Best of Forum VI
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Zgadzam się. Tam wyżej zostałem niby zdissowany, że dissuję ten film, ale tak po prawdzie to go uwielbiam. Ma wprost doskonałą jak na tamte czasy obsadę, świetną muzę, fajny cytat z innym filmem Curtisa w postaci pewnej piosenki, interesujące przeszmuglowanie napięcia politycznego między USA i UK z początków XXI wieku, miodzio <3
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Z Grantem parę filmów zaliczyłem. I lubię takie klimaty. Polski tytuł coś mi nawet mówi. 
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Trzeba będzie Gahana prosić o nową wersję ostatniego bangeraHien pisze:20 gru 2024 13:38Ja pierdoIe, co jest ze mną nie tak... przecież to jest jego najlepsza rola w ogóle XDDDD
Zwalę to na charakter dnia, czyli: ZAPIERDOI_.
Wujas, jeżeli Ty tego w święta nie obejrzysz, to tracisz prawo lecenia w chuia.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
A co tu tak cicho? Zaczynamy ŚWIĄTECZNĄ
The Chordettes - Mr. Sandman
(1954)
To będzie chyba najstarsza datą wrzuta do tej pory z mojej strony, a może i w ogóle w tej bestce? Nic nie poradzę że tego typu amerykańskie klimaty jakoś nieodzownie kojarzą mi się ze świętami ale podejrzewam spora w tym zasługa też amerykańskiej kinematografii. Kiedy jakiś czas temu, być może pod wpływem bestki postanowiłem zmontować sobie świąteczną playlistę na własny użytek wówczas też umieściłem tam ten kawałek. Dlaczego? Bo byłem pewien że widziałem go w jakimś takim świątecznym filmie właśnie, jednak nie zastanawiałem się głębiej nad tym ani trochę.
Ostatnio jednak chciałem dociec pochodzenia tego utworu - w sensie skąd ja go znam i go wytrzasnąłem tak właściwie i zacząłem myśleć. W kwestii świątecznych filmów oczywistym wyborem byłby choćby Kevin Sam W Domu, rzecz w tym że... ten utwór tam się nie pojawia. Ale chwila wystarczyła by ciocia Wiki naprowadziła mnie na właściwy trop. Otóż nie chodziło o Kevina a o inny film z Macaulayem Culkinem w jednej z ról a mianowicie Wujaszek Buck z 1989 roku - rok przed Kevinem. Co ciekawe główną rolę gra tam John Candy który również wystąpił w jednej z mniejszych ról w Kevinie Sam W Domu (grał szefa kapeli grającej polkę, ogólnie to jest myślę jeden z tych aktorów których każdy kojarzy z twarzy a mniej z nazwiska). Co najśmieszniejsze - Wujaszek Buck wcale nie jest filmem świątecznym, CHOĆ jest to wciąż doskonała komedia familijna osadzona w nieokreślonym czasie po prostu zimową porą, taki który zapewne często pojawia się w tv w okresie świątecznym i tym samym idealnie nadaje się na wspólny, rodzinny wigilijny seans.
No dobra, skoro historię mamy już z głowy pozostaje jeszcze jedna kwestia... kim do cholery jest ten tytułowy Mr. Sandman??? Beka ale przed laty jakoś idiotycznie myślałem że chodzi o jakiegoś bałwana (a to byłby raczej snowman) czy jakąś inną zimową postać, a może to jakiś mityczny piaskarz posypujący drogi zimą? Lol, nic takiego. Cytując wprost internety - "Sandman to mityczna postać z europejskiego folkloru, która posypuje oczy ludzi magicznym piaskiem, usypia ich oraz zapewnia im piękne sny". No i git, a jak to się ma do filmu Wujaszek Buck jeśli w ogóle? Ano ma się jeśli spojrzeć na scenę w której kawałek się pojawia. Otóż w filmie tym - jeśli ktoś by nie wiedział - Buck opiekuje się trójką dzieci swojego brata i pewnego wieczoru jego mała bratanica mówi że boi się spać sama i błagającym wzrokiem wymusza na wujku żeby spał z dzieciakami, wtedy widzimy go jak biedny skulony próbuje zasnąć na skrawku łóżka zajetego w większości przez dzieciaki walczącego o fragment kołdry do przykrycia a za tło sceny służy oczywiście Mr. Sandman.
Także taka to świąteczna-nieświąteczna historia ukryta za tym numerem i jego obecnością tutaj teraz się kryje. Trochę przypadku, siły skojarzeń i pewne rzeczy łączą sie w nieoczywisty sposób ze sobą. W tym roku faktycznie zapodaję coś do czego wracam nie czesciej niż raz do roku tą świąteczną porą, może i Wam się udzieli.
Utwór:
https://youtu.be/yZo89uWs5t0?si=c1Fe-rjKxYsGWb8w
Scena z filmu:
https://youtu.be/lk4wJosQD3k?si=3sDxavlEmeOB_pjX
The Chordettes - Mr. Sandman
(1954)
To będzie chyba najstarsza datą wrzuta do tej pory z mojej strony, a może i w ogóle w tej bestce? Nic nie poradzę że tego typu amerykańskie klimaty jakoś nieodzownie kojarzą mi się ze świętami ale podejrzewam spora w tym zasługa też amerykańskiej kinematografii. Kiedy jakiś czas temu, być może pod wpływem bestki postanowiłem zmontować sobie świąteczną playlistę na własny użytek wówczas też umieściłem tam ten kawałek. Dlaczego? Bo byłem pewien że widziałem go w jakimś takim świątecznym filmie właśnie, jednak nie zastanawiałem się głębiej nad tym ani trochę.
Ostatnio jednak chciałem dociec pochodzenia tego utworu - w sensie skąd ja go znam i go wytrzasnąłem tak właściwie i zacząłem myśleć. W kwestii świątecznych filmów oczywistym wyborem byłby choćby Kevin Sam W Domu, rzecz w tym że... ten utwór tam się nie pojawia. Ale chwila wystarczyła by ciocia Wiki naprowadziła mnie na właściwy trop. Otóż nie chodziło o Kevina a o inny film z Macaulayem Culkinem w jednej z ról a mianowicie Wujaszek Buck z 1989 roku - rok przed Kevinem. Co ciekawe główną rolę gra tam John Candy który również wystąpił w jednej z mniejszych ról w Kevinie Sam W Domu (grał szefa kapeli grającej polkę, ogólnie to jest myślę jeden z tych aktorów których każdy kojarzy z twarzy a mniej z nazwiska). Co najśmieszniejsze - Wujaszek Buck wcale nie jest filmem świątecznym, CHOĆ jest to wciąż doskonała komedia familijna osadzona w nieokreślonym czasie po prostu zimową porą, taki który zapewne często pojawia się w tv w okresie świątecznym i tym samym idealnie nadaje się na wspólny, rodzinny wigilijny seans.
No dobra, skoro historię mamy już z głowy pozostaje jeszcze jedna kwestia... kim do cholery jest ten tytułowy Mr. Sandman??? Beka ale przed laty jakoś idiotycznie myślałem że chodzi o jakiegoś bałwana (a to byłby raczej snowman) czy jakąś inną zimową postać, a może to jakiś mityczny piaskarz posypujący drogi zimą? Lol, nic takiego. Cytując wprost internety - "Sandman to mityczna postać z europejskiego folkloru, która posypuje oczy ludzi magicznym piaskiem, usypia ich oraz zapewnia im piękne sny". No i git, a jak to się ma do filmu Wujaszek Buck jeśli w ogóle? Ano ma się jeśli spojrzeć na scenę w której kawałek się pojawia. Otóż w filmie tym - jeśli ktoś by nie wiedział - Buck opiekuje się trójką dzieci swojego brata i pewnego wieczoru jego mała bratanica mówi że boi się spać sama i błagającym wzrokiem wymusza na wujku żeby spał z dzieciakami, wtedy widzimy go jak biedny skulony próbuje zasnąć na skrawku łóżka zajetego w większości przez dzieciaki walczącego o fragment kołdry do przykrycia a za tło sceny służy oczywiście Mr. Sandman.
Także taka to świąteczna-nieświąteczna historia ukryta za tym numerem i jego obecnością tutaj teraz się kryje. Trochę przypadku, siły skojarzeń i pewne rzeczy łączą sie w nieoczywisty sposób ze sobą. W tym roku faktycznie zapodaję coś do czego wracam nie czesciej niż raz do roku tą świąteczną porą, może i Wam się udzieli.
Utwór:
https://youtu.be/yZo89uWs5t0?si=c1Fe-rjKxYsGWb8w
Scena z filmu:
https://youtu.be/lk4wJosQD3k?si=3sDxavlEmeOB_pjX
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Maluba - Cicha Noc (2020)
W idealnym świecie Ireneusz Mosio to jeden z popularniejszych aktorów - nie tylko w Polsce. Kamp nie potrafi się zużyć, wciąż znajduję rzeczy wywołujące niespotykane do tej pory wrażenia. Niewolnica Isaura to jeden z lepszych spektakli Szaniawskiego od dłuższego czasu. Generalnie na wałbrzyskiej scenie tendencja wzrostowa, to bardzo dobry znak. Ostatnio na łamach Teatru ukazał się znakomity artykuł o kondycji instytucji wrocławskich. Pełna zgoda. Do tego przyjemne docenienie wałbrzyskich eksperymentów. To baardzo na plus.
Pierwsza decyzja po obaleniu Jacka S.? Zamknięcie ruchu dla aut w centrum Wrocławia, tak przynajmniej na przekątnej Galerii Dominikańskiej i okolic Dworca Świebodzkiego. Tylko tramwaje i autobusy. Jarmarki jarmarkami, ale tam trzeba jeszcze lepszego transportu zbiorowego. Po ostatnim przejeździe Nką z Dworca na Dominikańską trwającym 15 minut chyba osiągnąłem kulminację wyrozumiałości. Będzie tylko gorzej. Świetny występ potężnego geja na sesji RM Wrocławia to dowód na to, że lokalsi również pod wieloma względami czekają na gwałtowne zmiany.
Pozytywne wspomnienie kolęd to wspólne śpiewy za dzieciaka ze śp. ciocią. Nie wiem czy wtedy leciały w tle interpretacje Violetty Villas czy nie - tę płytę w archiwach babcinych odkryłem jakiś czas później. Od tamtej pory kurtuazyjne koncerty podczas kolacji wigilijnej to wszystko. Negatywnych nie mam, taką na serio ulubioną jest Bóg się rodzi. Ma ładną filologiczną historię związaną z tekstem i wyjątkowo przyjemną melodię. Strzępy fundamentów kultury judeochrześcijańskiej zawsze zostaną w człowieku - to dobrze, czymś zawsze będziemy się różnić mimo pozytywnego zderzenia kulturowego pod wieloma innymi aspektami.
Zdaje się, że Maluba atakuje rynek DP. Mnie to tam rybka. Za ten pośredni występ gościnny na storiez jednego z ludzi teatru ma już u mnie status legendy. Wcale nie muszę słuchać czegoś więcej. Stylistycznie wszystko się zgadza. Postmoderna w służbie dzieła zniszczenia, tyle że bez pretensjonalnej otoczki. Znakomita interpretacja wokalna, wyjątkowo celne nawiązania do współczesnej muzyki rozrywkowej. W połączeniu z ilustracyjną scenografią wystarczy już tylko atmosfera ogniska domowego... albo wspólne winko z drugą osobą.
Jak redaktor Milewski podczas jednego z poniedziałkowych programów Uniwersum Ekstraklasy czekający na ciosy od Juliusza Sipiki tak ja wyciągam dłonie do przodu w geście prowokowania - gotowy na najgłupsze opinie. W sumie Leszka lubię najbardziej z całej ekipy Goala, ale to nawiasem mówiąc. Królowa Świąt jest jedna i to fakt niepodważalny. Chyba, że kiedyś przesłucham większej porcji materiałów od sióstr Godlewskich. Salut
https://youtu.be/TgAoolFb9AU
W idealnym świecie Ireneusz Mosio to jeden z popularniejszych aktorów - nie tylko w Polsce. Kamp nie potrafi się zużyć, wciąż znajduję rzeczy wywołujące niespotykane do tej pory wrażenia. Niewolnica Isaura to jeden z lepszych spektakli Szaniawskiego od dłuższego czasu. Generalnie na wałbrzyskiej scenie tendencja wzrostowa, to bardzo dobry znak. Ostatnio na łamach Teatru ukazał się znakomity artykuł o kondycji instytucji wrocławskich. Pełna zgoda. Do tego przyjemne docenienie wałbrzyskich eksperymentów. To baardzo na plus.
Pierwsza decyzja po obaleniu Jacka S.? Zamknięcie ruchu dla aut w centrum Wrocławia, tak przynajmniej na przekątnej Galerii Dominikańskiej i okolic Dworca Świebodzkiego. Tylko tramwaje i autobusy. Jarmarki jarmarkami, ale tam trzeba jeszcze lepszego transportu zbiorowego. Po ostatnim przejeździe Nką z Dworca na Dominikańską trwającym 15 minut chyba osiągnąłem kulminację wyrozumiałości. Będzie tylko gorzej. Świetny występ potężnego geja na sesji RM Wrocławia to dowód na to, że lokalsi również pod wieloma względami czekają na gwałtowne zmiany.
Pozytywne wspomnienie kolęd to wspólne śpiewy za dzieciaka ze śp. ciocią. Nie wiem czy wtedy leciały w tle interpretacje Violetty Villas czy nie - tę płytę w archiwach babcinych odkryłem jakiś czas później. Od tamtej pory kurtuazyjne koncerty podczas kolacji wigilijnej to wszystko. Negatywnych nie mam, taką na serio ulubioną jest Bóg się rodzi. Ma ładną filologiczną historię związaną z tekstem i wyjątkowo przyjemną melodię. Strzępy fundamentów kultury judeochrześcijańskiej zawsze zostaną w człowieku - to dobrze, czymś zawsze będziemy się różnić mimo pozytywnego zderzenia kulturowego pod wieloma innymi aspektami.
Zdaje się, że Maluba atakuje rynek DP. Mnie to tam rybka. Za ten pośredni występ gościnny na storiez jednego z ludzi teatru ma już u mnie status legendy. Wcale nie muszę słuchać czegoś więcej. Stylistycznie wszystko się zgadza. Postmoderna w służbie dzieła zniszczenia, tyle że bez pretensjonalnej otoczki. Znakomita interpretacja wokalna, wyjątkowo celne nawiązania do współczesnej muzyki rozrywkowej. W połączeniu z ilustracyjną scenografią wystarczy już tylko atmosfera ogniska domowego... albo wspólne winko z drugą osobą.
Jak redaktor Milewski podczas jednego z poniedziałkowych programów Uniwersum Ekstraklasy czekający na ciosy od Juliusza Sipiki tak ja wyciągam dłonie do przodu w geście prowokowania - gotowy na najgłupsze opinie. W sumie Leszka lubię najbardziej z całej ekipy Goala, ale to nawiasem mówiąc. Królowa Świąt jest jedna i to fakt niepodważalny. Chyba, że kiedyś przesłucham większej porcji materiałów od sióstr Godlewskich. Salut
https://youtu.be/TgAoolFb9AU
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ron Sexsmith – Gold In Them Hills
Co człowiek to inne święta, co człowiek to inna muzyka, a jednak wyczuwam w tych różnych wyborach muzycznych ludzi jakiś wspólny mianownik. Ron Sexsmith to Kanadyjski wokalista i muzyk, ale przede wszystkich piosenkopisarz pięknych piosenek. Jego twórczość poznałem rok temu i od razu wiedziałem, że to będzie długa i owocna znajomość, przeczucie, które pewnie każdy z Was miał przy kontakcie z różnymi artystami, którzy potem zostali z Wami na lata. „Gold in Them Hills”, w kwestii lirycznej, to niemal klasyczna piosenka o tym, że jutro będzie lepiej, że są ludzie, którzy rozumieją, że po deszczu zawsze wychodzi słońce, że się warto zatrzymać w życiu… banały, ale jak każdy na jakimś etapie się przekonuje, całe życie składa się z banałów i tylko banałów. Do tego, Ron Sexsmith jest na tyle sprawnym poetom, że potrafi to przedstawić w sposób niezaprzeczalnie zgrabny. I nagle okazuje się, że człowiek, który myślał nie potrzebuje takich piosenek, nagle przekonuje się, że potrzebował. Ale ponadto wszystko, jest to po prostu ładna piosenka, z pięknymi melodiami, TYM motywem na pianinie, który nagle wydaje się być najlepszym na świecie i atmosferą jednocześnie smutną i pogodną. Jak pewnie zauważyliście, bardzo często wspominałem w tym roku o starzeniu się, starości, itd., co mnie samego trochę zdziwiło, bo nawet nie skończyłem tej mitycznej 40-tki, ani nie wydarzyło się nic, co by jakoś mocno kazało mi myśleć o przemijaniu, ALE JEDNAK. I ten utwór też dobrze się w tę narrację wpisuje. Czas leci, człowiek się zużywa, trzeba szukać dobrego we wszystkim, bo każdy dzień się liczy, itd., itd. No, ale taka jest prawda, o czym zwłaszcza w okolicznościach świątecznych warto pamiętać, także wesołych świąt wszystkim.
https://youtu.be/vfbTh5tglis
Co człowiek to inne święta, co człowiek to inna muzyka, a jednak wyczuwam w tych różnych wyborach muzycznych ludzi jakiś wspólny mianownik. Ron Sexsmith to Kanadyjski wokalista i muzyk, ale przede wszystkich piosenkopisarz pięknych piosenek. Jego twórczość poznałem rok temu i od razu wiedziałem, że to będzie długa i owocna znajomość, przeczucie, które pewnie każdy z Was miał przy kontakcie z różnymi artystami, którzy potem zostali z Wami na lata. „Gold in Them Hills”, w kwestii lirycznej, to niemal klasyczna piosenka o tym, że jutro będzie lepiej, że są ludzie, którzy rozumieją, że po deszczu zawsze wychodzi słońce, że się warto zatrzymać w życiu… banały, ale jak każdy na jakimś etapie się przekonuje, całe życie składa się z banałów i tylko banałów. Do tego, Ron Sexsmith jest na tyle sprawnym poetom, że potrafi to przedstawić w sposób niezaprzeczalnie zgrabny. I nagle okazuje się, że człowiek, który myślał nie potrzebuje takich piosenek, nagle przekonuje się, że potrzebował. Ale ponadto wszystko, jest to po prostu ładna piosenka, z pięknymi melodiami, TYM motywem na pianinie, który nagle wydaje się być najlepszym na świecie i atmosferą jednocześnie smutną i pogodną. Jak pewnie zauważyliście, bardzo często wspominałem w tym roku o starzeniu się, starości, itd., co mnie samego trochę zdziwiło, bo nawet nie skończyłem tej mitycznej 40-tki, ani nie wydarzyło się nic, co by jakoś mocno kazało mi myśleć o przemijaniu, ALE JEDNAK. I ten utwór też dobrze się w tę narrację wpisuje. Czas leci, człowiek się zużywa, trzeba szukać dobrego we wszystkim, bo każdy dzień się liczy, itd., itd. No, ale taka jest prawda, o czym zwłaszcza w okolicznościach świątecznych warto pamiętać, także wesołych świąt wszystkim.
https://youtu.be/vfbTh5tglis
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Birdy – White Winter Hymnal
Jasmine Lucilla Elizabeth Jennifer van den Bogaerde czyli po prostu Birdy powraca. Już rok temu chciałem to wrzucić, jednak nie chciałem na siłę dawać dubla, które wtedy jeszcze nie obowiązywały. Ale co się odwlecze…
White Winter Hymnal to cover utworu zespołu Fleet Foxes pochodzący z debiutanckiego albumu Birdy. Był to album zaledwie 15-letniej wtedy Jasmine zawierający covery innych wykonawców w wykonaniu piosenkarki. Króciutki utwór złożony właściwie z jednej powtarzanej trzykrotnie zwrotki o tematyce bardzo pasującej do obecnego okresu. Taka miniaturka, której nigdy nie mam dość. Którą czasami zapętlam sobie i słucham jak nawiedzony. Moje uwielbienie dla tej piosenki oraz jej krótki czas trwania powoduje, że po jej zakończeniu zawsze odczuwam ogromny niedosyt i pragnę jedynie natychmiast posłuchać po raz kolejny. Bo nie ma lepszej muzyki od tej, która po zakończeniu pozostawia uczucie niedosytu.
https://www.youtube.com/watch?v=7LlKoQAvXUc
Jasmine Lucilla Elizabeth Jennifer van den Bogaerde czyli po prostu Birdy powraca. Już rok temu chciałem to wrzucić, jednak nie chciałem na siłę dawać dubla, które wtedy jeszcze nie obowiązywały. Ale co się odwlecze…
White Winter Hymnal to cover utworu zespołu Fleet Foxes pochodzący z debiutanckiego albumu Birdy. Był to album zaledwie 15-letniej wtedy Jasmine zawierający covery innych wykonawców w wykonaniu piosenkarki. Króciutki utwór złożony właściwie z jednej powtarzanej trzykrotnie zwrotki o tematyce bardzo pasującej do obecnego okresu. Taka miniaturka, której nigdy nie mam dość. Którą czasami zapętlam sobie i słucham jak nawiedzony. Moje uwielbienie dla tej piosenki oraz jej krótki czas trwania powoduje, że po jej zakończeniu zawsze odczuwam ogromny niedosyt i pragnę jedynie natychmiast posłuchać po raz kolejny. Bo nie ma lepszej muzyki od tej, która po zakończeniu pozostawia uczucie niedosytu.
https://www.youtube.com/watch?v=7LlKoQAvXUc
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
David Essex - A Winter's Tale (1982)
Idą Święta, a smutny dev smuci. Niestety, ma trochę powodów, ale najbardziej poważny jest ten, iż mijają właśnie 3 lata od ostatnich naprawdę pięknych devowych Świąt (i do tego ze śniegiem!). Prawdopodobnie wiecie, że dev od już ponad 30 lat jest w posiadaniu (no dobra, na początku to nie byłem ja, ale teraz jestem to ja) najlepszej świątecznej kompilacji ever, a więc The Rock Collection: Rock Christmas, wydanej w 1992 nakładem wydawnictwa Time Life (ktoś to jeszcze pamięta?). Dzięki tej składance dev poznał masę pięknych, świątecznych piosenek. Czwartym trackiem na pierwszym krążku tego dwupłytowego wydawnictwa była (jest nadal lol) piosenka, którą właśnie wrzucam. Rzadko miałem z nią do czynienia, albowiem moja mama niespecjalnie za nią przepada bo dziś dzień i często zwyczajnie ją skipowała. Szkoda, bo piosenka jest piękna, choć bardzo smutna.
Nie jest ona bowiem typowym Christmas-songiem, a przygnębiającym rozliczeniem podmiotu lirycznego z faktem bycia porzuconym przez obiekt miłości romantycznej. Święta są tutaj jedynie tłem (bardziej zaś po prostu zima), wzmiankowanym zresztą ledwo w pierwszej zwrotce (no, chyba, że weźmiemy pod uwagę życzenia z drugiej), dla melancholijnego zanurzenia się we wspomnieniach o osobie, której dawno już nie ma, nie wiadomo, co się z nią dzieje, gdzie jest, co robi, etc. Ale wciąż istnieje w pamięci osoby portretowanej przez śpiewającego ten tekst, i zdaje się istnieje tam bardzo wyraźnie. Jednocześnie wybrzmiewa pogodzenie się z tym, co miało miejsce. Wciąż ciężkie, wciąż gorzkie, ale mimo wszystko pogodzenie i jednoznaczne zwrócenie uwagi na fakt, iż w zestawieniu z całokształtem świata, to właściwie kompletnie nieistotna sprawa. Trochę nie sposób się nie wzruszyć, ale no, taka natura tego utworu.
Ja się jednak wzruszam wyjątkowo, albowiem kawałek ten ma dla mnie określone konotacje. Jest on dla mnie - zdawać by się było - wciąż niedokończonym pożegnaniem z bardzo niegdyś ważną w moim życiu osobą, której to osoby w tym życiu już oczywiście nie ma. A to właśnie z tą osobą przeżywałem naprawdę wspaniałe Święta (nawet, gdy nie było śniegu), dokładnie takie, jakie sobie i wymarzyłem i zaplanowałem. Dziś zostały tylko wyżej wymienione wspomnienia, jednocześnie gorycz i brak żalu, a życzenia, czy raczej nadzieja, że "love and strength are with you for the length of your time on Earth". A Winter's Tale wgryzło mi się w głowę (i serce ewidentnie), że nieco rzutem na taśmę - ale wciąż - nagrałem cover tego kawałka na ostatnie EP moje i Munlupa, które wypuściliśmy przed dwoma laty. Robione na chybcika ma sznyt odrzutu sesyjnego, ale nadało mu to mimo wszystko ciekawy klimacik. Cóż, nigdy nie skipuję tego numeru. Wesołych Świąt S., gdziekolwiek teraz jesteś.
https://youtu.be/J3c18V3ChIs?si=DMCb9SHkQylMjM_F
PS., Oczywiście wideo, bo jedyna wersja "z płyty" to wersja z albumu Essexa z autocoverami, datowana na 2000 rok. Essex brzmi tam jak stary dziad (którym na dobrą sprawę był już wtedy), więc daruję Wam tę wątpliwą przyjemność. 45 minut wertowania YT i zero sukcesu, proszę o świąteczne wybaczenie
Idą Święta, a smutny dev smuci. Niestety, ma trochę powodów, ale najbardziej poważny jest ten, iż mijają właśnie 3 lata od ostatnich naprawdę pięknych devowych Świąt (i do tego ze śniegiem!). Prawdopodobnie wiecie, że dev od już ponad 30 lat jest w posiadaniu (no dobra, na początku to nie byłem ja, ale teraz jestem to ja) najlepszej świątecznej kompilacji ever, a więc The Rock Collection: Rock Christmas, wydanej w 1992 nakładem wydawnictwa Time Life (ktoś to jeszcze pamięta?). Dzięki tej składance dev poznał masę pięknych, świątecznych piosenek. Czwartym trackiem na pierwszym krążku tego dwupłytowego wydawnictwa była (jest nadal lol) piosenka, którą właśnie wrzucam. Rzadko miałem z nią do czynienia, albowiem moja mama niespecjalnie za nią przepada bo dziś dzień i często zwyczajnie ją skipowała. Szkoda, bo piosenka jest piękna, choć bardzo smutna.
Nie jest ona bowiem typowym Christmas-songiem, a przygnębiającym rozliczeniem podmiotu lirycznego z faktem bycia porzuconym przez obiekt miłości romantycznej. Święta są tutaj jedynie tłem (bardziej zaś po prostu zima), wzmiankowanym zresztą ledwo w pierwszej zwrotce (no, chyba, że weźmiemy pod uwagę życzenia z drugiej), dla melancholijnego zanurzenia się we wspomnieniach o osobie, której dawno już nie ma, nie wiadomo, co się z nią dzieje, gdzie jest, co robi, etc. Ale wciąż istnieje w pamięci osoby portretowanej przez śpiewającego ten tekst, i zdaje się istnieje tam bardzo wyraźnie. Jednocześnie wybrzmiewa pogodzenie się z tym, co miało miejsce. Wciąż ciężkie, wciąż gorzkie, ale mimo wszystko pogodzenie i jednoznaczne zwrócenie uwagi na fakt, iż w zestawieniu z całokształtem świata, to właściwie kompletnie nieistotna sprawa. Trochę nie sposób się nie wzruszyć, ale no, taka natura tego utworu.
Ja się jednak wzruszam wyjątkowo, albowiem kawałek ten ma dla mnie określone konotacje. Jest on dla mnie - zdawać by się było - wciąż niedokończonym pożegnaniem z bardzo niegdyś ważną w moim życiu osobą, której to osoby w tym życiu już oczywiście nie ma. A to właśnie z tą osobą przeżywałem naprawdę wspaniałe Święta (nawet, gdy nie było śniegu), dokładnie takie, jakie sobie i wymarzyłem i zaplanowałem. Dziś zostały tylko wyżej wymienione wspomnienia, jednocześnie gorycz i brak żalu, a życzenia, czy raczej nadzieja, że "love and strength are with you for the length of your time on Earth". A Winter's Tale wgryzło mi się w głowę (i serce ewidentnie), że nieco rzutem na taśmę - ale wciąż - nagrałem cover tego kawałka na ostatnie EP moje i Munlupa, które wypuściliśmy przed dwoma laty. Robione na chybcika ma sznyt odrzutu sesyjnego, ale nadało mu to mimo wszystko ciekawy klimacik. Cóż, nigdy nie skipuję tego numeru. Wesołych Świąt S., gdziekolwiek teraz jesteś.
https://youtu.be/J3c18V3ChIs?si=DMCb9SHkQylMjM_F
PS., Oczywiście wideo, bo jedyna wersja "z płyty" to wersja z albumu Essexa z autocoverami, datowana na 2000 rok. Essex brzmi tam jak stary dziad (którym na dobrą sprawę był już wtedy), więc daruję Wam tę wątpliwą przyjemność. 45 minut wertowania YT i zero sukcesu, proszę o świąteczne wybaczenie
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Lou Reed & Various Artists - Perfect Day
Będzie krótko, bo nie chce mi się rozpisywać, a wam tego czytać. Bo generalnie to chciałem polać wodę na temat tego jak definiuję swój PERFEKCYJNY DZIEŃ i w ogóle, ale i tak dobrze wiecie, że skończyloby się na konkluzji, że wyglądałby tak mniej-więcej jak ten z tekstu piosenki, którą wrzucam. No ale co ja poradzę, że tak jest i jeśli miałbym w swoim życiu wymieniać takie momenty, to pewnie bym właśnie uwzględnił dni, w których nie robiłem niczego szczególnie wielkiego, tylko spędziłem czas w dobrym gronie na robieniu oczywistych czynności, a potem poszedłem spać. Wiadomo, że zawsze dochodzi przy tym kontekst sytuacji życiowej et cetera et cetera, ale GENERALNIE to tak jest.
Piszę to nie tylko dlatego, że majaczę, ale w sumie no... dziś miałem w sumie dzień jak z tekstu tej piosenki. Może zamiast parku była wizyta w sklepie, może nie karmiłem zwierzątek, ale jakoś tak było beztrosko, miło i w ogóle. Pozwolę sobie nie zdradzać szczegółów, bo jednak to może przeczytać KAŻDY, a ja nie jestem aż takim ekshibicjonistą i jednak nie o wszystkim chcę pisać w internecie. Trudno, jakoś zdzierżę te potencjalne żarty a'la pijany wuj przy wigilijnym stole.
Pozwoliłem sobie wrzucić nie wersję studyjną, nie żaden live ani nic, tylko wersję nagraną dla BBC w 1997 roku przez Reeda oraz KAŻDEGO CZŁOWIEKA. Nie no, przesadzam, ale lista kolaborantów jest długa i imponująca. Mam jakiś sentyment do tejże wersji, gdyż odkryłem ją w tym okresie, gdzie chłonąłem każdą muzykę jak gąbka i bodajże trafiłem na nią w okresie, gdy miałem turbopierdolca na punkcie Bowiego i potrafiłem oglądać godzinami jakiekolwiek nagrania z jego udziałem. Pamiętam jak dziś, że w tamtym czasie poza nim i Bono nie znałem z tych wykonawców w sumie nikogo - na szczęście lata muzycznej edukacji nie poszły w las i teraz wiem, że jeden z wersów (nie mylić z Wersow) wykonuje Suzanne Vega, przez co wrzucam wam ją na tym forum prawdopodobnie 2425677 raz.
No cóż, bierzcie i słuchajcie tego.
https://www.youtube.com/watch?v=IeomLrr63G0
Będzie krótko, bo nie chce mi się rozpisywać, a wam tego czytać. Bo generalnie to chciałem polać wodę na temat tego jak definiuję swój PERFEKCYJNY DZIEŃ i w ogóle, ale i tak dobrze wiecie, że skończyloby się na konkluzji, że wyglądałby tak mniej-więcej jak ten z tekstu piosenki, którą wrzucam. No ale co ja poradzę, że tak jest i jeśli miałbym w swoim życiu wymieniać takie momenty, to pewnie bym właśnie uwzględnił dni, w których nie robiłem niczego szczególnie wielkiego, tylko spędziłem czas w dobrym gronie na robieniu oczywistych czynności, a potem poszedłem spać. Wiadomo, że zawsze dochodzi przy tym kontekst sytuacji życiowej et cetera et cetera, ale GENERALNIE to tak jest.
Piszę to nie tylko dlatego, że majaczę, ale w sumie no... dziś miałem w sumie dzień jak z tekstu tej piosenki. Może zamiast parku była wizyta w sklepie, może nie karmiłem zwierzątek, ale jakoś tak było beztrosko, miło i w ogóle. Pozwolę sobie nie zdradzać szczegółów, bo jednak to może przeczytać KAŻDY, a ja nie jestem aż takim ekshibicjonistą i jednak nie o wszystkim chcę pisać w internecie. Trudno, jakoś zdzierżę te potencjalne żarty a'la pijany wuj przy wigilijnym stole.
Pozwoliłem sobie wrzucić nie wersję studyjną, nie żaden live ani nic, tylko wersję nagraną dla BBC w 1997 roku przez Reeda oraz KAŻDEGO CZŁOWIEKA. Nie no, przesadzam, ale lista kolaborantów jest długa i imponująca. Mam jakiś sentyment do tejże wersji, gdyż odkryłem ją w tym okresie, gdzie chłonąłem każdą muzykę jak gąbka i bodajże trafiłem na nią w okresie, gdy miałem turbopierdolca na punkcie Bowiego i potrafiłem oglądać godzinami jakiekolwiek nagrania z jego udziałem. Pamiętam jak dziś, że w tamtym czasie poza nim i Bono nie znałem z tych wykonawców w sumie nikogo - na szczęście lata muzycznej edukacji nie poszły w las i teraz wiem, że jeden z wersów (nie mylić z Wersow) wykonuje Suzanne Vega, przez co wrzucam wam ją na tym forum prawdopodobnie 2425677 raz.
No cóż, bierzcie i słuchajcie tego.
https://www.youtube.com/watch?v=IeomLrr63G0
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
The Chordettes Mr. Sandman
Byłem zaskoczony, że znajomi wrzucili ten kawałek na playlistę przy okazji jednej z naszych posiadówek. Może to kwestia filmowych nawiązań, może po prostu chwytliwość, zdolność zapadania w pamięci. Ewentualnie jakiś popkulturowy follow up, którego nie mogę sobie przypomnieć. Numer jakby żywcem wyjęty ze scen dziejących się na dworcu w filmach świątecznych. Liryki jakoś bezpośrednio tak nie nawiązują, ale sielskie wokale czy słuchowiskowa inscenizacja, teatralizacja sprzyjają sile sugestii. Muszę popytać, skąd to się wzięło przy imprezie niespodziance... bo z jej przebiegu nie pamiętam takiego tła wydarzeń. Ma być miło, lekko, przyjemnie.
Ron Sexsmith Gold in Them Hills
Już mi lepiej, ale i tak. Na poziomie obiektywnym to całkiem udana ballada na podniesienie ducha, refleksje typu przemijanie żyćka, moment rozważań o charakterze egzystencjalnym. Całkiem poważna partia fortepianowa przyprawiona smyki. Wokal niezbyt wyróżniający, ale na pewno znajdą się koneserzy, którzy docenią. Kompromis między operowymi popisami a występami w Młodszej Siostrze. Dla mnie w połączeniu z opisem to wręcz dawka kompletnie niestrawna, nietrafiona, nie udzielają mi się takie myśli. Chyba jednak wolę kontakty międzyludzkie niż cały anturaż. Przepalone styki tak, że nawet kolejnej płyty kolęd klocuchowych nie zamierzam sprawdzać. Highlightem dzisiejszego dnia It's No Good w Muzycznym Radiu, to jest ten kierunek hehh Mniej oczywiste okoliczności please, nie godzinna sekcja otępiająco-męcząca...
Birdy White Winter Hymnal
...bo od razu wracam myślami do odsłuchów jakichś płyt Anny Wyszkoni z katalogu należącego do mojej mamy. Albo lecącego telewizora i programów ze świąteczną muzyką. Dziesięć minut i do widzenia, już mi wystarczy, już się najadłem. Patos, refleksje, dostojne tempo - czego brakuje? Młodzieńczych wokali. W porównaniu do poprzednika aranż mniej rozbudowany, ot taka kolędowa mantryczna wręcz energia. Są dodatkowe zaśpiewy, jest odpowiednia długość. Przynajmniej nie ma przestrzeni dla chamskiego przerwania na minutę przed serwisem informacyjnym. Mnie po dwóch razach defifnitywnie wystarczy.
David Essex A Winter's Tale
Ja w sumie nie mam na co narzekać względem świąt samych w sobie, tego okresu obżarstwa wigilijnego, przyjemnego letargu bożonarodzeniowego i ciastowego przyłożenia w Drugi Dzień Świąt. W zeszłym roku robiłem za Mikołaja, najpewniej jutro czeka mnie podobna rola. W okresie pandemicznym jak nigdy święta w całości spędzone w naszym domu nie u dziadków czy rodziny starszego brata. W alternatywnej rzeczywistości mógłbym wspominać wspólne historie i chwile spędzone z ojcem, ale kompletnie nie mam potrzeby. Przy okazji kolacji wigilijnej, a konkretnie pojedynczych wzmianek podczas rozmów, najczęściej wracam myślami do naszej rodzinnej bohaterki jednego z segmentów mojego opisu. Ciocia D. zostanie w pamięci do końca życia jako symboliczna i faktyczna powierniczka czegoś bardziej tradycyjnego w tym całym ambarasie. Pomimo upływu lat wciąż kojarzę siebie mającego przed sobą całą podstawówkę. Sytuacja rysuje się mniej więcej tak. Pokój w ciepłych barwach - żółty, pomarańczowy, jasny brązowy. Dość zużyta sofa z kolorze powiedzmy, że zielonym, jasnym zielonym. Młody chłopiec w szale dyskusji, bo od samego początku preferuję tryb gaduła. Po mojej lewej niska kobieta w średnim wieku. Krótkie włosy, okulary, jakiś bordowy sweter. Syto zastawiony stół, pewnie rodzinka z Pomorza też wpadła. Niezręczny moment, bo ciocia chce pośpiewać kolędy. Znajduje we mnie jedynego sojusznika dla tej zacnej inicjatywy. No to śpiewamy. Tak to ze mną zostało. Szacun dla Adriana za odcinek osobistych wyznań, sam numer jakby z jeszcze poprzedniej epoki. Mimo serowości zawiera soczystą partię na dętym drewnianym, ma działać w zupełnie innym rejestrze, więc jako kawałek okolicznościowy chyba najbardziej strawnie go przeżyłem.
Lou Reed & VA Perfect Day
A mnie wczoraj ten dzban w pracy dobił dokumentnie. Trochę Truman Show, a trochę wyczuwalna Kronika Zapowiedzianego Meltdownu, w której prosiło się o punkt kulminacyjny. Dzisiejsza wycieczka po ostatni prezent jak z koszmaru, ale chyba nigdy wcześniej nie obskoczyłem Rossmanna, Biedronki i Action w 20 minut, także ten. Przed tym szło naprawdę nieźle, tyle że okoliczności, sytuacja, a także wyjątkowe chamstwo sprawiły, że ja - człowiek praktycznie nieumiejący się kłócić - musiałem przeżywać tę żenadę wyjątkowo długo. Symboliczna opinia nt. samego kawałka. Nie lubię generalnie żadnych rzeczy pokroju pospolite ruszenie, a mówiąc ścislej stu wykonawców w jednym. Rozgraniczam intencje i cel od sztuki. Tych wspólnych kawałków zazwyczaj trudno wysłuchać więcej niż raz. VIVA i przyjaciele, Pokonamy Falę, Band Aid, już dwie wersje Mojej i Twojej Nadziei. Jak ktoś nie ma sentymentu, albo co gorsza, doświadcza sytuacji, w związku z którymi organizuje się takie akcje, to raczej nie znajdzie nic dla siebie. Seba ma najlepszą możliwą okoliczność. Ja się zastanawiam: ciekawa rzecz, że numer w celach pomocy dzieciakom, a zaczyna się od sangrii... Jeśli czemuś się przysłużył to spoko, generalnie dobrze pielęgnować elementarną empatię. Zgodnie z tą ideą na tym zakończymy #sokół
Uff, nie było tak źle, ale zwlekanie uznałbym za dość niezręczne.
Byłem zaskoczony, że znajomi wrzucili ten kawałek na playlistę przy okazji jednej z naszych posiadówek. Może to kwestia filmowych nawiązań, może po prostu chwytliwość, zdolność zapadania w pamięci. Ewentualnie jakiś popkulturowy follow up, którego nie mogę sobie przypomnieć. Numer jakby żywcem wyjęty ze scen dziejących się na dworcu w filmach świątecznych. Liryki jakoś bezpośrednio tak nie nawiązują, ale sielskie wokale czy słuchowiskowa inscenizacja, teatralizacja sprzyjają sile sugestii. Muszę popytać, skąd to się wzięło przy imprezie niespodziance... bo z jej przebiegu nie pamiętam takiego tła wydarzeń. Ma być miło, lekko, przyjemnie.
Ron Sexsmith Gold in Them Hills
Już mi lepiej, ale i tak. Na poziomie obiektywnym to całkiem udana ballada na podniesienie ducha, refleksje typu przemijanie żyćka, moment rozważań o charakterze egzystencjalnym. Całkiem poważna partia fortepianowa przyprawiona smyki. Wokal niezbyt wyróżniający, ale na pewno znajdą się koneserzy, którzy docenią. Kompromis między operowymi popisami a występami w Młodszej Siostrze. Dla mnie w połączeniu z opisem to wręcz dawka kompletnie niestrawna, nietrafiona, nie udzielają mi się takie myśli. Chyba jednak wolę kontakty międzyludzkie niż cały anturaż. Przepalone styki tak, że nawet kolejnej płyty kolęd klocuchowych nie zamierzam sprawdzać. Highlightem dzisiejszego dnia It's No Good w Muzycznym Radiu, to jest ten kierunek hehh Mniej oczywiste okoliczności please, nie godzinna sekcja otępiająco-męcząca...
Birdy White Winter Hymnal
...bo od razu wracam myślami do odsłuchów jakichś płyt Anny Wyszkoni z katalogu należącego do mojej mamy. Albo lecącego telewizora i programów ze świąteczną muzyką. Dziesięć minut i do widzenia, już mi wystarczy, już się najadłem. Patos, refleksje, dostojne tempo - czego brakuje? Młodzieńczych wokali. W porównaniu do poprzednika aranż mniej rozbudowany, ot taka kolędowa mantryczna wręcz energia. Są dodatkowe zaśpiewy, jest odpowiednia długość. Przynajmniej nie ma przestrzeni dla chamskiego przerwania na minutę przed serwisem informacyjnym. Mnie po dwóch razach defifnitywnie wystarczy.
David Essex A Winter's Tale
Ja w sumie nie mam na co narzekać względem świąt samych w sobie, tego okresu obżarstwa wigilijnego, przyjemnego letargu bożonarodzeniowego i ciastowego przyłożenia w Drugi Dzień Świąt. W zeszłym roku robiłem za Mikołaja, najpewniej jutro czeka mnie podobna rola. W okresie pandemicznym jak nigdy święta w całości spędzone w naszym domu nie u dziadków czy rodziny starszego brata. W alternatywnej rzeczywistości mógłbym wspominać wspólne historie i chwile spędzone z ojcem, ale kompletnie nie mam potrzeby. Przy okazji kolacji wigilijnej, a konkretnie pojedynczych wzmianek podczas rozmów, najczęściej wracam myślami do naszej rodzinnej bohaterki jednego z segmentów mojego opisu. Ciocia D. zostanie w pamięci do końca życia jako symboliczna i faktyczna powierniczka czegoś bardziej tradycyjnego w tym całym ambarasie. Pomimo upływu lat wciąż kojarzę siebie mającego przed sobą całą podstawówkę. Sytuacja rysuje się mniej więcej tak. Pokój w ciepłych barwach - żółty, pomarańczowy, jasny brązowy. Dość zużyta sofa z kolorze powiedzmy, że zielonym, jasnym zielonym. Młody chłopiec w szale dyskusji, bo od samego początku preferuję tryb gaduła. Po mojej lewej niska kobieta w średnim wieku. Krótkie włosy, okulary, jakiś bordowy sweter. Syto zastawiony stół, pewnie rodzinka z Pomorza też wpadła. Niezręczny moment, bo ciocia chce pośpiewać kolędy. Znajduje we mnie jedynego sojusznika dla tej zacnej inicjatywy. No to śpiewamy. Tak to ze mną zostało. Szacun dla Adriana za odcinek osobistych wyznań, sam numer jakby z jeszcze poprzedniej epoki. Mimo serowości zawiera soczystą partię na dętym drewnianym, ma działać w zupełnie innym rejestrze, więc jako kawałek okolicznościowy chyba najbardziej strawnie go przeżyłem.
Lou Reed & VA Perfect Day
A mnie wczoraj ten dzban w pracy dobił dokumentnie. Trochę Truman Show, a trochę wyczuwalna Kronika Zapowiedzianego Meltdownu, w której prosiło się o punkt kulminacyjny. Dzisiejsza wycieczka po ostatni prezent jak z koszmaru, ale chyba nigdy wcześniej nie obskoczyłem Rossmanna, Biedronki i Action w 20 minut, także ten. Przed tym szło naprawdę nieźle, tyle że okoliczności, sytuacja, a także wyjątkowe chamstwo sprawiły, że ja - człowiek praktycznie nieumiejący się kłócić - musiałem przeżywać tę żenadę wyjątkowo długo. Symboliczna opinia nt. samego kawałka. Nie lubię generalnie żadnych rzeczy pokroju pospolite ruszenie, a mówiąc ścislej stu wykonawców w jednym. Rozgraniczam intencje i cel od sztuki. Tych wspólnych kawałków zazwyczaj trudno wysłuchać więcej niż raz. VIVA i przyjaciele, Pokonamy Falę, Band Aid, już dwie wersje Mojej i Twojej Nadziei. Jak ktoś nie ma sentymentu, albo co gorsza, doświadcza sytuacji, w związku z którymi organizuje się takie akcje, to raczej nie znajdzie nic dla siebie. Seba ma najlepszą możliwą okoliczność. Ja się zastanawiam: ciekawa rzecz, że numer w celach pomocy dzieciakom, a zaczyna się od sangrii... Jeśli czemuś się przysłużył to spoko, generalnie dobrze pielęgnować elementarną empatię. Zgodnie z tą ideą na tym zakończymy #sokół
Uff, nie było tak źle, ale zwlekanie uznałbym za dość niezręczne.
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
The Chordettes - Mr. Sandman
Doskonale rozumiem kolegę Jacka, bo dla mnie ten utwór też ma wajb idealny na obecną okoliczność. Wiele podobnych utworów słyszałem we wszelkiej maści filmach familijnych czy bajkach Disneya. I może takiej muzyki z oczywistych względów na co dzień nie słucham, ale w pewnych sytuacjach nie potrafię się oprzeć jej urokowi. Jestem wrażliwcem i uwielbiam kino familijne. Uwielbiam bajki i baśnie. Uwielbiam filmy absurdalnie wręcz naiwne jak choćby Kevin sam w domu czy Świąteczna gorączka. A tam bardzo często leci taka nuta, która wpasowuje się wręcz idealnie. Lubię takie urocze, naiwne klimaty jakże odmienne od zwykłego, codziennego, realnego życia. Lubię się pogrążać w tych fikcyjnych światach. Szczególnie w okolicy Świąt.
No i lubię tego sympatycznego grubaska Johna Candy’ego, chociaż do tej pory rzeczywiście kojarzyłem go jedynie z twarzy.
Ron Sexsmith – Gold In Them Hills
Hien udowadnia, że w kolejce świątecznej niekoniecznie muszą dominować typowe kolędy czy christmas songi. Bo mamy tutaj piosenkę, która kolędą nie jest, ale klimatem idealnie pasuje do okresu świątecznego. Gość ma naprawdę ładny głos. Utwór jest bardzo ładny. Aranżacja wręcz idealna. Piękna melodia ubrana w delikatne smyki i ładne pianino. I to wystarcza w zupełności. Nie trzeba niczego więcej. Wystarczy posłuchać i się rozpłynąć w błogiej atmosferze.
Myślę, że u każdego w pewnym wieku przychodzi taki moment, kiedy rozmyśla o upływającym czasie, o przemijaniu, o bezpowrotnej utracie młodości. Ten moment pojawia się tak niespodziewanie, że człowiek nie może wyjść z szoku, że to już. Przecież chwilę temu byłem taki młody. Świat leżał u moich stóp. Teraz po młodości zostało jedynie wspomnienie. Nawet aktorzy czy muzycy z czasów mojej młodości się zestarzeli. Nawet po nich widać upływający czas. I robi się wtedy smutno. Człowiek w każdym wieku może być szczęśliwy i cieszyć się życiem, ale młodości jednak zawsze szkoda. I wtedy zawsze ale to zawsze dopada mnie taka refleksja – gdybym mając obecną świadomość mógł cofnąć się w czasie, to bym swoje życie przeżył inaczej. Niekoniecznie w inny sposób, ale intensywniej. Bardziej bym się cieszył każdą chwilą. Wiedząc jak błyskawicznie czas umyka bardziej starałbym się te chwile młodości zapamiętać.
David Essex - A Winter's Tale
Tu jest sytuacja podobna do utworu Murzyna – niby nie typowy christmas song, ale jednak ma taką około świąteczną atmosferę. Kolejny ładny utwór w ładnej i przyjemnej aranżacji. Po prostu piosenka sobie płynie, a człowiekowi robi się ciepło na sercu. Mogłoby to tak zapętlone lecieć i lecieć, a ja mógłbym sobie siedzieć i słuchać wpatrzony w okno. Albo sobie coś tam robić (np. lepić pierogi czy ozdabiać pierniki). Sielski klimat po prostu mi się udziela i już.
Lou Reed & Various Artists - Perfect Day
I nawet Mentos ze swoim Perfect Day w dziwny sposób wstrzelił się w klimat. Kolejny niezwykle klimatyczny utwór, który ja osobiście uwielbiam od zawsze. Słyszałem sporo różnych wersji tej piosenki. Najbardziej zawsze chyba lubiłem wersję wykonywaną przez Duran Duran. Ale ta też jest spoko. Ja tam nie mam nic do wersji wykonywanych przez wielu artystów. Nawet sobie obejrzałem clip do Perfect Day, żeby zobaczyć, kto tam w ogóle występował. No i jest rzeczywiście nasza dobra znajoma Susanne Vega. Jest Bono. Miło też popatrzeć na Davida Bowie będącego wtedy w świetnej formie.
A perfekcyjny dzień? Czasami są takie dni, że człowiek bez żadnego wyraźnego powodu jest od rana w kosmicznie pozytywnym nastroju. Ma chęć do życia jak mało kiedy a dusza ma ochotę śpiewać. Lubię takie dni gdy mi się przydarzą i myślę, że właśnie takie dni są najbardziej perfekcyjne.
Maluba - Cicha Noc
Zostawiłem to celowo na koniec, bo pomimo, iż to jedyna w tej kolejce prawdziwa kolęda, to jednak ma najmniej świąteczny klimat. W sumie gdyby nie słowa, to nikt by w życiu nie domyślił się, co to właściwie za utwór. I ja nie mówię, że to jest złe. W sumie lubię współczesną nutę i jest to spoko rzecz. Sęk jedynie w tym, że akurat kolędy wolę jednak w bardziej tradycyjnej formie. Szczególnie tak wyjątkowo piękne kolędy jak Cicha Noc. Doceniam mimo wszystko ciekawą wersję. Doceniam też nawet wyjątkowo bojowo nastawionego ostatnio Dragona, że podszedł do tematu świątecznego z nieco innej strony. Wszak mając ochotę na posłuchanie kolędy, przynajmniej w okresie Świąt wybiorę jednak wersję Katie Melui z albumu In Winter.
Doskonale rozumiem kolegę Jacka, bo dla mnie ten utwór też ma wajb idealny na obecną okoliczność. Wiele podobnych utworów słyszałem we wszelkiej maści filmach familijnych czy bajkach Disneya. I może takiej muzyki z oczywistych względów na co dzień nie słucham, ale w pewnych sytuacjach nie potrafię się oprzeć jej urokowi. Jestem wrażliwcem i uwielbiam kino familijne. Uwielbiam bajki i baśnie. Uwielbiam filmy absurdalnie wręcz naiwne jak choćby Kevin sam w domu czy Świąteczna gorączka. A tam bardzo często leci taka nuta, która wpasowuje się wręcz idealnie. Lubię takie urocze, naiwne klimaty jakże odmienne od zwykłego, codziennego, realnego życia. Lubię się pogrążać w tych fikcyjnych światach. Szczególnie w okolicy Świąt.
No i lubię tego sympatycznego grubaska Johna Candy’ego, chociaż do tej pory rzeczywiście kojarzyłem go jedynie z twarzy.
Ron Sexsmith – Gold In Them Hills
Hien udowadnia, że w kolejce świątecznej niekoniecznie muszą dominować typowe kolędy czy christmas songi. Bo mamy tutaj piosenkę, która kolędą nie jest, ale klimatem idealnie pasuje do okresu świątecznego. Gość ma naprawdę ładny głos. Utwór jest bardzo ładny. Aranżacja wręcz idealna. Piękna melodia ubrana w delikatne smyki i ładne pianino. I to wystarcza w zupełności. Nie trzeba niczego więcej. Wystarczy posłuchać i się rozpłynąć w błogiej atmosferze.
Myślę, że u każdego w pewnym wieku przychodzi taki moment, kiedy rozmyśla o upływającym czasie, o przemijaniu, o bezpowrotnej utracie młodości. Ten moment pojawia się tak niespodziewanie, że człowiek nie może wyjść z szoku, że to już. Przecież chwilę temu byłem taki młody. Świat leżał u moich stóp. Teraz po młodości zostało jedynie wspomnienie. Nawet aktorzy czy muzycy z czasów mojej młodości się zestarzeli. Nawet po nich widać upływający czas. I robi się wtedy smutno. Człowiek w każdym wieku może być szczęśliwy i cieszyć się życiem, ale młodości jednak zawsze szkoda. I wtedy zawsze ale to zawsze dopada mnie taka refleksja – gdybym mając obecną świadomość mógł cofnąć się w czasie, to bym swoje życie przeżył inaczej. Niekoniecznie w inny sposób, ale intensywniej. Bardziej bym się cieszył każdą chwilą. Wiedząc jak błyskawicznie czas umyka bardziej starałbym się te chwile młodości zapamiętać.
David Essex - A Winter's Tale
Tu jest sytuacja podobna do utworu Murzyna – niby nie typowy christmas song, ale jednak ma taką około świąteczną atmosferę. Kolejny ładny utwór w ładnej i przyjemnej aranżacji. Po prostu piosenka sobie płynie, a człowiekowi robi się ciepło na sercu. Mogłoby to tak zapętlone lecieć i lecieć, a ja mógłbym sobie siedzieć i słuchać wpatrzony w okno. Albo sobie coś tam robić (np. lepić pierogi czy ozdabiać pierniki). Sielski klimat po prostu mi się udziela i już.
Lou Reed & Various Artists - Perfect Day
I nawet Mentos ze swoim Perfect Day w dziwny sposób wstrzelił się w klimat. Kolejny niezwykle klimatyczny utwór, który ja osobiście uwielbiam od zawsze. Słyszałem sporo różnych wersji tej piosenki. Najbardziej zawsze chyba lubiłem wersję wykonywaną przez Duran Duran. Ale ta też jest spoko. Ja tam nie mam nic do wersji wykonywanych przez wielu artystów. Nawet sobie obejrzałem clip do Perfect Day, żeby zobaczyć, kto tam w ogóle występował. No i jest rzeczywiście nasza dobra znajoma Susanne Vega. Jest Bono. Miło też popatrzeć na Davida Bowie będącego wtedy w świetnej formie.
A perfekcyjny dzień? Czasami są takie dni, że człowiek bez żadnego wyraźnego powodu jest od rana w kosmicznie pozytywnym nastroju. Ma chęć do życia jak mało kiedy a dusza ma ochotę śpiewać. Lubię takie dni gdy mi się przydarzą i myślę, że właśnie takie dni są najbardziej perfekcyjne.
Maluba - Cicha Noc
Zostawiłem to celowo na koniec, bo pomimo, iż to jedyna w tej kolejce prawdziwa kolęda, to jednak ma najmniej świąteczny klimat. W sumie gdyby nie słowa, to nikt by w życiu nie domyślił się, co to właściwie za utwór. I ja nie mówię, że to jest złe. W sumie lubię współczesną nutę i jest to spoko rzecz. Sęk jedynie w tym, że akurat kolędy wolę jednak w bardziej tradycyjnej formie. Szczególnie tak wyjątkowo piękne kolędy jak Cicha Noc. Doceniam mimo wszystko ciekawą wersję. Doceniam też nawet wyjątkowo bojowo nastawionego ostatnio Dragona, że podszedł do tematu świątecznego z nieco innej strony. Wszak mając ochotę na posłuchanie kolędy, przynajmniej w okresie Świąt wybiorę jednak wersję Katie Melui z albumu In Winter.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Maluba - Głucha noc
O kurde nie, delikatnie rzecz ujmując. Dragon zaskoczył ale tak w swoim stylu więc trochę nie do końca też. Rap skrzyżowany z kolędami to taka fuzja którą niby można zrobić tylko trochę po co? No jeżeli wrzucającemu się podoba, bawi go to tudzież uważa to za fascynujący performens to cusz. Najlepsze jest to że zasadniczo to laska ma dobre flow i ten bit jest w sumie ok ale w tym wydaniu nie przemawia to do mnie.
Ron Sexsmith - Gold in Them Hills
Kuba przyzwyczaił nas że w tego typu munlupizmach przeważnie nie spada poniżej dobrego poziomu. Kompozycja, aranżacja, wszystko tu stoi na odpowiednim poziomie, zgrzyta mi jednak jeden szczegół - wokal tego Pana mi jakoś nie leży, tym samym nie potrafię w pełni zachwycić się tym numerem. Jest to jednak pewna sztuka by uchwycić taki klimat i nie wrzucając stricte świątecznego numeru zrobić odpowiedni nastrój.
Birdy - White Winter Hymnal
W przypadku Wuja mam nieco podobny zgryz chociaż tu klimat nie jest tak ładnie uchwycony i wokal Birdy mi po prostu nie robi. Utwór jest prosty, aranżacja jest tak potwornie pospolita i nijaka niestety, to jest powrót w te rejony śpiewających Pań za którymi nie tęskniłem. Jedyne z czym pozostawia mnie ten utwór to z rosnącą z każdą chwilą niechęcią do muzyki okołoświątecznej.
David Essex - A Winter's Tale
Na to wszystko wjeżdża dev, z kolejnym stricte świątecznym numerem i tym samym z miejsca ma chłop pod górkę. David Essex również nie ma głosu za jakim bym przepadał, na dodatek numer mocno trąci kapciem. Znów podobna balladowa aranżacja ale do tego dobita jeszcze jakimiś wstawkami na klarnecie czy innym oboju, to jest dla mnie jak kolejna porcja sałatki warzywnej ponad miarę w święta, przyprawia o mdłości. Kawałek taki z gatunku nijakich, niezapamiętywanych albo wręcz do chętnego zapomnienia.
Lou Reed & Co. - Perfect Day
Nawet nie wiedziałem że to odświeżona wersja starego utworu, znałem i kojarzyłem właśnie tą wersję z klipu latającego na VH1. Posłuchałem teraz oryginału i... wolę nowszą wersję zdecydowanie. Może to przez sentyment do tych różnych głosów które tu słyszę, miło posłuchać w jednym utworze Bono, Bowiego i Suzanne Vega chociażby. W sumie może nawet to trochę niewytłumaczalne że mi się podoba ten numer bo wydawało mi się że mam awersję do tego typu spędów.
Kolejka... niezbyt dla mnie, nie moje klimaty raczej. Nie przepadam za muzyką świąteczną w dużej mierze jednak, nie posiadam też jak imć Hien jakichś głębszych tradycji muzycznych związanych z tą porą roku i różnymi innymi tego typu okazjami, możliwe że w przyszłości będę wlatywał z bardziej randomowymi wrzutkami przy takich kolejkach. Perfect Day ftw, ogólnie to co było mniej świąteczne było bardziej słuchalne zdecydowanie.
O kurde nie, delikatnie rzecz ujmując. Dragon zaskoczył ale tak w swoim stylu więc trochę nie do końca też. Rap skrzyżowany z kolędami to taka fuzja którą niby można zrobić tylko trochę po co? No jeżeli wrzucającemu się podoba, bawi go to tudzież uważa to za fascynujący performens to cusz. Najlepsze jest to że zasadniczo to laska ma dobre flow i ten bit jest w sumie ok ale w tym wydaniu nie przemawia to do mnie.
Ron Sexsmith - Gold in Them Hills
Kuba przyzwyczaił nas że w tego typu munlupizmach przeważnie nie spada poniżej dobrego poziomu. Kompozycja, aranżacja, wszystko tu stoi na odpowiednim poziomie, zgrzyta mi jednak jeden szczegół - wokal tego Pana mi jakoś nie leży, tym samym nie potrafię w pełni zachwycić się tym numerem. Jest to jednak pewna sztuka by uchwycić taki klimat i nie wrzucając stricte świątecznego numeru zrobić odpowiedni nastrój.
Birdy - White Winter Hymnal
W przypadku Wuja mam nieco podobny zgryz chociaż tu klimat nie jest tak ładnie uchwycony i wokal Birdy mi po prostu nie robi. Utwór jest prosty, aranżacja jest tak potwornie pospolita i nijaka niestety, to jest powrót w te rejony śpiewających Pań za którymi nie tęskniłem. Jedyne z czym pozostawia mnie ten utwór to z rosnącą z każdą chwilą niechęcią do muzyki okołoświątecznej.
David Essex - A Winter's Tale
Na to wszystko wjeżdża dev, z kolejnym stricte świątecznym numerem i tym samym z miejsca ma chłop pod górkę. David Essex również nie ma głosu za jakim bym przepadał, na dodatek numer mocno trąci kapciem. Znów podobna balladowa aranżacja ale do tego dobita jeszcze jakimiś wstawkami na klarnecie czy innym oboju, to jest dla mnie jak kolejna porcja sałatki warzywnej ponad miarę w święta, przyprawia o mdłości. Kawałek taki z gatunku nijakich, niezapamiętywanych albo wręcz do chętnego zapomnienia.
Lou Reed & Co. - Perfect Day
Nawet nie wiedziałem że to odświeżona wersja starego utworu, znałem i kojarzyłem właśnie tą wersję z klipu latającego na VH1. Posłuchałem teraz oryginału i... wolę nowszą wersję zdecydowanie. Może to przez sentyment do tych różnych głosów które tu słyszę, miło posłuchać w jednym utworze Bono, Bowiego i Suzanne Vega chociażby. W sumie może nawet to trochę niewytłumaczalne że mi się podoba ten numer bo wydawało mi się że mam awersję do tego typu spędów.
Kolejka... niezbyt dla mnie, nie moje klimaty raczej. Nie przepadam za muzyką świąteczną w dużej mierze jednak, nie posiadam też jak imć Hien jakichś głębszych tradycji muzycznych związanych z tą porą roku i różnymi innymi tego typu okazjami, możliwe że w przyszłości będę wlatywał z bardziej randomowymi wrzutkami przy takich kolejkach. Perfect Day ftw, ogólnie to co było mniej świąteczne było bardziej słuchalne zdecydowanie.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
The Chordettes - Mr. Sandman
Klasyk i to zdecydowanie z vibem świątecznym, chociaż mnie będzie się już zawsze kojarzył z moim najlepszym ziomem ze studiów, który miał to ustawione jako dzwonek w komórce. Ja takie brzmienia oczywiście uwielbiam, już mam nawet kilka odpowiedzi na to przygotowanych, ale kiedy wlecą, to nie wiem. Numer ma wszystko co trzeba, dobrą melodię, tekst i tę aranżację, którą sam nazywam proto-ambientową. Z jednym tylko się nie zgodzę. Nie znam nikogo, kto by nie kojarzył kim był John Candy.
Maluba - Cicha Noc
Najfajniejszy w tym numerze, jest ten pluszowy miś na łóżku. Ja generalnie coraz mniej takiej muzy słucham, bo się z nią mijam, więc po co robić sobie krzywdę. Wokal spoko, chociaż tak mocno wpakowany w auto-tune, że trudno tutaj wyłuskać, to co faktycznie było zaśpiewane (ale słychać, że laska ma głos). Gorzej, że jak numer zaczyna się rozkręcać, to się kończy. Można tu było rozwinąć akcję w coś ciekawego, ale mam wrażenie, że Maluba uznała, że co miało być zrobione, to zostało zrobione. Ostatecznie, jest to lepsze niż się z początku spodziewałem, nie będzie hejtu, ale też odnoszę wrażenie, że to bardziej mem niż muzyka z krwi i kości.
Birdy – White Winter Hymnal
Wujas wjeżdża z dublem, na który czekałem, chociaż szkoda, że akurat z coverem. Niemniej, wszystko tutaj pachnie najlepszym możliwym okresem roku – zimą i porą przed i po-świąteczną. Mnie to jara. Lekki podkład, przyjemne harmonie, klimat niczym z amerykańskiego filmu. Charakterystyczne wokalizy Birdy dopełniają obraz bardzo ładnej i uroczej, sezonowej pocztówki. Wujas dowalił do kominka.
David Essex - A Winter's Tale
Zajęło mi to 30 sekund.
https://www.youtube.com/watch?v=MG4zlE7AwLE
„A Winter’s Tale” kojarzy mi się tylko z jednym. Szykowaliśmy z Musiałem cover. Musiał odpowiadał za całą muzykę, ale kilka dni przed wysłaniem mi tego do miksu, zważył mu się projekt na macu. Ostatecznie, całość była robiona na nowo na kilka dni przed planowaną premierą, ale nie to było najgorsze. Był chyba 20, czy 21 grudnia, a nadal nie było wokalu. Wieczorem dostałem take i brzmiał on jak gówno. Ojebałem wtedy Musiała, jak nigdy, że jest za 5 dwunasta, że dopiero teraz zaczął to ćwiczyć, że to nie może pójść, bo zrobimy z siebie debili. Gdyby to nie było przez msngra, to bym wyrzucił go z domu. Poszedłem spać, a Musiał całą noc nagrywał. Rano dostałem nagranie i okazało się, że w końcu wyszło. Jednocześnie, słychać było w tym wokalu ból, panikę i zmęczenie, co doskonale pasowało do samego kawałka. Ostatecznie, ta wersja podoba mi się bardziej niż oryginał, bo ładunek osobisty wywala poza skalę. No, ale gdyby nie Essex, to by tego nie było. Piękny numer, w każdej wersji.
Lou Reed & Various Artists - Perfect Day
Eh, Lou Reed. Jeden z tych legendarnych wykonawców, których mam liście „dobrze, że byłem na koncercie kiedy jeszcze żył”. Kawałek ma w sobie wszystko to, co mają te podniosłe numery wykonywane przez olbrzymie grono wykonawców, zazwyczaj w jakimś szczytnym celu. Tutaj szczytnym celem było chyba głównie to, żebyśmy mieli takie wykonanie i mogli słuchać. Wali starym dziadem, ale to dobrze. Obawiam się, że z czasem takich rzeczy będzie w eterze coraz mniej, więc korzystajmy. Zajebista wersja, świetny kawałek.
Klasyk i to zdecydowanie z vibem świątecznym, chociaż mnie będzie się już zawsze kojarzył z moim najlepszym ziomem ze studiów, który miał to ustawione jako dzwonek w komórce. Ja takie brzmienia oczywiście uwielbiam, już mam nawet kilka odpowiedzi na to przygotowanych, ale kiedy wlecą, to nie wiem. Numer ma wszystko co trzeba, dobrą melodię, tekst i tę aranżację, którą sam nazywam proto-ambientową. Z jednym tylko się nie zgodzę. Nie znam nikogo, kto by nie kojarzył kim był John Candy.
Maluba - Cicha Noc
Najfajniejszy w tym numerze, jest ten pluszowy miś na łóżku. Ja generalnie coraz mniej takiej muzy słucham, bo się z nią mijam, więc po co robić sobie krzywdę. Wokal spoko, chociaż tak mocno wpakowany w auto-tune, że trudno tutaj wyłuskać, to co faktycznie było zaśpiewane (ale słychać, że laska ma głos). Gorzej, że jak numer zaczyna się rozkręcać, to się kończy. Można tu było rozwinąć akcję w coś ciekawego, ale mam wrażenie, że Maluba uznała, że co miało być zrobione, to zostało zrobione. Ostatecznie, jest to lepsze niż się z początku spodziewałem, nie będzie hejtu, ale też odnoszę wrażenie, że to bardziej mem niż muzyka z krwi i kości.
Birdy – White Winter Hymnal
Wujas wjeżdża z dublem, na który czekałem, chociaż szkoda, że akurat z coverem. Niemniej, wszystko tutaj pachnie najlepszym możliwym okresem roku – zimą i porą przed i po-świąteczną. Mnie to jara. Lekki podkład, przyjemne harmonie, klimat niczym z amerykańskiego filmu. Charakterystyczne wokalizy Birdy dopełniają obraz bardzo ładnej i uroczej, sezonowej pocztówki. Wujas dowalił do kominka.
David Essex - A Winter's Tale
Zajęło mi to 30 sekund.
https://www.youtube.com/watch?v=MG4zlE7AwLE
„A Winter’s Tale” kojarzy mi się tylko z jednym. Szykowaliśmy z Musiałem cover. Musiał odpowiadał za całą muzykę, ale kilka dni przed wysłaniem mi tego do miksu, zważył mu się projekt na macu. Ostatecznie, całość była robiona na nowo na kilka dni przed planowaną premierą, ale nie to było najgorsze. Był chyba 20, czy 21 grudnia, a nadal nie było wokalu. Wieczorem dostałem take i brzmiał on jak gówno. Ojebałem wtedy Musiała, jak nigdy, że jest za 5 dwunasta, że dopiero teraz zaczął to ćwiczyć, że to nie może pójść, bo zrobimy z siebie debili. Gdyby to nie było przez msngra, to bym wyrzucił go z domu. Poszedłem spać, a Musiał całą noc nagrywał. Rano dostałem nagranie i okazało się, że w końcu wyszło. Jednocześnie, słychać było w tym wokalu ból, panikę i zmęczenie, co doskonale pasowało do samego kawałka. Ostatecznie, ta wersja podoba mi się bardziej niż oryginał, bo ładunek osobisty wywala poza skalę. No, ale gdyby nie Essex, to by tego nie było. Piękny numer, w każdej wersji.
Lou Reed & Various Artists - Perfect Day
Eh, Lou Reed. Jeden z tych legendarnych wykonawców, których mam liście „dobrze, że byłem na koncercie kiedy jeszcze żył”. Kawałek ma w sobie wszystko to, co mają te podniosłe numery wykonywane przez olbrzymie grono wykonawców, zazwyczaj w jakimś szczytnym celu. Tutaj szczytnym celem było chyba głównie to, żebyśmy mieli takie wykonanie i mogli słuchać. Wali starym dziadem, ale to dobrze. Obawiam się, że z czasem takich rzeczy będzie w eterze coraz mniej, więc korzystajmy. Zajebista wersja, świetny kawałek.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
The Chordettes - Mr. Sandman
Jak pewnie wiecie, lub nie, zawsze słucham sobie playlisty Murzyna W CIEMNO (hehe, łapiecie), a dopiero zabierając się do pisaniny sprawdzam czyje to i co wyście o tych kawałkach, u licha, napisali. No i cóż - timing świetny, piosenka śliczna. Ja generalnie nie doceniam tych wszystkich klasycznych amerykańskich piosenek z lat 50. i 60., bo imć Jaca już wielokrotnie dawał nam przykłady, że jest tam dużo ładnej muzyki z tzw. DUSZĄ, której na próżno szukać w wygenerowanym przez AI pipczeniu. Śliczne no.
Maluba - Cicha Noc
Też zdecydowanie najbliżej mi do Leszka z ekipy goalowskiej - już abstrahuję od wybitnego poczucia humoru i nałogowego przepraszania, ale chlopa kojarzę jeszcze z czasów Weszło i już wtedy podobało mi się, że chłop patrzył na piłkę zupełnie inaczej niż typowy kibic jakiejś drużyny czy inny nerd od statystyk. No i kaman, cięzko mi się nie utożsamiać z introwertycznym piwniczakiem trzymającym w szafie kolekcję starych numerów Piłki Nożnej. xD A kawałek? No typowa muzyka stworzona przez Wymyśloną Osobę (kocham to określenie btw), autotune'a narąbane więcej niż cukru w szklance coli, ale przynajmniej bit nawet nawet ujdzie. Niemniej, za mało "krindżowe", bym miał z tego "bekę", a wątpie w to, bym wrócił do tego w te święta czy następne.
Ron Sexsmith – Gold In Them Hills
Moje święta w tym roku były mocno specyficzne - z jednej strony nie powinienem czuć ich magii ni siusiak, bo pracowałem w nie (tak, dobrze czytacie), ale z drugiej… Jakoś tak w niedzielę odwiedziła mnie rodzina, wymieniliśmy się upominkami, połamaliśmy opłatkiem i poszliśmy na wieczerzę wigilijną po skrzydełka z KFC i szczerze? Może i była to marna li namiastka wieczerzy z pompą, dwunastoma daniami i oglądaniem Kevina, ale mam to w nosie, bo już teraz wiem, że będę to wspominać lepiej niż większość wigilijnych wieczerzy. A kawałek? Może i ładny, ale mnie nie bierze. Pianinko jak pianinko, takie tam plumkanie które wylatuje z głowy po paru minutach plus na maxxa irytująca maniera oraz barwa głosu wokalisty. No nie, nie bierze mnie to.
Birdy -White Winter Hymnal
Birdy pamiętam z początków naszych zabaw i dość intensywnego forsowania jej przez Wuja. Te rzeczy, które wówczas się przewijały były bardzo przyjemne i być powinienem sobie pluć w brodę za to. Ten kawałek akurat mi niczego nie urwał ni nie porwał, więc na razie to sobie mogę mniemać czy to kwestia tego, że laska się jeszcze nie wyrobiła, czy może jednak lepiej się odnajduje w klimatach jesieniarskich niż zimowych. No jest ładny i poprawny i słuchało mi go się z większą przyjemnością niż dwóch kawałków go poprzedzających, ale tylko tyle i aż tyle.
David Essex - A Winter's Tale
Chciałem napisać, że kurde, znam to, ale jednak chyba nie to znam, a coś podobnego, i to momentami. xD Kurde, trzy lata temu moje święta wyglądały tak, że leżałem rozjebany przez covida (swoją drogą, to trzeba być mną, by tydzień po rozpoczęciu pracy iść na L4 i spędzić na nim okres od świąt do sylwestra…) i myślałem, że żadne nie przebiją ich pod względem dziwności, nim nie pojawił się rok 2024. No cóż, etap tęsknoty za byłymi na szczęście mam za sobą (kaman, pierwszy związek był 6 lat temu, a to co się działo jesienią rok temu to ledwo co zasługuje na to miano), więc ten kontekst nie bierze mnie tak jak mina przybitego psa pana Davida S. Sexa. Piosenka to jedna z tych ckliwych przesłodzonych balladek, które zazwyczaj, w zależności od kaprysu, albo ganię, albo przy których płaczę jak bóbr (sam nie do końca wiem jak to działa, serio). Ofc w tym przypadku stoję nieco w rozkraku, bo nie powiem, że to je brzydkie i nic tu nie ma, ale też no bez przesady. Powiedzmy, że na swój sposób doceniam.
I po świętach. Możecie dawać te inbową (i tak pójdę spać w sylwestra o 21).
Jak pewnie wiecie, lub nie, zawsze słucham sobie playlisty Murzyna W CIEMNO (hehe, łapiecie), a dopiero zabierając się do pisaniny sprawdzam czyje to i co wyście o tych kawałkach, u licha, napisali. No i cóż - timing świetny, piosenka śliczna. Ja generalnie nie doceniam tych wszystkich klasycznych amerykańskich piosenek z lat 50. i 60., bo imć Jaca już wielokrotnie dawał nam przykłady, że jest tam dużo ładnej muzyki z tzw. DUSZĄ, której na próżno szukać w wygenerowanym przez AI pipczeniu. Śliczne no.
Maluba - Cicha Noc
Też zdecydowanie najbliżej mi do Leszka z ekipy goalowskiej - już abstrahuję od wybitnego poczucia humoru i nałogowego przepraszania, ale chlopa kojarzę jeszcze z czasów Weszło i już wtedy podobało mi się, że chłop patrzył na piłkę zupełnie inaczej niż typowy kibic jakiejś drużyny czy inny nerd od statystyk. No i kaman, cięzko mi się nie utożsamiać z introwertycznym piwniczakiem trzymającym w szafie kolekcję starych numerów Piłki Nożnej. xD A kawałek? No typowa muzyka stworzona przez Wymyśloną Osobę (kocham to określenie btw), autotune'a narąbane więcej niż cukru w szklance coli, ale przynajmniej bit nawet nawet ujdzie. Niemniej, za mało "krindżowe", bym miał z tego "bekę", a wątpie w to, bym wrócił do tego w te święta czy następne.
Ron Sexsmith – Gold In Them Hills
Moje święta w tym roku były mocno specyficzne - z jednej strony nie powinienem czuć ich magii ni siusiak, bo pracowałem w nie (tak, dobrze czytacie), ale z drugiej… Jakoś tak w niedzielę odwiedziła mnie rodzina, wymieniliśmy się upominkami, połamaliśmy opłatkiem i poszliśmy na wieczerzę wigilijną po skrzydełka z KFC i szczerze? Może i była to marna li namiastka wieczerzy z pompą, dwunastoma daniami i oglądaniem Kevina, ale mam to w nosie, bo już teraz wiem, że będę to wspominać lepiej niż większość wigilijnych wieczerzy. A kawałek? Może i ładny, ale mnie nie bierze. Pianinko jak pianinko, takie tam plumkanie które wylatuje z głowy po paru minutach plus na maxxa irytująca maniera oraz barwa głosu wokalisty. No nie, nie bierze mnie to.
Birdy -White Winter Hymnal
Birdy pamiętam z początków naszych zabaw i dość intensywnego forsowania jej przez Wuja. Te rzeczy, które wówczas się przewijały były bardzo przyjemne i być powinienem sobie pluć w brodę za to. Ten kawałek akurat mi niczego nie urwał ni nie porwał, więc na razie to sobie mogę mniemać czy to kwestia tego, że laska się jeszcze nie wyrobiła, czy może jednak lepiej się odnajduje w klimatach jesieniarskich niż zimowych. No jest ładny i poprawny i słuchało mi go się z większą przyjemnością niż dwóch kawałków go poprzedzających, ale tylko tyle i aż tyle.
David Essex - A Winter's Tale
Chciałem napisać, że kurde, znam to, ale jednak chyba nie to znam, a coś podobnego, i to momentami. xD Kurde, trzy lata temu moje święta wyglądały tak, że leżałem rozjebany przez covida (swoją drogą, to trzeba być mną, by tydzień po rozpoczęciu pracy iść na L4 i spędzić na nim okres od świąt do sylwestra…) i myślałem, że żadne nie przebiją ich pod względem dziwności, nim nie pojawił się rok 2024. No cóż, etap tęsknoty za byłymi na szczęście mam za sobą (kaman, pierwszy związek był 6 lat temu, a to co się działo jesienią rok temu to ledwo co zasługuje na to miano), więc ten kontekst nie bierze mnie tak jak mina przybitego psa pana Davida S. Sexa. Piosenka to jedna z tych ckliwych przesłodzonych balladek, które zazwyczaj, w zależności od kaprysu, albo ganię, albo przy których płaczę jak bóbr (sam nie do końca wiem jak to działa, serio). Ofc w tym przypadku stoję nieco w rozkraku, bo nie powiem, że to je brzydkie i nic tu nie ma, ale też no bez przesady. Powiedzmy, że na swój sposób doceniam.
I po świętach. Możecie dawać te inbową (i tak pójdę spać w sylwestra o 21).
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
The Chordettes - Mr. Sandman
Damn, ja znam skądś ten numer i nie mam na myśli jego wykorzystania we wspomnianym przez Golasa filmie z Johnem Candym (którego zresztą i tak nie widziałem), ale jakiegoś... mema. I to dość creepy mema zresztą. Rolka z TikToka? Nie wiem, nie wiem... Nie pamiętam
Tak czy inaczej, utwór kojarzy mi się z tamtym zjawiskiem na tyle mocno, iż nie mogę go w swojej głowie oderwać od jakichś generowanych przez AI korytarzy liminalnych basenów i innych tego typu gówien. Bądź od filmików Spencera Lackeya (polecam zwłaszcza w Heloim, bo to filmiki dla tych co się lubią baaać). Tak więc, no, mam jedynie niepokojące konotacje w mózgu, nie widzę tutaj dzieci, chyba, że takie uzbrojone w siekiery. Z nienaturalnie wykrzywionymi twarzami. To są święta w tej alternatywnej rzeczywistości, gdzie typ z metalowym szpadlem z pierwszej części Home Alone naprawdę mumifikował zwłoki swoich ofiar w puszce na sól. No bonus.
Maluba - Cicha Noc
Kiedy słyszę takie rzeczy, to mi bruksizm poza skalę wywala. Jestem w stanie DO PEWNEGO STOPNIA zrozumieć zamysł, ale to wygląda jak klip promujący jakąś uczestniczkę tego pato-show Królowe Życia. Nie dość, że cały entourage pachnie jakimś Paprykiem Vegetą, to jeszcze sama, khym, artystka ma taki pato-vibe. Nie, nie i jeszcze raz nie. Właściwie nie wiem, jak to w ogóle opisać, czy cokolwiek. Jeśli chodzi o kwestie związane z tradycjami, to - trawestując mojego dobrego kolegę, Marcina G. - jestem lewakiem we wszystkim poza Świętami. Kolędy proszę z akompaniamentem pianina, albo najlepiej śpiewane przez kościelny chór. Tutaj uszy puchną.
Ron Sexsmith - God in Them Hills
Pomijając już kwestię nazwiska, z którego nie wierzę, że nie toczono kiedyś beki (a potem musiało budzić zazdrość), to widzę, a raczej słyszę, że Ron zna się na rzeczy. Raz, że piękny głos, dwa, że piękna piosenka tak po prostu, i jeszcze ten aranż, to pianino, skrzypki w tle, czego chcieć więcej? Już, prostytutka, wiem - ŚNIEGU. To jest piosenka dla mnie nie tyle świąteczna, co zimowa. Niech będzie i pochmurno, trochę mgliście, trochę trupio, ale ze śniegiem. Przykryte białym puchem drzewa gdzieś w oddali, na - obowiązkowo - wzgórzach, spokojne niedzielne popołudnie, wspaniałe by to było. Niestety, przychodzi mi tego słuchać w listopadzie (albowiem nie wierzę, że to, co za oknem, to grudzień). Cudowny comfort song, w pełni rozumiem zachwyty. Sam się zachwycam, złoto!
Birdy - White Winter Hymnal
Wuja wie, kiedy i jak mnie dźgnąć szpilką, żeby zabolało. Birdy kojarzy mi się z jego poprzednimi wrzutami oraz płytą, którą zabrałem ze sobą do Krakowa w pewien deszczowy, wrześniowy weekend roku 2022. Jakże dawno temu to już było... A i Kraków z pewnych względów nieco wówczas bolał. Czasem nienawidzę tego, jak bardzo sentymentalny jestem. Dla mnie zarówno Birdy, jak i np. Zuzanna S. są basically odkryciami bestek dzięki shodanowi. Nie mogę przejść obojętnie, choć Birdy jeszcze nie brzmi tu tak "dojrzale", jak obecnie (ciekawe, kiedy reklama Alledrogo mi ją obrzydzi do cna), to wciąż klimacik zapodaje. Ot, piosenka krótka, ale ważniejsza treść, zima w dużych dawkach. TYLKO NIE ZA OKNEM, DO CIĘŻKIEJ CHOLERY!!!!111!!12334
Lou Reed i Przyjaciele - Perfect Day
Utwór, który pierwszy raz usłyszałem wiosną 2009. Tyle tylko, że nie był wykonywany przez Reeda i Przyjaciół, nawet nie przez samego Reeda, a przez Duran Duran. W 1995 wypuścili oni, ewidentnie nie mając na siebie pomysłu po sukcesie krążka Duran Duran (powinno być Duran Duran 2, bo Duran Duran to również tytuł ich pierwszej płyty, nazwę "The Wedding Album" nadali fani lol), album Thank You, który składał się z samych coverów. Perfect Day było chyba jedynym singlem promującym to wydawnictwo i, musze przyznać, wyszło im naprawdę dobrze. LeBon nie położył tej piosenki, instrumentarium też się ładnie poskładało w całość. Zassałem oryginał i miałem takie, eee, co to za kupa. Tutaj jest zdecydowanie lepiej, ale umówmy się - to dzięki tej dość gargantuicznej kolekcji artystów, jakich Reed zaprosił. Niecodzienne słyszy się Vegę, Bowiego, Morcheebę, Laurie Anderson i Toma Jonesa w jednym nagraniu. Tak na dobrą sprawę, to w ogóle się nie słyszy. W sumie mnie to wystarczy, lubię takie bizantyjskie kolaba, Jeszcze na deser Heather Small z M People, TA ma potężny, kurde, głos. Laur konsumenta!
Damn, ja znam skądś ten numer i nie mam na myśli jego wykorzystania we wspomnianym przez Golasa filmie z Johnem Candym (którego zresztą i tak nie widziałem), ale jakiegoś... mema. I to dość creepy mema zresztą. Rolka z TikToka? Nie wiem, nie wiem... Nie pamiętam
Maluba - Cicha Noc
Kiedy słyszę takie rzeczy, to mi bruksizm poza skalę wywala. Jestem w stanie DO PEWNEGO STOPNIA zrozumieć zamysł, ale to wygląda jak klip promujący jakąś uczestniczkę tego pato-show Królowe Życia. Nie dość, że cały entourage pachnie jakimś Paprykiem Vegetą, to jeszcze sama, khym, artystka ma taki pato-vibe. Nie, nie i jeszcze raz nie. Właściwie nie wiem, jak to w ogóle opisać, czy cokolwiek. Jeśli chodzi o kwestie związane z tradycjami, to - trawestując mojego dobrego kolegę, Marcina G. - jestem lewakiem we wszystkim poza Świętami. Kolędy proszę z akompaniamentem pianina, albo najlepiej śpiewane przez kościelny chór. Tutaj uszy puchną.
Ron Sexsmith - God in Them Hills
Pomijając już kwestię nazwiska, z którego nie wierzę, że nie toczono kiedyś beki (a potem musiało budzić zazdrość), to widzę, a raczej słyszę, że Ron zna się na rzeczy. Raz, że piękny głos, dwa, że piękna piosenka tak po prostu, i jeszcze ten aranż, to pianino, skrzypki w tle, czego chcieć więcej? Już, prostytutka, wiem - ŚNIEGU. To jest piosenka dla mnie nie tyle świąteczna, co zimowa. Niech będzie i pochmurno, trochę mgliście, trochę trupio, ale ze śniegiem. Przykryte białym puchem drzewa gdzieś w oddali, na - obowiązkowo - wzgórzach, spokojne niedzielne popołudnie, wspaniałe by to było. Niestety, przychodzi mi tego słuchać w listopadzie (albowiem nie wierzę, że to, co za oknem, to grudzień). Cudowny comfort song, w pełni rozumiem zachwyty. Sam się zachwycam, złoto!
Birdy - White Winter Hymnal
Wuja wie, kiedy i jak mnie dźgnąć szpilką, żeby zabolało. Birdy kojarzy mi się z jego poprzednimi wrzutami oraz płytą, którą zabrałem ze sobą do Krakowa w pewien deszczowy, wrześniowy weekend roku 2022. Jakże dawno temu to już było... A i Kraków z pewnych względów nieco wówczas bolał. Czasem nienawidzę tego, jak bardzo sentymentalny jestem. Dla mnie zarówno Birdy, jak i np. Zuzanna S. są basically odkryciami bestek dzięki shodanowi. Nie mogę przejść obojętnie, choć Birdy jeszcze nie brzmi tu tak "dojrzale", jak obecnie (ciekawe, kiedy reklama Alledrogo mi ją obrzydzi do cna), to wciąż klimacik zapodaje. Ot, piosenka krótka, ale ważniejsza treść, zima w dużych dawkach. TYLKO NIE ZA OKNEM, DO CIĘŻKIEJ CHOLERY!!!!111!!12334
Lou Reed i Przyjaciele - Perfect Day
Utwór, który pierwszy raz usłyszałem wiosną 2009. Tyle tylko, że nie był wykonywany przez Reeda i Przyjaciół, nawet nie przez samego Reeda, a przez Duran Duran. W 1995 wypuścili oni, ewidentnie nie mając na siebie pomysłu po sukcesie krążka Duran Duran (powinno być Duran Duran 2, bo Duran Duran to również tytuł ich pierwszej płyty, nazwę "The Wedding Album" nadali fani lol), album Thank You, który składał się z samych coverów. Perfect Day było chyba jedynym singlem promującym to wydawnictwo i, musze przyznać, wyszło im naprawdę dobrze. LeBon nie położył tej piosenki, instrumentarium też się ładnie poskładało w całość. Zassałem oryginał i miałem takie, eee, co to za kupa. Tutaj jest zdecydowanie lepiej, ale umówmy się - to dzięki tej dość gargantuicznej kolekcji artystów, jakich Reed zaprosił. Niecodzienne słyszy się Vegę, Bowiego, Morcheebę, Laurie Anderson i Toma Jonesa w jednym nagraniu. Tak na dobrą sprawę, to w ogóle się nie słyszy. W sumie mnie to wystarczy, lubię takie bizantyjskie kolaba, Jeszcze na deser Heather Small z M People, TA ma potężny, kurde, głos. Laur konsumenta!
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ron Sexsmith: When my first album came out [in 1995], a journalist in the U.K. wrote something like, 'It's a good thing he has sex in his name because he doesn't look like he is getting any'devotional pisze:29 gru 2024 15:12Pomijając już kwestię nazwiska, z którego nie wierzę, że nie toczono kiedyś beki
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Dev rzutem na taśmę wygrał w kategorii kuriozalność opinii, kłaniam sie
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
yhm
Six Sex - Kappa Kitty Gato 2 (2024)
Za podsumowanie roku zrobi kawałek, który jest dosłownie nawet nie muzyką do seksowania co muzycznym intercourse. Po prostu. Jeśli znajdzie się kiedyś osoba analizująca nasze forumowe wyciągi z dusz, to jestem ciekawy jak skomentuje to wydarzenie? Mijający rok był dla mnie jak taka czarna dziura, która z każdym kolejnym miesiącem (poza miesiącem wyjętym z życia podczas wakacji) wciągała mnie coraz mocniej... i jak do tej pory wiem, że może wypluje mnie znowu na Ziemię gdzieś po 22 lutego 2025 roku. Uważni smokonators powinni w tym momencie sprawdzić repertuary scen w Breslau. Gdy już myślałem spokojniej o końcówce roku to od miesiąca znów potężny wir wydarzeń, co zresztą było widać nawet po forumie w odniesieniu do czegoś bardziej prozaicznego. Wycieczki teatralne, interakcje dżentelmeńskie, a potem zmęczenie materiału. A potem dwa razy więcej pierwszego, drugiego. I trzy razy więcej trzeciego. Po przerwie znów powtórka. I kolejno odlicz jeszcze raz. Wir wydarzeń, który mnie jara, ale dobrze się zatrzymać na kilka dni w domu. Coraz rzadziej jest to dostępne, coraz rzadziej z tego korzystam.
Dobra, statek na kilka dni zawinął do portu, ale przy okazji końca roku przynajmniej czysto muzycznie muszę pewne świeże rytuały kultywować. Six Sex... działalność tej sympatycznej młodej dziewczyny z Argetyny to może jedyne słuszne i jak najbardziej racjonalne odbicie od wydarzeń politycznych, jakie nawiedziły Buenos Aires. Zamiast okładać się turbobalcerowiczyzmem lepiej wyjdź z domu. Lepiej potańczyć, pogibać tyłkiem, wejść w pląsy z drugą osobą - zapomnieć. Wszak to gatito jest super cute, więc ja jestem przekonany. Od samego początku jest szybko zgodnie z rytmem serca, dawka basu również zdrowa, a tekst raczej nie pozostawi złudzeń. Będzie tylko szybciej, mocniej, lepiej. Speed as its best. Tegoroczna świeżynka, choć częściowo pomysł z 2019 roku. To o takich rzeczach ludzie mówią: demoniczne?
Ja was zostawiam w tym miejscu, a sam obłożę się jeszcze dwoma kolejnymi kawałkami z EPki idącymi potem.
https://www.youtube.com/watch?v=WPgIReArWj8
Six Sex - Kappa Kitty Gato 2 (2024)
Za podsumowanie roku zrobi kawałek, który jest dosłownie nawet nie muzyką do seksowania co muzycznym intercourse. Po prostu. Jeśli znajdzie się kiedyś osoba analizująca nasze forumowe wyciągi z dusz, to jestem ciekawy jak skomentuje to wydarzenie? Mijający rok był dla mnie jak taka czarna dziura, która z każdym kolejnym miesiącem (poza miesiącem wyjętym z życia podczas wakacji) wciągała mnie coraz mocniej... i jak do tej pory wiem, że może wypluje mnie znowu na Ziemię gdzieś po 22 lutego 2025 roku. Uważni smokonators powinni w tym momencie sprawdzić repertuary scen w Breslau. Gdy już myślałem spokojniej o końcówce roku to od miesiąca znów potężny wir wydarzeń, co zresztą było widać nawet po forumie w odniesieniu do czegoś bardziej prozaicznego. Wycieczki teatralne, interakcje dżentelmeńskie, a potem zmęczenie materiału. A potem dwa razy więcej pierwszego, drugiego. I trzy razy więcej trzeciego. Po przerwie znów powtórka. I kolejno odlicz jeszcze raz. Wir wydarzeń, który mnie jara, ale dobrze się zatrzymać na kilka dni w domu. Coraz rzadziej jest to dostępne, coraz rzadziej z tego korzystam.
Dobra, statek na kilka dni zawinął do portu, ale przy okazji końca roku przynajmniej czysto muzycznie muszę pewne świeże rytuały kultywować. Six Sex... działalność tej sympatycznej młodej dziewczyny z Argetyny to może jedyne słuszne i jak najbardziej racjonalne odbicie od wydarzeń politycznych, jakie nawiedziły Buenos Aires. Zamiast okładać się turbobalcerowiczyzmem lepiej wyjdź z domu. Lepiej potańczyć, pogibać tyłkiem, wejść w pląsy z drugą osobą - zapomnieć. Wszak to gatito jest super cute, więc ja jestem przekonany. Od samego początku jest szybko zgodnie z rytmem serca, dawka basu również zdrowa, a tekst raczej nie pozostawi złudzeń. Będzie tylko szybciej, mocniej, lepiej. Speed as its best. Tegoroczna świeżynka, choć częściowo pomysł z 2019 roku. To o takich rzeczach ludzie mówią: demoniczne?
Ja was zostawiam w tym miejscu, a sam obłożę się jeszcze dwoma kolejnymi kawałkami z EPki idącymi potem.
https://www.youtube.com/watch?v=WPgIReArWj8
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Yohei Takashima, Daniel Bernstein, Guy Whitmore - Negai (Wish)
Ponownie słyszymy się z trójką panów wymienionych powyżej. Poprzedni raz zaistnieli w Depeszwizji utworem Red Riot. Tym razem w bestce utworowej w zgoła innych klimatach. Od dawna miałem plan, że zaproponuję ten utwór w kolejce sylwestrowej. Jakoś mi to dobrze pasuje do okoliczności. Od razu przypomina mi się sytuacja Hiena z 25 kolejki i utwór Friday Night z gry Yakuza Zero. Bardzo mi się wtedy udzielił klimat tamtego utworu. I chociaż ja do Negai nigdy w sylwestra nie tańczyłem, to bardzo chciałem to wrzucić w kolejce sylwestrowej.
Negai pochodzi oczywiście z mangowej gry studia Monolith pt. SHOGO: Mobile Armor Division z 1998r. Gra jest jedną z moich ulubionych w gier w ogóle. Klimat mangi bardzo mi podpasował. Ale równie duże wrażenie co strona wizualna i grywalność zrobiła na mnie mega klimatyczna ścieżka dźwiękowa. Negai to pierwszy track pogrywający w intro gry. Niezwykle pogodny i optymistyczny utwór, który zawsze poprawia mi nastrój. Do tego słysząc to od razu mam przed oczami skośnookie postacie z gry biegające po cudownie kanciastych ulicach azjatyckich miast w wielkich humanoidalnych robotach bojowych.
Mam nadzieję, że Wam też udzieli się ten uroczy klimat, który rozrusza Was przed sylwestrową zabawą i poprawi humor.
https://www.youtube.com/watch?v=2KKCZlcW8fI
Ponownie słyszymy się z trójką panów wymienionych powyżej. Poprzedni raz zaistnieli w Depeszwizji utworem Red Riot. Tym razem w bestce utworowej w zgoła innych klimatach. Od dawna miałem plan, że zaproponuję ten utwór w kolejce sylwestrowej. Jakoś mi to dobrze pasuje do okoliczności. Od razu przypomina mi się sytuacja Hiena z 25 kolejki i utwór Friday Night z gry Yakuza Zero. Bardzo mi się wtedy udzielił klimat tamtego utworu. I chociaż ja do Negai nigdy w sylwestra nie tańczyłem, to bardzo chciałem to wrzucić w kolejce sylwestrowej.
Negai pochodzi oczywiście z mangowej gry studia Monolith pt. SHOGO: Mobile Armor Division z 1998r. Gra jest jedną z moich ulubionych w gier w ogóle. Klimat mangi bardzo mi podpasował. Ale równie duże wrażenie co strona wizualna i grywalność zrobiła na mnie mega klimatyczna ścieżka dźwiękowa. Negai to pierwszy track pogrywający w intro gry. Niezwykle pogodny i optymistyczny utwór, który zawsze poprawia mi nastrój. Do tego słysząc to od razu mam przed oczami skośnookie postacie z gry biegające po cudownie kanciastych ulicach azjatyckich miast w wielkich humanoidalnych robotach bojowych.
Mam nadzieję, że Wam też udzieli się ten uroczy klimat, który rozrusza Was przed sylwestrową zabawą i poprawi humor.
https://www.youtube.com/watch?v=2KKCZlcW8fI