Best of Forum IX
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Kolejka 4.
19. Minnie Riperton - Lovin' You (stripped)
20. The Associates - The Affectionate Punch (devotional)
21. The Beatles – Happiness is a Warm Gun (Hien)
22. H-Blockx - Risin' High (shodan)
23. Püdelsi - Uważaj na niego (Dragon)
24. Małgorzata Panecka - Kto tu jest niewinny (mintaj)
19. Minnie Riperton - Lovin' You (stripped)
20. The Associates - The Affectionate Punch (devotional)
21. The Beatles – Happiness is a Warm Gun (Hien)
22. H-Blockx - Risin' High (shodan)
23. Püdelsi - Uważaj na niego (Dragon)
24. Małgorzata Panecka - Kto tu jest niewinny (mintaj)
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7404
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Minnie Riperton - Lovin' You
Zacznę od tego, że skądś kojarzę te zaśpiewy "la la la la la", ale ni cholery nie mogę sobie przypomnieć skąd. Numer jest okrutnie wprost czilowy, a raczej byłby, gdyby nie momentami jednak zbyt wysoki w swych rejestrach wokal Minnie, gdyż ten mi nieco za bardzo świdruje głowę. A ja teraz spokoju szukam etc. Ten krzykopisk to prawie Blixa Bargeld we wczesnym EN (i trochę późniejszym też). Tekst ma w sumie taki charakter, że ciężko się połapać w tym, kto jest adresatem podmiotu lirycznego. Tak w ogóle to brzmi to zarówno jak coś, co mogło być nagrane w tych swoich seventisach, ale równie dobrze dwa lata temu przez jakąś niszową, hipsterską wokalistkę. Może istnieje taki cover? Bo covery tego istnieją z pewnością. Mieszane uczucia. Faktycznie jest wiosennie, ale też odrobinę zbyt słodkopierdząco. Śpiew ptaszków i to fajne, minimalistyczne outro są najlepsze w Jacowej wrzutce. Śpiew jest też zwyczajnie zbyt głośno. Ale rozumiem, że można się tym jarać, zwłaszcza wiosennie i miłości pełnym będąc. Ja nie jestem, no i w taką aurę jak za oknem wolę Hulkkonena. Ale źle też nie jest. Chyba średnio po prostu.
The Beatles - Happiness Is a Warm Gun
Tak w zasadzie to dziś nie sprawdziłem, co oznacza tytuł i dlaczego jest taki dziwny. To jakiś idiom? Metafora? Porównanie? Zbyt słabo siedzę w Bitelsowym lore. Nie wiem, czy żałuję. Mój stosunek do Czwórki z Liverpoolu znają tu wszyscy. Żaden ze mnie wielki znawca ani fan, ale jedno jest pewne - najlepsze rzeczy duet McCartney/Lennon zaczął robić, gdy Bitelsi przestali koncertować, a zaczęli mocniej ćpać. No i tutaj mamy tego efekty. Faktycznie zmienia się coś co chwila w zasadzie, prog progiem, ale ten kawałek mocno ciągnie mi psychodelią, taką w stylu Jefferson Airplane przynajmniej. Podejrzewam, iż takie skoki nastroju jakie funduje Warm Gun doskonale rezonowały u Munlupa z jego ówczesnymi rozterkami. Ja miewałem podobne będąc nieco młodszym (ale tylko nieco) i też szukałem "siebie i sytuacji" w muzyce. Będzie i u mnie trochę takich propozycji. Zaś utwór... jest dobry. Podoba mi się bardzo, co tu powiedzieć więcej... Czas Bitelsów odczarować, bo ewidentnie sporo tracę. A przestałem być już taki okopany na niektórych pozycjach. No i czekam na kolejne odcinki serialu o Ance, dawno nie czułem się tak wciągnięty
H-blockx - Risin' High
Kurde, na początku chciałem zjechać tę wrzutę, ale parę odsłuchów dalej mi się solidnie wkręciła xD Limp Bizkit przed Limp Bizkit, w dodatku z Dojczlandu, no nieźle całkiem. To jest w zasadzie taki miks rocka nie tylko z rapowymi wstawkami, czuję tu też lekko industrialowe rozwiązania znane z takiego Sister Machine Gun. Produkcja jest ciężko najntisowa, ale taka z połowy najntisów, że jeszcze jest słyszalny duch późnych lat 80. Zwłaszcza te bębny czy antemiczność refrenu. A potem jeb, nagle się urywa. Tyle, że w dobrym w zasadzie momencie. Ani to za krótkie, ani za długie. Jednak o zespole, oczywiście, nigdy wcześniej nie słyszałem. Totalnie za to wyobrażam sobie Wuja, jak łazi z walkmanem po ulicach jakiegoś zapadłego polskiego miasteczka kilka lat po transformacji i słucha właśnie takiej muzy. Przynajmniej w tej wrzutce pewna, nie wiem, agresja kawałka pasuje mi jeden do jednego do ówczesnego klimatu społeczno-politycznego. I ekonomicznego rzecz jasna - wiosna cuchnąca wyziewami z wydechów Ikarusów i Autosanów H9 wiązanych drutem. A w radiu O.N.A. i właśnie na ten przykład to. Dobra wrzutka, nucę se pod nosem "LET YOUR WOOLF FLY HIGH" xD
Püdelsi - Uważaj Na Niego
Hmmm, nie wiem co napisać chyba xD Był czas, że trochę eksplorowałem ten jakże cudowny band głównie dlatego, że PRIMO bardzo spodobała mi się Wolność Słowa, mając te 14 lat człowiek już to i owo o polityce polskiej kojarzył (zwłaszcza mając rodziców oglądających namiętnie programy informacyjne i słuchających publicystyki wszelakiej), no i ten klip (na marginesie i dla mnie Maleńczuk jako szatan był lekko creepy), zaś SECUNDO f.ś.p. Bartini jakoś w 2006 podrzucił mi (we FLACach!) koncert Püdelsów z Trójki, który, no, był całkiem całkiem. Człowiek usłyszał numery tzw. mało kojarzone, mogła mu się energia udzielić i tak dalej. Maleńczukowi niestety udzielała się aż zbyt solidnie chyba, czy nie jest tak do tej pory? Tak czy inaczej typ zamienił się we własną karykaturę i wolę się trzymać z daleka (zwłaszcza, gdy wypowiada się w mediach). Uważaj Na Niego należało do panteonu ulubionych kawałków mojej pierwszej dziewczyny (Anki nota bene), więc swego czasu nasłuchałem się bardziej, niż bym chciał. Laid back klimat stwierdzono, jest nieco sennie bardziej niż śmieszniepapierosowo (tych zresztą nie znoszę), muzyka się broni do dziś. Tekst... trochę po mnie spływa. A ja zjeżdżam po białej łące, tyle że w Bukowinie Tatrzańskiej. Kawałek solidny, ale już nie moja bajka. Tak myślę.
Małgorzata Panecka - Kto Tu Jest Niewinny
Kurde, widziałem strzępy tych poszukiwań owej piosenki po necie, to jedna grupa, to druga, to Paśnik, to Drenda, ale też kiedy te zostały zakończone wielkim sukcesem (jak inaczej nazwać wydanie CAŁEJ PŁYTY zawierającej mnóstwo starego materiału z drugiej połowy polskich ejtisów elegancko zremasterowanego etc. właśnie pod wpływem tego śledztwa, krążek wyszedł może miesiąc temu, może dwa) to nie chciało mi się sprawdzać. Może nie jest to kompletny no name dla wszystkich, w 1993 ukazał się nawet jej debiutancki album, ale tylko na kasecie, więc... Bardzo się cieszę, że Seba wrzuca ten utwór. To jest taka homemade Anna Jurksztowicz którą jednocześnie produkowałby duet Łosowski-Skawiński (czy jeszcze kiedyś zagrają razem???). Wszystko bez wyjątku mi się w tym numerze podoba. I wokal, i tekst nawet (pachnie jakimś uniwersum Jeżycjady, połowa polskich ejtisów miała taki charakter dla mnie), no i ta absolutnie doskonała muzyka. Powiedziałbym polskie White Door (ktoś pamięta pierwszą bestkę?), czyli taki wykonawca co to pojawia się mocno znikąd, jakimś cudem coś wydaje a potem przepada. Z tym, że WD się nagle zeszli 5 lat temu i wypuścili zupełnie nowy materiał w tym samym składzie, a tutaj walą kompilacją ale chyba bez udziału artystki? Ciekawe, czy zmaterializuje się nagle na jakimś festiwalu. Nieironicznie poszedłbym na koncert posłuchać takiej muzyki, choć Panecka jest teraz w wieku Mojej Mamy. Kapitalna porcja muzy, dzięki Mentos! <3
Zacznę od tego, że skądś kojarzę te zaśpiewy "la la la la la", ale ni cholery nie mogę sobie przypomnieć skąd. Numer jest okrutnie wprost czilowy, a raczej byłby, gdyby nie momentami jednak zbyt wysoki w swych rejestrach wokal Minnie, gdyż ten mi nieco za bardzo świdruje głowę. A ja teraz spokoju szukam etc. Ten krzykopisk to prawie Blixa Bargeld we wczesnym EN (i trochę późniejszym też). Tekst ma w sumie taki charakter, że ciężko się połapać w tym, kto jest adresatem podmiotu lirycznego. Tak w ogóle to brzmi to zarówno jak coś, co mogło być nagrane w tych swoich seventisach, ale równie dobrze dwa lata temu przez jakąś niszową, hipsterską wokalistkę. Może istnieje taki cover? Bo covery tego istnieją z pewnością. Mieszane uczucia. Faktycznie jest wiosennie, ale też odrobinę zbyt słodkopierdząco. Śpiew ptaszków i to fajne, minimalistyczne outro są najlepsze w Jacowej wrzutce. Śpiew jest też zwyczajnie zbyt głośno. Ale rozumiem, że można się tym jarać, zwłaszcza wiosennie i miłości pełnym będąc. Ja nie jestem, no i w taką aurę jak za oknem wolę Hulkkonena. Ale źle też nie jest. Chyba średnio po prostu.
The Beatles - Happiness Is a Warm Gun
Tak w zasadzie to dziś nie sprawdziłem, co oznacza tytuł i dlaczego jest taki dziwny. To jakiś idiom? Metafora? Porównanie? Zbyt słabo siedzę w Bitelsowym lore. Nie wiem, czy żałuję. Mój stosunek do Czwórki z Liverpoolu znają tu wszyscy. Żaden ze mnie wielki znawca ani fan, ale jedno jest pewne - najlepsze rzeczy duet McCartney/Lennon zaczął robić, gdy Bitelsi przestali koncertować, a zaczęli mocniej ćpać. No i tutaj mamy tego efekty. Faktycznie zmienia się coś co chwila w zasadzie, prog progiem, ale ten kawałek mocno ciągnie mi psychodelią, taką w stylu Jefferson Airplane przynajmniej. Podejrzewam, iż takie skoki nastroju jakie funduje Warm Gun doskonale rezonowały u Munlupa z jego ówczesnymi rozterkami. Ja miewałem podobne będąc nieco młodszym (ale tylko nieco) i też szukałem "siebie i sytuacji" w muzyce. Będzie i u mnie trochę takich propozycji. Zaś utwór... jest dobry. Podoba mi się bardzo, co tu powiedzieć więcej... Czas Bitelsów odczarować, bo ewidentnie sporo tracę. A przestałem być już taki okopany na niektórych pozycjach. No i czekam na kolejne odcinki serialu o Ance, dawno nie czułem się tak wciągnięty
H-blockx - Risin' High
Kurde, na początku chciałem zjechać tę wrzutę, ale parę odsłuchów dalej mi się solidnie wkręciła xD Limp Bizkit przed Limp Bizkit, w dodatku z Dojczlandu, no nieźle całkiem. To jest w zasadzie taki miks rocka nie tylko z rapowymi wstawkami, czuję tu też lekko industrialowe rozwiązania znane z takiego Sister Machine Gun. Produkcja jest ciężko najntisowa, ale taka z połowy najntisów, że jeszcze jest słyszalny duch późnych lat 80. Zwłaszcza te bębny czy antemiczność refrenu. A potem jeb, nagle się urywa. Tyle, że w dobrym w zasadzie momencie. Ani to za krótkie, ani za długie. Jednak o zespole, oczywiście, nigdy wcześniej nie słyszałem. Totalnie za to wyobrażam sobie Wuja, jak łazi z walkmanem po ulicach jakiegoś zapadłego polskiego miasteczka kilka lat po transformacji i słucha właśnie takiej muzy. Przynajmniej w tej wrzutce pewna, nie wiem, agresja kawałka pasuje mi jeden do jednego do ówczesnego klimatu społeczno-politycznego. I ekonomicznego rzecz jasna - wiosna cuchnąca wyziewami z wydechów Ikarusów i Autosanów H9 wiązanych drutem. A w radiu O.N.A. i właśnie na ten przykład to. Dobra wrzutka, nucę se pod nosem "LET YOUR WOOLF FLY HIGH" xD
Püdelsi - Uważaj Na Niego
Hmmm, nie wiem co napisać chyba xD Był czas, że trochę eksplorowałem ten jakże cudowny band głównie dlatego, że PRIMO bardzo spodobała mi się Wolność Słowa, mając te 14 lat człowiek już to i owo o polityce polskiej kojarzył (zwłaszcza mając rodziców oglądających namiętnie programy informacyjne i słuchających publicystyki wszelakiej), no i ten klip (na marginesie i dla mnie Maleńczuk jako szatan był lekko creepy), zaś SECUNDO f.ś.p. Bartini jakoś w 2006 podrzucił mi (we FLACach!) koncert Püdelsów z Trójki, który, no, był całkiem całkiem. Człowiek usłyszał numery tzw. mało kojarzone, mogła mu się energia udzielić i tak dalej. Maleńczukowi niestety udzielała się aż zbyt solidnie chyba, czy nie jest tak do tej pory? Tak czy inaczej typ zamienił się we własną karykaturę i wolę się trzymać z daleka (zwłaszcza, gdy wypowiada się w mediach). Uważaj Na Niego należało do panteonu ulubionych kawałków mojej pierwszej dziewczyny (Anki nota bene), więc swego czasu nasłuchałem się bardziej, niż bym chciał. Laid back klimat stwierdzono, jest nieco sennie bardziej niż śmieszniepapierosowo (tych zresztą nie znoszę), muzyka się broni do dziś. Tekst... trochę po mnie spływa. A ja zjeżdżam po białej łące, tyle że w Bukowinie Tatrzańskiej. Kawałek solidny, ale już nie moja bajka. Tak myślę.
Małgorzata Panecka - Kto Tu Jest Niewinny
Kurde, widziałem strzępy tych poszukiwań owej piosenki po necie, to jedna grupa, to druga, to Paśnik, to Drenda, ale też kiedy te zostały zakończone wielkim sukcesem (jak inaczej nazwać wydanie CAŁEJ PŁYTY zawierającej mnóstwo starego materiału z drugiej połowy polskich ejtisów elegancko zremasterowanego etc. właśnie pod wpływem tego śledztwa, krążek wyszedł może miesiąc temu, może dwa) to nie chciało mi się sprawdzać. Może nie jest to kompletny no name dla wszystkich, w 1993 ukazał się nawet jej debiutancki album, ale tylko na kasecie, więc... Bardzo się cieszę, że Seba wrzuca ten utwór. To jest taka homemade Anna Jurksztowicz którą jednocześnie produkowałby duet Łosowski-Skawiński (czy jeszcze kiedyś zagrają razem???). Wszystko bez wyjątku mi się w tym numerze podoba. I wokal, i tekst nawet (pachnie jakimś uniwersum Jeżycjady, połowa polskich ejtisów miała taki charakter dla mnie), no i ta absolutnie doskonała muzyka. Powiedziałbym polskie White Door (ktoś pamięta pierwszą bestkę?), czyli taki wykonawca co to pojawia się mocno znikąd, jakimś cudem coś wydaje a potem przepada. Z tym, że WD się nagle zeszli 5 lat temu i wypuścili zupełnie nowy materiał w tym samym składzie, a tutaj walą kompilacją ale chyba bez udziału artystki? Ciekawe, czy zmaterializuje się nagle na jakimś festiwalu. Nieironicznie poszedłbym na koncert posłuchać takiej muzyki, choć Panecka jest teraz w wieku Mojej Mamy. Kapitalna porcja muzy, dzięki Mentos! <3
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Dragon
- Posty: 10366
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Minnie Riperton - Lovin' You
Znajomo brzmi refren, zaśpiewy... Wikipedia podpowiada tropy The Orb, ale nie pamiętam bez sprawdzania. Vapory raczej też nie... z pewnością te chórki były wykorzystane jeszcze w wielu innych miejscach. Wspieram zaklinanie pogody - numer jednoznacznie wiosenny, ciepły, przyjemny bez ani grama nerwu czy pesymizmu. Bardzo dobrze brzmiące klawisze, wokal z partiami nie do powtórzenia bez posiadania naturalnych predyspozycji, bo pani po prostu brzmi jak jeden z tych wyciętych ptaków w tle. Muzyczny zaklinacz czasu, który ani trochę się nie zestarzał... może po prostu tak porządnie i czysto brzmiących rzeczy się nie robi, ciach klasyka.
The Associates - The Affectionate Punch
Brzmisz jak Talking Heads, parafrazując klasyka. Zbyt hipsterskie na hit, Adrianie. Punkowo-marszowa energia to trochę za mało, gdy wokalnie fikołki idą jeden za drugim. Materiał dla łasych na poszukiwania w kierunku im. Davida Byrna. Fajne, jak dla mnie też oszukują czas, trochę mnie zaskoczył rok pochodzenia. Nie słucham takiej muzyki często, ale to jest solidny post-punk z AMBICJAMI. Mniej doomerskiej atmosfery, więcej dystyngowania i wariactwa jednocześnie. Na luzie można sobie zapodać potem Psycho Killer, nie słychać aż takiej różnicy.
The Beatles – Happiness is a Warm Gun
Czytam kolejną część historii i Hien mnie przekonuje, żeby też do takich przepraw wrócić. Pojedyncze linijki z relacji, które nie miały prawa zaistnieć, przejść w coś poważniejszego, a jednak w dawnych czasach ryły mi głowę zdecydowanie za długo. Potem często dochodziłem do wniosku, że wiele znajomości czy bliższych podchodów po prostu nie miało sensu, zżerało mnie od środka, a ja się w nie pchałem ze względu na generalny brak atencji, brak poważniejszego bycia z ludźmi i inne takie, które dotykają młodych ludzi ugułem. O relacjach na swoim kierunku też mógłbym coś dorzucić, choć nie były tak spektakularnie wpływowe jak w gimnazjum czy liceum. Muzycznie też Hien mnie przekonuje do pewnych wniosków. Bitelsi to jednak zespół, który po prostu musi się wgryźć z takich bardzo osobistych powodów. Nigdy nie miałem znajomych zafiksowanych na ich punkcie. Dla mnie są bardziej artefaktem przeszłości. Istotnym punktem odniesienia, który nigdy nie zażarł mimo kilku prób. Wrzucany kawałek jest naprawdę dobry, choć po każdym odsłuchu byłem już wystarczająco nasycony. Słychać tutaj lata 70te, późniejsze ekscesy punk rocka, słychać Bowiego... wersja mono znacznie lepsza niż spotifajowe remastery. Głębokie doły, inny porządek w piosence bez sztucznego dostylizowania, które jest zbędne. Kciuk w górę.
H-Blockx - Risin' High
Rap rock, mmm... bez dziwnych współprac z Aerosmith czy wyraźnie żenujących tekstów potrafi być baardzo słuchalny. To jeden z przykładów czegoś naprawdę okej. Facio się drze w refrenach i to, co on tam mówi/mówią nie ma najmniejszego znaczenia (#twarowski), ale refren NIESIE. Dosłownie coś ostrzejszego, nie da się ukryć. Dziwnie stęki jęki w połowie dodają trochę dziwności, wyraźnie funky sekcja z basem jak mrugnięcie w stronę fanów RATM. Shodan jest bardzo dobry w muzyczne wehikuły czasu. Nie musi być czasem tak dobrze, żeby wzbudzić sporo satysfakcji. Nie mniej podobało się znacznie bardziej niż takie Kelly Family heh Niepozorny kawałek, ale ja się nie dziwię, gdy za jakiś czas do niego wrócę, bo refren naprawdę wpada w ucho. Niby takie kliszowe brzmieniowo, ale głupio się do czegoś przypierniczyć, wykonane bardzo spoko.
Małgorzata Panecka - Kto tu jest niewinny
Jako wczutowicz starotelewizyjny naturalnie jestem obecny w miejscach skupiających ludzi ciekawych lost media. Ile ja już tego widziałem na JuTubie... charakterystyczna tabelka z wykazem też była przed oczami mymi wielokrotnie. Wciąż czekam na odpowiedni moment seansu drugiej części filmu Kacpira, choć siłą bycia na forach telewizyjnych czy satelitarnych przez lata wiele takich sytuacji doświadczałem z drugiej ręki. Jakieś identy z Polski Ludowej, odcinki Sondy czy Spektrum, programy dnia tematycznych kanałów Polsatu pierwszej generacji, szata graficzna lokalnych odnóg Polonii 1, coś więcej z Tylko Muzyka ponad kadry z logotypem, specjalne programy, które już dla wielu uchodziły za miejską legendę vide making off Miodowych lat... i tak dalej, i tak dalej, wierzę, że Seba (jako odpowiedzialny za pej z Kadrami...) wie o czym mówię. Nienawidzę mieszania tego tematu z jakimiś creepypastami czy mistyfikacjami video, choć to bardziej drażni podczas obcowania z amerykańską częścią internetu. Pod kątem muzycznym miałem tak z bootlegami depeszowymi, choć to trochę co innego. W sumie formalnie lost media jest też Music For Supermarkets Żara, bo radiowa zgrywka jakościowo nie ma zbyt wiele wspólnego z oryginałem heh Inne wątki muzyczne nie przychodzą mi do głowy... no może jeszcze video z występu Jarego w Opolu 1990, audio podpowiada stan agonalnego przechlania. Samej historii wokół Paneckiej NIE ZNAM, może mój znajomy od kobiecego popu w PRLu coś słyszał. Kontekst robi połowę wrażenia wokół wrzutki. Nie mam za sobą podjarki wokół poszukiwań, dostaję gotowe rozwiązanie. Sam kawałek raczej nie skłania do refleksji, co by to było, gdyby... drugoligowy kawałek z bardzo oszczędnym aranżem opartym na mocnym rytmie. Gdzieś między Gaygą i Barbarą Sikorską (którą akurat lubię) do spotkania w jeleniogórskim antykwariacie płytowym w 1992 roku za grosze. Fajnie, że GAD Records wznawiają perły z lamusa. Może inne kawałki są lepsze? Najfajniejszy jest mostek, gdy wreszcie wjeżdża coś więcej, cały klimacik ejtisowego polskiego popu w pigułce. Reszta ot, bez ikry, którą w głosie i rękach kompozytorów miały całe te Urszule, Sośnickie i Frąckowiaki. Ale aura poszukiwań wokół ciekawa!
Znajomo brzmi refren, zaśpiewy... Wikipedia podpowiada tropy The Orb, ale nie pamiętam bez sprawdzania. Vapory raczej też nie... z pewnością te chórki były wykorzystane jeszcze w wielu innych miejscach. Wspieram zaklinanie pogody - numer jednoznacznie wiosenny, ciepły, przyjemny bez ani grama nerwu czy pesymizmu. Bardzo dobrze brzmiące klawisze, wokal z partiami nie do powtórzenia bez posiadania naturalnych predyspozycji, bo pani po prostu brzmi jak jeden z tych wyciętych ptaków w tle. Muzyczny zaklinacz czasu, który ani trochę się nie zestarzał... może po prostu tak porządnie i czysto brzmiących rzeczy się nie robi, ciach klasyka.
The Associates - The Affectionate Punch
Brzmisz jak Talking Heads, parafrazując klasyka. Zbyt hipsterskie na hit, Adrianie. Punkowo-marszowa energia to trochę za mało, gdy wokalnie fikołki idą jeden za drugim. Materiał dla łasych na poszukiwania w kierunku im. Davida Byrna. Fajne, jak dla mnie też oszukują czas, trochę mnie zaskoczył rok pochodzenia. Nie słucham takiej muzyki często, ale to jest solidny post-punk z AMBICJAMI. Mniej doomerskiej atmosfery, więcej dystyngowania i wariactwa jednocześnie. Na luzie można sobie zapodać potem Psycho Killer, nie słychać aż takiej różnicy.
The Beatles – Happiness is a Warm Gun
Czytam kolejną część historii i Hien mnie przekonuje, żeby też do takich przepraw wrócić. Pojedyncze linijki z relacji, które nie miały prawa zaistnieć, przejść w coś poważniejszego, a jednak w dawnych czasach ryły mi głowę zdecydowanie za długo. Potem często dochodziłem do wniosku, że wiele znajomości czy bliższych podchodów po prostu nie miało sensu, zżerało mnie od środka, a ja się w nie pchałem ze względu na generalny brak atencji, brak poważniejszego bycia z ludźmi i inne takie, które dotykają młodych ludzi ugułem. O relacjach na swoim kierunku też mógłbym coś dorzucić, choć nie były tak spektakularnie wpływowe jak w gimnazjum czy liceum. Muzycznie też Hien mnie przekonuje do pewnych wniosków. Bitelsi to jednak zespół, który po prostu musi się wgryźć z takich bardzo osobistych powodów. Nigdy nie miałem znajomych zafiksowanych na ich punkcie. Dla mnie są bardziej artefaktem przeszłości. Istotnym punktem odniesienia, który nigdy nie zażarł mimo kilku prób. Wrzucany kawałek jest naprawdę dobry, choć po każdym odsłuchu byłem już wystarczająco nasycony. Słychać tutaj lata 70te, późniejsze ekscesy punk rocka, słychać Bowiego... wersja mono znacznie lepsza niż spotifajowe remastery. Głębokie doły, inny porządek w piosence bez sztucznego dostylizowania, które jest zbędne. Kciuk w górę.
H-Blockx - Risin' High
Rap rock, mmm... bez dziwnych współprac z Aerosmith czy wyraźnie żenujących tekstów potrafi być baardzo słuchalny. To jeden z przykładów czegoś naprawdę okej. Facio się drze w refrenach i to, co on tam mówi/mówią nie ma najmniejszego znaczenia (#twarowski), ale refren NIESIE. Dosłownie coś ostrzejszego, nie da się ukryć. Dziwnie stęki jęki w połowie dodają trochę dziwności, wyraźnie funky sekcja z basem jak mrugnięcie w stronę fanów RATM. Shodan jest bardzo dobry w muzyczne wehikuły czasu. Nie musi być czasem tak dobrze, żeby wzbudzić sporo satysfakcji. Nie mniej podobało się znacznie bardziej niż takie Kelly Family heh Niepozorny kawałek, ale ja się nie dziwię, gdy za jakiś czas do niego wrócę, bo refren naprawdę wpada w ucho. Niby takie kliszowe brzmieniowo, ale głupio się do czegoś przypierniczyć, wykonane bardzo spoko.
Małgorzata Panecka - Kto tu jest niewinny
Jako wczutowicz starotelewizyjny naturalnie jestem obecny w miejscach skupiających ludzi ciekawych lost media. Ile ja już tego widziałem na JuTubie... charakterystyczna tabelka z wykazem też była przed oczami mymi wielokrotnie. Wciąż czekam na odpowiedni moment seansu drugiej części filmu Kacpira, choć siłą bycia na forach telewizyjnych czy satelitarnych przez lata wiele takich sytuacji doświadczałem z drugiej ręki. Jakieś identy z Polski Ludowej, odcinki Sondy czy Spektrum, programy dnia tematycznych kanałów Polsatu pierwszej generacji, szata graficzna lokalnych odnóg Polonii 1, coś więcej z Tylko Muzyka ponad kadry z logotypem, specjalne programy, które już dla wielu uchodziły za miejską legendę vide making off Miodowych lat... i tak dalej, i tak dalej, wierzę, że Seba (jako odpowiedzialny za pej z Kadrami...) wie o czym mówię. Nienawidzę mieszania tego tematu z jakimiś creepypastami czy mistyfikacjami video, choć to bardziej drażni podczas obcowania z amerykańską częścią internetu. Pod kątem muzycznym miałem tak z bootlegami depeszowymi, choć to trochę co innego. W sumie formalnie lost media jest też Music For Supermarkets Żara, bo radiowa zgrywka jakościowo nie ma zbyt wiele wspólnego z oryginałem heh Inne wątki muzyczne nie przychodzą mi do głowy... no może jeszcze video z występu Jarego w Opolu 1990, audio podpowiada stan agonalnego przechlania. Samej historii wokół Paneckiej NIE ZNAM, może mój znajomy od kobiecego popu w PRLu coś słyszał. Kontekst robi połowę wrażenia wokół wrzutki. Nie mam za sobą podjarki wokół poszukiwań, dostaję gotowe rozwiązanie. Sam kawałek raczej nie skłania do refleksji, co by to było, gdyby... drugoligowy kawałek z bardzo oszczędnym aranżem opartym na mocnym rytmie. Gdzieś między Gaygą i Barbarą Sikorską (którą akurat lubię) do spotkania w jeleniogórskim antykwariacie płytowym w 1992 roku za grosze. Fajnie, że GAD Records wznawiają perły z lamusa. Może inne kawałki są lepsze? Najfajniejszy jest mostek, gdy wreszcie wjeżdża coś więcej, cały klimacik ejtisowego polskiego popu w pigułce. Reszta ot, bez ikry, którą w głosie i rękach kompozytorów miały całe te Urszule, Sośnickie i Frąckowiaki. Ale aura poszukiwań wokół ciekawa!
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
The Associates - The Affectionate Punch
Nie bardzo wiedziałem jak to ugryźć ale Smoku zapodał dobry trop, skojarzenia z Talking Heads całkiem zasadne się wydają. I ja podobnie nie widzę tu jakoś wielce potencjału na przebój, jest to trochę chaotyczne i hałaśliwe post-punkowe granie dla bardziej wczutych. W sumie najbardziej chyba mnie zaskakuje jak się różnimy z Musiałem bo dla niego świdrujący głowę jest śpiew Minnie Riperton a dla mnie bardziej męczące są te gitary tutaj, chyba nie odpaliłbym czegoś takiego gdybym szukał spokoju. Myślę że na ten moment szukamy czegoś innego zwyczajnie, numer nie jest zły ale wiosną szukam cieplejszych brzmień może.
The Beatles - Happiness Is A Warm Gun
O Bitlesach zwłaszcza tych późniejszych złego słowa nie napiszę, nauczyłem się ich trochę doceniać z biegiem lat i bitlowych wrzutek na forumach. Na początek dziwna myśl ale wokal Johna Lennona na początku utworu przypomina mi... Robbiego Williamsa (!?). Poza tym czytam że tytułową frazę Lennon zaczerpnął z artykułu w magazynie American Rifleman, po prostu przypadł mu do gustu ten przedziwny jego zdaniem zwrot w oryginale będący pochwałą dostępu do broni niejako a któremu to potem krytycy muzyczni próbowali dopisywać seksualny podtekst. Zwrot generalnie faktycznie brzmi jak szalony ale może i w tym jest klucz że szczęście - np. miłość do drugiej osoby to też często coś szalonego, a że Lennon w tamtym czasie był zakochany w Yoko Ono - pasuje. Utwór jest krótki i równie szalony i intensywny niczym zakochanie, podoba mi się jego brzmienie, tekst, kompozycja, wszystko, po prostu kawałek fajnej muzyki myślę że doskonale oddającej chaotyczność opowiadanej przez Kubę relacji.
H-Blockx - Risin' High
Zespół znany, kaseta z rekinem była obecna w domu w czasach mojego dzieciństwa ale... zupełnie nie pamiętałem jak ten przebój leciał. Panowie zerkali na Amerykę i próbowali przeszczepić tamto brzmienie na europejski rynek, czuć wyraźne inspiracje Beastie Boys (gitarowe riffy, skrecze, wokal niby krzyczący jak przez megafon) czy później Red Hot Chili Peppers (gdy wchodzi slap bass a nawijka nieco zmienia flow w stylu Anthony'ego Kiedisa). Niemniej jak na wspomniane zaczerpnięcia sam kawałek wydaje mi się być zbyt statyczny i za mało energiczny. Może z czasem mi się zmieni, niby fajnie było wrócić ale też nie przekonałem się jakoś do końca.
Püdelsi - Uważaj na niego
Wchodzimy na rodzime podwórko znaczy się grząski teren. Zwłaszcza że wbijamy od razu w barowe klimaty lat dwutysięcznych. Mam wrażenie że tego typu muza została stworzona po to by nigdy nie wychodzić poza piwniczne ściany nocnych lokali, coś do czego młodzież pobujała głową ewentualnie pląsała będąc już nieco podchmielona lanym rozwodnionym browcem za piątaka. Skądś kojarzę ten kawałek i zapewne wlasnie z jednego z takich wieczornych wypadów na miasto, zwłaszcza że to brzmienia rodem z ulubionego wówczas lokalu gdzie tłum składał się z plastikowych emo punkówek wymieszanych z chłopcami w szerszych spodniach popalających wspomniane śmieszne papierosy. Nie przepadam za Maleńczukiem, może w czasach gdy się miało te naście lat wydawał się cool ale tą muzę możnaby zakopać jako kapsułę czasu co najwyżej.
Małgorzata Panecka - Kto Tu Jest Niewinny
Nasz forumowy ducholog sięga po kolejne wykopalisko, tym razem serwując coś niby alternatywne wcielenie Jurksztowicz w rytmach muzyki Hi-NRG. Nie jestem takim fanatykiem ejtisowych bangerów jednak by się jarać tym numerem chyba, najciekawszym aspektem tej aranżacji jest chyba ta cyfrowo brzmiąca elektronika w refrenie. Pani brzmi jak kolejna kopia kolejnej kopii, brak jej chyba odpowiedniej barwy głosy czy jakiejś charyzmy, kompozycja trochę do ponownego zapomnienia jak dla mnie.
Nie bardzo wiedziałem jak to ugryźć ale Smoku zapodał dobry trop, skojarzenia z Talking Heads całkiem zasadne się wydają. I ja podobnie nie widzę tu jakoś wielce potencjału na przebój, jest to trochę chaotyczne i hałaśliwe post-punkowe granie dla bardziej wczutych. W sumie najbardziej chyba mnie zaskakuje jak się różnimy z Musiałem bo dla niego świdrujący głowę jest śpiew Minnie Riperton a dla mnie bardziej męczące są te gitary tutaj, chyba nie odpaliłbym czegoś takiego gdybym szukał spokoju. Myślę że na ten moment szukamy czegoś innego zwyczajnie, numer nie jest zły ale wiosną szukam cieplejszych brzmień może.
The Beatles - Happiness Is A Warm Gun
O Bitlesach zwłaszcza tych późniejszych złego słowa nie napiszę, nauczyłem się ich trochę doceniać z biegiem lat i bitlowych wrzutek na forumach. Na początek dziwna myśl ale wokal Johna Lennona na początku utworu przypomina mi... Robbiego Williamsa (!?). Poza tym czytam że tytułową frazę Lennon zaczerpnął z artykułu w magazynie American Rifleman, po prostu przypadł mu do gustu ten przedziwny jego zdaniem zwrot w oryginale będący pochwałą dostępu do broni niejako a któremu to potem krytycy muzyczni próbowali dopisywać seksualny podtekst. Zwrot generalnie faktycznie brzmi jak szalony ale może i w tym jest klucz że szczęście - np. miłość do drugiej osoby to też często coś szalonego, a że Lennon w tamtym czasie był zakochany w Yoko Ono - pasuje. Utwór jest krótki i równie szalony i intensywny niczym zakochanie, podoba mi się jego brzmienie, tekst, kompozycja, wszystko, po prostu kawałek fajnej muzyki myślę że doskonale oddającej chaotyczność opowiadanej przez Kubę relacji.
H-Blockx - Risin' High
Zespół znany, kaseta z rekinem była obecna w domu w czasach mojego dzieciństwa ale... zupełnie nie pamiętałem jak ten przebój leciał. Panowie zerkali na Amerykę i próbowali przeszczepić tamto brzmienie na europejski rynek, czuć wyraźne inspiracje Beastie Boys (gitarowe riffy, skrecze, wokal niby krzyczący jak przez megafon) czy później Red Hot Chili Peppers (gdy wchodzi slap bass a nawijka nieco zmienia flow w stylu Anthony'ego Kiedisa). Niemniej jak na wspomniane zaczerpnięcia sam kawałek wydaje mi się być zbyt statyczny i za mało energiczny. Może z czasem mi się zmieni, niby fajnie było wrócić ale też nie przekonałem się jakoś do końca.
Püdelsi - Uważaj na niego
Wchodzimy na rodzime podwórko znaczy się grząski teren. Zwłaszcza że wbijamy od razu w barowe klimaty lat dwutysięcznych. Mam wrażenie że tego typu muza została stworzona po to by nigdy nie wychodzić poza piwniczne ściany nocnych lokali, coś do czego młodzież pobujała głową ewentualnie pląsała będąc już nieco podchmielona lanym rozwodnionym browcem za piątaka. Skądś kojarzę ten kawałek i zapewne wlasnie z jednego z takich wieczornych wypadów na miasto, zwłaszcza że to brzmienia rodem z ulubionego wówczas lokalu gdzie tłum składał się z plastikowych emo punkówek wymieszanych z chłopcami w szerszych spodniach popalających wspomniane śmieszne papierosy. Nie przepadam za Maleńczukiem, może w czasach gdy się miało te naście lat wydawał się cool ale tą muzę możnaby zakopać jako kapsułę czasu co najwyżej.
Małgorzata Panecka - Kto Tu Jest Niewinny
Nasz forumowy ducholog sięga po kolejne wykopalisko, tym razem serwując coś niby alternatywne wcielenie Jurksztowicz w rytmach muzyki Hi-NRG. Nie jestem takim fanatykiem ejtisowych bangerów jednak by się jarać tym numerem chyba, najciekawszym aspektem tej aranżacji jest chyba ta cyfrowo brzmiąca elektronika w refrenie. Pani brzmi jak kolejna kopia kolejnej kopii, brak jej chyba odpowiedniej barwy głosy czy jakiejś charyzmy, kompozycja trochę do ponownego zapomnienia jak dla mnie.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18356
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Minnie Riperton - Lovin' You
Fajny utwór. Minnie ma, a raczej miała, ładny głos. I spore możliwości wokalne. Te oktawy w muzyce nie są absolutnie najważniejsze, ale jak wokalistka ma takie możliwości, to tylko na plus. Utwór bardzo pogodny, sielski. Ładny refren. Ja bardziej niż z wiosną kojarzyłbym ten utwór z porankiem. Bo to taki idealny utwór na rozpoczęcie fajnego dnia.
The Associates - The Affectionate Punch
Dev miał świetne dwie pierwsze kolejki, ale potem postanowił wrócić do swojego core. I znowu muszę pomarudzić. Nie wiem, jakim cudem to miałoby być przebojem. Na pewno nie w moim świecie muzycznym. Nic mi tu nie pasuje. Ani wokal (szczególnie te wysokie zaśpiewy), ani świdrujące mózg gitary. Ani nijaka melodia. No niestety znów postoję.
The Beatles – Happiness is a Warm Gun
Ciekawy fragment opowieści Jakuba. Dziwna to rzeczywiście była dziewczyna. Też miałem sytuacje, kiedy byłem się gotów na początku za kogoś dać pokroić, a potem ta osoba okazywała się mniej wartościowa, niż myślałem. I był duży zawód. Takich osób nigdy nie należy żałować w najmniejszym stopniu.
Co do muzyki – mówiłem już kiedyś, że nie lubię Beatlesów. Ja ich nawet szanuję za wkład w muzykę, doceniam fakt, iż byli w swoim czasie prawdziwymi gigantami muzyki. Ale żyję w innych czasach i ich muzyki kompletnie nie czuję. Ba, wręcz czuję do niej głęboką niechęć. Do 1.35 jest jeszcze znośnie, ale potem robi się nieciekawie. Te chórki z lat 70’ zawsze doprowadzały mnie wręcz do szału. Ponownie więc muszę powiedzieć popularnym Żuczkom zdecydowane „nie”.
Püdelsi - Uważaj na niego
Widzę, że kolega Robert lubi Pudelsów i Maleńczuka. Ja niestety na odwrót. Nie lubię gościa mimo, że osobiście nic do niego nie mam. Ale też go w sumie nie znam. Mówię tylko o stronie artystycznej. Wkurza mnie jego barwa głosu i to tak fest. Wkurza mnie sama nazwa Pudelsi. A Pudelsi w stylu reggae to już w ogóle za dużo dla mnie.
Małgorzata Panecka - Kto tu jest niewinny
Tylko Seba mógł takie coś wrzucić. I myślę, że z góry założył, iż tego nie pochwalę. No bo nie mogę. Ja rozumiem, że kiedyś robili taką muzykę, były inne czasy i w ogóle. Ale ja tego po prostu nie czuję. I nigdy nie czułem. Jestem rocznik 73, ale nawet w latach młodości ta muzyka była mi obca. A co dopiero teraz.
Oj co ja mam powiedzieć? Króciutkie wypowiedzi z mojej strony, ale z mojego punktu widzenia ta kolejka była po prostu fatalna jak mało kiedy. Dużo piszę gdy coś mi się bardzo podoba, wywołuje różne fajne skojarzenia itp. Tutaj oprócz Minnie Riperton o wszystkim chciałbym jak najszybciej zapomnieć.
Fajny utwór. Minnie ma, a raczej miała, ładny głos. I spore możliwości wokalne. Te oktawy w muzyce nie są absolutnie najważniejsze, ale jak wokalistka ma takie możliwości, to tylko na plus. Utwór bardzo pogodny, sielski. Ładny refren. Ja bardziej niż z wiosną kojarzyłbym ten utwór z porankiem. Bo to taki idealny utwór na rozpoczęcie fajnego dnia.
The Associates - The Affectionate Punch
Dev miał świetne dwie pierwsze kolejki, ale potem postanowił wrócić do swojego core. I znowu muszę pomarudzić. Nie wiem, jakim cudem to miałoby być przebojem. Na pewno nie w moim świecie muzycznym. Nic mi tu nie pasuje. Ani wokal (szczególnie te wysokie zaśpiewy), ani świdrujące mózg gitary. Ani nijaka melodia. No niestety znów postoję.
The Beatles – Happiness is a Warm Gun
Ciekawy fragment opowieści Jakuba. Dziwna to rzeczywiście była dziewczyna. Też miałem sytuacje, kiedy byłem się gotów na początku za kogoś dać pokroić, a potem ta osoba okazywała się mniej wartościowa, niż myślałem. I był duży zawód. Takich osób nigdy nie należy żałować w najmniejszym stopniu.
Co do muzyki – mówiłem już kiedyś, że nie lubię Beatlesów. Ja ich nawet szanuję za wkład w muzykę, doceniam fakt, iż byli w swoim czasie prawdziwymi gigantami muzyki. Ale żyję w innych czasach i ich muzyki kompletnie nie czuję. Ba, wręcz czuję do niej głęboką niechęć. Do 1.35 jest jeszcze znośnie, ale potem robi się nieciekawie. Te chórki z lat 70’ zawsze doprowadzały mnie wręcz do szału. Ponownie więc muszę powiedzieć popularnym Żuczkom zdecydowane „nie”.
Püdelsi - Uważaj na niego
Widzę, że kolega Robert lubi Pudelsów i Maleńczuka. Ja niestety na odwrót. Nie lubię gościa mimo, że osobiście nic do niego nie mam. Ale też go w sumie nie znam. Mówię tylko o stronie artystycznej. Wkurza mnie jego barwa głosu i to tak fest. Wkurza mnie sama nazwa Pudelsi. A Pudelsi w stylu reggae to już w ogóle za dużo dla mnie.
Małgorzata Panecka - Kto tu jest niewinny
Tylko Seba mógł takie coś wrzucić. I myślę, że z góry założył, iż tego nie pochwalę. No bo nie mogę. Ja rozumiem, że kiedyś robili taką muzykę, były inne czasy i w ogóle. Ale ja tego po prostu nie czuję. I nigdy nie czułem. Jestem rocznik 73, ale nawet w latach młodości ta muzyka była mi obca. A co dopiero teraz.
Oj co ja mam powiedzieć? Króciutkie wypowiedzi z mojej strony, ale z mojego punktu widzenia ta kolejka była po prostu fatalna jak mało kiedy. Dużo piszę gdy coś mi się bardzo podoba, wywołuje różne fajne skojarzenia itp. Tutaj oprócz Minnie Riperton o wszystkim chciałbym jak najszybciej zapomnieć.
-
Hien
- Posty: 24709
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Minnie Riperton - Lovin' You
Znam tę piosenkę, nawet nie wiem skąd. Już zwrotka mi od razu zaświtała, ale to „lalalalala” jest nie do pomylenia. W końcu wiem kto to wykonuje, więc Murzyn edukuje. Bardzo sympatyczna piosenka, oczywiście totalnie nie na tę pogodę, ale trudno tu wcelować, bo jeszcze dwa dni temu było słońce, więc chociaż siedząc w domu, można było ulec iluzji, że idzie wiosna. Nie idzie jednak. Ale pomijając loterię pogodową, Jaca melduje się z bardzo fajną wrzutą. Dobrze uzupełnić kolejny brakujący element ukladanki.
The Associates - The Affectionate Punch
No, Musiał w końcu z jakaś porządną muzyką, mimo że ejtisy. Wokal kojarzy mi się z jakimś miksem Bryana F i Davida S., więc w sumie fajnie, chociaż gość nie ma za dużo do roboty z tym wypluwanym tekstem. W tle urocza gitarowa kakofonia, która kojarzy mi się trochę z wczesnymi The Smiths. Chyba jedyny minus, to to, że w połowie tego krótkiego jednak utworu, powietrze z balona schodzi, może poza tymi fajnymi damskimi chórkami. Ciekawa i fajnie brzmiąca wrzuta, ale czuć poniekąd, że Musiał niewiele słyszał tego zespołu xD
H-Blockx - Risin' High
Ja tylko na początku zapytam Musiała, czy kojarzy ten loop, który rozpoczyna utwór, bo jeśli nie, TO POWINIEN. Kurde, mam wrażenie, że powinienem ten kawałek znać, a jeśli nie to, to chociaż nazwę grupy kojarzyć, ale jest to dla mnie kompletna zagadka. Trochę beka jak Wuja przekopiował część tekstu prosto z Wikipedii xD To nie jest pierwszy zespół Niemiecki, który znam, a który kopiuje Beastie Boys, natomiast nie mam z tym problemu, podoba mi się ten kawałek i widać, że jest tu talent. Nawet jeśli mocno osadzony w twórczości innego zespołu. Dobra rzecz.
Püdelsi - Uważaj na niego
Dragon ma o tyle dobrze, że za czasów kiedy ten utwór był WSZĘDZIE, to on był berbeciem i tym nie przesiąkł, a zamiast tego, ma miłe wspomnienia rodzinne. Patrząc z tej perspektyw, można w tym kawałku znaleźć zdecydowanie więcej niż się wydaje. Może to nie jest kazus „Last Christmas”, ale blisko. Maleńczuk był parodią już wtedy, nikt mi nie wmówi, że było inaczej, zresztą taki był konsensus opinii publicznej. Tym bardziej, może, uderza powaga kawałka i jakaś, faktycznie, sensualność. Może i nawet krzywda się stała, że to był hit, ale nie chcę wchodzić w jakąś gatekeeperską narrację, bo w sumie ja Pudelsów mam w dupie, nigdy nie czułem nawet chwilowej chęci słuchania ich płyt, no ALE. Jak już wychodzi tu kawałek przed szereg, to muszę przyznać, że jest to spoko, nawet mocując się z radiowym osłuchaniem.
Małgorzata Panecka - Kto tu jest niewinny
Lost media, temat szeroki, głęboki i na swój sposób dołujący. Raz na jakiś czas oglądam jakiś lost media iceberg update i przeraża mnie, jakie rzeczy zostały stracone na amen. W kwestiach muzycznych, śledziłem oczywiście poszukiwania „the most mysterious song on the internet” i jak zajebiście było zobaczyć happy end tej historii. Nawet mi ostatnio wyskoczyło na YT, że ci Niemcy nagrali nowe kawałki i generalnie lecą wesoło na fali tej międzynarodowej popularności, co cieszy mnie jeszcze bardziej, bo są naprawdę spoko. Polska grajdół lost media, to jest z pewnością fascynująca rzecz. Czasami myślę w ten sposób o np. Azbeście, że gdyby nie czasy internetu, itd. to być może ktoś kiedyś by zrobił ripa cd-ra, którego rozdawaliśmy na koncercie, i w wieku 60 lat bym się dowiedział, że fenomenem jest „Johnny” i ludzie szukają mnie, Musiała i Bartiniego. Ehh. Ładna ta piosenka. Lore Opola, to musi być fascynująca sprawa i przyklaskuję tym, którzy próbują wygrzebywać tych laureatów pojedynczych nagród, którzy potem z jakiego powodu nie kontynuowali kariery, lub zaginęli pomiędzy jedną, a drugą piosenką i po prostu odpuścili. Aż sobie ten Polish lostwave kanał obczaję, a Małgorzata Panecka szacun. Mam nadzieję, że babka będzie miała fun z tego niecodziennego revivalu 40 lat po czasie.
Znam tę piosenkę, nawet nie wiem skąd. Już zwrotka mi od razu zaświtała, ale to „lalalalala” jest nie do pomylenia. W końcu wiem kto to wykonuje, więc Murzyn edukuje. Bardzo sympatyczna piosenka, oczywiście totalnie nie na tę pogodę, ale trudno tu wcelować, bo jeszcze dwa dni temu było słońce, więc chociaż siedząc w domu, można było ulec iluzji, że idzie wiosna. Nie idzie jednak. Ale pomijając loterię pogodową, Jaca melduje się z bardzo fajną wrzutą. Dobrze uzupełnić kolejny brakujący element ukladanki.
The Associates - The Affectionate Punch
No, Musiał w końcu z jakaś porządną muzyką, mimo że ejtisy. Wokal kojarzy mi się z jakimś miksem Bryana F i Davida S., więc w sumie fajnie, chociaż gość nie ma za dużo do roboty z tym wypluwanym tekstem. W tle urocza gitarowa kakofonia, która kojarzy mi się trochę z wczesnymi The Smiths. Chyba jedyny minus, to to, że w połowie tego krótkiego jednak utworu, powietrze z balona schodzi, może poza tymi fajnymi damskimi chórkami. Ciekawa i fajnie brzmiąca wrzuta, ale czuć poniekąd, że Musiał niewiele słyszał tego zespołu xD
H-Blockx - Risin' High
Ja tylko na początku zapytam Musiała, czy kojarzy ten loop, który rozpoczyna utwór, bo jeśli nie, TO POWINIEN. Kurde, mam wrażenie, że powinienem ten kawałek znać, a jeśli nie to, to chociaż nazwę grupy kojarzyć, ale jest to dla mnie kompletna zagadka. Trochę beka jak Wuja przekopiował część tekstu prosto z Wikipedii xD To nie jest pierwszy zespół Niemiecki, który znam, a który kopiuje Beastie Boys, natomiast nie mam z tym problemu, podoba mi się ten kawałek i widać, że jest tu talent. Nawet jeśli mocno osadzony w twórczości innego zespołu. Dobra rzecz.
Püdelsi - Uważaj na niego
Dragon ma o tyle dobrze, że za czasów kiedy ten utwór był WSZĘDZIE, to on był berbeciem i tym nie przesiąkł, a zamiast tego, ma miłe wspomnienia rodzinne. Patrząc z tej perspektyw, można w tym kawałku znaleźć zdecydowanie więcej niż się wydaje. Może to nie jest kazus „Last Christmas”, ale blisko. Maleńczuk był parodią już wtedy, nikt mi nie wmówi, że było inaczej, zresztą taki był konsensus opinii publicznej. Tym bardziej, może, uderza powaga kawałka i jakaś, faktycznie, sensualność. Może i nawet krzywda się stała, że to był hit, ale nie chcę wchodzić w jakąś gatekeeperską narrację, bo w sumie ja Pudelsów mam w dupie, nigdy nie czułem nawet chwilowej chęci słuchania ich płyt, no ALE. Jak już wychodzi tu kawałek przed szereg, to muszę przyznać, że jest to spoko, nawet mocując się z radiowym osłuchaniem.
Małgorzata Panecka - Kto tu jest niewinny
Lost media, temat szeroki, głęboki i na swój sposób dołujący. Raz na jakiś czas oglądam jakiś lost media iceberg update i przeraża mnie, jakie rzeczy zostały stracone na amen. W kwestiach muzycznych, śledziłem oczywiście poszukiwania „the most mysterious song on the internet” i jak zajebiście było zobaczyć happy end tej historii. Nawet mi ostatnio wyskoczyło na YT, że ci Niemcy nagrali nowe kawałki i generalnie lecą wesoło na fali tej międzynarodowej popularności, co cieszy mnie jeszcze bardziej, bo są naprawdę spoko. Polska grajdół lost media, to jest z pewnością fascynująca rzecz. Czasami myślę w ten sposób o np. Azbeście, że gdyby nie czasy internetu, itd. to być może ktoś kiedyś by zrobił ripa cd-ra, którego rozdawaliśmy na koncercie, i w wieku 60 lat bym się dowiedział, że fenomenem jest „Johnny” i ludzie szukają mnie, Musiała i Bartiniego. Ehh. Ładna ta piosenka. Lore Opola, to musi być fascynująca sprawa i przyklaskuję tym, którzy próbują wygrzebywać tych laureatów pojedynczych nagród, którzy potem z jakiego powodu nie kontynuowali kariery, lub zaginęli pomiędzy jedną, a drugą piosenką i po prostu odpuścili. Aż sobie ten Polish lostwave kanał obczaję, a Małgorzata Panecka szacun. Mam nadzieję, że babka będzie miała fun z tego niecodziennego revivalu 40 lat po czasie.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6943
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Minnie Riperton - Lovin' You
To będzie wyjątkowa kolejka, bo jedna z tych gdzie nawet ja kojarzę większość rzeczy. Tak, tę też. Kojarzy mi się z rzeczami o których głupio pisać, ale nie chodzi o to, że to są jakieś rzeczy wstydliwe. - po prostu poznałem ją przez South Park plus swego czasu też go słuchałem z ówczesną partnerką. Ballada z gatunku ślicznych, subtelnych, szczerych - jakby to powiedział pewien włoski bramkarz, trzeba mieć śmietnik zamiast serca, by nie docenić. Trochę zaskoczył mnie kontekst, bo nie byłem świadom, że adresatem było dziecko - ja się nie znam generalnie, ale możliwe, że to właśnie dlatego brzmi tak szczerze. Jedna z piękniejszych rzeczy które się tu przewinęły.
The Associates - The Affectionate Punch
Kurcze, człowiek myślałby, że te 4 lata temu o których pisze Musiał, to było to hohoho i jeszcze trochę, a wtedy już te nasze zabawy istniały (przynajmniej cżęściowo). Ja też źle wspominam ten czas - kwiecień 2022 to już był ten okres, gdy wszystko zaczynało się u mnie psuć, ale najgorsze dopiero na mnie czekało. Jezu, wy nawet nie wiecie jak się cieszę, że to wszystko już od dawna za mną.
Jak coś to od razu powiem, że nie wiem czemu ten kawałek nie stał się przebojem, bo to całkiem sympatyczny, przebojowy i fajny post-punk, trochę trącący poprockiem. Zabawne, ale nie umiem określić z czym mi się kojarzy - brzmi mi to znajomo, ale nie do końca wiem w którym kościele bije dzwon. Nie wiem, raczej nie wspomnianymi przez Musiała The Cure, w każdym razie wiele razy słyszałem podobne rzeczy eksplorując muzykę spod tagu post-punk. Bardzo fajna rzecz, będę mieć ją w pamięci, może do mnie wróci (a może nie).
The Beatles – Happiness is a Warm Gun
Odnosząc się do historii tylko napiszę, że gdybym teraz trafił na kogoś, kto cały czas by wspominał o byłym, to bym czymchnął jak najdalej, w podskokach i nie obracając się za siebie. Generalnie to mam wrażenie, że ta Anka to mocno TOXIC osoba, a przynajmniej taką była kilkanaście lat temu - ergo zapewne jeszcze kilka lat temu sam bym do niej smażył cholewy. Ale nie jest to, myślę, ważne.
Ważni są Beatelsi, bo ja i moje toksyczne relacje przeminą, a Beatle zostaną pewnie zapamiętani i za kilkaset lat.
Dla mnie to wielki zespół, o czym tu zapewne niejednokrotnie pisałem. Nie chodzi nawet o to, że był dla mnie ważny (choć był), ani dobry (imo byli strasznie nierówni nawet na swoich największych płytach), tylko o to, że nie było i raczej nie będzie zespołu, który byłby aż takim zjawiskiem pod kątem popularności i wpływu na innych wykonawców.
Tak samo jak kolega Musiałowski, preferuję późniejsze ich płyty, a ten utwór to jeden z argumentów za tym dlaczego tak jest. Cudowne harmonie wokalne, błyskotliwe przejścia, świetny aranż. Piękna wrzuta.
H-Blockx - Risin' High
Nawet nie musiałem sprawdzać co tam Wuja napisał, bo ten utwór wręcz KRZYCZY latami 90, że aż musiałem sprawdzić czy nie rzadzi nadal SLD, a w sklepach nie ma EB czy coś. Mam wrażenie, że wtedy wszystko próbowano połączyć z hiphopem i pewnie jakbym poszukał to bym się dowiedział, że próbowano sprzedawać jogurty z żywymi kulturami bakterii i hip-hopem. Nie przeszkadza mi to jednak zupełnie. Śmiszna sprawa, bo jednocześnie mam ochotę napisać, że to najbardziej sztampowy przedstawiciel, szablonowy kawałek itepe itede, ale przy tym całkiem mi się podoba. Może dlatego, że te wszystkie emocje w nim wydają się być szczere i niewykalkulowane, a jego energia do mnie trafia? To wytłumaczenie miałoby najwięcej sensu.
Püdelsi - Uważaj na niego
Też pamiętam dość dobrze Maleńczuka z dzieciństwa, bo teledysk do Wolności Słowa leciał często w ówczesnej telewizji i wydawał mi się być bardzo cool, bo taki prześmiewszy, ironiczny i w ogóle. Laata później, gdy zaczynałem być świadomym słuchaczem, pobrałem sobie Wolność Słowa i... no nie. Jednak w polskim grajdole byli lepsi publicyści niż Maleńczuk (chociażby ten stary pijus Kazik) i jakoś tak moja przygoda z Pudelsami szybko się zakończyła.
Fanem raczej już nie zostanę, ale obiektywnie przyznam, że kawałek jest niezły. Instrumentalnie. Wokal Maleńczuka nie jest może najokropniejszy w kosmosie, nie wyśpiewuje jakichś totalnych dyrdymałów, ale w tle leci fajne reaggae i mimo wszystko wolałbym, by nikt mi go nie zakłócał. Albo ktoś inny.
Ale to też nie tak, że odrzucam.
Cholera, znowu fajna kolejka!
To będzie wyjątkowa kolejka, bo jedna z tych gdzie nawet ja kojarzę większość rzeczy. Tak, tę też. Kojarzy mi się z rzeczami o których głupio pisać, ale nie chodzi o to, że to są jakieś rzeczy wstydliwe. - po prostu poznałem ją przez South Park plus swego czasu też go słuchałem z ówczesną partnerką. Ballada z gatunku ślicznych, subtelnych, szczerych - jakby to powiedział pewien włoski bramkarz, trzeba mieć śmietnik zamiast serca, by nie docenić. Trochę zaskoczył mnie kontekst, bo nie byłem świadom, że adresatem było dziecko - ja się nie znam generalnie, ale możliwe, że to właśnie dlatego brzmi tak szczerze. Jedna z piękniejszych rzeczy które się tu przewinęły.
The Associates - The Affectionate Punch
Kurcze, człowiek myślałby, że te 4 lata temu o których pisze Musiał, to było to hohoho i jeszcze trochę, a wtedy już te nasze zabawy istniały (przynajmniej cżęściowo). Ja też źle wspominam ten czas - kwiecień 2022 to już był ten okres, gdy wszystko zaczynało się u mnie psuć, ale najgorsze dopiero na mnie czekało. Jezu, wy nawet nie wiecie jak się cieszę, że to wszystko już od dawna za mną.
Jak coś to od razu powiem, że nie wiem czemu ten kawałek nie stał się przebojem, bo to całkiem sympatyczny, przebojowy i fajny post-punk, trochę trącący poprockiem. Zabawne, ale nie umiem określić z czym mi się kojarzy - brzmi mi to znajomo, ale nie do końca wiem w którym kościele bije dzwon. Nie wiem, raczej nie wspomnianymi przez Musiała The Cure, w każdym razie wiele razy słyszałem podobne rzeczy eksplorując muzykę spod tagu post-punk. Bardzo fajna rzecz, będę mieć ją w pamięci, może do mnie wróci (a może nie).
The Beatles – Happiness is a Warm Gun
Odnosząc się do historii tylko napiszę, że gdybym teraz trafił na kogoś, kto cały czas by wspominał o byłym, to bym czymchnął jak najdalej, w podskokach i nie obracając się za siebie. Generalnie to mam wrażenie, że ta Anka to mocno TOXIC osoba, a przynajmniej taką była kilkanaście lat temu - ergo zapewne jeszcze kilka lat temu sam bym do niej smażył cholewy. Ale nie jest to, myślę, ważne.
Ważni są Beatelsi, bo ja i moje toksyczne relacje przeminą, a Beatle zostaną pewnie zapamiętani i za kilkaset lat.
Dla mnie to wielki zespół, o czym tu zapewne niejednokrotnie pisałem. Nie chodzi nawet o to, że był dla mnie ważny (choć był), ani dobry (imo byli strasznie nierówni nawet na swoich największych płytach), tylko o to, że nie było i raczej nie będzie zespołu, który byłby aż takim zjawiskiem pod kątem popularności i wpływu na innych wykonawców.
Tak samo jak kolega Musiałowski, preferuję późniejsze ich płyty, a ten utwór to jeden z argumentów za tym dlaczego tak jest. Cudowne harmonie wokalne, błyskotliwe przejścia, świetny aranż. Piękna wrzuta.
H-Blockx - Risin' High
Nawet nie musiałem sprawdzać co tam Wuja napisał, bo ten utwór wręcz KRZYCZY latami 90, że aż musiałem sprawdzić czy nie rzadzi nadal SLD, a w sklepach nie ma EB czy coś. Mam wrażenie, że wtedy wszystko próbowano połączyć z hiphopem i pewnie jakbym poszukał to bym się dowiedział, że próbowano sprzedawać jogurty z żywymi kulturami bakterii i hip-hopem. Nie przeszkadza mi to jednak zupełnie. Śmiszna sprawa, bo jednocześnie mam ochotę napisać, że to najbardziej sztampowy przedstawiciel, szablonowy kawałek itepe itede, ale przy tym całkiem mi się podoba. Może dlatego, że te wszystkie emocje w nim wydają się być szczere i niewykalkulowane, a jego energia do mnie trafia? To wytłumaczenie miałoby najwięcej sensu.
Püdelsi - Uważaj na niego
Też pamiętam dość dobrze Maleńczuka z dzieciństwa, bo teledysk do Wolności Słowa leciał często w ówczesnej telewizji i wydawał mi się być bardzo cool, bo taki prześmiewszy, ironiczny i w ogóle. Laata później, gdy zaczynałem być świadomym słuchaczem, pobrałem sobie Wolność Słowa i... no nie. Jednak w polskim grajdole byli lepsi publicyści niż Maleńczuk (chociażby ten stary pijus Kazik) i jakoś tak moja przygoda z Pudelsami szybko się zakończyła.
Fanem raczej już nie zostanę, ale obiektywnie przyznam, że kawałek jest niezły. Instrumentalnie. Wokal Maleńczuka nie jest może najokropniejszy w kosmosie, nie wyśpiewuje jakichś totalnych dyrdymałów, ale w tle leci fajne reaggae i mimo wszystko wolałbym, by nikt mi go nie zakłócał. Albo ktoś inny.
Ale to też nie tak, że odrzucam.
Cholera, znowu fajna kolejka!
DEPESZWIZJA 123: EDYCJA NOWOFALOWA
FINAŁ 21:15
FINAŁ 21:15
-
Hien
- Posty: 24709
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Śmieszną sprawą z The Beatles jest to, że dłużej dojrzewa się do wczesnej twórczości, niż do późnej. Bo późna, wiadomo, górnolotne kompozycje, przełamywanie schematów, instrumentalna extravaganza... ale piękno i prostota wczesnych albumów TB, to coś, co w pierwszej chwili odrzuca, ale potem zaczyna rosnąć w uszach i ani się obejrzałem, a przez tydzień, w losowych momentach, wybuchałem "SZI LAWS JU JEE JEE JEE". Tym samym, po wielu wielu latach, mogę powiedzieć, że ten zespół, prędzej czy później, jest łykalny w całości.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Maybe. Takie A Photograph of You też doceniłem dopiero stosunkowo niedawno 
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7404
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Little Dragon - A New (2009)
Zastanawiałem się bardzo wiele razy cóż to ze stajni Małego Smoka wrzucić do tej zabawy. Zmieniłem zdanie w ostatniej chwili, just sayin'. Little Dragon to trzech Szwedów i Amerykanka azjatyckiego pochodzenia, właśnie od niej jest nazwa grupy. Startowali jako czerpiąca z jazzu alternatywa, dziś grają... dalej to samo, sporo u nich też popu i elektroniki i wokalnego kombinowania. Pokazała mi ich moja eks ziomalka, J., z którą studiowałem w Łodzi 15 lat temu (ona sprzedała mi też Parova Stelara czy Blue Foundation, na pewno o tym wspominałem). Wówczas mieli na koncie tylko dwa krążki, dziś już chyba siedem czy nawet osiem. Tbh dobrze znam pierwsze trzy (trzeci ukazał się właśnie w 2011), ale nie przeszkadza mi to, gdyż są one fantastyczne.
Głos Yukimi Nagano - jak zwie się wokalistka - nie każdemu może pasować, ale dla mnie ten w połączeniu z jej manierą śpiewu wygrywają. Kobieta potrafi i dobry pop śpiewać, i melancholijne ballady. A New otwiera ich drugi krążek, Machine Dreams z 2009 roku. Album pełny bangierów, ale ten utwór jakoś wyjątkowo do mnie trafia. No i bardzo lubię do niego wracać, a Machine Dreams cisnę z reguły zawsze w kwietniu. Nawet, jeśli to już w momencie premiery była muzyka dla pretensjonalnych hipsterów z Londynu, mnie się podoba i Wuj.
https://youtu.be/689IdR6ZJ6Q?si=HvNgs_YZt_yvJjMc
Zastanawiałem się bardzo wiele razy cóż to ze stajni Małego Smoka wrzucić do tej zabawy. Zmieniłem zdanie w ostatniej chwili, just sayin'. Little Dragon to trzech Szwedów i Amerykanka azjatyckiego pochodzenia, właśnie od niej jest nazwa grupy. Startowali jako czerpiąca z jazzu alternatywa, dziś grają... dalej to samo, sporo u nich też popu i elektroniki i wokalnego kombinowania. Pokazała mi ich moja eks ziomalka, J., z którą studiowałem w Łodzi 15 lat temu (ona sprzedała mi też Parova Stelara czy Blue Foundation, na pewno o tym wspominałem). Wówczas mieli na koncie tylko dwa krążki, dziś już chyba siedem czy nawet osiem. Tbh dobrze znam pierwsze trzy (trzeci ukazał się właśnie w 2011), ale nie przeszkadza mi to, gdyż są one fantastyczne.
Głos Yukimi Nagano - jak zwie się wokalistka - nie każdemu może pasować, ale dla mnie ten w połączeniu z jej manierą śpiewu wygrywają. Kobieta potrafi i dobry pop śpiewać, i melancholijne ballady. A New otwiera ich drugi krążek, Machine Dreams z 2009 roku. Album pełny bangierów, ale ten utwór jakoś wyjątkowo do mnie trafia. No i bardzo lubię do niego wracać, a Machine Dreams cisnę z reguły zawsze w kwietniu. Nawet, jeśli to już w momencie premiery była muzyka dla pretensjonalnych hipsterów z Londynu, mnie się podoba i Wuj.
https://youtu.be/689IdR6ZJ6Q?si=HvNgs_YZt_yvJjMc
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
50 Cent - 21 Questions (feat. Nate Dogg)
(2003)
Baaardzo długo zabierałem się do tego żeby tutaj umieścić tego pana (a nawet obu panów) bo nie potrafiłem się zdecydować od czego właściwie powinienem zacząć. Jedno jest pewne, we wczesnych latach mojej fascynacji rapem 50 Cent był jedną z kluczowych postaci. Ostatecznie zaczynam od początku tzn. z punktu widzenia chronologii zdarzeń (a nie kariery pana Curtisa Jacksona - bo tak właściwie nazywa się ów raper z Jamaica, Queens w Nowym Jorku).
Myślę że nie będzie przesadą jeśli powiem że rok 2003 w rapie należał właśnie do niego kiedy po latach różnych perypetii (Fifty miał wydać debiutancki album już trzy lata wcześniej ale Columbia Records ostatecznie zrezygnowała z niego po tym jak raper został postrzelony 9-krotnie w wyniku osiedlowych porachunków) 50 Cent w końcu dzięki współpracy z Dr. Dre wydał pełnoprawny debiutancki album a jego postać szybko zdominowała mainstream. Wraz z dużą popularnością płyty Get Rich Or Die Tryin' słuchacze byli świadkami takiej drugiej fali popularności gangsta rapu, gatunku który nieco popadł w niełaskę wraz ze śmiercią Tupaca i Notoriousa B.I.G., wówczas oto pojawił się nowy (anty)bohater, człowiek w kamizelce kuloodpornej który bez cienia wahania znów nawijał wprost o tym że będzie strzelał do swoich rywali kiedy zajdzie taka potrzeba i co lepsze - można powiedzieć że "miał na to papiery" biorąc pod uwagę że sam nieomal przypłacił życiem za swoją brawurę. Ale Fifty nie uległ presji ulicy i pomimo tego że chciano go wykończyć dostał drugą szansę od losu, wpadł w ręce Dr. Dre dzięki Eminemowi który zwrócił na niego uwagę a później w pełni swoją szanse wykorzystał szybko stając się maszynką do zarabiania pieniędzy.
To tyle historii słowem wstępu do samej postaci 50 Centa, jeśli zaś chodzi o mnie wiedziałem że COŚ SIĘ DZIEJE już w chwili kiedy pierwszy raz usłyszałem jego przełomowy singiel In Da Club (na który to klip w tv czatowałem nawet specjalnie na prośbę starszego brata a jego rekomendacja już dużo mówiła mi sama w sobie). Jednym z kolejnych przebojów z tamtego albumu był singiel 21 Questions z gościnnym udziałem rapowego "króla refrenów" czyli Nate Dogga, rapera o wyjątkowej barwie głosu (którego postać przewinie się jeszcze nieraz tutaj). Piosenka ta była typowym hicikiem dla babeczek z aranżacją bardziej w stylu muzyki r&b, swoją drogą jak się wsłuchacie w tą gitarkę i wrócicie sobie po czasie do takiego "Kilka minut z nią" od HST możecie łatwo zobaczyć jak szybko doganialiśmy Zachód wtedy będąc zapatrzonymi w tamtejsze trendy. W utworze tym Fifty zadaje sobie wiele pytań na temat relacji łączącej go z ukochaną, zastanawia się m. in. czy ten zwiazek przetrwałby gdyby on nagle został bez kasy, ja co prawda będąc wówczas w końcówce gimnazjum nie mogłem do końca z tym relować ale...
Podkochiwałem się wówczas srogo w takiej jednej koleżance z klasy. Była blondynką - jak większość moich obiektów westchnień już os dzieciństwa - i szkopuł był w tym że nie mieszkała u nas w mieście tylko w jednej z okolicznych miejscowości dojeżdżając do szkoły gimbusem. Nawet nie pamiętam już kiedy to uczucie się we mnie rozwinęło ale zakochałem się. W trzeciej klasie gimnazjum będąc totalną pipą oczywiście nie potrafiłem mówić o tym wprost, nie chodziłem na szkolne dyskoteki tylko siedziałem w ławce i wzdychałem jak debil albo - co gorsza - stosowałem obciachowe końskie zaloty co z perspektywy czasu patrząc myślę robiło ze mnie podwójnego debila w jej oczach ale co zrobisz, młodość. Generalnie stanęło na tym że się tym potorturowałem ostatnią klasę gimnazjum a potem poszliśmy do innych szkół i straciłem z nią kontakt co w sumie było bez znaczenia bo w szkole średniej działy się już inne historie. 21 Questions wyszło jakoś wiosną 2003 i tym samym stało się z miejsca moim hymnem koncówki gimbazy, wspólnym mianownikiem było to że ja oczywiście zadawałem sobie w głowie też dziesiątki pytań w stylu JAKBY TO BYŁO GDYBY ale kobiety wówczas nie miałem tylko o tym gdybałem jak leszcz. Niemniej pozostał mi po tej dziewczynie sentyment do tego przyjemnego kawałka więc chyba będzie on najwłaściwszym wstępem do dalszych historii związanych z tym wykonawcą.
https://youtu.be/cZVJmId7qFk?is=02JrzWEuP51qVTI0
(2003)
Baaardzo długo zabierałem się do tego żeby tutaj umieścić tego pana (a nawet obu panów) bo nie potrafiłem się zdecydować od czego właściwie powinienem zacząć. Jedno jest pewne, we wczesnych latach mojej fascynacji rapem 50 Cent był jedną z kluczowych postaci. Ostatecznie zaczynam od początku tzn. z punktu widzenia chronologii zdarzeń (a nie kariery pana Curtisa Jacksona - bo tak właściwie nazywa się ów raper z Jamaica, Queens w Nowym Jorku).
Myślę że nie będzie przesadą jeśli powiem że rok 2003 w rapie należał właśnie do niego kiedy po latach różnych perypetii (Fifty miał wydać debiutancki album już trzy lata wcześniej ale Columbia Records ostatecznie zrezygnowała z niego po tym jak raper został postrzelony 9-krotnie w wyniku osiedlowych porachunków) 50 Cent w końcu dzięki współpracy z Dr. Dre wydał pełnoprawny debiutancki album a jego postać szybko zdominowała mainstream. Wraz z dużą popularnością płyty Get Rich Or Die Tryin' słuchacze byli świadkami takiej drugiej fali popularności gangsta rapu, gatunku który nieco popadł w niełaskę wraz ze śmiercią Tupaca i Notoriousa B.I.G., wówczas oto pojawił się nowy (anty)bohater, człowiek w kamizelce kuloodpornej który bez cienia wahania znów nawijał wprost o tym że będzie strzelał do swoich rywali kiedy zajdzie taka potrzeba i co lepsze - można powiedzieć że "miał na to papiery" biorąc pod uwagę że sam nieomal przypłacił życiem za swoją brawurę. Ale Fifty nie uległ presji ulicy i pomimo tego że chciano go wykończyć dostał drugą szansę od losu, wpadł w ręce Dr. Dre dzięki Eminemowi który zwrócił na niego uwagę a później w pełni swoją szanse wykorzystał szybko stając się maszynką do zarabiania pieniędzy.
To tyle historii słowem wstępu do samej postaci 50 Centa, jeśli zaś chodzi o mnie wiedziałem że COŚ SIĘ DZIEJE już w chwili kiedy pierwszy raz usłyszałem jego przełomowy singiel In Da Club (na który to klip w tv czatowałem nawet specjalnie na prośbę starszego brata a jego rekomendacja już dużo mówiła mi sama w sobie). Jednym z kolejnych przebojów z tamtego albumu był singiel 21 Questions z gościnnym udziałem rapowego "króla refrenów" czyli Nate Dogga, rapera o wyjątkowej barwie głosu (którego postać przewinie się jeszcze nieraz tutaj). Piosenka ta była typowym hicikiem dla babeczek z aranżacją bardziej w stylu muzyki r&b, swoją drogą jak się wsłuchacie w tą gitarkę i wrócicie sobie po czasie do takiego "Kilka minut z nią" od HST możecie łatwo zobaczyć jak szybko doganialiśmy Zachód wtedy będąc zapatrzonymi w tamtejsze trendy. W utworze tym Fifty zadaje sobie wiele pytań na temat relacji łączącej go z ukochaną, zastanawia się m. in. czy ten zwiazek przetrwałby gdyby on nagle został bez kasy, ja co prawda będąc wówczas w końcówce gimnazjum nie mogłem do końca z tym relować ale...
Podkochiwałem się wówczas srogo w takiej jednej koleżance z klasy. Była blondynką - jak większość moich obiektów westchnień już os dzieciństwa - i szkopuł był w tym że nie mieszkała u nas w mieście tylko w jednej z okolicznych miejscowości dojeżdżając do szkoły gimbusem. Nawet nie pamiętam już kiedy to uczucie się we mnie rozwinęło ale zakochałem się. W trzeciej klasie gimnazjum będąc totalną pipą oczywiście nie potrafiłem mówić o tym wprost, nie chodziłem na szkolne dyskoteki tylko siedziałem w ławce i wzdychałem jak debil albo - co gorsza - stosowałem obciachowe końskie zaloty co z perspektywy czasu patrząc myślę robiło ze mnie podwójnego debila w jej oczach ale co zrobisz, młodość. Generalnie stanęło na tym że się tym potorturowałem ostatnią klasę gimnazjum a potem poszliśmy do innych szkół i straciłem z nią kontakt co w sumie było bez znaczenia bo w szkole średniej działy się już inne historie. 21 Questions wyszło jakoś wiosną 2003 i tym samym stało się z miejsca moim hymnem koncówki gimbazy, wspólnym mianownikiem było to że ja oczywiście zadawałem sobie w głowie też dziesiątki pytań w stylu JAKBY TO BYŁO GDYBY ale kobiety wówczas nie miałem tylko o tym gdybałem jak leszcz. Niemniej pozostał mi po tej dziewczynie sentyment do tego przyjemnego kawałka więc chyba będzie on najwłaściwszym wstępem do dalszych historii związanych z tym wykonawcą.
https://youtu.be/cZVJmId7qFk?is=02JrzWEuP51qVTI0
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24709
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Robert Plant & Alison Krauss – Sister Rosetta Goes Before Us
Wiosna wybuchła, słońce świeciło, natura budziła się do życia, ale mnie nie było do śmiechu. Moja relacja z Anką (flirt, podryw, jak to nazwać na tym etapie?) nie tylko utknęła, ale zaczęła się powoli kurczyć i cofać, jednocześnie podrygując w agonii, to w jedną, to w drugą stronę, ale bez sił żeby mieć wpływ na kierunek wydarzeń.
Kocham Last.fm, między innymi dlatego, że mogę Wam teraz napisać, że dokładnie 9 kwietnia 2008 roku, po godzinie 14, dostałem ostatecznie kosza. Tudzież „kosza”, ale wtedy czułem jakby to był kosz. Po zajęciach, szliśmy z Anką z uczelni, ona szła gdzieś tam, a ja byłem umówiony z ojcem, który wracał skądś tam, że mnie zabierze samochodem. Staliśmy na światłach, na skrzyżowaniu Rewolucji i Sterlinga, kiedy Anka rzuciła, że ma znajomego, który zaproponował jej, żeby trzymała konie w jego wypasionej stajni, i może to coś znaczy i jest w tym coś więcej, i ona ma na to nadzieję. Tak mnie to zaskoczyło, że wydałem z siebie tylko nerwowy chichot, po czym potrząsnąłem głową i stwierdziłem, że „super, trzymam kciuki”, ale w środku czułem jakby mnie ktoś kopnął w jaja tak, że powędrowały do żołądka. Nie mogłem powiedzieć nic więcej, bo de facto sam do tego doprowadziłem i nie mogłem mieć pretensji. Chyba. Mówiąc szczerze, byłem tak zaskoczony, że nie byłem w stanie tego wszystkiego przerobić w głowie, zwłaszcza, że światło się zmieniło, ruszyliśmy na drugą stronę ulicy i praktycznie od razu pożegnaliśmy, bo szliśmy w innych kierunkach. Bardzo metaforyczna chwila. O ile to nie do końca był koniec koniec, to jednak ten moment uważam za koniec. Coś się wtedy skończyło, i to było to coś, co definitywnie wpłynęło na całość. Zaraz wrócę do tej kwestii, ale chce napisać coś o piosence. No więc, doszedłem do miejsca gdzie czekał mój ojciec, wsiadłem do auta, a u niego zawsze gra jakaś muzyka. Wtedy leciał album, który Robert Plant nagrał z Alison Krauss, projekt ciekawy, który miałem sam sprawdzić prędzej czy później. Kiedy ruszyliśmy, poleciał właśnie ten utwór – „Sister Rosetta Goes Before Us” – i jakoś splótł się z tą chwilą kiedy dotarło do mnie, że między mną, a Anką jednak niczego nie będzie. To był tak surrealistyczny soundtrack do tego kosza, że mnie to ujęło. W domu, słuchałem go jeszcze kilkanaście razy tamtego dnia.
Kawałek zalatuje trochę greckimi klimatami. Mega delikatny wokal Alison Krauss tworzy bardzo delikatną atmosferę, a tło muzyczne przygotowane przez Planta, również nie przypomina tego, co robił z Led Zeppelin. Jest bardzo „głucho”, bardzo lekko i cicho. No, jest w tym kawałku coś takiego bardzo wyciszającego, gasnącego. Tak jak wygasła ostatnia szansa na związek z Anką. Mocno to dramatyzuję, ale tak się w tamtym momencie czułem. Byłem załamany.
Z biegiem czasu, patrzę na to oczywiście inaczej i to z różnych powodów. Jakoś tydzień lub dwa potem, Anka powiedziała, że jednak z tej przeprowadzki koni nic nie będzie. Teraz myślę, że to mógł generalnie być temat widmo, który służył temu, żeby mnie wysondować, jak zareaguję i czy w ogóle zaprotestuję. Fortel żeby sprawdzić czy mnie to obejdzie, żeby może mną jakoś potrząsnąć i zmusić do działania. Zareagowałem tak jak wyżej opisałem, zatem ona dostała swoją odpowiedź, a ja się sam zaorałem, a raczej oboje, nieświadomie, zaoraliśmy szansę na coś więcej. Zakładając oczywiście, że to był test, ale mógł być, o czym się przez lata przekonałem, rozmawiając z kobietami. Ale czy to tylko Anka? Nie, myślę, że ostatecznie sam nie byłem pewien, czy to jest osoba dla mnie. Tzn. to była totalnie nie osoba dla mnie i ten związek, gdyby powstał, nie potrwałby długo, ale wtedy był moment aby zaryzykować i ja tego ryzyka, podświadomie, nie chciałem podejmować, a to jednak coś znaczy. Czysto teoretycznie, mogłem dać jeszcze temu szansę, bo znowu miałem wolne pole, ale nie wróciliśmy już w tej relacji do miejsca, w którym coś mogło się między nami wydarzyć. Ja byłem już trochę zmęczony tym wszystkim, chyba po prostu zacząłem sobie zdawać sprawę z tego, że mi aż tak nie zależy. Skierowałem nawet zainteresowanie w stronę innej dziewczyny, ale ona już nie była zainteresowana, więc i temu dałem spokój, zresztą zbliżał się koniec semestru i marzyłem już żeby trochę pobyć z dala od uczelni, co nie do końca się udało, bo zacząłem pracę w dziale promocji, gdzie poznałem „SZEFOWĄ”, bohaterkę kilku wrzut były, ale i przyszłych. Co natomiast ze mną i Anką? Znajomość przetrwała, ale było dziwnie. Anka zaczęła coraz mniej dogadywać się z grupą, do tego stopnia, że często ludzie przekazywali jej informacje przeze mnie, bo tylko ja z nią jeszcze utrzymywałem kontakt. Potem weszła w dosyć kontrowersyjny związek (pominę już powody) z gościem, z którym nieraz obściskiwała się na uczelni, kiedy po nią przychodził, na co cała grupa wywracała oczami. Potem był kolejny, który niby był super, ale pozostało po nim tylko dziecko i samotne wychowywanie córki. Późniejsze relacje między nami, w trakcie studiów, były albo pasywno agresywne, albo czysto agresywne i nienawistne, albo, w rzadkich momentach, przyjacielskie i wspierające. A potem kontakt rozlazł się na tyle, że pozostało po nim tylko lajkowanie zdjęć na fejsie i czasami jakieś gratulacyjne komentarze. Niemniej, wydaje mi się, że Anka okazała się być naprawdę dobrą matką i ten mały szkrab, stanowił punkt zaczepienia i koncentracji, którego ona w życiu potrzebowała, nie facetów.
Czasami zastanawiam się, co by było, gdybym jednak nie był taką pizdą i w odpowiednim momencie, poczynił odpowiedni krok. To by nie był związek na długo, byliśmy zbyt różni, chcieliśmy różnych rzeczy, niemniej mielibyśmy przynajmniej jakiś czas tego, czego w sumie na jakimś etapie oboje chcieliśmy. Z drugiej strony, każdy koniec związku jest bolesny, a to by było bolesne rozejście, nie mówiąc już o kwasach jakie by z tego powodu wylały się na uczelni („nie bierz sobie dupy z grupy”, to nie jest jednak powiedzenie, które wzięło się znikąd), a tak mogę do tego wracać ze względnym luzem i nawet sentymentalnym uśmiechem. Odpuściliśmy w dobrym momencie i może lepiej pamiętać wyobrażenie tego jak by to mogło być, niż faktyczny brejkap, który byłby nieunikniony. Ta pięcioodcinkowa seria, kosztowała mnie emocjonalnie zaskakująco sporo, czego się nie spodziewałem. Anka to dalekie wspomnienie z przeszłości gościa, którym już nawet nie jestem, ale to jednak jedyna relacja, w której dążyłem do czegoś więcej, ale sam to schłodziłem, w efekcie niszcząc szanse na cokolwiek. No, ale pozostało po tym trochę wspomnień i sporo całkiem dobrej muzyki.
https://youtu.be/dl0e7rFUVEw
Wiosna wybuchła, słońce świeciło, natura budziła się do życia, ale mnie nie było do śmiechu. Moja relacja z Anką (flirt, podryw, jak to nazwać na tym etapie?) nie tylko utknęła, ale zaczęła się powoli kurczyć i cofać, jednocześnie podrygując w agonii, to w jedną, to w drugą stronę, ale bez sił żeby mieć wpływ na kierunek wydarzeń.
Kocham Last.fm, między innymi dlatego, że mogę Wam teraz napisać, że dokładnie 9 kwietnia 2008 roku, po godzinie 14, dostałem ostatecznie kosza. Tudzież „kosza”, ale wtedy czułem jakby to był kosz. Po zajęciach, szliśmy z Anką z uczelni, ona szła gdzieś tam, a ja byłem umówiony z ojcem, który wracał skądś tam, że mnie zabierze samochodem. Staliśmy na światłach, na skrzyżowaniu Rewolucji i Sterlinga, kiedy Anka rzuciła, że ma znajomego, który zaproponował jej, żeby trzymała konie w jego wypasionej stajni, i może to coś znaczy i jest w tym coś więcej, i ona ma na to nadzieję. Tak mnie to zaskoczyło, że wydałem z siebie tylko nerwowy chichot, po czym potrząsnąłem głową i stwierdziłem, że „super, trzymam kciuki”, ale w środku czułem jakby mnie ktoś kopnął w jaja tak, że powędrowały do żołądka. Nie mogłem powiedzieć nic więcej, bo de facto sam do tego doprowadziłem i nie mogłem mieć pretensji. Chyba. Mówiąc szczerze, byłem tak zaskoczony, że nie byłem w stanie tego wszystkiego przerobić w głowie, zwłaszcza, że światło się zmieniło, ruszyliśmy na drugą stronę ulicy i praktycznie od razu pożegnaliśmy, bo szliśmy w innych kierunkach. Bardzo metaforyczna chwila. O ile to nie do końca był koniec koniec, to jednak ten moment uważam za koniec. Coś się wtedy skończyło, i to było to coś, co definitywnie wpłynęło na całość. Zaraz wrócę do tej kwestii, ale chce napisać coś o piosence. No więc, doszedłem do miejsca gdzie czekał mój ojciec, wsiadłem do auta, a u niego zawsze gra jakaś muzyka. Wtedy leciał album, który Robert Plant nagrał z Alison Krauss, projekt ciekawy, który miałem sam sprawdzić prędzej czy później. Kiedy ruszyliśmy, poleciał właśnie ten utwór – „Sister Rosetta Goes Before Us” – i jakoś splótł się z tą chwilą kiedy dotarło do mnie, że między mną, a Anką jednak niczego nie będzie. To był tak surrealistyczny soundtrack do tego kosza, że mnie to ujęło. W domu, słuchałem go jeszcze kilkanaście razy tamtego dnia.
Kawałek zalatuje trochę greckimi klimatami. Mega delikatny wokal Alison Krauss tworzy bardzo delikatną atmosferę, a tło muzyczne przygotowane przez Planta, również nie przypomina tego, co robił z Led Zeppelin. Jest bardzo „głucho”, bardzo lekko i cicho. No, jest w tym kawałku coś takiego bardzo wyciszającego, gasnącego. Tak jak wygasła ostatnia szansa na związek z Anką. Mocno to dramatyzuję, ale tak się w tamtym momencie czułem. Byłem załamany.
Z biegiem czasu, patrzę na to oczywiście inaczej i to z różnych powodów. Jakoś tydzień lub dwa potem, Anka powiedziała, że jednak z tej przeprowadzki koni nic nie będzie. Teraz myślę, że to mógł generalnie być temat widmo, który służył temu, żeby mnie wysondować, jak zareaguję i czy w ogóle zaprotestuję. Fortel żeby sprawdzić czy mnie to obejdzie, żeby może mną jakoś potrząsnąć i zmusić do działania. Zareagowałem tak jak wyżej opisałem, zatem ona dostała swoją odpowiedź, a ja się sam zaorałem, a raczej oboje, nieświadomie, zaoraliśmy szansę na coś więcej. Zakładając oczywiście, że to był test, ale mógł być, o czym się przez lata przekonałem, rozmawiając z kobietami. Ale czy to tylko Anka? Nie, myślę, że ostatecznie sam nie byłem pewien, czy to jest osoba dla mnie. Tzn. to była totalnie nie osoba dla mnie i ten związek, gdyby powstał, nie potrwałby długo, ale wtedy był moment aby zaryzykować i ja tego ryzyka, podświadomie, nie chciałem podejmować, a to jednak coś znaczy. Czysto teoretycznie, mogłem dać jeszcze temu szansę, bo znowu miałem wolne pole, ale nie wróciliśmy już w tej relacji do miejsca, w którym coś mogło się między nami wydarzyć. Ja byłem już trochę zmęczony tym wszystkim, chyba po prostu zacząłem sobie zdawać sprawę z tego, że mi aż tak nie zależy. Skierowałem nawet zainteresowanie w stronę innej dziewczyny, ale ona już nie była zainteresowana, więc i temu dałem spokój, zresztą zbliżał się koniec semestru i marzyłem już żeby trochę pobyć z dala od uczelni, co nie do końca się udało, bo zacząłem pracę w dziale promocji, gdzie poznałem „SZEFOWĄ”, bohaterkę kilku wrzut były, ale i przyszłych. Co natomiast ze mną i Anką? Znajomość przetrwała, ale było dziwnie. Anka zaczęła coraz mniej dogadywać się z grupą, do tego stopnia, że często ludzie przekazywali jej informacje przeze mnie, bo tylko ja z nią jeszcze utrzymywałem kontakt. Potem weszła w dosyć kontrowersyjny związek (pominę już powody) z gościem, z którym nieraz obściskiwała się na uczelni, kiedy po nią przychodził, na co cała grupa wywracała oczami. Potem był kolejny, który niby był super, ale pozostało po nim tylko dziecko i samotne wychowywanie córki. Późniejsze relacje między nami, w trakcie studiów, były albo pasywno agresywne, albo czysto agresywne i nienawistne, albo, w rzadkich momentach, przyjacielskie i wspierające. A potem kontakt rozlazł się na tyle, że pozostało po nim tylko lajkowanie zdjęć na fejsie i czasami jakieś gratulacyjne komentarze. Niemniej, wydaje mi się, że Anka okazała się być naprawdę dobrą matką i ten mały szkrab, stanowił punkt zaczepienia i koncentracji, którego ona w życiu potrzebowała, nie facetów.
Czasami zastanawiam się, co by było, gdybym jednak nie był taką pizdą i w odpowiednim momencie, poczynił odpowiedni krok. To by nie był związek na długo, byliśmy zbyt różni, chcieliśmy różnych rzeczy, niemniej mielibyśmy przynajmniej jakiś czas tego, czego w sumie na jakimś etapie oboje chcieliśmy. Z drugiej strony, każdy koniec związku jest bolesny, a to by było bolesne rozejście, nie mówiąc już o kwasach jakie by z tego powodu wylały się na uczelni („nie bierz sobie dupy z grupy”, to nie jest jednak powiedzenie, które wzięło się znikąd), a tak mogę do tego wracać ze względnym luzem i nawet sentymentalnym uśmiechem. Odpuściliśmy w dobrym momencie i może lepiej pamiętać wyobrażenie tego jak by to mogło być, niż faktyczny brejkap, który byłby nieunikniony. Ta pięcioodcinkowa seria, kosztowała mnie emocjonalnie zaskakująco sporo, czego się nie spodziewałem. Anka to dalekie wspomnienie z przeszłości gościa, którym już nawet nie jestem, ale to jednak jedyna relacja, w której dążyłem do czegoś więcej, ale sam to schłodziłem, w efekcie niszcząc szanse na cokolwiek. No, ale pozostało po tym trochę wspomnień i sporo całkiem dobrej muzyki.
https://youtu.be/dl0e7rFUVEw
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6943
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
To ja tylko dodam, że historia zakończyła się czymś pokroju happy endu, bo w tym roku wyszła płyta z kompilacją nagrań Paneckiej z lat 80 i 90.
Diana Ross - I'm Coming Out
Czas na artystkę, którą można śmiało nazwać ikoną amerykańskiej estrady, gwiazdą i jak sobie jeszcze tam chcecie nazwać. Co prawda to nie ja tutaj jestem w Ameryce (ehh, zazdroszczę trochę koledze Musiałowskiemu, chociaż raczej osobiście planowałbym wyjazd do Stanów w nieco normalniejszych okolicznościach geopolitycznych), ale powiedzmy, że klimat mi się udzielił.
Póki co jestem na etapie odkrywania twórczości pani Ross, więc polecę "endżojem", ale to jest jeden z tych endżojów przez wielkie P. No i kaman - jest wiosna, wszystko budzi się do życia, a z tej piosenki wręcz bije szczęściem, radością i w ogóle afirmacją życia. Wiem, że to nie są do końca moje klimaty, ale nawet od czasu do czasu ja mogę sobie na to pozwolić.
Chciałem poczekać z tą wrzutą do czerwca, by wrzucić ją jako nawiązanie do mundialu co to ma się wtedy odbyć w USA, gdyż jest takie słynne nagranie z ceremonii jego otwarcia, na którym podczas tego utworu wzmiankowana piosenkarka miała wykonać rzut karny i tenże karny zmarnowała, ale uznałem, że nie chce mi się czekać, a poza tym to kto niby będzie to śledzić po nocach, jak naszych nie będzie.
No i tylko dodam, że jeśli uważnie słuchaliście wszystkich płyt w bestce albumowej, to na pewno będziecie kojarzyć refren. I w sumie tyle dodam. Bierzcie i słuchajcie tego.
https://youtube.com/watch?v=vwQAdHO0Y-4
Diana Ross - I'm Coming Out
Czas na artystkę, którą można śmiało nazwać ikoną amerykańskiej estrady, gwiazdą i jak sobie jeszcze tam chcecie nazwać. Co prawda to nie ja tutaj jestem w Ameryce (ehh, zazdroszczę trochę koledze Musiałowskiemu, chociaż raczej osobiście planowałbym wyjazd do Stanów w nieco normalniejszych okolicznościach geopolitycznych), ale powiedzmy, że klimat mi się udzielił.
Póki co jestem na etapie odkrywania twórczości pani Ross, więc polecę "endżojem", ale to jest jeden z tych endżojów przez wielkie P. No i kaman - jest wiosna, wszystko budzi się do życia, a z tej piosenki wręcz bije szczęściem, radością i w ogóle afirmacją życia. Wiem, że to nie są do końca moje klimaty, ale nawet od czasu do czasu ja mogę sobie na to pozwolić.
Chciałem poczekać z tą wrzutą do czerwca, by wrzucić ją jako nawiązanie do mundialu co to ma się wtedy odbyć w USA, gdyż jest takie słynne nagranie z ceremonii jego otwarcia, na którym podczas tego utworu wzmiankowana piosenkarka miała wykonać rzut karny i tenże karny zmarnowała, ale uznałem, że nie chce mi się czekać, a poza tym to kto niby będzie to śledzić po nocach, jak naszych nie będzie.
No i tylko dodam, że jeśli uważnie słuchaliście wszystkich płyt w bestce albumowej, to na pewno będziecie kojarzyć refren. I w sumie tyle dodam. Bierzcie i słuchajcie tego.
https://youtube.com/watch?v=vwQAdHO0Y-4
DEPESZWIZJA 123: EDYCJA NOWOFALOWA
FINAŁ 21:15
FINAŁ 21:15
-
Dragon
- Posty: 10366
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Julia Marcell — Life is on Television (2020)
Po Pudelsach wciąż jakby bardziej konwencjonalnie, ale też dalej prosto z serduszka. Marcell ma jakąś historię muzycznych projektów dla teatru, tyle że wrocławski Teatr Polski przed polityczną dewastacją to dla mnie zamierzchła przeszłość. Skull Echo poznałem na świeżo przed pandemią. Świadectwo stałego wówczas czuwania przy RYMie, a jednocześnie poszukiwanie czegoś na naszym podwórku. Całkiem solidny synthpop. Wcześniejsze płyty miały trochę mniej ciekawostek wartych poznania. Tutaj jest jakby znajomo, skromna dawna pretensji w zupełności wystarcza. Sporo sympatii do polskojęzycznej wersji płyty... Life is on Television w obu jest po angielsku i to właściwie jedyny moment, w którym ta artystyczna decyzja broni się znakomicie. To po prostu dobra, skromna ballada na syntezator, trochę pogłosu, pady i wokalnej magii. Lirycznie z lekkim niepokojem, realizmem, ale nigdy aż tak się nie wgryzłem. Po latach znajomości cenię ten numer znacznie bardziej niż kilka pierwszych miłości-faworytek. Trzy minuty przyjemności przydatnej w dobie pewnego zmęczenia, znowu jakby mocniej docisnęło. Dłuższe chwile spokoju sprzyjają wykopywaniu się z góry płyt do odsłuchiwania. Poza tym łatwiej o wspominki czysto muzyczne heh
https://www.youtube.com/watch?v=tb22_4n ... cmNlbGw%3D
Po Pudelsach wciąż jakby bardziej konwencjonalnie, ale też dalej prosto z serduszka. Marcell ma jakąś historię muzycznych projektów dla teatru, tyle że wrocławski Teatr Polski przed polityczną dewastacją to dla mnie zamierzchła przeszłość. Skull Echo poznałem na świeżo przed pandemią. Świadectwo stałego wówczas czuwania przy RYMie, a jednocześnie poszukiwanie czegoś na naszym podwórku. Całkiem solidny synthpop. Wcześniejsze płyty miały trochę mniej ciekawostek wartych poznania. Tutaj jest jakby znajomo, skromna dawna pretensji w zupełności wystarcza. Sporo sympatii do polskojęzycznej wersji płyty... Life is on Television w obu jest po angielsku i to właściwie jedyny moment, w którym ta artystyczna decyzja broni się znakomicie. To po prostu dobra, skromna ballada na syntezator, trochę pogłosu, pady i wokalnej magii. Lirycznie z lekkim niepokojem, realizmem, ale nigdy aż tak się nie wgryzłem. Po latach znajomości cenię ten numer znacznie bardziej niż kilka pierwszych miłości-faworytek. Trzy minuty przyjemności przydatnej w dobie pewnego zmęczenia, znowu jakby mocniej docisnęło. Dłuższe chwile spokoju sprzyjają wykopywaniu się z góry płyt do odsłuchiwania. Poza tym łatwiej o wspominki czysto muzyczne heh
https://www.youtube.com/watch?v=tb22_4n ... cmNlbGw%3D
-
shodan
- Posty: 18356
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Dog Eat Dog – No Fronts
Jak już jestem przy szarpidrutach z lat 90’ to jeszcze jeden utwór w podobnym stylu.
Amerykański zespół Dog Eat Dog również łączy rap z ostrymi gitarami. Ich znakiem rozpoznawczym jest dodatkowo korzystanie z saksofonu. Rzadko obecnie sięgam po taką muzykę, ale w latach 90’ miałem na nią sporą fazę, więc w jakiś sposób odcisnęła ślad w moim muzycznym życiu. Swój debiutancki album All Boro Kings, z którego pochodzi utwór No Fronts, Dog Eat Dog wydali w 1994r. Pamiętam, że byłem wtedy na wakacjach u kuzyna pod Szczecinem i ostro tego słuchaliśmy. Ostatnie wakacje spędzane jeszcze w domu rodzinnym. Wieki temu.
https://www.youtube.com/watch?v=HukQVeo ... rt_radio=1
Jak już jestem przy szarpidrutach z lat 90’ to jeszcze jeden utwór w podobnym stylu.
Amerykański zespół Dog Eat Dog również łączy rap z ostrymi gitarami. Ich znakiem rozpoznawczym jest dodatkowo korzystanie z saksofonu. Rzadko obecnie sięgam po taką muzykę, ale w latach 90’ miałem na nią sporą fazę, więc w jakiś sposób odcisnęła ślad w moim muzycznym życiu. Swój debiutancki album All Boro Kings, z którego pochodzi utwór No Fronts, Dog Eat Dog wydali w 1994r. Pamiętam, że byłem wtedy na wakacjach u kuzyna pod Szczecinem i ostro tego słuchaliśmy. Ostatnie wakacje spędzane jeszcze w domu rodzinnym. Wieki temu.
https://www.youtube.com/watch?v=HukQVeo ... rt_radio=1
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
No proszę Wuja mi ukradł wrzutkę
Bdb wybór
Bdb wybór
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24709
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ty zamykaj lepiej
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Słuchać Ci nikt nie broni
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Kolejka 5.
25. Little Dragon - A New (devotional)
26. 50 Cent - 21 Questions (feat. Nate Dogg) (stripped)
27. Robert Plant & Alison Krauss – Sister Rosetta Goes Before Us (Hien)
28. Diana Ross - I'm Coming Out (mintaj)
29. Julia Marcell - Life is on Television (Dragon)
30. Dog Eat Dog – No Fronts (shodan)
25. Little Dragon - A New (devotional)
26. 50 Cent - 21 Questions (feat. Nate Dogg) (stripped)
27. Robert Plant & Alison Krauss – Sister Rosetta Goes Before Us (Hien)
28. Diana Ross - I'm Coming Out (mintaj)
29. Julia Marcell - Life is on Television (Dragon)
30. Dog Eat Dog – No Fronts (shodan)
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24709
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Mnie nie, ale nie chcę żeby ktoś tu się przyzwyczajał do dwutygodniowych kolejek, bo to nie wchodzi w grę
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn