Philip Glass - Koyaanisqatsi
Oj, podszedł mi ten album, podszedł, i to bardzo! Nie pamiętam, kiedy miałem pierwszy kontakt z dziełami Glassa, ani nawet, co to konkretnie było (

), ale musiało to mieć miejsca po roku 2016, kiedy to bardziej otworzyłem się na różnorodną muzykę. Rzeczywiście, album ten w wielu fragmentach przywołuje na myśl twórczość Depeche Mode (że zacznę od głównego forumowego wątku) - słychać echa Glassa w takich kawałkach jak Pimpf, jak It Doesn't Matter Two (chyba najbardziej oczywiste skojarzenie) czy nawet w minimalistycznym stosunkowo One Caress.
Zaczyna się od dość upiornego, za sprawą powtarzanego w mechaniczny sposób tytułu, utworu tytułowego. Muzyka to zdecydowanie podniosła, ale też zawierająca wiele przestrzeni, świetnie nadawałaby się jako muzyka ilustracyjna do filmu, którego jeszcze nie zdążyłem obejrzeć

. Niewiele dźwięków, a efekt znaczący i znakomity. Jest w tym coś wciągającego, co sprawia, że chce się do tego wracać i wracać, ma jakiś transowy potencjał.
W miarę trwania albumu pojawiają się kolejne, ubogacające jego tkankę instrumenty. Czy to organy, czy to instrumenty smyczkowe, czy to akustyczne wybrzmiewają naprawdę cudnie. Z pewnością nie jest to muzyka spokojna i nie jest na każdą okazję, choć nie ma wyrazistego bitu, warto się przy niej zatrzymać i skupić, żeby uzyskać maksimum wrażeń odsłuchowych. Można słuchać aż do nasycenia, bo to tylko cieszy ucho (a wrażenia kompletnie inne niż przy Ozric Tentacles, kompletnie inne niż przy muzyce, przy której czuję pełną radość jak Heavy Horses, czy tajemniczy klimat jak przy Zeit, więc Glass tylko wzbogaca paletę takich albumów).
Jest w tym coś wspaniałego, ale i groźnego, jest coś, co trudno wyrazić słowami, ale powoli przejmuje człowieka i pokazuje mu swoją wizję świata, z którą ciekawie było się zapoznać. Na pewno siła tego albumu będzie wzrastać przy kolejnych odsłuchach. Jestem ukontentowany.
Edit: przy kolejnych odsłuchach mam wrażenie, że twórcy muzyki do Settlersów inspirowali się Glassem.