Best of Forum IV

Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Re:

Post 06 gru 2023 00:13

Hien pisze:
05 gru 2023 21:51
Jest mi głupio, że tak narzekałem na Sikse.
Widać, że Mikołajki były blisko, miły prezent.

Ochre jest jeszcze potężny na drugiej płycie, czyli Lemodie. Znacznie mniej chłodu niż tutaj. Po dłuższym czasie z ciekawości sprawdzałem najnowsze rzeczy - to już nie to, niestety.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 07 gru 2023 18:27

Panowie bo nasz drogi Kuba czuję się niekochany i niedoceniany i ja mu mówię że ten jego numer Coldplay bardzo mi się wkręcił i w ogóle jest och i ach a on że powinienem drugą recenzję napisać no to ja się pytam na to

A GDZIE PIERWSZE RECKI OD RESZTY CO?
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 07 gru 2023 18:37

Żebyś nie wykrakał
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 07 gru 2023 20:10

Jutro wjadą moje
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 07 gru 2023 21:12

Jest czas do soboty, więc oddychajcie. W pośpiechu to się pchły łapie.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 08 gru 2023 08:41

Czyli jak w szkole.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 08 gru 2023 18:51

Grauzone – Eisbär

Na początku mi się nie podobało, ale się przegryzło. To jest całkiem dobre. Najsłabszy element tego utworu to wokal, bo średnio lubię niemiecki w muzyce. Ale nie jest to jednak coś, czego nie można by przeskoczyć. Poza tym co ciekawe całkiem ten wokal tu jednak pasuje. Jest fajne brzmienie. Proste ale dobre. Na początek jakieś szumy a potem stopniowo wjeżdżają motoryczne gitary. Lubię takie rzeczy, tzn. odwrotność wyciszania czegoś. Między zwrotkami fajne instrumentalne fragmenty z hałaśliwymi gitarami i dźwiękami rodem z ery 8-bitowców. Końcówka z saksofonem też pomysłowa. No co tu gadać, fajnie się tego słucha. Wkręca się po paru razach.

Ice Ages - Heartbeat

Dev dowalił czymś, czego bym się w sumie po nim nie spodziewał. I nie wiem doprawdy, czemu Murzyn podejrzewałby akurat mnie o taką wrzutkę. Nie sądzę, żebym czegoś podobnego słuchał. Ja raczej stronię od takich brzmień. Hien pisze, że taką muzyką częstowali go na różnych zlotach DM. Ja nigdy na zlocie nie byłem, ale też nie wiem, co takie coś ma niby wspólnego z DM? Może i DM ma kilka mrocznych utworów, ale to jednak zupełnie co innego. Zupełnie inny poziom. Tutaj jest naprawdę cheapy brzmienie. Dlatego ja nigdy tych niby około depeszowych zespołów nie lubiłem. Nie podoba mi się też Heartbeat. To nie moje klimaty. Sama warstwa instrumentalna jeszcze by przeszła może jako soundtrack do jakiejś starej horrorzastej strzelanki z przełomu wieków. Ale do słuchania bez powodu się dla mnie nie nadaje. A na takie wokale to ja mam zwyczajnie alergię. W ogóle taki rodzaj mroku mnie nie interesuje.

Ochre – Seesoar

Rzeczywiście coś w tym jest, że zawsze jak Dragon za jakieś wynalazki dostanie po głowie, to kolejkę później wraca w bezpieczne rejony dobrych instrumentali. Naprawdę Dragon pokazał mi już w tej zabawie sporo tego typu dobrej muzyki, której raczej wcześniej nie słuchałem. To jest kolejny dobry utwór. Rzeczywiście zaciąga od niego chłodem. I ja takie brzmienie bardzo lubię. Fajny ten duet perkusja-bas. Świetnie chłodno brzmiące klawisze. Zagrywki ciekawe. Świetnie by się tego pewnie słuchało na jakimś spacerze po ośnieżonych lasach czy innych bezdrożach. No i ten chwyt ze zwolnieniem w środku utworu kapitalny. Ciekawy jestem, jak prezentuje się cały album. Jest znowu duże prawdopodobieństwo, że sprawdzę.

Coldplay – Oceans


Do Coldplay czuję pewien rodzaj sympatii. Nie znam żadnego albumu w całości. Słyszałem trochę singli i nigdy nie trafiłem na żaden, który by mi się nie podobał. Co najwyżej mogłem coś określić jako średnie. Jednocześnie żaden z tych utworów nie nakręcił mnie na tyle, żebym wreszcie przysiadł i sprawdził ich dogłębniej, chociaż z takim zamiarem się swego czasu nosiłem. Ale wiecie jak to jest – może później.
Oceans to dobra kompozycja. Może nie powoduje jakiegoś przyspieszonego bicia serca, ale jednak bardzo solidna. Prosta aranżacja na gitarę akustyczną ma swój urok. To miarowe pykanie brzmi bardzo dobrze. Jest jeszcze trochę dosyć oszczędnych klawiszy. Nie ma perkusji, ale nie szkodzi. Nie wszędzie ona musi być. Znam wiele wspaniałych utworów, a nawet albumów bez perkusji. Poza tym lubię wokalistę Coldplay. Lubię jego głos. Czasami sam wizerunek potrafi wywołać sympatię lub niechęć. Chris Martin od początku wzbudza we mnie to pierwsze. Jedynie nie kumam trochę tego outro. Nie wiem, czy jest ono potrzebne tutaj, bo niczego raczej nie wnosi i tak średnio pasuje. No chyba, że jest jakimś łącznikiem z następnym utworem na albumie.

Marillion – Fugazi

Dev wrzucał już Marillion i pamiętam tylko, że były to dla mnie potworne męczarnie. Tutaj jest podobnie, choć chyba jednak odrobinkę lepiej niż wtedy. W sumie niczego dobrego się nie spodziewałem po tym zespole z Fishem na wokalu. Prawda jest taka, że bardzo tego wokalu nie lubię. Właściwie to gość dosyć skutecznie doprowadza mnie do szału swoi żabim skrzekiem. Utwór jak to utwór – typowy dla tego zespołu z tamtego okresu. Pierwsze dwie minuty jeszcze znośne. Jest spokojnie i nawet Fisha da się jakoś przełknąć. Potem utwór przyspiesza i wchodzą klawisze w stylu, jakich bardzo nie lubię. Gitary zresztą też nie lepsze. Piszę to wszystko z perspektywy kogoś, kto po prostu nie lubi takiej muzyki. W piątej minucie utwór znowu zwalnia i jest nieco lepiej. Niezły marszowy rytm. Końcówka znowu słaba. Nie no, to nie jest dla mnie i żadna ilość odsłuchów tu nie pomoże. Hien się „odgraża” nowszym Marillion. Ja parę utworów z Hogarthem słyszałem w tv i to już jest chyba zupełnie inny zespół. Dla mnie prezentował się dużo korzystniej jednak. Na pewno gorzej nie będzie.
Ja oczywiście rozumiem entuzjastów tego wczesnego Marillion. Entuzjastów Fisha. Niektórzy ludzie umiłowali sobie tamten styl i nie akceptują nowej odsłony zespołu z nowym wokalistą. To coś podobnego np. do DM i miłości starych fanów do starego DM. Tego z Wilderem. Tego sprzed Exciter czy nawet Ultra. Szanuję ich niekończący się zapał do muzyki i stylu z tamtych czasów. Ja lubię iść do przodu. Nie tkwię w miejscu, bo to jest ze szkodą dla samego słuchacza. Zamknąć się w bańce sprzed dziesięcioleci i nie tolerować nic poza tym. Trzeba iść naprzód. Poznawać nowe rzeczy. A to stare zawsze można w sercu i tak chować.
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 09 gru 2023 00:35

Grauzone Eisbaer

Numer chyba nie pochodzi z laptopa kolegi tylko ze Szwajcarii?!? Zaskakujące niedopatrzenie... Swoją drogą ciekawy kierunek pod względem muzycznym. Do tej pory Suisse kojarzyła mi się z Federerem, całkiem pokręconym systemem politycznym oraz obskjurowym progrockiem i czymś w rodzaju folku z tamtych okolic. Teraz dochodzi kolejny obskjur, tyle że na post-punkową modłę. Nie znam się na Moje Tocze Fele. Jest surowo, motorycznie, jest w tym jakiś krautrockowy głęboko zakopany korzeń. Przyjemna elektronika. Prędzej te dźwięki na początku przywodzą na myśl gęsi niż seksofon pod koniec. W ogóle wstęp jest bardzo przyjemny, może to nie jest mewa rodem z Oxygene 6, ale i tak towarzyszy mi przyjemne wrażenie. Idealne pod jakieś ogromne otwarte przestrzenie, przejażdżkę samochodem. Nic tutaj specjalnie nie drażni. Oszczędna szafa graficzna, przekaz, użyte instrumentarium. Przeszła mi faza na traktowanie rzeczy około post-punkowych jako peak muzyki, ale to po prostu dobry kawałek. Ostre gitary robią robotę nie gorzej niż u Massacre. Wokal niezbyt ciekawy. Nie drażni, nie grzeje. Jeśli przy ewentualnym sprawdzeniu większej liczby kawałków okaże się, że nie oszczędzają na elektronice, to zyskają jeszcze więcej uwagi.

Ice Ages Heartbeat

Zaczyna się dobrze. Trochę jak elektronika robiona w starszych cyfrowych wtyczkach w FLu, a trochę jak na płytach Klausa Schulze z epoki. Z każdym kolejnym dochodzącym elementem poziom zainteresowania spada. Przypominam sobie, że w pewnym momencie wjadą tu wokale i niby jestem już zniechęcony, ale! Instrumental sam w sobie robiłby znakomitą robotę. Przez pewien czas myślałem sobie "tu brakuje jeszcze jednego klawisza nad tą całą mroczną zawiesiną do bardzo dobrego elektro" i w połowie on faktycznie wjeżdża! Jest się w co wsłuchać. Ostrzejsze bębny są dość oczywiste, ale nie przeszkadzają. Świetna praca wykonana przy brzmieniu syntezatorów. Gorzej z tym okropnym wokalem, który wgl kuhwa idzie tu zdecydowanie za cicho. Za każdym razem przeszkadzał równie mocno. Już teraz wiem, w jaki sposób Mudżyn pała niechęcią do Diagnose: Lebensgefahr. Elegancki przykład tryhardowania, bez tych osobliwych śpiewów klimat jest już odpowiednio zaaranżowany. Lubię kasetowe dungeon synthy, lubię lekko serową elektronikę, wszystko jest na swoim miejscu. Tekst nie ma kompletnie żadnego znaczenia, gość po prostu bezwstydnie masakruje ciekawy pomysł. Nie zasługuje na taki autodiss jaki Adrian zapodał w pierwszym zdaniu opisu. Moje odczucia po wszystkim? Kurczę, lekkie rozczarowanie. W wieku 18 lat miałem epizody pisania podobnej muzyki. Wtedy siadłoby lepiej. Szczególnie, że wczesne BMTH to też lekka masakra wokalna, ale sentyment broni ich przed zapomnieniem.

Coldplay Oceans

Nie wiem jak Coldplay brzmi na najnowszych płytach, ale dla mnie to mniejszy powód do wstydu niż słuchanie ostatnich płyt U2. Odpowiednio dawkuje sobie ich muzykę, przez co nie mam zbyt wyrazistej opinii na ich temat. Mają parę znakomitych popowych piosenek, ale i potrafią przyłożyć czymś bardziej poruszającym jak rzucone jakiś czas temu znakomite Violet Hill. Panuje tu atmosfera hopkinsopodobna, jest przyjemne poczucie obcowania z czymś przestrzennym. Niby minimal, ale dźwięki zorganizowane w taki sposób, że pomimo kameralnego klimatu dzieje się dużo. Brzdękająca przez większość czasu gitara brzmi strasznie na jedno kopyto, z czasem wręcz lekko psuje efekt. Takie napracowanko przy okazji pozostałych elementów, a tu taki klops. W tym przypadku szybko przeczytałem opis i to był błąd. Porównanie do ND słuszne, ale za pierwszym/drugim razem mocno mi ciążyło. Martin momentami zbliża się do niego wręcz niebezpiecznie. Koniec końców brzmi bardziej typowo na tyle na ile znam Coldplay. Czyli dobrze. Elektroniczne outro brzmi na doklejone, brzmi zupełnie jak zapowiedź czegoś zupełnie innego zaraz potem na płycie. Poza tym nie jest źle.

Marillion Fugazi

Od czerwca trochę lepiej rozumiem czym jest neo-prog. Może to nie zmienia faktu, że generalnie za nim nie przepadam... ale chyba kluczem jest serowe brzmienie. Pewnego letniego popołudnia tego roku w okolicach Wałbrzycha odbywało się coś w rodzaju neo-progowego festiwalu. Grało m.in. Collage. Za sprawą charakterystycznego połączenia syntezatorów, trochę bardziej wymyślnych rockowych patentów i dość ekspresyjnego wokalu razem z moim wujkiem chrzestnym stanęliśmy przez chwilę w pobliżu. Rozmawiamy. Doszliśmy do wniosku, że ewidentnie nam to brzmi jak Marillion w domu. Ja cały czas mam w pamięci ich debiut. Darzę go sympatią, choć w sumie wracam do połowy materiału. Incommunicado to nie było to, tam już było stanowczo za dużo maniery. Tutaj całość przytłacza przesadzony, zbyt teatralny, musicalowy wręcz popis wokalny. Trzeba z sześć minut poczekać, by doczekać się wreszcie czegoś przyjemnego. Wtedy i pod Fishem dzieją się rzeczy. Cała reszta do tej pory kompletnie nijaka. Nawet te perkusyjne fikołki jak z debiutu zdążyły zniknąć. Jak już mam siadać do progresywnego rocka, to wolę dostać czymś bardziej przegiętym pod każdym względem. Tutaj fajerwerki idą tylko na wokalu, czyli elemencie, który w tej muzyce najmniej interesuje. Albo wszystko mi siądzie albo jest jak jest. Za tą końcowkę jednak powstrzymuję się od negatywnego osądu bohatera. Zupełnie okej, ale bez szału.

John Elton Whispers

Sympatyczny pan w okularach może i towarzyszy mi raz na ruski rok, ale za to znam jego przeboje od najmłodszych lat. Mam na myśli oczywiście Sacrifice oraz I'm Still Standing. Dawno już ich nie słyszałem. Ten pierwszy nigdy nie wydawał mi się aż tak mocno osadzony brzmieniowo w swojej epoce. Specyficzna bezduszna perkusja w połączeniu z cieplutkimi, lekko kiczowatymi klawiszami... obecnie wielu ludzi na świecie próbuje grać podobnie, ale to coś nie do odtworzenia, podrobienia. Tu jeszcze mamy dużo elementów nie z puszki. Co innego gdy się sięgnie po trochę starsze numery Tangerine Dream czy w ogóle scenę new age... jeszcze więcej słodyczy. Kryje się tam mnóstwo dobrej muzyki. Lubię tę estetykę. Miłe zaskoczenie, że Whispers ma tego więcej niż Sacrifice. Na tak pościelowym aranżu EJ siada przepięknie. Lekko sensualna muzyka. Nic tu nie przytłacza, wszystko na swoim miejscu. Kawałek beztrosko płynie w uszach, jest dobrze. Instrumentalna końcówka rodem z Direct Vangelisa. Albo trochę starszego longpleja Haliny Frąckowiak. Mam potrzebę sięgania po takie rzeczy, więc chyba warto sprawdzić całą płytę? Noo Shodan dawno nie rzucił czegoś tak dobrego.

Nie ma co się oszukiwać, Pan Wujas rzutem na taśmę wygrał ten etap. Na samym końcu peletonu Marillion, ale nikt się nie wycofał z wyścigu.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 09 gru 2023 07:36

Muszę powiedzieć że z czasem też doszedłem do wniosku że ta coda w Oceans jest zbędna i z tymi dzwonami kościelnymi trochę zbyt dosłowna?
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 09 gru 2023 12:29

vGrauzone - Eisbar

W sumie jak się zastanowić, to gdybym gdzieś się natknął na zbitkę "Grauzone - Eisbar", to w pierwszej kolejności bym pomyślał, że to pewnie jakiś mecz drugiej ligi szwajcarskiej czy tam wczesnej fazy eliminacji Pucharu UEFA, dopiero gdzieś dalej myślałbym o muzyce. Nie czepiam się geograficznego qui pro quo, bo pewnie też bym sklasyfikował to jako muzykę z Niemiec, gdybym trafił na to gdzieś naście lat temu w folderze o takiej nazwie. Ale tylko ze względu na wokal, bo muzycznie to jest rasowy no-wave. Przy czym jest świetny, cudne są te rzeżące gitary, jest tu fajny, "brudny" klimat, mocno mi to trąci Glennem Brancą. Jarałbym się kilkanaście lat temu, jaram się i teraz. Kapibarna wrzuta.

Ice Ages - Heartbeat

Tak po prawdzie to spodziewałem się czegoś o wiele gorszego, ale to chyba kwestia tego, że najpierw przeczytałem na "sucho" opinie pozostałych przedstawicieli sekcji województwa łódzkiego. Po przesłuchaniu... no nie jest to dla mnie jakieś straszne gówno, ale dobrym bym tego nie nazwał. Faktycznie Depoteka w Ignatkach core, mocno mi to trąci And One - w ciemno bym pewnie napisał, że to oni. Welp, z tego co pamiętam z przebiegu tej zabawy, And One przewinęło się tu dwa razy i razu ich mocno zjechałem, a drugim nawet pochwaliłem. Uznajmy więc, że Epoka Lodowcowa jest w środku tej drogi, ale raczej nie będzie to coś, co zawładnie moim sercem ani do czego będę wracać, bo może i jest to słuchalne i ma jakiś tam urok, który można byłoby kupić będąc mhrocznym nastolatkiem (ja wtedy wolalełem Bowiego i Depeche Mode, ale to ja), ale przy tym mocno toporne. Daję skok w bok, czy tam łapkę, nvrmd.

Ochre - Seesoar

Nie wiem jak wy, ale ja tam się cieszę z tego, że tej zimy pojawiła się prawdziwa zima, bo lubię śnieg, mróz, odmrożenia oraz siedzenie w norze pod kocykiem oglądając świat zawalony białym gównem. Może i nie lubiłbym jej mieszkawszy w Wałbrzychu, ciężko stwierdzić - wydaje mi się, że jednak w tym mieście jest o wiele więcej rzeczy do nielubienia.
W każdym razie kolega Robert podrzucił nam kolejny fajnym IDMem i chałwa mu za to. Ja niby lubię tę muzykę, ale jednak trochę jestem w jej kwestii ignorantem, bo jednak prawie zawsze pisanie o niej u mnie się sprowadza do skojarzeń z BoC tudzież Autechre. W sumie tutaj też miałem napisać, że słyszę bardziej tych pierwszych i w sumie to zrobiłem. xd Wstęp trochę mi się kojarzy z OSTem do Pokemonów, potem ten kawałek skręca w jakieś różne dziwne miejsca i chyba już wiem czemu tu słyszę ten kultowy w pewnych kręgach kanadyjski duet, bo jest to rzecz mocno duchologiczna - trochę mi to trąci jakimiś starymi gierkami, trochę obskurnymi dżinglami, wszystko to mocno poprzetwarzane, poprzerabiane i w sentymentalnym sosie. Kurczę, dwa lata piszę tutaj o tej muzyce, a cały czas wydaje mi się, że majaczę tak samo, jak gdybym próbował wysłać artykuł do Porcysa w liceum. xD No ale mniejsza z tym. Dobra rzecz to jest, w sam raz na moją, nieco przepełnioną, półkę z rzetelnościami.

Coldplay - Oceans

Byłem kiedyś hejterem Coldplay, ale to było w czasach, kiedy można było powiedzieć, że byłem względnie młody, ergo dawno. Z wiekiem mi przeszło, bo i zespół przestał wyskakiwać z każdej lodówki (właśnie, co z nimi? dawno nic nie słyszałem), a i ja się trochę zmieniłem. Do fana mi nadal daleko, ale jedną z niegdysiejszych wrzut całkiem pochwaliłem. Mimo, iż jestem na tym etapie, na którym naprawdę nie mam ochoty na słuchanie rzeczy związanych z początkami relacji, to jednak podchodząc w miarę obiektywnie do tego kawałka śmiem twierdzić, że ujdzie. Akustyczne granie jakich słyszałbym tryliony w tej zabawie, gdyby nie ta "przeszkadzajka" brzmiąca jak sonar - takich było tylko miliardy. No niby to poprawne, niby to niezłe, ale tyłka mi to nie urwało. Coda też za długa i nie do końca kupuje ten pomysł. xd Nie tym razem.

Elton John - Whispers

Kolejny przedstawiciel gatunku "ja to słyszałem, ja to znam, ale ja nie wiem czyje to" - nie robiłem statystyk, ale coś mi się wydaje, że zdecydowanie to wuja przoduje u mnie w tej kategorii. No w każdym razie cudne to jest, może i trochę ckliwe, ale też w taki sposób, który trafia nawet do takiego buca jak ja i ciężko tu mówić o jakimś przelurkowaniu. Też odczuwam silną nostalgię przy tym kawałku, też wracają do mnie wspomnienia i w sumie to ten... jeśli nie o to w muzyce chodzi, to o co? Nie wiem co tu jeszcze napisać, poza tym, że to dość niepozorny i nieoczywisty, ale zdecydowany triumfator tej kolejki dla mnie. KROPKA

Dwie mocne wrzuty, jedna rzetelna, dwie średnie. Dość zbalansowana kolejka, z jednym faworytem do częstych powrotów.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 09 gru 2023 21:07

To tylko Dev został? Czekamy do jutra.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 10 gru 2023 21:03

Eisbaer

Kurde, Murzyn zapodał zimowe złoto. Akurat słuchałem sobie tego idąc od stacji kolejowej do mieszkania przez ośnieżony Rembertów, niedziela, więc żywej duszy na ulicy, pusto, zimowo, i ten - jakże zimny - kawałek. Jest w nim wszystko, co devy lubią, motoryczna, ale świetnie brzmiąca postpunkowa perka, gitary bez większego brzmienia, jakby zupełnie w tle, ten sam motyw na basie grany przez 2 godziny (Azbest vibes), ta elektronika, będąca efektem kręcenia gałkami w tę i we w tę, ten lekko creepy sax, no i piękny reverb na samym końcu, plus odhumanizowany niemiecki (a jakże) wokal... Nie da się na pewnym etapie nie zacząć nucić ICH MOECHTE EIN EISBAER SEIN. Podśpiewywałem i ja, i będę, świetne to, zimowe, lekko-ciężkie, daje dobry feeling, jaram się i w ogóle, nie mogę się doczekać, aż wleci mi do PowerAmpa (może znowu będzie śnieg, bo od jutra, kurde, roztopy...).

Seesoar

Kolejny chłodny kawałek i dobra porcja elektroniki. Zabawne, bo tytuł i - przynajmniej częściowo - okładka dają mi trochę letni (późnoletni może) vibe, i w wyjątkowo łatwo mi było w głowie przekierować tor myślowy związany z tą muzyką ze skrzypiącej mrozem zimy na właśnie taki późnoletni spacer ulicami jakichś suburbiów (klimat podobny do tego, co było w jednej ze scen z Ostatniego komersa, nawet opisywałem wówczas, o co mi chodzi, i parę osób się ze mną co do zasady zgodziło). Bardzo fajne, choć takich rzeczy słucham często w charakterze tła, a wtedy trooochę bardziej wygrywają ambienty. Still, nie traktuję tego wyłącznie w charakterze przeszkadzajki, poczułem się zaangażowany muzycznie i się zajarałem nawet, może warto sprawdzić więcej? Szkoda, że zima idzie sobie w cholerę xD Może jeszcze wróci, to i ja wrócę z tym numerem na słuchawkach.

Oceans

Coldplay playing cold(play), czyli smętny Martin za mikrofonem, jęczy, gitary brzmią, pady robią klimat. Przede wszystkim - lubię Coldplay, choć moja ich znajomość wygląda dokładnie tak samo, jak moja znajomość Killersów - pierwsze 3 albumy (przy Killersach liczę w sumie Sawdust xD) i koniec, reszta mnie nie obchodzi i nie będzie. Z tym, że Coldplay jeszcze szło usłyszeć w radio every once in a while, zwłaszcza Paradise (to chyba było z Mylo Xyloto?), zakatowywany także przez jakieś reklamy. Mam wyjątkowo miłe wspomnienia ze słuchania Speed of Sound w marcu 2006, kiedy prułem z ojcem i wujem do Katowic na pierwszy ever koncert DM w życiu, miałem niecałe 17 lat i czułem się najszczęśliwszym typem na świecie (rzadko mi się to zdarza), a jeszcze 2 tygodnie później w Warszawie grali Simple Minds, więc miałem po prostu eargasm (tak jeszcze wspominkowo, In My Place to pierwsze wolne tańce w szóstej podbazy, uwielbiam ten riff do dzisiaj). No, ale do rzeczy - świetny to jest kawałek, ale ewidentnie mindset robi robotę, mnie jest teraz smutno (właściwie to ciągle mi smutno) i ten numer raczej ten stan pogłębia, nie jestem go w stanie powiązać z motywem Munlup in luv, no ale to ja, i nie mnie sprawa dotyczy. Gitary, Martin, drobne pady, i jeszcze to outro, chłód bije przepotworny od tego numeru, ale taki... przyjemny, Martin, owszem, jęczy, ale ja te jego jęki lubię. Gość jest takim kompletnie bezpłciowym głosem, który jednocześnie świetnie do niego pasuje, i jest po prostu dobry. Muzyka alternatywna dla klasy średniej, ale zanim spopularyzowali się The National (poza tym The National to muzyka dla fanów marki z jabłuszkiem). Faktycznie, trąci Drejkiem. Dobre, bardzo dobre, jaram się.

Fugazi

Sam wrzucałem tutaj "jarmarczny" Marillion, i przez to generalnie zapropsuję, choć wciąż Incommunicado to mój absolutnie ulubiony numer z DEREKIEM DICKIEM na wokalu. Fugazi znam, i powiem, że... byłem przekonany, że trochę ten kawałek zjadę, bo TO jest dla mnie nieco bardziej jarmarczne, w sensie w sposób, w jaki to chce być progiem (no dobra, w sumie przecież nim jest, sooo), i znów mam ten piękny vibe, co czułem po raz pierwszy w jakimś 2004 roku po swoim pierwszym świadomym kontakcie z Marillionem, tzn. czemu wokalistą jest naćpany i lekko wykastrowany (da się być ciężko wykastrowanym w sumie?) Phil Collins (NAPRAWDĘ ich myliłem jakiś czas, w sensie myślałem, że Fish nie istnieje, a ta muza to dziwniejsze Genesis). No, tak więc czuję to znów, i znów to słyszę, ta cała koturnowość w zestawieniu z jarmarcznością daje mi z kolei feeling na zespół, który chce grać proga a la Genesis z czasów późnego Gabriela, ale całe życie wcześniej grali disco polo i to się wciąż trochę przebija. I co z tego? Dalej bawię się świetnie. Kawałek, mimo swoich 8 minut brzmi kapitalnie w każdym swoim segmencie, końcówka weszła mi za trzecim odsłuchem srogo, jeszcze ten flecik a la Jeff Rothal, generalnie TOTALLY FUGAZI. Mentos nawet, jak walnie w łeb oczywistością, to jakąś taką smakowitą. A fanem Hogartha też jestem, Afraid of Sunlight to jeden z najlepszych numerów, jakie słyszałem ever.

Whispers

O Eltonie Johnie wiem tyle, że istnieje i że grał sporo fajnej muzyki, tzn. spośród tego, co znam z radio i z TV. Bo nigdy nie zassałem nawet żadnej jego bestki, znam w sumie kilka numerów na krzyż, ale nie przeszkodziło mi to w przyjściu na jego koncert w Łodzi w 2012 roku (z rodzicami i bratem lol), i koncert był fantastyczny, w ogóle stałem połowę tegoż obok Michała Szpaka, więc podwójne doświadczenie normalnie. Sacrifice oczywiście znam, i trooochę gardzę, bo radia zarzynały głównie to i - skądinąd świetne - I'm Still Standing, z którym mam miłe wspomnienia z wczesnych najntisów. Ten numer mogę słyszeć zarówno po raz pierwszy w życiu, jak i po raz 100, ale po prostu nie zapadł mi w pamięć. Nawet refren, nic. Jest prawdopodobne, że leciało to na owym wyżej wymienionym koncercie, ale, no, po prostu nie pamiętam. Generalnie mi się podoba, ALE refren mógłby być trochę hmm mocniejszy, jeśli wiecie, co mam na myśli. A jak nie, no to trudno, co ja mogę. Generalnie Eltona Johna lubię, specyficzny i dobry głos, słynne pianino, blablabla, no i jedna z najlepszych piosenek świątecznych ever, a więc STEP INTO CHRISTMAS. Nie znacie, to posłuchajcie. Outro w Whispers jest super, zarówno świetne otwarcie kolejki ze swoim outro jak i jej zamknięcie mnie wyjątkowo zadowoliły. Dużo dobrego w tym rozdaniu, Christmas came early.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 10 gru 2023 21:29

Widzę że mój misiek polarny spotkał się z całkiem niezłym odbiorem, fajowo, ale wiadomo trochę że z post-punkowym groovem też ciężko trafić źle. Cieszę się że nasz korpo-kolega zdołał do nas dołączyć, coś tam z siebie wypluć i teraz swobodnie może iść zapaść w sen zimowy, heh, a tak poważnie to nie wykorkuj tam w tej stolicy, ziom.

Mamy i tak lekką obsuwę, więc co by zadość uczynić planom naszego grudniowego terminarza pozwolę sobie przejść do wrzuty na nadchodzącą kolejkę, let's go.








- "we're doing this for money"


Kano - Good Youtes Walk Amongst Evil
(2019)

Nadejszła wiekopomna chwila. Co prawda i tak w tej setce zmarnowałem sporo slotów i nie upchnę wszystkich istotnych dla mnie inspiracji ale staram się rzutem na taśmę kolanem dopychać kilka przeoczonych dotąd wątków. Jednym z nich jest cała gałąź wszelkiej maści brytyjskiej muzyki - ale tej współczesnej, w duże mierze kręcącej się w kręgach muzyki klubowej i hip hopu. Ale rapsów jako rapsów typowych było już sporo do tej pory a jeśli mam Wam zaprezentować UK w czystej postaci to MUSZĘ sięgnąć po grime najwyższej próby.

Czym jest grime? Ano tu internetowa encyklopedia rzecze tak:

"Grime – gatunek muzyki powstały w 2002 roku w Londynie, wywodzący się m.in z UK garage, hip-hopu, drum and bassu oraz dubstepu"

UK garage to brytyjska odmiana garage, muzyki klubowej powstałej z kolei w Nowym Jorku, wchodzimy zatem już w podgatunki podgatunków muzyki, nie będę tłumaczył, ten styl też się tu pojawi w końcu.

Grime może brzmieć klubowo ale nie musi czego przykładem będzie moja wrzutka. Jest to specyficzny styl zdecydowanie odróżniający się brzmieniem od hip hopu jaki Wam prezentowałem, Brytyjczycy wymyślili swoje własne brzmienie które w mej pamięci zaistniało dopiero ok 2004-05 roku gdy przebijali się tacy artyści jak Dizzee Rascal czy właśnie Kano, będący chyba królem tej sceny. Wahałem się w jaki sposób przedstawić Wam tego MC, czy sięgać po coś z debiutu gdzie mam swoich ulubieńców od lat ale ostatecznie zdecydowałem się postawić na coś z ostatnich płyt które dowodzą że Kano wciąż jest w mistrzowskiej formie i potrafi nawijać z pasją debiutanta. Padło na coś z ostatniej płyty, nie byłem tylko pewien czy wybrać wrzucany dziś numer czy może Free Years Later otwierający ten album ładnymi smyczkami. Jednak ostatecznie prezentuję Wam dziś grime w tej jego surowej, niefiltrowanej odsłonie. Myślę że to będzie dobra pocztówka ze współczesnego Londynu, namiastka ulicznego brzmienia tego miasta będącego pięknym tyglem kulturowym. Ta wrzutka zaprezentuje całkiem inne oblicze tego miasta niż choćby wrzucany już przeze mnie jazz od Joe Armon-Jonesa. Zapraszam na podróż w ten brytyjski mikrokosmos.

https://youtu.be/PjyBdqXQTNc?si=oV-UHUdUnAJ4yKNQ
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 10 gru 2023 22:02

Po pierwsze, zaznaczam, że na tę kolejkę mamy czas do 15 grudnia (5 dni), podziękujcie Devowi, który był w sumie głównym prowodyrem tego układu żeby się ładnie zmieścić na święta. Mam nadzieję, że kolega AM (Arctic Monkeys) szybko wjedzie z wrzutą i pierwszy zapoda recenzje.

Po drugie, wrzucałem tego Coldplaya raczej na pewniaka, no sorry, trudno to zjechać i generalnie polecam się oduczyć niechęci do nowszego Coldplay, bo tak jak z każdym wieloletnim zespołem bywa (czego doskonałym przykładem jest Depeche Mode), na płytach można znaleźć wiele dobrego, tylko trzeba, niespodzianka, ich posłuchać. Szanuję, że Musiał miał jaja się nie mścić za moją recenzję, Mentos już np. poległ. Lecimy dalej, a że czasu nie jest jakoś dużo, to

Goblin – Tenebre

Na wstępie trochę wyjaśnień. Po pierwsze, błysnę flashem hipokryzji, bo to jest coś, co by się bardziej nadało na Halloween, ale tak się złożyło, że kawałek poznałem w grudniu i już zawsze będzie mi się kojarzył z grudniem. Po drugie, nazwa wykonawcy. Formalnie, „Tenebre” (zarówno utwór, jak i cały soundtrack, z którego pochodzi) został wydany pod nazwiskami twórców, czyli jako „Simonetti-Morante-Pignatelli”. Ta trójka facetów, to założyciele legendarnego, włoskiego, instrumentalnego, progresywnego zespołu Goblin, który zasłynął nietypowo, bo jako twórcy soundtracków, do horrorów, między innymi, Dario Argento, którego „Suspirię” większość z Was obejrzała w bestce filmów (i soundtracku Goblinów siłą rzeczy też słuchaliście). Rzecz w tym, że na początku lat 80-tych, kiedy powstawał film „Tenebre” (również Argento), Goblin nie istnieli, po rozpadzie w 1978 r. Pech chciał, że w reunionie nie wziął udział perkusista, który miał pełne prawa do nazwy Goblin (nie będąc założycielem zespołu, trolololo) no i takie tam legalne gówno. ALE, to jest numer nagrany przez Goblin, później grany na koncertach przez Goblin, i dla mnie to jest kawałek i album Goblin. Pozwolę sobie na taką małą samowolkę, podobnie jak jakiś czas temu Dragon, bo to jest nonsens.

Jak już mamy formalności za sobą, to coś o numerze. To nie będzie do końca prog-rock, a jeśli już coś prog to prog-disco. Claudio Simonetti, współzałożyciel Goblin, który odszedł z zespołu pod koniec lat 70-tych, rozwinął swoja karierę jako wykonawca italo. Kiedy Goblin nieformalnie się zeszli na prośbę Dario Argento, Simonetti postanowił wykorzystać swoje doświadczenia na scenie disco, żeby odświeżyć brzmienie zespołu, jednocześnie nie pozbawiając go typowego horror-brzmienia. Wynikiem tego jest tytuły kawałek „Tenebre”.

Użyto w nim automatu perkusyjnego, co razem z funky basem Fabio Pignatelliego, tworzy taneczny rytm. Z tym w tle, na pierwszy plan wychodzą Claudio Simonetti na klawiszach i vocoderze oraz Massimo Morante z umiarkowanie heavy gitarą (zmarł w zeszłym roku, RIP).
Połączenie z dupy, które działa cuda. „Tenebre” był hitem we włoskich dyskotekach, fragmentu użyto nawet w megamiksie włoskich hitów na Eurowizji. Muzycy grający rocka progresywnego, nie zawsze mają kija w dupie.

Utwór pierwszy raz usłyszałem kiedy zacząłem się interesować twórczością Argento i zobaczyłem fragment filmu „Tenebre”, w którym pokazane jest zajebiste, dosyć przełomowe jak na tamte czasy, długie ujęcie objazdu wokół domu (dorzucę ten filmik na końcu). Muzyka od razu mi się spodobała i wtedy dotarło do mnie, że to musi być Goblin, zespół który miałem na liście od chyba 2009 r. roku, a nawet ich albumy w zassanym swego czasu torrencie „Italian progressive rock 1 & 2”, ale ostatecznie nigdy się za nich nie zabrałem z klasycznych powodów.

No i tyle. Od tamtej pory stałem się wielkim fanem Goblin, ale najlepszy kawałek jest tylko jeden i go wam tutaj wrzucam.

https://youtu.be/ZN8jA9aKEPs?list=OLAK5 ... QVb1tCJ0xY

a tu ten fragment filmu wspomniany wyżej

https://youtu.be/1eDtzdKktTw
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 11 gru 2023 09:27

Niezłe noty zebrał Elton John za Whispers. No ale szczerze mówiąc trochę na to liczyłem i byłbym mocno zdziwiony, gdyby to się Wam nie podobało.

SARSA - Zapomnij mi

Nie jestem żadnym fanem Sarsy. Nie raz się śmialiście, że niby nie lubię polskiej muzyki, a potem najwięcej polskich utworów wrzucam. Tak rzeczywiście jest. Bo Polacy potrafią zrobić dobrą muzykę. Ale problem polega na tym, że zazwyczaj są to pojedyncze strzały. Ewentualnie klika i koniec. Nie wiem, czy jest jakiś polski wykonawca, którego cała dyskografia, albo chociaż większość by mi pasowała. I z Sarsą jest to samo. Bardzo lubię utwór Zapomnij mi plus może jeszcze ze dwa inne i tyle. Reszta jej twórczości jest mi zupełnie obojętna, choć muszę też zaznaczyć, że nie wszystko słyszałem. A szkoda, bo uważam, że ona ma całkiem dobry głos. Gdyby umiała pisać lepsze kompozycje, to byłoby czego słuchać. No ale na pewno wyszedł jej wyjątkowo ładnie ten jeden wrzucany przeze mnie numer z debiutanckiej płyty pod tym samym tytułem. Niektórzy krytycy zarzucali jej używanie dziwnych zwrotów zawartych w tekście, kaleczenie języka polskiego. Mnie to nie przeszkadza. W ogóle mało zwracam uwagi na teksty. Dla mnie ważniejsze jest to, że Zapomnij mi to naprawdę ładna kompozycja, której przyjemnie mi się słucha. Ładna melodia, niespieszny rytm, pianino, smyki i ładny wokal. I jest bardzo fajny klimat. Zawsze z przyjemnością wracam do tej piosenki.

https://www.youtube.com/watch?v=1ni8UtZm_8g
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 11 gru 2023 11:37

The Soft Moon - Crush (2012)

Kontynuujemy serię pt. Wrzuty Smutnego Musiała, ale fast forward o 5 lat względem poprzedniej. The Soft Moon to projekt, potem zespół Amerykanina z Los Angeles o latynoskich korzeniach, który zowie się Luis Vasquez. Vasquez robi TSM głównie w pojedynkę, acz pierwsza inkarnacha grupy to było aż 6 osób, z czego ta szósta zajmowała się wizualizacjami na koncertach, równie zresztą niepokojącymi, co sama muzyka. Właściwie gość był dla mnie podobnie zaskakujący, co nieco wcześniej wrzucane tu już przeze mnie Ancien Regime (post punk z Włoch), czy duuużo później She Past Away, post punk z Turcji. Zwyczajnie jakoś człowiek ma często w głowie zakodowane, bardzo stereotypowo, że pewne rodzaje muzyki są mocno charakterystyczne dla jakichś tam regionów czy społeczeństw, a tutaj nagle szok. Mniej więcej taki sam, gdy dowiedziałem się, jak wielka była widownia koncertu Petera Hooka i The Light w Ułan Bator w Mongolii jakieś 4-5 lat temu. Co jak co, ale Mongołowie w koszulkach z Unknown Pleasures, rzucający się pod sceną do Transmission, to nie jest codzienny widok. No, ale mniejsza. Vasquez założył The Soft Moon w 2009 roku, a już rok później wydał pierwszy krążek (o tej samej nazwie, co grupa). Wydał go zresztą nakładem Captured Tracks, a więc tej samej wytwórni, co w tym samym roku (2010) rzuciła na stół debiut Wild Nothing. A jak odmienne rodzaje grania przecież. Od tamtej pory płyt ukazało się łącznie 5, z czego pierwsze 3 uważam za świetne, kolejną za nieco gorszą, za to ostatnią dużo lepszą. Vasquez po drodze wydał też album solowy, który jest mieszanką gitar, dronów i ciężkich klawiszy. No właśnie... bo co to a muzyka w ogóle? Cold wave z mocno dark wave'owymi naleciałościami i postpunkowym podejściem do gitar. Jest mrocznie i dołująco, jak to mój wujek kiedyś określił (przypadkiem podsłuchując, jak słuchałem jednego z ich kawałków), "muzyka końca świata". Vasquez troszeczkę zaczyna zjadać własny ogon pod ciężarem swych kompozycji, bo te są mocno powtarzalne, jeśli chodzi o motywy, ale jeszcze uchodzi mu to na sucho. Captured Tracks pomogło w zrobieniu kariery w Stanach, zaś przy okazji premiery jego drugiego albumu (z którego pochodzi moja wrzuta), zwrócił na niego uwagę... Martin Gore, i tak The Soft Moon supportowało Depeche Mode w 2013 roku w Europie. Skończyło się to jeszcze większym sukcesem, który zaczął wychodzić poza "scenę niezależną", i Vasquez zrobił sobie też publicity na naszym kontynencie. Ciągle gra i nagrywa, ciekawe, co będzie dalej.

Ja wpadłem na The Soft Moon OCZYWIŚCIE poprzez Captured Tracks, a jakże, a było to latem 2012. Słuchanie jedynego wówczas dostępnego albumu o takim charakterze w dość gorące lato, jakie wtedy było, uchodziło wręcz za masochistyczne. Jest możliwe, że podrzucałem coś wówczas Hienowi, i chyba ich zjechał, głównie za bycie zbyt oczywistymi w swojej twórczości xD W sumie coś w tym jest, ale ja takie rzeczy lubię, mnie to w ogóle nie przeszkadza. Tak się złożyło, że późną jesienią 2012 ukazywał się ich kolejny album, tj. Zeros właśnie, i oczywiście musiałem go zassać jak tylko pojawił się na rynku. Rok temu wrzucałem Wam tutaj hipsterskie tejki z tamtego okresu w moim życiu, ale prócz wesołej hipsterki był też szeroko pojęty ciężar egzystencji, sporo smuteczków, osamotnienie w Stolicy, w której mieszkałem wówczas dopiero od 2 miesięcy, konflikty ze współlokatorami, takie tam. Mroczna, jeszcze nie zimowa ale już nie jesienna Warszawa, która ciągle waliła oddechem lat 90. (po ulicach wciąż tłukły Ikarusy i Konstale 13N, większość Centrum była paskudnie brudna, Praga jeszcze bardziej spauperyzowana przez budowę metra) niespecjalnie pomagała w aklimatyzacji. Owszem, na horyzoncie majaczyło już to i owo i wkrótce miało mnie mocno zaskoczyć (o czym już wiecie), ale to jeszcze nie był ten czas. A był to początek grudnia 2012, tak więc 11 lat temu, jak ten czas zapieprza lol... Zeros wchłonąłem w całości, potem trzeba było poczekać na kolejny album, ale też było warto. Fanem pozostaję ever since, ba!, w ubiegłym roku w październiku byłem nawet na ich koncercie w warszawskiej Hydrozagadce, gdzie zajrzeli przy okazji ostatniej europejskiej trasy. Koncert mnie trochę jednak rozczarował, nagłośnienie było fatalne, basów nie było słychać niemal w ogóle, zresztą cały występ trwał równo godzinę, więc nie był jakoś bardzo długi. Zespół nie bisował, zniknął tak szybko, jak się pojawił. Ale chyba dalej im idzie całkiem nieźle, ogłosili daty koncertów na Wschodzie, i jest tam parę zaskakujących miejscówek, bo o ile Mołdawię czy od biedy też Gruzję można przyjąć (tzn. ja się tam cieszę, ale kto z Zachodu gra w takich krajach), to już Kazachstan był cokolwiek nieoczywisty. W każdym razie, The Soft Moon lubi mi towarzyszyć, kiedy robi się trochę za ciemno, a akurat się tak zrobiło, można powiedzieć. Więc pozostaję w tym klimacie, słucham Crush, tylko śniegu w grudniu 2012 było trochę więcej niż teraz. I papierosy były tańsze, to na pewno. Łapcie odtrutkę na wszechobecny świąteczny klimat, mam nadzieję, że się spodoba.

https://www.youtube.com/watch?v=McGHCwMAaTQ

PS. Był moment, że chciałem wrzucić cały krążek, ale musiałem zdecydować się w końcu na ulubiony zeń numer - Crush, obok Insides, zdecydowanie taki jest, ale w przeciwieństwie do w/w mniej wyje, więc odtruwam Was też trochę po Heartbeat xD
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 11 gru 2023 13:16

Ochre to był całkiem bezpieczny wybór. Trochę już wyczułem temat, więc ciekawa, ale dość przewidywalna reakcja. Wolę rzucać bardziej prowokujące i wymagające wrzutki, choć nie mam na nie obecnie ochoty. Nie udało się w nocy, to lecę teraz.

Antenne - Here to Go (2000)

Jakiś czas temu już wisieli nad którąś z kolejek bestki, ale zdecydowałem inaczej. Pogoda musiała mocniej zaatakować, by przekonać mnie do zapodania Antenne. Mimo coraz poważniejszych roztopów (uwaga na głowy!) klimacik dalej jest całkiem sugestywny, więc pokornie schylam głowę przed wielbicielami bardziej sprofilowanych wrzutek i proponuję senny kawałek śpiewany pod zimową aurę. Myślę, że może całkiem ładnie korespondować z Portishead. Bardziej z Dummy niż dwójką. Osłuchane towarzystwo pewnie szybko wyłapie. Nie namawiam do szybszego nadrabiania zaległości i odrabiania zadań domowych, wiadomo. RYM podpowiada maj 2018 jako czas bardziej konkretnej oceny. Coś mi podpowiada, że odbył się tu klasyczny patent z męczeniem przez dłuższy czas dwóch najlepszych kawałków przez kilkanaście tygodni przed sprawdzeniem całości. Nie pamiętam źródła. Albo konkretna lista na wspomnianym portalu albo gdzie indziej napotkana rekomendacja dla człowieka zajaranego Portisami. Nie chciałbym jednak, by to skojarzenie jakoś mocno ciążyło na PT Forumowiczach.

Punktów wspólnych jest sporo, ale w przypadku Here to Go jest jeszcze swobodniej, spokojniej, właśnie tak sennie. Lekko dżeżowy nastrój za sprawą charakterystycznej perkusji, punktowe zagrywki gitarowe, elektroniczne ozdobniki i tło. Wsio. Mnie najbardziej bierze całość, choć główną robotę dla zyskania mojej uwagi i uczucia zrobiła elektronika przygrywająca prawie przez cały czas. Za jej sprawą całość jest bardziej mroźna. Te efekty przypominają trochę strumienie wodne, ewidentnie tam się coś przelewa. Jak Ochre przypomina mi Biały Kamień, tak Antenne jest muzyką dla wspomnień z wypraw niewiele dalszych, podmiejskich. Mglisty krajobraz, w miarę odśnieżona ulica, masa kopców ze śniegu przy drzewach na chodnikach. Jadąc o tej porze roku w kierunku Boguszowa czy Starych Bogaczowic można by pomyśleć, że znacząco oddalamy się od cywilizacji. Wąskie, kręte, całkiem niebezpieczne drogi. Z jednej strony specyficzna rozrywka dla młodej osoby, z drugiej ryzyko z tyłu głowy, że przy gorszych warunkach atmosferycznych powrót może się wyraźnie utrudnić. Raz zresztą w ten sposób nie wróciłem do domu. Kierowca prywatnego busa nie chciał ryzykować przebijania się przez podwałbrzyskie wioski dla 4-5 pasażerów w zimowy wieczór kosztem pojazdu czy generalnie zdrowia. Kiedy już miejskie autobusy zaczęły dojeżdżać w takie rejony to całkiem często w okresie liceum wybierałem się na podobne wypady. Dziś wydawałyby się kompletnie bezsensowne, ale wtedy mogłem całkiem swobodnie i spokojnie odciąć się, przynajmniej na dłuższą chwilę, od irytującej rzeczywistości w domu czy szkole. Here to Go to jeden z tych numerów, który trochę został "w tamtym czasie". Wracam do niego nawet rzadziej niż do płyt Ochre. Inna kwestia, że strasznie sknocono reedycje i #1, czyli debiutancka płyta tego duńskiego duetu, jest na Spotify w jakiejś absurdalnej wersji. Brakuje przede wszystkim tego rewelacyjnego openera.

Ambient pop pełną gębą, dobry na spacery, poważniejsze rozkminy lub odsłuchy bardziej odprężające. Wokal to kolejny wyraźny sygnał świadczący o sporej inspiracji Portishead. Skoro jednak mamy tutaj jeszcze więcej snu, atmosfery, filmowej otoczki i chłodu, to pani Marie-Louise aż tak się nie wybija. Bardzo dobrze skomponowany muzyczny obrazek, w którym wszystko do siebie pasuje. Na swój sposób wyróżnia na tle reszty, ale skupienie na konkretnym elemencie przez dłuższy czas jest trochę bez sensu. Albo się w tym utonie albo zostaje przysłuchać się z niedobrego dystansu.

Następne na płycie Like Rain jest równie dobre, ale potem... nie wiem jak jest, niby dobrze myślę o tej płycie, ale poza wrzucanym numerem i LR niczego więcej nie pamiętam. Dla tych dwóch na pewno warto sprawdzić.

https://www.youtube.com/watch?v=2-FGtE6g_es
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 11 gru 2023 20:41

Wrzuciłem muzykę, która nie miała prawa się przyjąć i nie jestem w szoku z racji tego, że się nie przyjęła. xD Jak coś to ten toksyczny fandom siedział na forum Queen, co w sumie samo w sobie jest dość losowe, bo dosłownie grupa paru ziutków wbiła sobie na nie z buta i napierdalała niemal wyłącznie w tym temacie (w sumie my też to przerabialiśmy - pamiętacie jak mieliśmy na tym forum paru uciekinierów z tzw KRESKI, którzy napierdalali syfem w temacie o Polityce? Słodki Jezu, czasem się nie dziwię, że znikałem stąd na lata...), będac przy tym okropecznie toksyczna i bucowata - nigdy nie zapomnę inby związanej z wakacjami w Meksyku. xd Ja wiem, że to pojedyncze przypadki, być może i zapewne ekstrema, ale nic nie pocznę na to, że dzięki nim fandom Marillion kojarzy mi się gorzej niż fandom Depeche Mode, za którym też nie pałam sympatią.
A poza tym Brave i Marbles było chujowe.

Dobra, mniejsza z tym. JEDZIEMY PANOWIE

Alice in Chains - Them Bones

Alicja z Łańcuta to jeden z tych zespołów, które zna prawie każdy i prawie każdy kto zna lubi i szanuje. NIE WIEM, być może to ja mam takiego farta (lub nie), ale jakoś tak się złożyło, że gdy czytam jakiekolwiek opinie o tym zespole, to nieważne czy autorem ich jest kuc, hipster, lewak, prawak, komunista, korwinista, niezalowiec, rockowiec, debiutant i inkasentka, z prawie każdej strony da się usłyszeć ciepłe słowa na temat tej słynnej grupy z Seattle. Jeśli ktokolwiek spytałby się mnie o opinię na ich temat, to też dołączyłbym do chóru wujów wychwalających tę formację, aczkolwiek raczej nie nazwałbym się fanem - no może tak było przez jakieś krótkie okienko w dziejach mojego życia, ale jakoś tak poza nim słucham względnie rzadko, chociaż cenię, szanuję i generalnie chylę copkę. Na pewno jest to mój ulubiony band z tej słynnej wielkiej czwórki z Seattle, chociaż w sumie to jak se myślę, to jednak z wiekiem nieco bliżej mi do Nirvany, niż do nich, co i mnie osobiście zaskakuje.
Ponieważ nie tylko nie mam pomysłów na wrzuty, ale i na koncepcję swoich wrzut, jasnym jest, że tym razem podpieprzyłem ją spośród jednej z kategorii, która dominuje u kolegi Jacka. Nie, nie chodzi o polski hip-hop - to kolejna piosenka z soundtracku do GTA! Konkretniej to San Andreas i radiostacji o nazwie Radio X, która grała szeroko pojęty rock alternatywny, czyli te wszystkie rzeczy, których słuchali boomerzy, zanim stali się starymi zgredami. Kto ma znać ten na pewno zna, ja tylko nadmienię, że gdy przechodziłem tę grę w 2010 roku to była to moja ulubiona stacja w tejże i słuchałem jej, gdy tylko miałem okazję - to było związane z faktem, że odkrywszy zespół, na forum którego siedzimy miałem na jego punkcie autentycznego pierdolca i nie mogłem sobie odpuścić usłyszenia tam PERSONALNEGO JEZUSA. xD Aczkolwiek już wtedy (a to był okres, w którym znałem 6 zespołów na krzyż) słyszałem, że poza nim było tam dużo miodnej i zajefajnej muzyki oraz kawałek Guns 'N Roses.
Anyway, jeśli miałbym pisać o jakichś osobistych przebłyskach, to nadal tkwię w okresie zimy przełomu 2012 i 2013 roku. To okres, o którym cięzko cokolwiek sensownego napisać, bo autentycznie żyłem jak jakiś piwniczak, grając (znowu) w San Andreas, słuchając muzyki oraz eksplorując różne dziwne miejsca w internecie. Jakoś tak się złożyło, że gdzieś na przełomie wspomnianych lat miałem okres, w którym słuchałem niemal wyłącznie dwóch płyt. Jedną było Dirt Alicji, drugą Loveless MBV. Nie wiem dlaczego akurat te, łączy je chyba tylko rok wydania i fakt, że ktoś użył gitar do ich nagrania, ale jak się za często nie wychodzi z domu, to ludzie wpadają na głupie pomysły. A tak się złożyło, że miałem wtedy okres, w którym nie za bardzo miałem po co z tego domu wychodzić, bo ani nie było do kogo, ani też nie było po co, przez co jakoś dosłownie z dnia na dzień złapał mnie potężny meltdown, który pomagały mi oswoić tylko te dwie płyty i kolejne przechodzenie San Andreas (co ciekawe - pierwsze, które zakończyło się ukończeniem wątku głównego. Serio, wcześniej zawsze mnie coś rozpraszało).
Dobra, wyszło trochę emowato-pizdowato-depresyjnie, ale wiecie dobrze, że czasem tak to jest. Ja chyba nie umiem na tyle ładnie pisać, by adekwatnie oddawać takie stany, a już na pewno nie robię tego tak przekonująco jak Layne Staley. Nie ma co tego przeciągać - weźcie i słuchajcie tego.

https://www.youtube.com/watch?v=lojHA_vBIVc
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 11 gru 2023 21:07

"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 13 gru 2023 08:07

nie spać, zwiedzać

Simonetti Pignatelli Morante - Tenebre

Ja jednak będę trzymał się oficjalnego nazewnictwa w tytule bo jednak umiejscawia jakoś w czasie bardziej to wcielenie grupy (takie moje zboczenie trochę ale kontekst historyczny zawsze ma dla mnie duże znaczenie, dlatego lubię kiedy piszecie choćby z jakich lat są Wasze wrzutki). Kiedy odpaliłem Tenebre od razu skojarzyłem pierwsze dźwięki samplowane przed laty przez pewnych wykonawców muzyki elektronicznej i chwilę zajęło mi przestawienie się z samplującego numeru na oryginał. Później już było jedynie dobrze, gdyż ja wszelkiej maści dziwne utwory muzyki tanecznej przygarniam z otwartymi ramionami przeważnie. Hien uprzedzał mnie że będzie horror disco i faktycznie jest, rytm robi disco a klawisze horror :D to by mogło IMO się wpasować w radyjko do GTA 4 które prowadził Francois Kevorkian, tam obok wrzucanego już przeze mnie numeru Killing Joke były takie rzeczy jak Black Devil Disco Club choćby. Bardzo fajna, unikalna wrzuta.

Sarsa - Zapomnij mi

Pamiętam że nie znosiłem Sarsy kiedy się pojawiła i mówiłem co to za koziołek tak beczy xd ale jakiś czas temu ktoś mi podesłał jakiś jej numer (Bronię się) i stwierdziłem że w sumie to jest spoko i już się lubimy. I z tym numerem też się polubiłem, gdzieś tam przez mgłę go jakbym pamiętał z radia bo to chyba był singiel. Taka o, ładna ballada po prostu z bujającą melodią, i jednak fajnym wokalem. Specyficznych zabiegów w tekście się nie bede czepiał, pamiętamy Varius Manx, pamiętamy Goyę czy moją Marię Peszek, przywykłem już że w polskiej muzyce pop problem jest z prostym pisaniem o miłości bez ocierania się o jakąś infantylność, grafomanię czy lekki cringe, jest to już chyba wpisane w naturę naszych rodzimych tekściarzy. Ten numer jest fajny i pasowałby totalnie do jakiegoś polskiego rom-comu, tudzież podbity osobistym wspomnieniem mógłby u mnie mocno żreć podejrzewam.

The Soft Moon - Crush

Nikt z nas chyba nie prosił o antidotum na święta ale Musiał i tak dostarcza xD pod pewnymi względami jest tu bliźniaczo jak z Ice Ages, ale na szczęście jest też dużo lepiej. Bliźniaczo w tym sensie że to taki numer mocno skupiony wokół tworzenia tej mhocznej atmosfery i ten gotyk tu się sprawnie wytwarza i to gęsty. Trochę gorzej że poza tym trochę nie znajduję tu piosenki, jakiejś ciekawszej kompozycji. Nie mam dreszczy od tej muzyki choćby nie wiem jak Panowie się starali, po tym dłuższym i gęstym wstępie czegoś zabrakło jednak IMO, nie zostało to rozwiązane jak choćby w takich kjurowych klasykach typu The Kiss albo Want. Brzmienie spoko, piosenka tak średnio.

Antenne - Here To Go

Tu z kolei też zasadniczo mógłbym rzec że najważniejsze jest brzmienie i wytworzony klimat, tylko że... w zupełności to wystarcza. Rytm perkusji lekki ale atmosfera ogólnie bardzo gęsta jak z zadymionego klubu jazzowego w środku nocy. Kiedy Pani zaczęła śpiewać skojarzeń z Portishead było mniej niż zero, usłyszałem linijkę "into the night" a przez delikatny wokal w głowie miałem od razu "step into the world", z tym że nie słyszałem Debbie Harry w Rapture tylko zapożyczenie tejże linijki w innym numerze:

https://youtu.be/_J14G986iK8?si=yOvWZ63PYcmVsAyU

W każdym razie muzycznie też bardziej niż Portis słyszę tu jazzujący soundtrack do Twin Peaks ale podbity elektroniką od spodu, klimat gęsty i późnonocny, znów trochę jakby skojarzenia z DJ Spooky nawet bym miał (ale może ja zbyt lekko wszystko tą łatką przybijam, po prostu widzę tu podobne zastosowanie dla tej muzy). Generalnie ma to hipnotyzujący leniwy rytm i zdecydowanie działa jak trzeba więc śmiała okejka ode mnie.

Alice In Chains - Them Bones

No mentos może sobie śmiało odhaczyć okejkę z mej strony, mój stosunek do tych ostów jest powszechnie znany i naprawdę trzeba by się postarać bym coś z nich zmehał (nwm, może Four Little Diamonds?). Lubiłem te starsze - czyt. tzw. 3D - części serii za bardziej spójne w brzmieniu radyjka dające fajny wgląd w jakiś gatunek muzyki, w zależności od humorku raz miewałem fazę na house, innym razem na klasycznego rocka a czasem właśnie na tego alt rocka generacji X w Radio X. Tam też poznałem chyba właśnie Personala jako jeden z pierwszych utworów DM w mej historii, polubiłem też parę innych numerów z tej stacji i obczailem spokojnie z 5-6 albumów powiązanych z nimi, na pewno w swoim czasie wlecą tu numery z nich i będzie też coś z Dirt gdyż mam innego faworyta z tego albumu niż Them Bones. Numer ten jest jak najbardziej spoko, kawał porządnego piłowania na gitarach, angstowy tekst i wokal Pana Staleya (dla mnie trochę niebywałe że w jednym czasie tyle fajnych wokali się wybiło - Cobain, Cornell i Staley, nigdy nie lubiłem Veddera za to). Them Bones jednak u mnie leżało gdzieś w środku stawki w tym radyjku, nie widzę też powodu by hejtować Gunsów aczkolwiek może przemawia przeze mnie sentyment gdyż Welcome To The Jungle poznałem stąd najpierw:

https://youtu.be/yOzcbtsw_pQ?si=J1KLW7wSoo3CSVb_

Tak czy srak, dobry numer mentos zapodał, może jedynie szkoda że już znam ale powrót zawsze miły.


Także tego no, naprawdę udana kolejeczka, dwie kolejki temu zmehałem wszystko poza Musiałem, teraz trochę odwrotnie ale też nie nazwałbym mego stosunku do numeru Soft Moon mehaniem, jest spoko acz mogło być lepiej. Them Bones miły powrót a z nieznanych to na czele chyba włoskie prog-disco (acz nie wiem czy jest tam coś co kazałoby używać tego przedrostka progowego).
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup