w ogóle coś tam o czarnym graniu. No w każdym razie, byłoby tak i w tym przypadku. Z ciekawości sprawdziłem jak ten utwór brzmiałby bez tego intra, o którym pisał Murzyn i się z nim zgadzam, bo jak se puściłem tę wersję trzyminutową to miałem wrażenie, że po prostu włączyłem ten kawałek w połowie. Jak to mawia młodzież: może i aura nie ta, ale womp womp gdy trza. Propsik, z chęcią sobie bym to puścił na jakimś disco, gdybym na takie chodził.
I to I - The Right Time
Kurde, faktycznie trochę pojebana akcja, że między jakieś stare jak świat ballady, Eltona Johna i obligatoryjne wręcz w tym przypadku It's A Wonderful World ktoś wjebał na soundtrack TO. W sumie ciekawi mnie myśl stojąca za tą ideą, bo pozornie nie powinno mieć to sensu - ani to nie pasuje do reszty ścieżki i do filmu w sumie też, ani też JA TO JA, to nie jest tym bardziej nazwa, która przyciągnęłaby tłumy do sklepów w celu zanabycia kasety/płyty. Aczkolwiek coś mi tam świta z tyłu łba, że ten film został zrealizowany za jakieś grosze i chyba to jest rozwiązaniem tej "zagadki".
Niemniej, fr nie ma czemó się dziwić, że ten zespół przepadł, bo ten no…. Gdybym to usłyszał w napisach końcówych filmu w okolicach premiery, to pewnie uznałbym, że to jeden z tych hiciorów, które zara będą lecieć w radio cały czas i nawet nie przeszłoby mi przez myśl, by go sprawdzać. Ot, żaden rizz, ale i żaden cringe. Ale jest tu fajny klimat, słychać aż za dobrze kiedy to powstało i mam cholerną słabość do tych rapowych wstawek z dupy, które wtedy były wciskane dosłownie WSZĘDZIE. xD Przyjemna ciekawostka, z perspektywami na nieregularne powrty.
Japan - Quiet Life
Jesień baza, nowa fala też baza, ale Japan to jeden z tych zespołów, które nigdy mi w pełni nie zaskoczyły. Ofc, szanuję, doceniam, raz na jakiś eon wrzucę na ruszt, ale broń boże nie za często. Jeden z tych przypadków, gdy niby szanuję, niby cenię, ale nie słucham ,bo nie. Quiet Life znam i kojarzę właściwie od prehistorii, bo było w tym spoko spinoffie Vice City na PSP, które posiadałem i który to ogrywałem w przeciwieństwie do Murzyna chociażby, więc intro od razu uaktywniło wspomnienia z czasów, gdy jeszcze nie mogłem sobie kupić piwa bez dowodu osobistego. Gorzej jednak z tym, że mam z nim jak z tym zespołem - kawałek niezły, niby powinien mi się podobać, ale… no nie wchodzi i nie do końca umiem to racjonalnie wyjaśnić. Tam samo jak tego, że mam dziwne przeczucie, że do JAPONII jeszcze wrócę i jeszcze mi, prostytutka, się to zmieni, a ja będę te słowa odszczekiwał. Póki co jednak azbest. Sorry bambiki.
EMF – Children
Gdyby ten kawałek wleciał do depeszwizji, zapewne bym się mocno złapał za głowę po ogłoszeniu wykonawców, bowiem w ciemno podejrzewałbym o tę wrzutę każdego, ale nie shodana. Welp, '91 faktycznie był wyjątkowym rocznikiem, powstało wtedy jakoś zaskakująco dużo albumów, które do dziś uchodzą za gigaklasyki i coś musiało być najwyraźniej w powietrzu, że tak się stało. Niby można napisać, że mam wrażenie, że słyszałem takich ALTERNATYWNO ROCKOWYCH z wczesnych 90sów wiele ale akurat to jest jeden z tych przypadków, gdzie mam to w dupie i po prostu podoba mi się muzyka. Po prostu slay kawałek, żadne skibidi ani brainroit, joł.
Jauntix - Atlantyda
Oporowo beka ze mnie, że Jauntix znam tylko z nazwy i to właściwie wyłącznie dzięki temu forum. A Duchologię Polską to ja czytałem jeszcze w jakimś 2017 roku, lata przed tym, jak Olga Drenda zaczęła wyskakiwać mi z każdej lodówki. Faktycznie, jest w tym uchwycony tzw ZEITGEIST, ten duch wczesnych najtisów, okresu biedy, samoróbki, bezrobocia, rozwijającego się sektora prywatnej gospodarki i zachłyśnięcia "wolnością". Niby cukierkowe, przesłodzone do granic i trąci niebezpiecznie kiczem, ale cholera - COŚ w tym słyszę. Śmiesznie to się generalnie w tej kolejce ułożyło, że niby takie "obiektywnie" fajne Japan potraktowałem wzruszeniem ramionami, a to niby disco-polo nagrane po kosztach w piwnicy do mnie trafiło. Może właśnie czasem wystarczy sam KLIMAT, może to przez to, że mam wrażenie, iż słucham 90sowego ekwiwalentu Papa Dance. A może mam delulu….
Womp womp - Kończę ten yapping, bo trąci cringe'm i azbestem fr. Kolejna z gatunku skibidibi - trochę rizzu, trochę brainrot, ale aura była i to najważniejsze. Zero utworów typu słabe, parę typu niezłe, ciężko mi jakiś wyróżnić, ale będę miał na pewno na oku Jauntix.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
slayyy
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Będziesz słuchał Azbestu?mintaj pisze:Póki co jednak azbest.
The Gap Band - Outstanding (Original 12'' Mix)
No no no, był czas w moim życiu, że szalałem ostro za dwunastocalówkami każdego ejtisowego hitu, a potem byłem bardzo zawiedziony, że od lat 90. w górę właściwie porzucono ten myk z wszelkiego rodzaju extended mixami. Nawet Hien się załapał na tę moją fazę, gdy sugerowałem mu, aby singiel Johnny wymienionego wyżej zespołu (bardzo wyżej) miał swoją wersję TWELVE INCH. Puściłem sobie singla, o którym wspomniał Murzyn i tbh podzielam jego zdanie, ten numer brzmi sto razy lepiej będąc zapodaną w kolejce jego wersją. Trochę funku, trochę ejtisów, buja jak diabli. Widzę, że moje ukochane (wciąż) lata 80. mają (wciąż) dużo do zaoferowania mnie nawet po tak wielu latach od pierwszej nimi ostrej fascynacji (to już 20 lat minęło...) w żywocie mym. Świetnie się tego słucha, no co, po prostu piękna piosenka. Całe outro, miodzio. Czysta przyjemność w ten jakże paskudny i deszczowy wieczór. Propsy!
I to I - The Right Time
Kurde, faktycznie ciekawa historia opisana przez Hiena. Też nigdy do końca tego nie rozumiałem, zespół, który swoją stylistyką idealnie wpasowuje się w epokę, w jakiej tworzy, chwytliwa nazwa, numer na tyle chwytliwy, że ląduje na OST ultra-popularnego filmu tamtych czasów (i poza tym to po prostu dobry numer), a gdzieś przepada w mrokach dziejów (czasem nawet na Discogs nie da się znaleźć takich wykonawców bądź po prostu ich wydawnictw). Curtisa znam tylko z Love Actually, Mamma Mia! i tych dwóch części Brydżyt Dżons, które obejrzałem (i tak już ich nie pamiętam). Z całej tej filmografii podobało mi się to pierwsze, tam też był dobry OST (i mała soundtrackowa autoparodia w stosunku do coveru Wet Wet Wet). Oczywiście, o większości jego pozostałych dzieł słyszałem, ale jakoś mnie nie ciągnęło. Jakby, ile można patrzeć na mordę Hugh Granta... Utwór po prostu fajny, radiowy i przebojowy w ciul. Wielka szkoda, że nic więcej się od nich nie urodziło (tego drugiego wspomnianego singla już nie odpalałem), myślę, że potencjał był pełny. No ale co zrobisz, jak nic nie zrobisz?
EMF - Children
Cięhui, Wuja wjeżdża z kompletnym dla mnie obskjurem. Coś tam wspomina o popularności tej grupy swego czasu, ale mnie musiało to kompletnie ominąć, pierwszy raz w życiu widzę tę nazwę. I pierwszy raz - siłą rzeczy - słyszę cokolwiek od nich. Przyznaję, że jakoś się to wpasowuje w moje upodobania, choć pewnie sam nie sięgnąłbym po taki krążek, nawet mimo okładki. Do głowy przychodzi mi coś w rodzaju nieślubnego dziecka U2 i The Offspring, jednocześnie całość brzmi dość świeżo i wręcz zbyt nowocześnie, jak na 1991 rok. Całkiem przyjemny numer, żywy, melodyjny, ciekawie użyta oszczędna elektronika (przywodzi na myśl legendarny opening do piosenki I Travel od Simple Minds), wokalista momentami na krawędzi darcia ryja, ale szczęśliwie tej granicy nie przekracza. Ok, przy trzecim odsłuchu stwierdzam, że LUBIĘ TO (kto jeszcze tak mówi lol...). Dobre, dużo dobre. Dołącza do pozostałych dwóch numerów (trzech, jeśli wliczyć O Children od Kejwa) o tytule Children, obok Roberta Milesa i Joe Goddarda z Hot Chip. Na Wiki czytam, że band rozpadł się trzy razy i trzy razy zszedł, nawet zdążył wydać dwie płyty nowe względem tych, o których wspomniał shodan. W tym jedną... w tym roku. Moev ma konkurencję trololo.
NIN - A Warm Place
Znamy, znamy, cenimy, jak i całe The Downward Spiral zresztą. Nie zawsze tak było, latami zabierałem się do pojedynczych kawałków, a z płytą w swej jedności nie mogłem długo złapać wajbu. Zmieniło się to w towarzystwie dość przykrych życiowych okoliczności (wiem, klisza, nic nie poradzę), ale też dzięki paru osobom (ciągle mam z nimi kontakt), które mnie mocno zachęcały do powrotów. Jedna z tych osób (niejaki Woodman) zawsze była wielkim fanem A Warm Place. Miała ta osoba swój walny udział i w mojej ostatecznej fascynacji, jaka mnie dopadła w pewnej chwili. Podobnie jak Hien, mam od dłuższego czasu pewien problem w zachwycaniu się niesinglowymi numerami z tego krążka poza kontekstem tego krążka, niemniej jednak nie da się tego niezapropsować. Po prostu propsuję i tyle, Reznor znał się na rzeczy zarówno w kwestii pisania piosenek, jak i numerów instrumentalnych. Szczęśliwie mu to nie zgasło na przestrzeni lat, nawet, jeśli ostatnie Ghosts były mocno powtarzalne względem samych siebie. Dobra rzecz, tyle w temacie. Choć kisnę z porównania do DM lol.
Jauntix - Atlantyda
Coś pomiędzy synthpopem, polską wersją ambitniejszego italo disco (ale jeszcze nie w bezczelnej formie jarmarcznego disco polo). Słyszę chyba pierwszy raz w życiu, emocje mam... nie wiem w sumie jakie. Jak na dzieło swojej epoki nawet się broni, całkiem ładnie pasuje do muzy głos wokalisty, tekst - klasycznie, krindż (jednocześnie nie ukrywam, że zapewne w swojej angielskiej wersji by mi się nawet podobał lol). Szkoda trochę, że refren się średnio wyróżnia na tle całej reszty, brzmi to jak troszkę odrzut sesyjny bądź bardziej wypolerowane demo. Chociaż... w komentarzach na YT pod tymże filmem ktoś napisał, że ma skojarzenia z Afternoons in Utopia od Alphaville (z utworem tytułowym w sensie) i naaawet mogę się z tym częściowo zgodzić (może była to inspiracja?). Ot, dowód na to, że NASI też potrafili w muzykę syntezatorową, która nie musiała być potworną tandetą z polsatowskich programów i słowami o kropkowanych gaciach (dlaczego Włosi potrafili jakoś lepiej tę swoją muzykę robić lol). Całkiem spoko, choć nie porusza mnie tak, jak być może mogło mnie poruszyć kiedyś (jeśli mogło, zapewne nigdy się nie dowiemy).
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl