Best of Forum III
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Seba poszedł po mleko, zaraz wróci
wy tu gadu gadu a herbata stygnie
Lady Madlen - Kokos (2020)
Po latach różnych dziwnych interakcji i poszukiwań odpowiedniego safespace'u rozsiadłem się na queerowej sofie kampowej i czuję się na niej dobrze. Nie chce mi się specjalnie rozpisywać o przeszłości, czas na coś świeższego. Kokos wypłynął w roku pandemicznym. Nie dziwi to, że potrzebował trochę czasu, by zainteresować odpowiednie towarzystwo w odpowiedni sposób. Preteksty i konteksty oczywiste. Do mojej bańki zawitał za sprawą jednej z przyjaciółek. Mniejsza w tym zasługa TikToka niż w przypadku innych gwiazd, które jeszcze się tutaj pojawią, SPOKOJNIE. Od nieśmiałych pojedynczych odsłuchów do regularnej obecności na imprezach, w swobodnych interakcjach ze znajomymi, osobliwych grach na znajomość podobnie ikonicznych tekstów kultury. To wszystko na przestrzeni ostatnich 18 miesięcy. Od takiej Belli Ćwir różni się tym, że na koncert Lady Madlen raczej się nie wybiorę, otoczka jest mniej interesująca, bardziej losowa. Ot historia gwałtownego wybijania się kosztem kogoś z kręgów rodzinnych, kto miał przyjemność gościć w jednym z popularniejszych programów we współczesnej erze telewizyjnej. Popularność na TT, pstrokaty wizerunek, naprawdę sugestywny przekaz i mamy przepis na kolejną postać popkultury. Jak dla mnie jednosezonowy błysk, nie jestem pewien czy ma wokół siebie dość szeroką i wierną grupę fanów.
Numer się broni swoją bezkompromisowością i przegięciem. Domyślam się odbioru, z pewnym wolę to odnotować na dzień dobry, żeby potem mieć podkładkę dla gryzienia się w język. Doceniam lekką odklejkę w tekście, celowe językowe niedbalstwo i mieszankę polglisz dla świeżego efektu. Kokieteryjna głupotka, która potrafi wedrzeć się do mózgu i nie chcieć z niego wyjść. Jeden z niewielu kawałków, gdzie te pseudo akordeonowe brzmienia mi pasują. Nie kojarzy mi się z konkretną osobą. To raczej określony nastrój w większym gronie lub w kontakcie jeden na jednego. Specyficznie zawieszony między erotyką, przesadzonym humorem nie dla każdego i atmosferą wąskiego środowiska. Ciekawe, czy za parę lat dalej będę wracał z tą samą żarliwością czy zostanie spory sentyment i lekki zgryz przy ewentualnym częstszym słuchaniu. To refleksja dla mnie, dla was światła foton.
https://www.youtube.com/watch?v=EXlhhR4_uYI
(wydobyłem z Hamstera audio jak ze Spotify i zrobiłem własną niepubliczną wrzutkę na YT, prosz docenić)
To zupełnie inna zabawa, choć w tej samej piaskownicy. Drugi powód - Raider jest słabe, a TSMS generalnie jest dobre.shodan pisze:26 maja 2023 22:46W świetle tych okoliczności jakim cudem rok temu zaproponował The Sky Moves Sideways?![]()
wy tu gadu gadu a herbata stygnie
Lady Madlen - Kokos (2020)
Po latach różnych dziwnych interakcji i poszukiwań odpowiedniego safespace'u rozsiadłem się na queerowej sofie kampowej i czuję się na niej dobrze. Nie chce mi się specjalnie rozpisywać o przeszłości, czas na coś świeższego. Kokos wypłynął w roku pandemicznym. Nie dziwi to, że potrzebował trochę czasu, by zainteresować odpowiednie towarzystwo w odpowiedni sposób. Preteksty i konteksty oczywiste. Do mojej bańki zawitał za sprawą jednej z przyjaciółek. Mniejsza w tym zasługa TikToka niż w przypadku innych gwiazd, które jeszcze się tutaj pojawią, SPOKOJNIE. Od nieśmiałych pojedynczych odsłuchów do regularnej obecności na imprezach, w swobodnych interakcjach ze znajomymi, osobliwych grach na znajomość podobnie ikonicznych tekstów kultury. To wszystko na przestrzeni ostatnich 18 miesięcy. Od takiej Belli Ćwir różni się tym, że na koncert Lady Madlen raczej się nie wybiorę, otoczka jest mniej interesująca, bardziej losowa. Ot historia gwałtownego wybijania się kosztem kogoś z kręgów rodzinnych, kto miał przyjemność gościć w jednym z popularniejszych programów we współczesnej erze telewizyjnej. Popularność na TT, pstrokaty wizerunek, naprawdę sugestywny przekaz i mamy przepis na kolejną postać popkultury. Jak dla mnie jednosezonowy błysk, nie jestem pewien czy ma wokół siebie dość szeroką i wierną grupę fanów.
Numer się broni swoją bezkompromisowością i przegięciem. Domyślam się odbioru, z pewnym wolę to odnotować na dzień dobry, żeby potem mieć podkładkę dla gryzienia się w język. Doceniam lekką odklejkę w tekście, celowe językowe niedbalstwo i mieszankę polglisz dla świeżego efektu. Kokieteryjna głupotka, która potrafi wedrzeć się do mózgu i nie chcieć z niego wyjść. Jeden z niewielu kawałków, gdzie te pseudo akordeonowe brzmienia mi pasują. Nie kojarzy mi się z konkretną osobą. To raczej określony nastrój w większym gronie lub w kontakcie jeden na jednego. Specyficznie zawieszony między erotyką, przesadzonym humorem nie dla każdego i atmosferą wąskiego środowiska. Ciekawe, czy za parę lat dalej będę wracał z tą samą żarliwością czy zostanie spory sentyment i lekki zgryz przy ewentualnym częstszym słuchaniu. To refleksja dla mnie, dla was światła foton.
https://www.youtube.com/watch?v=EXlhhR4_uYI
(wydobyłem z Hamstera audio jak ze Spotify i zrobiłem własną niepubliczną wrzutkę na YT, prosz docenić)
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Shodan, jeśli mówisz, że lubisz progrockowe kobyły, to ja ci chętnie wrzucę Karn Evil 9 od ELP i zobaczymy, co powiesz 
A ja generalnie jestem zadowolony z odbioru utworu Solinisa przez zgromadzone tu grono. Cieszy mnie on.
A ja generalnie jestem zadowolony z odbioru utworu Solinisa przez zgromadzone tu grono. Cieszy mnie on.
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Nie lubię progowych kobył. Oprócz tych co oczywiście lubię, czyli niektórych wilsonowych.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
To może wrzucajcie co lubicie, zamiast spamować?
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
No dobra, czepiam się czepiam to może lepiej sam coś zapodam, też pod ostrzał krytyki się wystawię. Staram się z reguły nie odpowiadać wprost na Wasze wrzutki z kolejki na kolejkę jak to miewałem w zwyczaju w pierwszej bestce ale ten numer i tak w końcu tu się musi pojawić więc ruszam w kolejną wyprawę dookoła świata i ląduję na Czarnym Lądzie.
Owiny Sigoma Band - Nyiduonge Drums
(2013)
Wrzutką tą kontynuuje też wątek postaci Gillesa Petersona, radiowego didżeja i założyciela wytwórni Brownswood Recordings (tej którą wydała debiut Joe Armon-Jonesa). Jak wspominałem wcześniej Gilles P to facet który podczas swej radiowej kariery mocno i umiejętnie stara się zawsze propagować groove z różnych zakątków świata, jednym z zespołów którym zachwycił się od pierwszego odsłuchu było też Owiny Sigoma Band.
Zespół ten powstał w wyniku współpracy kilkorga muzyków z Londynu (Jesse Hackett klawisze/Tom Skinner perkusja/Louis Hackett gitara basowa) z muzykami poznanymi na wyprawie do Kenii (Joseph Nyamungu nyatiti - odmiana liry popularnej wśród ludów Luo z Kenii - oraz Charles Owoko instrumenty perkusyjne). Kiedy Hackett wrócił z Kenii i przedstawił owoce ich współpracy Petersonowi ten od razu zaproponował nagranie albumu. Utwór który dziś zapodaję pochodzi z drugiego albumu OSB zatytułowanego Power Punch! który powstał już w Londynie gdy to z kolei muzycy z Kenii pofatygowali się na Wyspy Brytyjskie by go nagrać i przy okazji rozszerzyć brzmienie zespołu o bardziej elektroniczne wpływy. Nyiduonge Drums było singlem promującym album i dzięki temu śledząc nagrania z wytwórni Brownswood wpadłem na niego pewnego dnia na YouTube.
Kawałek łączy w sobie tradycyjne afrykańskie bębny z syntezatorami skręcającymi trochę w stronę specyficznego hipnotycznego techno, utwór zaczyna się raczej prosto i niepozornie i wraz z jego przebiegiem stopniowo nabudowuje i zmienia ostatecznie pozostawiając mnie w końcowym etapie w swoistym transie. Bardzo podoba mi się groove tego kawałka, z jednej strony mamy prostą stopę 4/4 uzupełnianą o synkopowane afrykańskie perkusalia, pulsujący a może tańczący basowy syntezator i drugi synth - piszczący bardziej i nadający lekko techno transowego wydźwięku. Do tego poza głównym gadającym wokalem miejscami pojawiają się dzikie plemiennie brzmiące okrzyki. Numer w sumie dość prosty tak jak i wrzucany przez Dragona DJ Nigga Fox ale mną jednak bardziej buja i transuje. Mimo wszystko Dragon trochę zasponsorował tę wrzutę bo inaczej nie wiem ile jeszcze kolejek bym się bujał z nim w kieszeni. Dla mnie to jest jeden ze sztandarowych kawałków kiedy mam w głowie takie rytmiczne wyprawy po globie. Także tego no - bujajcie się... byle do rytmu.
https://youtu.be/hTAM1hC5-GU
Owiny Sigoma Band - Nyiduonge Drums
(2013)
Wrzutką tą kontynuuje też wątek postaci Gillesa Petersona, radiowego didżeja i założyciela wytwórni Brownswood Recordings (tej którą wydała debiut Joe Armon-Jonesa). Jak wspominałem wcześniej Gilles P to facet który podczas swej radiowej kariery mocno i umiejętnie stara się zawsze propagować groove z różnych zakątków świata, jednym z zespołów którym zachwycił się od pierwszego odsłuchu było też Owiny Sigoma Band.
Zespół ten powstał w wyniku współpracy kilkorga muzyków z Londynu (Jesse Hackett klawisze/Tom Skinner perkusja/Louis Hackett gitara basowa) z muzykami poznanymi na wyprawie do Kenii (Joseph Nyamungu nyatiti - odmiana liry popularnej wśród ludów Luo z Kenii - oraz Charles Owoko instrumenty perkusyjne). Kiedy Hackett wrócił z Kenii i przedstawił owoce ich współpracy Petersonowi ten od razu zaproponował nagranie albumu. Utwór który dziś zapodaję pochodzi z drugiego albumu OSB zatytułowanego Power Punch! który powstał już w Londynie gdy to z kolei muzycy z Kenii pofatygowali się na Wyspy Brytyjskie by go nagrać i przy okazji rozszerzyć brzmienie zespołu o bardziej elektroniczne wpływy. Nyiduonge Drums było singlem promującym album i dzięki temu śledząc nagrania z wytwórni Brownswood wpadłem na niego pewnego dnia na YouTube.
Kawałek łączy w sobie tradycyjne afrykańskie bębny z syntezatorami skręcającymi trochę w stronę specyficznego hipnotycznego techno, utwór zaczyna się raczej prosto i niepozornie i wraz z jego przebiegiem stopniowo nabudowuje i zmienia ostatecznie pozostawiając mnie w końcowym etapie w swoistym transie. Bardzo podoba mi się groove tego kawałka, z jednej strony mamy prostą stopę 4/4 uzupełnianą o synkopowane afrykańskie perkusalia, pulsujący a może tańczący basowy syntezator i drugi synth - piszczący bardziej i nadający lekko techno transowego wydźwięku. Do tego poza głównym gadającym wokalem miejscami pojawiają się dzikie plemiennie brzmiące okrzyki. Numer w sumie dość prosty tak jak i wrzucany przez Dragona DJ Nigga Fox ale mną jednak bardziej buja i transuje. Mimo wszystko Dragon trochę zasponsorował tę wrzutę bo inaczej nie wiem ile jeszcze kolejek bym się bujał z nim w kieszeni. Dla mnie to jest jeden ze sztandarowych kawałków kiedy mam w głowie takie rytmiczne wyprawy po globie. Także tego no - bujajcie się... byle do rytmu.
https://youtu.be/hTAM1hC5-GU
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Mark Lanegan Band - No Bells on Sunday
Generalnie powinienem wrzucić ten kawałek w niedzielę, żeby było immersyjnie, ale najpewniej wleci w sobotę (wrzutę przygotowałem wcześniej), niemniej jednak weekend to weekend powiedzmy, prawie się liczy. Mark Lanegan to człowiek, o którym słyszałem od dawna z różnych źródeł, pewien mój dobry ziomek ze studiów z czasów łódzkich, który obecnie robi karierę jako człowiek od crowdfundingu i startupów, był wielkim fanem Screaming Trees i stręczył mi ten zespół długo. Ja wtedy miałem fazę na hipsterskie granie (Xeno & Oaklander, Metronomy czy znane Wam już Wild Nothing), przez co trochę to zbijałem, ale wciąż bawiliśmy się dobrze jako fani Nine Inch Nails, więc było o czym gadać (albo drzeć mordę do The Fragile przy browarku). Potem był Hien, który serwował mi choćby Queens of the Stone Age, których to Lanegan był przez jakiś czas członkiem/współpracownikiem. No i, rzecz jasna, Lanegan solo. Miałem to gdzieś aż do mojej i jego wymiany albumowej, która jesienią 2019 roku dostarczyła mi album Phantom Radio. Posłuchałem i się... zachwyciłem, co wcale nie było takie oczywiste w moim wypadku (Hien zresztą zwrócił na to uwagę sam), albowiem stoner rock czy pochodne (no dobra, ten krążek to nie jest do końca stoner rock per se, ale you catch my meaning) to nie są moje klimaty (ale np. jak w 2015 Kuba polecił mi mocno płytę ...Like Clockwork QOTSA, to przepadłem, dosłownie, takie Smooth Sailing jest genialne). A tutaj ładnie siadło, aż sam byłem w szoku. Jednocześnie mam swoją słabość do powolnych, elektronicznych (bądź pochodnych) bitów, głębokich i długo wybrzmiewających padów etc., także prawdziwy szok przeżyłem, gdy odpaliłem towarzyszące albumowi EP o tytule No Bells on Sunday właśnie. Utwór tytułowy rozłożył mnie na łopatki. Jest fantastyczny, albowiem łączy to, co najlepsze w Laneganie (jego kapitalny głos i umiejętność pisania chwytliwych, ale zarazem niepretensjonalnych tekstów) oraz moje prywatne upodobania muzyczne (czyli z grubsza to, co opisałem wyżej).
No Bells on Sunday to taki hmm broken love song, gdzie podmiot liryczny siedzi smutno przy stole w jakimś ciemnym pokoju, obowiązkowo samotnie, przy nim na wpoły pusta butelka po whisky (nie potrafię Lanegana skojarzyć z czymkolwiek innym z alkoholi, może to zasługa Whiskey for the Holy Ghost), ze ściany sterczy stara i przepalająca się żarówka (to chyba oczywiste, że jest noc, najlepiej jesienna i w ogóle mgła i pada deszcz), gapi się na zdjęcie ukochanej osoby, która gdzieś przepadła (np. w życiu, jak to w życiu bywa) i smuta. To nie był mój vibe wtedy, jesienią 2019 a i tak mnie ten numer wziął bez ostrzeżenia. Teraz co prawda nie ma jesieni, za to ja mam dokładnie ten vibe. Jako że pewien pokrzywiony romans, w jaki byłem zaangażowany ostatni rok z kawałkiem właśnie oddaje ostatnie tchnienie, nie będzie chyba lepszej piosenki, żeby go podsumować. Zabrzmi to mało optymistycznie, ale ta piosenka aż czekała na swój czas dla mnie (co nie zmienia faktu, że słuchałem jej dużo i często bez względu na okoliczności, kawałek błyskiem wpadł na moje osobiste Top 100). Lanegan jest super, ta piosenka jest super, w ogóle polecam i resztę EP i cały album, ale to już Kuba może Wam powiedzieć więcej (bo się też lepiej zna). Mimo tego, iż nie byłem jakoś ekstremalnie w Lanegana wkręcony (choć na pewnym etapie zassałem i przesłuchałem całą jego dyskografię, czy solo czy z Mark Lanegan Band), to każde obcowanie z jego muzyką jest dla mnie przyjemne. Gość ma takie 100% Stanów w sobie, w swojej twórczości, ekspresji etc., fajny, grunge'owy background i bluesową duszę. A raczej miał, albowiem wszyscy tutaj zdaje się wiedzą, że zmarł ponad rok temu. Na swoje nieszczęście pod koniec życia szurał, i zdaje się właśnie to było przyczyną mniej lub bardziej bezpośrednią (okołocovidowy denializm). Wielka szkoda, gdyż jego ostatnie wydawnictwo, czyli absolutnie świetna płyta Straight Songs of Sorrow stała się dla mnie takim Blind Faith od Blacka (tyle, że dla Lanegana), a więc coś bardzo, bardzo dobrego, co jednocześnie może być wstępem do czegoś dużo, dużo lepszego w przyszłości. Nie poznamy jej, nie będzie dzwonów w niedzielę (ani skrzydeł, by latać). God bless him, we're missing him tonight.
https://www.youtube.com/watch?v=2-ss-NtZ3aM
Generalnie powinienem wrzucić ten kawałek w niedzielę, żeby było immersyjnie, ale najpewniej wleci w sobotę (wrzutę przygotowałem wcześniej), niemniej jednak weekend to weekend powiedzmy, prawie się liczy. Mark Lanegan to człowiek, o którym słyszałem od dawna z różnych źródeł, pewien mój dobry ziomek ze studiów z czasów łódzkich, który obecnie robi karierę jako człowiek od crowdfundingu i startupów, był wielkim fanem Screaming Trees i stręczył mi ten zespół długo. Ja wtedy miałem fazę na hipsterskie granie (Xeno & Oaklander, Metronomy czy znane Wam już Wild Nothing), przez co trochę to zbijałem, ale wciąż bawiliśmy się dobrze jako fani Nine Inch Nails, więc było o czym gadać (albo drzeć mordę do The Fragile przy browarku). Potem był Hien, który serwował mi choćby Queens of the Stone Age, których to Lanegan był przez jakiś czas członkiem/współpracownikiem. No i, rzecz jasna, Lanegan solo. Miałem to gdzieś aż do mojej i jego wymiany albumowej, która jesienią 2019 roku dostarczyła mi album Phantom Radio. Posłuchałem i się... zachwyciłem, co wcale nie było takie oczywiste w moim wypadku (Hien zresztą zwrócił na to uwagę sam), albowiem stoner rock czy pochodne (no dobra, ten krążek to nie jest do końca stoner rock per se, ale you catch my meaning) to nie są moje klimaty (ale np. jak w 2015 Kuba polecił mi mocno płytę ...Like Clockwork QOTSA, to przepadłem, dosłownie, takie Smooth Sailing jest genialne). A tutaj ładnie siadło, aż sam byłem w szoku. Jednocześnie mam swoją słabość do powolnych, elektronicznych (bądź pochodnych) bitów, głębokich i długo wybrzmiewających padów etc., także prawdziwy szok przeżyłem, gdy odpaliłem towarzyszące albumowi EP o tytule No Bells on Sunday właśnie. Utwór tytułowy rozłożył mnie na łopatki. Jest fantastyczny, albowiem łączy to, co najlepsze w Laneganie (jego kapitalny głos i umiejętność pisania chwytliwych, ale zarazem niepretensjonalnych tekstów) oraz moje prywatne upodobania muzyczne (czyli z grubsza to, co opisałem wyżej).
No Bells on Sunday to taki hmm broken love song, gdzie podmiot liryczny siedzi smutno przy stole w jakimś ciemnym pokoju, obowiązkowo samotnie, przy nim na wpoły pusta butelka po whisky (nie potrafię Lanegana skojarzyć z czymkolwiek innym z alkoholi, może to zasługa Whiskey for the Holy Ghost), ze ściany sterczy stara i przepalająca się żarówka (to chyba oczywiste, że jest noc, najlepiej jesienna i w ogóle mgła i pada deszcz), gapi się na zdjęcie ukochanej osoby, która gdzieś przepadła (np. w życiu, jak to w życiu bywa) i smuta. To nie był mój vibe wtedy, jesienią 2019 a i tak mnie ten numer wziął bez ostrzeżenia. Teraz co prawda nie ma jesieni, za to ja mam dokładnie ten vibe. Jako że pewien pokrzywiony romans, w jaki byłem zaangażowany ostatni rok z kawałkiem właśnie oddaje ostatnie tchnienie, nie będzie chyba lepszej piosenki, żeby go podsumować. Zabrzmi to mało optymistycznie, ale ta piosenka aż czekała na swój czas dla mnie (co nie zmienia faktu, że słuchałem jej dużo i często bez względu na okoliczności, kawałek błyskiem wpadł na moje osobiste Top 100). Lanegan jest super, ta piosenka jest super, w ogóle polecam i resztę EP i cały album, ale to już Kuba może Wam powiedzieć więcej (bo się też lepiej zna). Mimo tego, iż nie byłem jakoś ekstremalnie w Lanegana wkręcony (choć na pewnym etapie zassałem i przesłuchałem całą jego dyskografię, czy solo czy z Mark Lanegan Band), to każde obcowanie z jego muzyką jest dla mnie przyjemne. Gość ma takie 100% Stanów w sobie, w swojej twórczości, ekspresji etc., fajny, grunge'owy background i bluesową duszę. A raczej miał, albowiem wszyscy tutaj zdaje się wiedzą, że zmarł ponad rok temu. Na swoje nieszczęście pod koniec życia szurał, i zdaje się właśnie to było przyczyną mniej lub bardziej bezpośrednią (okołocovidowy denializm). Wielka szkoda, gdyż jego ostatnie wydawnictwo, czyli absolutnie świetna płyta Straight Songs of Sorrow stała się dla mnie takim Blind Faith od Blacka (tyle, że dla Lanegana), a więc coś bardzo, bardzo dobrego, co jednocześnie może być wstępem do czegoś dużo, dużo lepszego w przyszłości. Nie poznamy jej, nie będzie dzwonów w niedzielę (ani skrzydeł, by latać). God bless him, we're missing him tonight.
https://www.youtube.com/watch?v=2-ss-NtZ3aM
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
JunkBunny – Sedona
Przenosimy się do 2020 r., środek pandemii, człowiek potrzebuje czegoś pozytywnego w życiu, no i jest. We wrześniu wyszedł długo wyczekiwany remake dwóch pierwszych części THPS – „THPS 1+2”. Długo wyczekiwany, bo pierwszy z prawdziwego zdarzenia, wydany niecałe 10 lat wcześniej „THPS HD” był, delikatnie mówiąc, średni. Twórcom udało się przyklepać licencję na większość klasycznych piosenek użytych w oryginalnych wersjach (niestety niektórych się, z różnych powodów, nie udało), ale też dołożyli odpowiednią dawkę nowych. „Sedona” znalazła się w gronie świeżaków i zaatakowała mnie niemal od razu, podczas interaktywnego menu (nie chce mi się opisywać, bo też nie o grze mówimy). Musze przyznać, że ludzie odpowiedzialni za dobór muzyki, zrobili kosmiczną robotę, bo nowe kawałki brzmią jakby były w tych grach od początku.
Z tego co wiem, członkowie JunkBunny nie byli na świecie kiedy pierwszy THPS wychodził. To są dosłownie dzieciaki, póki co wydali dwie ep, ale popularność przyniosła im przede wszystkim obecność na soundtracku do gry (historia się powtarza). Wszystko mi się w tym numerze podoba. Riffy są świetne, a power chordy w refrenie stawiają włos na grzbiecie. Vibe jest słoneczny i aż ma się ochotę iść na deskę, hehe. Piękny kawałek, która ma w sobie nie tylko punch, ale też trochę nostalgii.
Smutno mi się zrobiło, bo z ciekawości zrobiłem bardziej dogłębny research i wyszło na to, że w ciągu tych 3 lat, zespół stracił wytwórnię, menadżera, potem odszedł basista, a rok później perkusista, zostawiając wokalistę/gitarzystę Maca z zadaniem zmontowania nowego JunkBunny. Szkoda, bo wydawali się fajną paczką zajaranych muzyką dzieciaków, pełnych zaraźliwej energii, a tu siusiak, jednak granie w będącym ciągle w trasie rockowym zespole, to nie jest wcale marzenie obecnych 20-latków. Parę lat i z tria zostaje jeden gość. Tym bardziej zadziwiają mnie takie zespoły, jak np. U2, którym udało się przez tyle lat utrzymać oryginalny skład (ok. potem robi się z tego trochę biznes, ale jednak, nie zmienić składu przez ponad 40 lat, to jest wyczyn). JunkBunny jakoś przetrwało, udało się znaleźć zastępstwo za sekcję rytmiczną, powstaje pierwszy longplay. Może trochę czar prysł, ale z drugiej strony liczy się muzyka.
https://www.youtube.com/watch?v=rQzRRiXXhJ0
Przenosimy się do 2020 r., środek pandemii, człowiek potrzebuje czegoś pozytywnego w życiu, no i jest. We wrześniu wyszedł długo wyczekiwany remake dwóch pierwszych części THPS – „THPS 1+2”. Długo wyczekiwany, bo pierwszy z prawdziwego zdarzenia, wydany niecałe 10 lat wcześniej „THPS HD” był, delikatnie mówiąc, średni. Twórcom udało się przyklepać licencję na większość klasycznych piosenek użytych w oryginalnych wersjach (niestety niektórych się, z różnych powodów, nie udało), ale też dołożyli odpowiednią dawkę nowych. „Sedona” znalazła się w gronie świeżaków i zaatakowała mnie niemal od razu, podczas interaktywnego menu (nie chce mi się opisywać, bo też nie o grze mówimy). Musze przyznać, że ludzie odpowiedzialni za dobór muzyki, zrobili kosmiczną robotę, bo nowe kawałki brzmią jakby były w tych grach od początku.
Z tego co wiem, członkowie JunkBunny nie byli na świecie kiedy pierwszy THPS wychodził. To są dosłownie dzieciaki, póki co wydali dwie ep, ale popularność przyniosła im przede wszystkim obecność na soundtracku do gry (historia się powtarza). Wszystko mi się w tym numerze podoba. Riffy są świetne, a power chordy w refrenie stawiają włos na grzbiecie. Vibe jest słoneczny i aż ma się ochotę iść na deskę, hehe. Piękny kawałek, która ma w sobie nie tylko punch, ale też trochę nostalgii.
Smutno mi się zrobiło, bo z ciekawości zrobiłem bardziej dogłębny research i wyszło na to, że w ciągu tych 3 lat, zespół stracił wytwórnię, menadżera, potem odszedł basista, a rok później perkusista, zostawiając wokalistę/gitarzystę Maca z zadaniem zmontowania nowego JunkBunny. Szkoda, bo wydawali się fajną paczką zajaranych muzyką dzieciaków, pełnych zaraźliwej energii, a tu siusiak, jednak granie w będącym ciągle w trasie rockowym zespole, to nie jest wcale marzenie obecnych 20-latków. Parę lat i z tria zostaje jeden gość. Tym bardziej zadziwiają mnie takie zespoły, jak np. U2, którym udało się przez tyle lat utrzymać oryginalny skład (ok. potem robi się z tego trochę biznes, ale jednak, nie zmienić składu przez ponad 40 lat, to jest wyczyn). JunkBunny jakoś przetrwało, udało się znaleźć zastępstwo za sekcję rytmiczną, powstaje pierwszy longplay. Może trochę czar prysł, ale z drugiej strony liczy się muzyka.
https://www.youtube.com/watch?v=rQzRRiXXhJ0
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Powoli kończą mi się pomysły, z tych najważniejszych już się wypstrykałem (a na pewno z małych koncertów, z muzyki świata), został chyba Stefan w wydaniu PT i no-man, zostali mniej lub bardziej pokryci patyną polscy wykonawcy, z których niemała część już nie żyje, na horyzoncie majaczą nowości-starocie, na które chyba jeszcze za wcześnie. Właściwie to mam głównie takich piosenkarzy, na których co druga osoba będzie tu mehać i jakoś nie uśmiecha mi się wstawianie ich dokonań. Ale, skoro się bawimy, to się bawimy:
Golec uOrkiestra - Wanna
https://www.youtube.com/watch?v=A3OAkX19cJw
Zastanawiałem się, co wrzucić, żeby nie było - po raz kolejny - wielkiego hitu, tylko piosenka z dalszego planu. Dlatego padło na Wannę, która na "Dwójce", czyli pierwszej poznanej przeze mnie kasecie (tak, ten zespół poznałem z kaset, w ogóle moje pierwsze doświadczenia z muzyką w dużej mierze związane są z magnetofonem, dużo bardziej niż z odtwarzaczem CD; wszystkie te urządzenia albo już poszły w odstawkę, albo przestały działać) znajduje się po dwóch słynnych przebojach - Ścierniscu i Słodyczach. Potem poznałem też "Trójkę" - wszystkie inne ich nagrania, które słyszałem, nie mają już tej mocy sentymentalnej. To jednak były ciekawe czasy, miałem 10 lat i nie były mi w głowie specjalnie zainteresowania muzyką, a mimo tego sporo znałem (szczególnie radiowych hitów; It's My Life wtedy chyba wchodziło; ale tego tu nie wrzucę; właśnie, tych gości z New Jersey jeszcze nie było, a to jednak spore przeoczenie).
Rodzinny, góralski zespół z Milówki, który na początku wieku zrobił w Polsce wielką karierę (więcej było takich grup, Brathanki zwłaszcza, chyba już nawet nie wymieniłbym wszystkich osób, które nuciły ich Korale czy W kinie, w Lublinie, ale masa ich była). Instrumentarium pełne instrumentów smyczkowych czy dętych od razu wprowadza należytą, ludową (czy raczej: przetworzoną ludową) aurę. Dwóch braci-bliźniaków w rolach głównych otoczonych przez masę innych muzyków. Jest odpowiedni bit, byśmy nie zapomnieli, że mamy do czynienia ze współczesną muzyką popularną.
Rzecz absurdalno-abstrakcyjna w wydaniu tekstowym (a i trochę muzycznym; kiedy sobie to przypomniałem, od razu zrozumiałem, że tullowa Hunting Girl, republikowa Mamona, floydowskie San Tropez, Stachursky i wielu innych podoba mi się właśnie ze względu na ten specyficzny humor). Przyjemny głos. Rzecz pewnie nawiązuje do życia codziennego. Wanna na środku podwórza. Rozważania, jak ją usunąć. Plucie. Kąpiel w wannie. Obraz. Pijaństwo. Plum, plum, żabka pływa. Wchodzimy w fazę takich wspominek, ciekawe, ile by się tego nazbierało?
Aha, przypomniała mi się jeszcze taka historia: w szczecińskim amfiteatrze im. Heleny Majdaniec (pani od Rudego rydza, akurat wtedy zmarła) występowali kiedyś Golcowie i poszliśmy na koncert z dziadkami (oglądaliśmy i słuchaliśmy zza płota, widoczność kiepska, to było długo przed remontem obiektu) i to było przeżycie dla takich malców jak my wtedy - zobaczyć, usłyszeć (bardziej usłyszeć) ludzi śpiewających i grających te wszystkie piosenki. Ciekawe tym bardziej, że babcia zdecydowanie nie należała do ludzi lubujących się w takich imprezach, wręcz przeciwnie, raczej zniechęcała do takowych jak tylko mogła. I właśnie z nią byliśmy na Golcach. To na pewno jeden z pierwszych (o ile nie w ogóle pierwszy) koncertów, które pamiętam. Rok około 2002, może 2003, coś takiego.
Golec uOrkiestra - Wanna
https://www.youtube.com/watch?v=A3OAkX19cJw
Zastanawiałem się, co wrzucić, żeby nie było - po raz kolejny - wielkiego hitu, tylko piosenka z dalszego planu. Dlatego padło na Wannę, która na "Dwójce", czyli pierwszej poznanej przeze mnie kasecie (tak, ten zespół poznałem z kaset, w ogóle moje pierwsze doświadczenia z muzyką w dużej mierze związane są z magnetofonem, dużo bardziej niż z odtwarzaczem CD; wszystkie te urządzenia albo już poszły w odstawkę, albo przestały działać) znajduje się po dwóch słynnych przebojach - Ścierniscu i Słodyczach. Potem poznałem też "Trójkę" - wszystkie inne ich nagrania, które słyszałem, nie mają już tej mocy sentymentalnej. To jednak były ciekawe czasy, miałem 10 lat i nie były mi w głowie specjalnie zainteresowania muzyką, a mimo tego sporo znałem (szczególnie radiowych hitów; It's My Life wtedy chyba wchodziło; ale tego tu nie wrzucę; właśnie, tych gości z New Jersey jeszcze nie było, a to jednak spore przeoczenie).
Rodzinny, góralski zespół z Milówki, który na początku wieku zrobił w Polsce wielką karierę (więcej było takich grup, Brathanki zwłaszcza, chyba już nawet nie wymieniłbym wszystkich osób, które nuciły ich Korale czy W kinie, w Lublinie, ale masa ich była). Instrumentarium pełne instrumentów smyczkowych czy dętych od razu wprowadza należytą, ludową (czy raczej: przetworzoną ludową) aurę. Dwóch braci-bliźniaków w rolach głównych otoczonych przez masę innych muzyków. Jest odpowiedni bit, byśmy nie zapomnieli, że mamy do czynienia ze współczesną muzyką popularną.
Rzecz absurdalno-abstrakcyjna w wydaniu tekstowym (a i trochę muzycznym; kiedy sobie to przypomniałem, od razu zrozumiałem, że tullowa Hunting Girl, republikowa Mamona, floydowskie San Tropez, Stachursky i wielu innych podoba mi się właśnie ze względu na ten specyficzny humor). Przyjemny głos. Rzecz pewnie nawiązuje do życia codziennego. Wanna na środku podwórza. Rozważania, jak ją usunąć. Plucie. Kąpiel w wannie. Obraz. Pijaństwo. Plum, plum, żabka pływa. Wchodzimy w fazę takich wspominek, ciekawe, ile by się tego nazbierało?
Aha, przypomniała mi się jeszcze taka historia: w szczecińskim amfiteatrze im. Heleny Majdaniec (pani od Rudego rydza, akurat wtedy zmarła) występowali kiedyś Golcowie i poszliśmy na koncert z dziadkami (oglądaliśmy i słuchaliśmy zza płota, widoczność kiepska, to było długo przed remontem obiektu) i to było przeżycie dla takich malców jak my wtedy - zobaczyć, usłyszeć (bardziej usłyszeć) ludzi śpiewających i grających te wszystkie piosenki. Ciekawe tym bardziej, że babcia zdecydowanie nie należała do ludzi lubujących się w takich imprezach, wręcz przeciwnie, raczej zniechęcała do takowych jak tylko mogła. I właśnie z nią byliśmy na Golcach. To na pewno jeden z pierwszych (o ile nie w ogóle pierwszy) koncertów, które pamiętam. Rok około 2002, może 2003, coś takiego.
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Melki oddycha rękawami pomimo tego, że wrzucił dwa razy mniej rzeczy. Grubo
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Melki Ty się w ogóle nie przejmuj tymi reckami i nie podchodź tak do sprawy, tak naprawdę dla zabawy siedzi się by coś poznać innego a nasze wrzutki to tylko takie wkupne bo umówmy się ta bestka to jest taki fajny motywator-przymus którego człowiekowi czasem brak. Zwróć też uwagę że wiele Twoich wrzut z pierwszej bestki urosło choćby w moich uszach jak Midnight Oil czy Red Box, daj nam szansę i daj nam czas a to zaowocuje 
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
No ja generalnie miałem lata, kiedy bardzo niewiele poznawałem, ten 2016, co to zachwalałem, to raczej wyjątek, a tych hitów to mi się za bardzo wrzucać nie chceDragon pisze:28 maja 2023 22:18Melki oddycha rękawami pomimo tego, że wrzucił dwa razy mniej rzeczy. Grubo
Teraz leciały przez weekend krautrocki, to może być coś nowego (kiedyś chciałem się już za nie zabrać, ale widać nie byłem gotowy).
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Melki, jak to mawiała Matka Teresa z Kalkuty - wrzucaj i nie pierdoI. Zdziwiłbyś się ilu z tych wykonawców będzie tutaj odświeżeniem, bo my tu Polakami rzucamy póki co raczej skromnie. Co najzabawniejsze, przoduje w tym absolutnie Wujas, który wielokrotnie podkreślał, że on rodzimą muzyką gardzi. No, ale ostatnio Artur okazał się też fanem hardcore'u, więc nic mnie już nie zdziwi, nawet Dev lubiący punk, czy Dragon wrzucający homofobiczny hip-hop.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Dobrze albańska sekciara mówi, zawsze najlepiej po prostu wrzucić, zawsze jest szansa że coś zaskoczy/przywoła ciekawe wspomnienia lub nakłoni do napisania czegoś ciekawego (ja czytam np. wszystko lol)
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Kult - Generał Ferreira
No to niech będzie jeszcze jedna polska wrzutka.
Utwór z 1991r. z albumu Your Eyes, chociaż poznałem go zapewne trochę później. Niemniej od zawsze to był mój ulubiony numer Kultu. Takim był w latach 90' i tak jest do teraz. Kojarzy mi się oczywiście znowu najbardziej z pijackimi latami 95-96, kiedy to poznawałem uroki orzyskiego życia jako młody początkujący trep. Zaprzyjaźniłem się wtedy z grupą miejscowych ludzi, u których Kult był w modzie. I słuchaliśmy dużo przy okazji wszelkich domówek. To była bardzo wdzięczna muzyka do darcia japy wraz z Kazikiem.
Generał Ferreira to utwór dosyć typowy dla Kultu, z tekstem traktującym o polityce i wykorzystujący typową dla nich paletę brzmień. Przede wszystkim bardzo charakterystyczne klawisze, gitary, dudniący bas, dobra perkusja. Chociaż brak tu jednocześnie ich znaku rozpoznawczego, czyli dęciaków. Przynajmniej ja ich tam nie słyszę. Ma coś w sobie ten utwór dla mnie wyjątkowego. Może to kwestia bardzo dobrej kompozycji, a może coś innego - nie wiem. W każdym razie lubię wyjątkowo. Nie tylko ze względu na nostalgiczne wspomnienia.
https://www.youtube.com/watch?v=aJA6PYQ1qyw
No to niech będzie jeszcze jedna polska wrzutka.
Utwór z 1991r. z albumu Your Eyes, chociaż poznałem go zapewne trochę później. Niemniej od zawsze to był mój ulubiony numer Kultu. Takim był w latach 90' i tak jest do teraz. Kojarzy mi się oczywiście znowu najbardziej z pijackimi latami 95-96, kiedy to poznawałem uroki orzyskiego życia jako młody początkujący trep. Zaprzyjaźniłem się wtedy z grupą miejscowych ludzi, u których Kult był w modzie. I słuchaliśmy dużo przy okazji wszelkich domówek. To była bardzo wdzięczna muzyka do darcia japy wraz z Kazikiem.
Generał Ferreira to utwór dosyć typowy dla Kultu, z tekstem traktującym o polityce i wykorzystujący typową dla nich paletę brzmień. Przede wszystkim bardzo charakterystyczne klawisze, gitary, dudniący bas, dobra perkusja. Chociaż brak tu jednocześnie ich znaku rozpoznawczego, czyli dęciaków. Przynajmniej ja ich tam nie słyszę. Ma coś w sobie ten utwór dla mnie wyjątkowego. Może to kwestia bardzo dobrej kompozycji, a może coś innego - nie wiem. W każdym razie lubię wyjątkowo. Nie tylko ze względu na nostalgiczne wspomnienia.
https://www.youtube.com/watch?v=aJA6PYQ1qyw
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Lecimy bez miętusa, miejmy nadzieję chwilowo.
Kolejka 18. (68.):
https://youtube.com/playlist?list=PL9wm ... TowX0m1hWY
Kolejka 18. (68.):
https://youtube.com/playlist?list=PL9wm ... TowX0m1hWY
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Rozbójnik Alibaba - lm_k
No tu od samego wejścia akordeonu wiedziałem że będzie Gang Albanii na pełnej hehe. Pozwalam sobie na taki nagłówek i wstęp rewanżując się Dragonowi za kolejny muzyczny inside joke jakim nas uraczył. Na szczęście wrzucający jest całkiem świadomy że jest to towar chodliwy w wąskim gronie lub może zwyczajnie w gronie tak innym od tego naszego forumowego, bestkowego. Numer ze srogim kiczowatym przegięciem, wycelowany na viralowość, proste a może wręcz prymitywne (zamierzenie) zagrywki na akordeonie, melodia saksofonu kojarząca mi się mocno z taką polską sceną muzyki disco-dance (ale to i patent obecny na Zachodzie tylko w ciut lepszym[?] wydaniu), tu wszystko tak naprawdę zależy od słuchacza, od tego czy potraktuje to z przymrużeniem oka i podziela ten swoisty humor czy też nie. Powiedzmy zatem że ROZUMIEM że można to lubić aczkolwiek nie będzie zaskoczeniem jak napiszę że nie jest to mój świat i moje poczucie humoru, niemniej sam w swoim czasie (może niedługo) będę też wrzucał tego typu imprezowy numer z przymrużeniem oka i godzę się już z myślą że wyrwany z kontekstu może nie chwycić ale trudno.
Mark Lanegan - No Bells On Sunday
Tu wielkie zaskoczenie z kolei, odpalałem ten numer pierwszy raz wieczorem ale byłem już tak ściorany że jak zwykle przysypiałem więc dałem se siana i taki porządny pierwszy odsłuch zaliczyłem dopiero wczoraj, w niedzielę. I siadło, siadło z miejsca naprawdę grubo. Piękny kawałek który jak balsam rozlał się po mojej duszy i ukoił zszargane przez pracę nerwy (akurat wyjątkowo siedziałem w robo wczoraj). Kupiłem i pokochałem z miejsca, fajny chillowy aranż, niemalże trip hopowy ale wystarczy że fajne downtempo, bardzo słonecznie i leniwie to brzmi i tak wchodziło jak złoto przy takiej pogodzie właśnie. Podoba mi się bicik, to jak brzmią te elementy perkusyjne w nim, te klawisze chillują cudnie, Lanegan ma cudowny głos - swoją drogą nie wiem czy miałem okazję się z nim zetknąć? Hien coś wspominał o nim w kontekście QOTSA o ile pamiętam i nie wiem już czy on śpiewał w tamtej wrzutce czy nie. Zajebiście POTRZEBOWAŁEM tego numeru naprawdę bo raz że dev idealnie trafił w moją sytuację i mogłem jakoś komfortowo rozpłynąć się w moim poczuciu beznadziei to druga sprawa że kiedy już ostatnio deva trochę skreślałem w myślach widząc jak oddalamy się od siebie w naszych wrzutkach i ich wzajemnym odbiorze nagle trafia się taka perła i zamazuje niedawne różnice między nami i to było dla mnie fajne, pokrzepiające że raz po raz bestka potrafi miło zaskoczyć. Podsumowując ten numer powiem tylko że nie wiem czy było coś lepszego w tej trzeciej bestce do tej pory, znak jakości przyznaję.
JunkBunny - Sedona
Munlup kontynuuje swoje punkowe podróże i konsekwentnie porusza się ku coraz świeższym klimatom w tym temacie. Mam nadzieję że zrozumie i wybaczy zatem jeśli tym samym wrzutki te stojąc najbliżej siebie będą też porównywane między sobą. Dotychczas zaskoczył mnie fajnie Supermanem i mógł liczyć na ciepły odbiór Good Charlotte, nowszym rockiem trochę trudniej jest mnie jednak kupić. Choć tak naprawdę kapela nie gra też nie wiadomo jak współcześnie, to są takie patenty zakorzenione mocno w latach 90. jeszcze myślę w dużej mierze. Ten akustyczny wstęp brzmi dziwnie znajomo, potem jednak wchodzi taki rasowy radiowy alt-rock lat zerowych jakby. Problem mam z tym że nie siadł mi wokal tego gościa, brzmi jakoś tak nijako. Zdecydowanie wolę te fragmenty samej muzy kiedy wjeżdżają takie zagrywki jakby alt-metalowe, trochę jak z jakiegoś Soundgarden. Daję okejkę bo chłopaki grają dobrze a wokal może z czasem się przegryzie a może nie, wyjdzie na podsumowaniu.
Golec uOrkiestra - Wanna
Melczet przejmuje się naszym odbiorem hitów na podstawie może nieco średniego odbioru Blondie które przepijaliśmy taneczną Irene Cara (tu dużo fajniej zresztą) a zapomina że nawet wrzucając taką oczywistość jak Mamonę zrobił mi odkrycie tego numeru na nowo po piętnastu latach. Bestka jest nieprzewidywalna i na tym polega jej piękno. Nie spodziewałbym się kiedyś że Mel wrzuci Golców a ja nawet nie będę mehał, ha. Pamiętam ich czasy radiowego prosperity i w sumie nawet miło to wspominam, słuchało się tych hitów i nuciło i ten folklor byl wtedy naturalną częścią radiowego polskiego mainstreamu, o wiele gorzej bracia Golec wypadają obecnie. Miło jest zatem wrócić do tych dawnych czasów i jeszcze odkryć jakiś nieznany ich numer, od tego ta bestka jest jak najbardziej. Wanna to utwór humorystyczny mocno, z takim melczetowym humorem znanym nam już choćby z Ballady o Trzech Trubadurach. Jeśli coś mnie uwiera w tym numerze to ten refren gdy jeden z Golców rozpływa się nad tą żabką plumkającą w owej wannie, poza tym jest to taki sympatyczny, gagowy numer i nawet uśmiechnę się pod wąsem słuchając go.
Najwiekszy mindfuck mam z tego że dopiero teraz skumałem (opóźniony jestem) że nazwę czyta się UORKIESTRA czyli ŁORKIESTRA a nie U-Orkiestra, lol, a to wszystko dzięki temu że tagi na YouTube Music opisują całość wielkimi literami, ten oryginalny zapis mnie mylił dotąd xD
Kult - Generał Ferreira
Widząc tę wrzutkę pomyślałem sobie że to zabawne że Melki pisze że kończą mu się pomysły kiedy to wuja już wystrzelał się w utworach ze Stefana okularnika a teraz wziął się za dojenie Kazika
faktycznie nie ma w tym numerze charakterystycznej dla pewnego okresu Kultu waltornii której brzmienie uwielbiam ale są za to równie charakterystyczne dla wczesnego Kultu klawisze. Poza tym drewniana perka, ostra gitara, gdzieś dudniący pod spodem bas, brzmi to nieco gotycko bym rzekł ale okraszone jest typową rapową nawijką Kazika i odrobiną samplingu, produkt swojej epoki w pełnym wymiarze. Ja Kult ogólnie lubię i mogę być zbiasowany ale np. mentosowe wrzuty Kultu łykałem słabo, Generał Ferreira jest bardzo spoko, bałem się znowu darcia japy ale shodan nie zdublował własnych wrzutek i chwała za to.
No kurczaczek Panowie, kapitalna kolejeczka to była, ledwie od Rozbójnika Alibaby się odbiłem co było w sumie wiadome na starcie, reszta naprawdę przyjemna z Laneganem na czele, mogę ten numer puścić i umrzeć w spokoju lol.
No tu od samego wejścia akordeonu wiedziałem że będzie Gang Albanii na pełnej hehe. Pozwalam sobie na taki nagłówek i wstęp rewanżując się Dragonowi za kolejny muzyczny inside joke jakim nas uraczył. Na szczęście wrzucający jest całkiem świadomy że jest to towar chodliwy w wąskim gronie lub może zwyczajnie w gronie tak innym od tego naszego forumowego, bestkowego. Numer ze srogim kiczowatym przegięciem, wycelowany na viralowość, proste a może wręcz prymitywne (zamierzenie) zagrywki na akordeonie, melodia saksofonu kojarząca mi się mocno z taką polską sceną muzyki disco-dance (ale to i patent obecny na Zachodzie tylko w ciut lepszym[?] wydaniu), tu wszystko tak naprawdę zależy od słuchacza, od tego czy potraktuje to z przymrużeniem oka i podziela ten swoisty humor czy też nie. Powiedzmy zatem że ROZUMIEM że można to lubić aczkolwiek nie będzie zaskoczeniem jak napiszę że nie jest to mój świat i moje poczucie humoru, niemniej sam w swoim czasie (może niedługo) będę też wrzucał tego typu imprezowy numer z przymrużeniem oka i godzę się już z myślą że wyrwany z kontekstu może nie chwycić ale trudno.
Mark Lanegan - No Bells On Sunday
Tu wielkie zaskoczenie z kolei, odpalałem ten numer pierwszy raz wieczorem ale byłem już tak ściorany że jak zwykle przysypiałem więc dałem se siana i taki porządny pierwszy odsłuch zaliczyłem dopiero wczoraj, w niedzielę. I siadło, siadło z miejsca naprawdę grubo. Piękny kawałek który jak balsam rozlał się po mojej duszy i ukoił zszargane przez pracę nerwy (akurat wyjątkowo siedziałem w robo wczoraj). Kupiłem i pokochałem z miejsca, fajny chillowy aranż, niemalże trip hopowy ale wystarczy że fajne downtempo, bardzo słonecznie i leniwie to brzmi i tak wchodziło jak złoto przy takiej pogodzie właśnie. Podoba mi się bicik, to jak brzmią te elementy perkusyjne w nim, te klawisze chillują cudnie, Lanegan ma cudowny głos - swoją drogą nie wiem czy miałem okazję się z nim zetknąć? Hien coś wspominał o nim w kontekście QOTSA o ile pamiętam i nie wiem już czy on śpiewał w tamtej wrzutce czy nie. Zajebiście POTRZEBOWAŁEM tego numeru naprawdę bo raz że dev idealnie trafił w moją sytuację i mogłem jakoś komfortowo rozpłynąć się w moim poczuciu beznadziei to druga sprawa że kiedy już ostatnio deva trochę skreślałem w myślach widząc jak oddalamy się od siebie w naszych wrzutkach i ich wzajemnym odbiorze nagle trafia się taka perła i zamazuje niedawne różnice między nami i to było dla mnie fajne, pokrzepiające że raz po raz bestka potrafi miło zaskoczyć. Podsumowując ten numer powiem tylko że nie wiem czy było coś lepszego w tej trzeciej bestce do tej pory, znak jakości przyznaję.
JunkBunny - Sedona
Munlup kontynuuje swoje punkowe podróże i konsekwentnie porusza się ku coraz świeższym klimatom w tym temacie. Mam nadzieję że zrozumie i wybaczy zatem jeśli tym samym wrzutki te stojąc najbliżej siebie będą też porównywane między sobą. Dotychczas zaskoczył mnie fajnie Supermanem i mógł liczyć na ciepły odbiór Good Charlotte, nowszym rockiem trochę trudniej jest mnie jednak kupić. Choć tak naprawdę kapela nie gra też nie wiadomo jak współcześnie, to są takie patenty zakorzenione mocno w latach 90. jeszcze myślę w dużej mierze. Ten akustyczny wstęp brzmi dziwnie znajomo, potem jednak wchodzi taki rasowy radiowy alt-rock lat zerowych jakby. Problem mam z tym że nie siadł mi wokal tego gościa, brzmi jakoś tak nijako. Zdecydowanie wolę te fragmenty samej muzy kiedy wjeżdżają takie zagrywki jakby alt-metalowe, trochę jak z jakiegoś Soundgarden. Daję okejkę bo chłopaki grają dobrze a wokal może z czasem się przegryzie a może nie, wyjdzie na podsumowaniu.
Golec uOrkiestra - Wanna
Melczet przejmuje się naszym odbiorem hitów na podstawie może nieco średniego odbioru Blondie które przepijaliśmy taneczną Irene Cara (tu dużo fajniej zresztą) a zapomina że nawet wrzucając taką oczywistość jak Mamonę zrobił mi odkrycie tego numeru na nowo po piętnastu latach. Bestka jest nieprzewidywalna i na tym polega jej piękno. Nie spodziewałbym się kiedyś że Mel wrzuci Golców a ja nawet nie będę mehał, ha. Pamiętam ich czasy radiowego prosperity i w sumie nawet miło to wspominam, słuchało się tych hitów i nuciło i ten folklor byl wtedy naturalną częścią radiowego polskiego mainstreamu, o wiele gorzej bracia Golec wypadają obecnie. Miło jest zatem wrócić do tych dawnych czasów i jeszcze odkryć jakiś nieznany ich numer, od tego ta bestka jest jak najbardziej. Wanna to utwór humorystyczny mocno, z takim melczetowym humorem znanym nam już choćby z Ballady o Trzech Trubadurach. Jeśli coś mnie uwiera w tym numerze to ten refren gdy jeden z Golców rozpływa się nad tą żabką plumkającą w owej wannie, poza tym jest to taki sympatyczny, gagowy numer i nawet uśmiechnę się pod wąsem słuchając go.
Najwiekszy mindfuck mam z tego że dopiero teraz skumałem (opóźniony jestem) że nazwę czyta się UORKIESTRA czyli ŁORKIESTRA a nie U-Orkiestra, lol, a to wszystko dzięki temu że tagi na YouTube Music opisują całość wielkimi literami, ten oryginalny zapis mnie mylił dotąd xD
Kult - Generał Ferreira
Widząc tę wrzutkę pomyślałem sobie że to zabawne że Melki pisze że kończą mu się pomysły kiedy to wuja już wystrzelał się w utworach ze Stefana okularnika a teraz wziął się za dojenie Kazika
No kurczaczek Panowie, kapitalna kolejeczka to była, ledwie od Rozbójnika Alibaby się odbiłem co było w sumie wiadome na starcie, reszta naprawdę przyjemna z Laneganem na czele, mogę ten numer puścić i umrzeć w spokoju lol.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ja, dla pewności, zaznaczę tylko, że wrzucony przeze mnie numer, to nie jest punk xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
W sumie to wiem, wynika to nawet z mojej recki, nie wiem czemu wydawało mi się że znowu punk miał wlecieć lol.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Lady Madlen - Kokos
To jest jedna z TYCH wrzutek Dragona, czyli takich, które rozumie tylko te kilka znajomych Smoka, które chodzi z nim na imprezy, żeby sobie tam oko puścić, śmiechnąć z jakiego ikonicznego, w tym towarzystwie, tekstu kultury, itd. Potem dostajemy to my i następuje niezręczne milczenie, no bo co my mamy z tym zrobić? Ja wiem, że takie trochę memy wśród znajomych mają dużą moc, ja miałem na studiach inside dżółki z „Tańczyć Chcę” i się tego nie wstydzę, chociaż bym numeru nikomu nie sprzedawał. Dołożę wszelkich starań, żeby się tu postarać się postarać coś z tego wyciągnąć, żeby mi potem Robert nie zarzucał, że to był jakiś mój „wybór”, że mi się to nie podoba. Wokal mnie drażni niesamowicie i chyba wiem co, między innymi, nie zabanglało też z Siksą. Ta maniera to takie kpiarskie przedrzeźnianie, nie potrafię tego inaczej nazwać, takie „terefere kuku”, ale rozwinięte do jakiegoś większego tekstu (co nie znaczy, że dla mnie bardziej zrozumiałego niż wspomniane terefere kuku). Wyczuwam u podstaw takiej stylówy, czystą prowokację, trochę jak z ubieraniem się ala Sam Smith na Grammy. Ich piosenki nikt nie pamięta, ale każdy ma przed oczami ich ciuch z tamtego wieczora. Tutaj odnoszę podobne wrażenie, nie pamiętam o czym był utwór, ale pamiętam, że babka brzmiała jakby mnie przedrzeźniała. Tutaj się nie ma co bawić w analizy, jednym takie coś imponuje, a drugim nie. Mnie to nie kręci. Tekst przeczytałem w necie i tylko się uśmiechnąłem. Ja nawet nie czuje się upoważniony żeby to komentować, to jest bańka znajdująca się lata świetlne ode mnie. Muzycznie za to można coś więcej powiedzieć. Po pierwszych paru przesłuchaniach, byłem trochę w kropce, bo pierwszy raz od dawna, nie potrafiłem powiedzieć, co tam się w ogóle dzieje. Trochę jak z portretem autorstwa Picassa, widzisz mniej więcej co się na nim znajduje, ale ni siusiaka nie potrafisz powiedzieć co jest czym. Miałem problem z wyodrębnieniem dźwięków (boję się użyć słowa „instrumentów”), nie wiedziałem co tam gra, wszystko jest zbite w jedną, pędzącą, bujającą masę. Może sam będę potem się z siebie śmiał, że tak napisałem, ale jest to jakiś współczesny impresjonizm muzyczny (więc nie Picasso, hehe). Jako pierwszy, wyodrębniłem akordeon i w sumie tyle, reszta jest tak mocno zmieszana w miksie, a potem tak skompresowana, że w zasadzie nie idzie się połapać co jest grane. Jeżeli mam coś pozytywnego wynieść ze słuchania tej piosenki, to chyba to, że jak na tak prosty numer, była jakimś wyzwaniem, przynajmniej pod jakimś względem. I to w zasadzie tyle. Smoku pisze, że numer broni się bezkompromisowością i przegięciem, ale tbh, o wszystkim tak można napisać, tak samo jak każdą krytykę odpierać tym, że ktoś czegoś „nie rozumie”. Nawet nie będę próbowałem tego kawałka oceniać liczbami, dawać jakichś kciuków, kolorków, itd. Czuję się trochę jak ten bezdomny, któremu jakiś youtuber dał w prezencie Yeezy za 1000 zł. Doceniam, ale nie mam pojęcia, co ja mam z tym zrobić.
Owiny Sigoma Band - Nyiduonge Drums
Murzyn wskakuje z potańcówką. Jest bardziej tradycyjnie niż w przypadku DJa Czarnucha Lisa, ale od razu wysypię się z zarzutu, a raczej uwagi, na temat tego egzotycznego pierwiastka, którym Panowie te numery sprzedajecie. Murzyn pisze, że utwór inspirowany faktyczną wyprawą do Kenii oraz nagrany z muzykami stamtąd pochodzącymi. Ja oczywiście w to wszystko wierzę, nie ma powodu żebym nie wierzył, ale to wynika tylko z opisu Murzyna, niczego innego. Ok, bębny pobrzmiewają Afryką, ale dla mnie tyle samo autentyczności w samej muzyce ma jakiś kawałek, który sampluje randomowe djembe, czy konga, nagrane przez białasów w UK. Pod tym kątem, tego typu rzeczy zawsze ostatecznie rozczarowują. Pamiętam jak gdzieś czytałem anegdotę, w której muzyk opisywał ile się namęczył żeby znaleźć jakiś autentyczny, pradawny instrument, ale ostatecznie użył wtyczki z kompa, bo oryginał brzmiał chujowo. Tym samym, prawie wszystkie te wrzuty reklamowane jako jakaś egzotyka, są dla mnie pod tym katem rozczarowaniem, bo ta egzotyka się w nich po prostu nie przebija. To taka uwaga z boku, szkoda tylko, że w sumie historia o muzykach z Kenii jest ciekawsza niż sam kawałek, który jest ok, na pewno lepszy niż numer, na który jest odpowiedzią, ale nie będę nikogo okłamywał, że marzą mi się jakieś często powroty do niego. Myślę, że mogą pomóc jakieś inne okoliczności przyrody, więc ląduje to w spisie „na wakacje”.
Mark Lanegan Band - No Bells on Sunday
No i to jest proszę państwa MUZYKA. Po memie Dragona, i fajnej, ale ostatecznie pozostawiającej mnie nieco obojętnym, propozycji Murzyna, Dewocjonał wrzuca coś na wysokim poziomie. Czuję się trochę jak dumny ojciec, bo zaiste ja sprzedałem ten album Musiałowi (wliczam ep „No Bells On Sunday” do „Phantom Radio”, bo to jedna sesja i generalnie dla mnie jedno bez drugiego nie istnieje). Ogólnie, byłem nawet zaskoczony tym, że to właśnie tytułowy tak bardzo przypadł mu do gustu, ale Dev to Dev, nigdy nie wiadomo co, dlaczego i kiedy mu się spodoba.
Moje wspomnienia związane z tym kawałkiem oraz pozostałymi z tamtego czasu, są mocno związane z jesienią i będzie jeszcze okazja żeby o tym więcej napisać. Lanegan to zawsze był gość, który smucił z uśmiechem, stąd zresztą wzięła się ksywa Dark Mark. To taki facet pogodzony z własnym życiem, z jego ciemną stroną, z tym co przeżył i widział, z własnymi niedoskonałościami, słabościami i doświadczeniem. Słuchanie go, zawsze było dla mnie pewnym przeżyciem, zawsze miałem takie poczucie, że słucham kogoś starszego, mądrzejszego, bardziej doświadczonego, ale traktującego to wszystko z luzem. „No Bells on Sunday” zawiera wszystko to, co w późnym Laneganie było fajne – interesująca elektronika, którą opakowano wyraźnie bluesowy szkielet. W przeciwieństwie do Deva, wcale nie czuję tu obligatoryjnej nocy, wręcz przeciwnie, widzę ten niedzielny poranek, pozbawiony klisz takich jak właśnie jakiś stół, alkohol i mrok za oknem. Mark nie był oczywistym gościem, polecam jego autobiografię. Vibe jest ponury, ale jak to u Lanegana, z lekkim grymasem uśmiechu. Facet był autentyczny w każdym wcieleniu, ale dosyć już tych komunałów.
Byłem na trzech z ośmiu koncertów jakie Mark zagrał w naszym kraju i pech trochę chciał, że się mijałem z tym utworem. Albo akurat wypadał on z setu, albo mnie akurat nie było na danym koncercie (np. Poznań 2015 r.). Na szczęście za każdym razem grał mój ulubiony jego numer, który tu kiedyś oczywiście sam wrzucę.
W ogóle, Dev tak ładnie napisał o Laneganie, że nawet ja bym tak ładnie tego nie ujął. Niestety, facet rzeczywiście w obliczu świeżej jeszcze pandemii w 2020 r. przyszurał, zachorował, covid przeszedł bardzo ciężko, ale przeżył. W wywiadach udzielonych potem, przyznawał się do własnej głupoty, zarzekał, że będzie się szczepił regularnie, i namawiał innych żeby się ogarnęli. Niestety dojechały go powikłania połączone z wieloma latami ciężkiego picia, palenia i zażywania narkotyków. Musiał pisze, że Mark to 100%USA, ale nie do końca mogę się z tym zgodzić, bo facet inspirował się Europą oporowo (był olbrzymim fanem Joy Division i Depeche Mode), zresztą ostatecznie zamieszkał w Irlandii i tam spędził ostatnie lata. To było czuć.
Minął już ponad rok, a dla mnie śmierć Marka Lanegana, to nadal jest temat bolesny i trudny do zaakceptowania. Cały czas łapię się na tym, że myślę o jego następnych koncertach, o tym jaki kierunek obierze na kolejnej płycie, itd. Dziwnie się złożyło, że jego ostatnim projektem była autobiografia oraz płyta, którą z tej okazji nagrał, na której pojawiły się różne kompozycje inspirowane różnymi okresami jego kariery. Bardzo rozliczeniowy, podsumowujący zestaw utworów. Pozostanie muzyka i wspomnienia, np. kiedy miałem okazję uścisnąć mu rękę w 2015 r. i zamienić parę słów (głównie z mojej strony, on słynął z tego, że raczej niewiele mówił i ta reputacja nie była zmyślona). RIP Mark.
Golec uOrkiestra – Wanna
Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, uważam się za fana Golec uOrkiestra, pomimo że znam tak naprawdę głównie ich największe przeboje. Czuję jednak do tej muzyki niesamowity sentyment i te hity Golców, to były dobre piosenki w konwencji. Ostatnio obserwuję wzrost zainteresowania Golcami, ale to głównie chodzi o memy i, co z memów wynika, idiotyczne zjawisko słuchania „ironicznego”. Na podobnej zasadzie ostatnie lata ciągnął Krawczyk, grając na Juwenaliach dla dzieciaków, które odśpiewały „Parostatek”, pośmiały się z podchmielonego dziadka i wróciły rzygać za górkę. Z Golcami robi się niestety podobnie, tylko oni chyba nie łykają aż tak tego baitu. Żeby było śmieszniej, „Górą Ty” to chyba ich największy komercyjny hit ever, jak patrzę na miejsca na listach przebojów, co mnie zaszokowało. Tak to teraz wygląda z Braćmi Pierdolec. Ja natomiast, pamiętam tych dwóch górali, kiedy zaczynali się przebijać te prawie ćwierć wieku temu. Pierwszy raz ich usłyszałem z dala od gór, bo nad morzem, na wakacjach. Z jakiegoś lokalu leciała „Lornetka”, a ja się zastanawiałem, kto takie piosenki wydaje. To był koniec lat 90-tych i relacja muzyki ludowej z mainstreamem była mieszana i nawet jak udawało się coś sprzedać (np. twórczość Grzegorza z Ciechowa), to było to mocno przerobione. Tymczasem „Lornetka” i generalnie wszystkie early hity Golców, to była prosta i szczera muza, z paroma ozdobnikami wcielonymi dla beki (np. auto-tune w „Ściernisku”). Pierwsze kilka lat 00sów, to był okres panowania Golec uOrkiestry, wycisnęli z tego czasu ile się dało. Tbh nawet nie wiedziałem, że oni co roku wydawali wtedy nowy album. Potem zwolnili, a na wydanej 14 lat temu piątej płycie się skończyło, widać komercyjny potencjał się wyczerpał i nowej muzyki dla przyjemności nie opłacało się robić. Ale nie ważne, Melki zapodał coś ze złotych czasów, kiedy Golce nie nagrywali z DJami, nie mieli raperów na feacie, ani elektronicznych bitów. Zrobiłem takie mocno poszerzone intro w stylu Mentosa, bo nie wiem szczerze mówiąc kiedy będę miał następną okazję pisać tu na temat Golec uOrkiestra (może i bym sam coś wrzucił, ale to w czasach kiedy już chyba sam ze sobą będę brał tu udział). „Wannę” słyszę pierwszy raz w życiu, a przynajmniej pierwszy raz świadomie. Początek sugeruje coś mniej golcowego, jakieś połączenie góralskiej muzyki i jazzu, ale potem robi się weselej. Kiedyś byłem wielkim fanem góralskiej muzyki, trochę mi to przez lata osłabło, bo stanowiło soundtrack do górali męczących konie na podjeździe do Morskiego Oka, ale trochę szacunu do folkloru mi zostało. Szkoda, że w kawałku, który wrzucił Melki, tej górlaskości jest tyle co kot napłakał. Refren brzmi jak coś napisanego przez Krzesimira Dębskiego do jakiegoś polskiego serialu (z obowiązkowym wokalem jego żony). Ogólnie jest to spoko, mój sentyment do braci Golec jest na tyle silny, że słucha mi się tego z przyjemnością. Skrzypce robią robotę, ale sama piosenka też zyskuje. Ogólnie Melki zrobił mi naprawdę fajną niespodziankę tym kawałkiem, tak więc Melki, tak jak Ci tu wszyscy piszą, wrzucaj dalej i nie zakładaj, że ktoś tu będzie stękał, czy nie. W rzeczywistości, żadna muzyka tu nie jest w pełni bezpieczna. AVE GOLCE.
Kult - Generał Ferreira
Kult to jest prawdziwa loteria, mają w repertuarze wspaniałe rzeczy, jak i kompletne gówna. Wuja ląduje z „Generałem Ferreirą” bliżej tej pierwszej puli, no ale łatwiej jest tak wcelować proponując coś względnie wczesnego Kultu. Swego czasu pisałem już i o Kulcie (jak Mentos wrzucał utwór i album) i Kaziku, i mam wrażenie, że w zasadzie napisałem wszystko co się dało. Mogę co najwyżej podkreślić, że ten wcześniejszy Kult, nawet jeśli aranżacyjnie był osadzony w rocku, to DNA miał mocno jazzowe, i to Staszewskiemu po prostu wychodziło. Tutaj jeszcze zabawa samplami i łączenie tego z klasyczną formułą. Tekst jest dobry, no ale to były czasy kiedy teksty Kazka jeszcze nie odrzucały i nie żenowały. Może trochę męczę konia z tym porównywaniem starego/nowego Kultu, ale słuchanie ostatnich płyt, to był niemal fizyczny ból. Tym fajniej posłuchać czegoś naprawdę dobrego i pachnącego starą, syfiastą, ale swojską Polską. Może się mylę, ale odnoszę wrażenie, że ten "polski" filtr w muzyce, był w tamtych czasach mocniejszy i wszystko nasze, nawet jeżeli mocno inspirowane czymś zagranicznym, brzmiało bardziej unikatowo, niż teraz. Czasami rozumiem starszych ludzi tęskniących za PRLem, bo ja sam się łapię na tym, że wzdycham do Polski z początku lat 90-tych, mimo panującej biedy, mocno wyczuwalnego zacofania względem zachodu i piętrzących się ograniczeń. Będę to powtarzał do usrania, ale mam beke z tego jak Wuja tutaj ostro serwuje polską muzykę, kiedy poświęcił mnóstwo tekstu żeby opisać, jak to on jej nienawidzi. Właśnie zdałem sobie sprawę, że sam poza Kaliną Jędrusik, niczego rodzimego jeszcze nie wróciłem, ale będą takie zespoły.
Kolejka wyszła ok, ale powiem szczerze - ile Mentosa trzeba cenić, ten tylko się dowie, kto go stracił. Brakuje tutaj czegoś typowo sebowego, co by dodało pieprzu, curry, pikantej papryki, itd, temu setowi. Mam nadzieję, że Miętowy nie każe nam na siebie zbyt długo czekać. Tymczasem Mark Lanegan, długo nic, Kult i Golec uOrkiestra, potem dobry Murzyn z Afryką, a na końcu "Jebye Kokos".
To jest jedna z TYCH wrzutek Dragona, czyli takich, które rozumie tylko te kilka znajomych Smoka, które chodzi z nim na imprezy, żeby sobie tam oko puścić, śmiechnąć z jakiego ikonicznego, w tym towarzystwie, tekstu kultury, itd. Potem dostajemy to my i następuje niezręczne milczenie, no bo co my mamy z tym zrobić? Ja wiem, że takie trochę memy wśród znajomych mają dużą moc, ja miałem na studiach inside dżółki z „Tańczyć Chcę” i się tego nie wstydzę, chociaż bym numeru nikomu nie sprzedawał. Dołożę wszelkich starań, żeby się tu postarać się postarać coś z tego wyciągnąć, żeby mi potem Robert nie zarzucał, że to był jakiś mój „wybór”, że mi się to nie podoba. Wokal mnie drażni niesamowicie i chyba wiem co, między innymi, nie zabanglało też z Siksą. Ta maniera to takie kpiarskie przedrzeźnianie, nie potrafię tego inaczej nazwać, takie „terefere kuku”, ale rozwinięte do jakiegoś większego tekstu (co nie znaczy, że dla mnie bardziej zrozumiałego niż wspomniane terefere kuku). Wyczuwam u podstaw takiej stylówy, czystą prowokację, trochę jak z ubieraniem się ala Sam Smith na Grammy. Ich piosenki nikt nie pamięta, ale każdy ma przed oczami ich ciuch z tamtego wieczora. Tutaj odnoszę podobne wrażenie, nie pamiętam o czym był utwór, ale pamiętam, że babka brzmiała jakby mnie przedrzeźniała. Tutaj się nie ma co bawić w analizy, jednym takie coś imponuje, a drugim nie. Mnie to nie kręci. Tekst przeczytałem w necie i tylko się uśmiechnąłem. Ja nawet nie czuje się upoważniony żeby to komentować, to jest bańka znajdująca się lata świetlne ode mnie. Muzycznie za to można coś więcej powiedzieć. Po pierwszych paru przesłuchaniach, byłem trochę w kropce, bo pierwszy raz od dawna, nie potrafiłem powiedzieć, co tam się w ogóle dzieje. Trochę jak z portretem autorstwa Picassa, widzisz mniej więcej co się na nim znajduje, ale ni siusiaka nie potrafisz powiedzieć co jest czym. Miałem problem z wyodrębnieniem dźwięków (boję się użyć słowa „instrumentów”), nie wiedziałem co tam gra, wszystko jest zbite w jedną, pędzącą, bujającą masę. Może sam będę potem się z siebie śmiał, że tak napisałem, ale jest to jakiś współczesny impresjonizm muzyczny (więc nie Picasso, hehe). Jako pierwszy, wyodrębniłem akordeon i w sumie tyle, reszta jest tak mocno zmieszana w miksie, a potem tak skompresowana, że w zasadzie nie idzie się połapać co jest grane. Jeżeli mam coś pozytywnego wynieść ze słuchania tej piosenki, to chyba to, że jak na tak prosty numer, była jakimś wyzwaniem, przynajmniej pod jakimś względem. I to w zasadzie tyle. Smoku pisze, że numer broni się bezkompromisowością i przegięciem, ale tbh, o wszystkim tak można napisać, tak samo jak każdą krytykę odpierać tym, że ktoś czegoś „nie rozumie”. Nawet nie będę próbowałem tego kawałka oceniać liczbami, dawać jakichś kciuków, kolorków, itd. Czuję się trochę jak ten bezdomny, któremu jakiś youtuber dał w prezencie Yeezy za 1000 zł. Doceniam, ale nie mam pojęcia, co ja mam z tym zrobić.
Owiny Sigoma Band - Nyiduonge Drums
Murzyn wskakuje z potańcówką. Jest bardziej tradycyjnie niż w przypadku DJa Czarnucha Lisa, ale od razu wysypię się z zarzutu, a raczej uwagi, na temat tego egzotycznego pierwiastka, którym Panowie te numery sprzedajecie. Murzyn pisze, że utwór inspirowany faktyczną wyprawą do Kenii oraz nagrany z muzykami stamtąd pochodzącymi. Ja oczywiście w to wszystko wierzę, nie ma powodu żebym nie wierzył, ale to wynika tylko z opisu Murzyna, niczego innego. Ok, bębny pobrzmiewają Afryką, ale dla mnie tyle samo autentyczności w samej muzyce ma jakiś kawałek, który sampluje randomowe djembe, czy konga, nagrane przez białasów w UK. Pod tym kątem, tego typu rzeczy zawsze ostatecznie rozczarowują. Pamiętam jak gdzieś czytałem anegdotę, w której muzyk opisywał ile się namęczył żeby znaleźć jakiś autentyczny, pradawny instrument, ale ostatecznie użył wtyczki z kompa, bo oryginał brzmiał chujowo. Tym samym, prawie wszystkie te wrzuty reklamowane jako jakaś egzotyka, są dla mnie pod tym katem rozczarowaniem, bo ta egzotyka się w nich po prostu nie przebija. To taka uwaga z boku, szkoda tylko, że w sumie historia o muzykach z Kenii jest ciekawsza niż sam kawałek, który jest ok, na pewno lepszy niż numer, na który jest odpowiedzią, ale nie będę nikogo okłamywał, że marzą mi się jakieś często powroty do niego. Myślę, że mogą pomóc jakieś inne okoliczności przyrody, więc ląduje to w spisie „na wakacje”.
Mark Lanegan Band - No Bells on Sunday
No i to jest proszę państwa MUZYKA. Po memie Dragona, i fajnej, ale ostatecznie pozostawiającej mnie nieco obojętnym, propozycji Murzyna, Dewocjonał wrzuca coś na wysokim poziomie. Czuję się trochę jak dumny ojciec, bo zaiste ja sprzedałem ten album Musiałowi (wliczam ep „No Bells On Sunday” do „Phantom Radio”, bo to jedna sesja i generalnie dla mnie jedno bez drugiego nie istnieje). Ogólnie, byłem nawet zaskoczony tym, że to właśnie tytułowy tak bardzo przypadł mu do gustu, ale Dev to Dev, nigdy nie wiadomo co, dlaczego i kiedy mu się spodoba.
Moje wspomnienia związane z tym kawałkiem oraz pozostałymi z tamtego czasu, są mocno związane z jesienią i będzie jeszcze okazja żeby o tym więcej napisać. Lanegan to zawsze był gość, który smucił z uśmiechem, stąd zresztą wzięła się ksywa Dark Mark. To taki facet pogodzony z własnym życiem, z jego ciemną stroną, z tym co przeżył i widział, z własnymi niedoskonałościami, słabościami i doświadczeniem. Słuchanie go, zawsze było dla mnie pewnym przeżyciem, zawsze miałem takie poczucie, że słucham kogoś starszego, mądrzejszego, bardziej doświadczonego, ale traktującego to wszystko z luzem. „No Bells on Sunday” zawiera wszystko to, co w późnym Laneganie było fajne – interesująca elektronika, którą opakowano wyraźnie bluesowy szkielet. W przeciwieństwie do Deva, wcale nie czuję tu obligatoryjnej nocy, wręcz przeciwnie, widzę ten niedzielny poranek, pozbawiony klisz takich jak właśnie jakiś stół, alkohol i mrok za oknem. Mark nie był oczywistym gościem, polecam jego autobiografię. Vibe jest ponury, ale jak to u Lanegana, z lekkim grymasem uśmiechu. Facet był autentyczny w każdym wcieleniu, ale dosyć już tych komunałów.
Byłem na trzech z ośmiu koncertów jakie Mark zagrał w naszym kraju i pech trochę chciał, że się mijałem z tym utworem. Albo akurat wypadał on z setu, albo mnie akurat nie było na danym koncercie (np. Poznań 2015 r.). Na szczęście za każdym razem grał mój ulubiony jego numer, który tu kiedyś oczywiście sam wrzucę.
W ogóle, Dev tak ładnie napisał o Laneganie, że nawet ja bym tak ładnie tego nie ujął. Niestety, facet rzeczywiście w obliczu świeżej jeszcze pandemii w 2020 r. przyszurał, zachorował, covid przeszedł bardzo ciężko, ale przeżył. W wywiadach udzielonych potem, przyznawał się do własnej głupoty, zarzekał, że będzie się szczepił regularnie, i namawiał innych żeby się ogarnęli. Niestety dojechały go powikłania połączone z wieloma latami ciężkiego picia, palenia i zażywania narkotyków. Musiał pisze, że Mark to 100%USA, ale nie do końca mogę się z tym zgodzić, bo facet inspirował się Europą oporowo (był olbrzymim fanem Joy Division i Depeche Mode), zresztą ostatecznie zamieszkał w Irlandii i tam spędził ostatnie lata. To było czuć.
Minął już ponad rok, a dla mnie śmierć Marka Lanegana, to nadal jest temat bolesny i trudny do zaakceptowania. Cały czas łapię się na tym, że myślę o jego następnych koncertach, o tym jaki kierunek obierze na kolejnej płycie, itd. Dziwnie się złożyło, że jego ostatnim projektem była autobiografia oraz płyta, którą z tej okazji nagrał, na której pojawiły się różne kompozycje inspirowane różnymi okresami jego kariery. Bardzo rozliczeniowy, podsumowujący zestaw utworów. Pozostanie muzyka i wspomnienia, np. kiedy miałem okazję uścisnąć mu rękę w 2015 r. i zamienić parę słów (głównie z mojej strony, on słynął z tego, że raczej niewiele mówił i ta reputacja nie była zmyślona). RIP Mark.
Golec uOrkiestra – Wanna
Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, uważam się za fana Golec uOrkiestra, pomimo że znam tak naprawdę głównie ich największe przeboje. Czuję jednak do tej muzyki niesamowity sentyment i te hity Golców, to były dobre piosenki w konwencji. Ostatnio obserwuję wzrost zainteresowania Golcami, ale to głównie chodzi o memy i, co z memów wynika, idiotyczne zjawisko słuchania „ironicznego”. Na podobnej zasadzie ostatnie lata ciągnął Krawczyk, grając na Juwenaliach dla dzieciaków, które odśpiewały „Parostatek”, pośmiały się z podchmielonego dziadka i wróciły rzygać za górkę. Z Golcami robi się niestety podobnie, tylko oni chyba nie łykają aż tak tego baitu. Żeby było śmieszniej, „Górą Ty” to chyba ich największy komercyjny hit ever, jak patrzę na miejsca na listach przebojów, co mnie zaszokowało. Tak to teraz wygląda z Braćmi Pierdolec. Ja natomiast, pamiętam tych dwóch górali, kiedy zaczynali się przebijać te prawie ćwierć wieku temu. Pierwszy raz ich usłyszałem z dala od gór, bo nad morzem, na wakacjach. Z jakiegoś lokalu leciała „Lornetka”, a ja się zastanawiałem, kto takie piosenki wydaje. To był koniec lat 90-tych i relacja muzyki ludowej z mainstreamem była mieszana i nawet jak udawało się coś sprzedać (np. twórczość Grzegorza z Ciechowa), to było to mocno przerobione. Tymczasem „Lornetka” i generalnie wszystkie early hity Golców, to była prosta i szczera muza, z paroma ozdobnikami wcielonymi dla beki (np. auto-tune w „Ściernisku”). Pierwsze kilka lat 00sów, to był okres panowania Golec uOrkiestry, wycisnęli z tego czasu ile się dało. Tbh nawet nie wiedziałem, że oni co roku wydawali wtedy nowy album. Potem zwolnili, a na wydanej 14 lat temu piątej płycie się skończyło, widać komercyjny potencjał się wyczerpał i nowej muzyki dla przyjemności nie opłacało się robić. Ale nie ważne, Melki zapodał coś ze złotych czasów, kiedy Golce nie nagrywali z DJami, nie mieli raperów na feacie, ani elektronicznych bitów. Zrobiłem takie mocno poszerzone intro w stylu Mentosa, bo nie wiem szczerze mówiąc kiedy będę miał następną okazję pisać tu na temat Golec uOrkiestra (może i bym sam coś wrzucił, ale to w czasach kiedy już chyba sam ze sobą będę brał tu udział). „Wannę” słyszę pierwszy raz w życiu, a przynajmniej pierwszy raz świadomie. Początek sugeruje coś mniej golcowego, jakieś połączenie góralskiej muzyki i jazzu, ale potem robi się weselej. Kiedyś byłem wielkim fanem góralskiej muzyki, trochę mi to przez lata osłabło, bo stanowiło soundtrack do górali męczących konie na podjeździe do Morskiego Oka, ale trochę szacunu do folkloru mi zostało. Szkoda, że w kawałku, który wrzucił Melki, tej górlaskości jest tyle co kot napłakał. Refren brzmi jak coś napisanego przez Krzesimira Dębskiego do jakiegoś polskiego serialu (z obowiązkowym wokalem jego żony). Ogólnie jest to spoko, mój sentyment do braci Golec jest na tyle silny, że słucha mi się tego z przyjemnością. Skrzypce robią robotę, ale sama piosenka też zyskuje. Ogólnie Melki zrobił mi naprawdę fajną niespodziankę tym kawałkiem, tak więc Melki, tak jak Ci tu wszyscy piszą, wrzucaj dalej i nie zakładaj, że ktoś tu będzie stękał, czy nie. W rzeczywistości, żadna muzyka tu nie jest w pełni bezpieczna. AVE GOLCE.
Kult - Generał Ferreira
Kult to jest prawdziwa loteria, mają w repertuarze wspaniałe rzeczy, jak i kompletne gówna. Wuja ląduje z „Generałem Ferreirą” bliżej tej pierwszej puli, no ale łatwiej jest tak wcelować proponując coś względnie wczesnego Kultu. Swego czasu pisałem już i o Kulcie (jak Mentos wrzucał utwór i album) i Kaziku, i mam wrażenie, że w zasadzie napisałem wszystko co się dało. Mogę co najwyżej podkreślić, że ten wcześniejszy Kult, nawet jeśli aranżacyjnie był osadzony w rocku, to DNA miał mocno jazzowe, i to Staszewskiemu po prostu wychodziło. Tutaj jeszcze zabawa samplami i łączenie tego z klasyczną formułą. Tekst jest dobry, no ale to były czasy kiedy teksty Kazka jeszcze nie odrzucały i nie żenowały. Może trochę męczę konia z tym porównywaniem starego/nowego Kultu, ale słuchanie ostatnich płyt, to był niemal fizyczny ból. Tym fajniej posłuchać czegoś naprawdę dobrego i pachnącego starą, syfiastą, ale swojską Polską. Może się mylę, ale odnoszę wrażenie, że ten "polski" filtr w muzyce, był w tamtych czasach mocniejszy i wszystko nasze, nawet jeżeli mocno inspirowane czymś zagranicznym, brzmiało bardziej unikatowo, niż teraz. Czasami rozumiem starszych ludzi tęskniących za PRLem, bo ja sam się łapię na tym, że wzdycham do Polski z początku lat 90-tych, mimo panującej biedy, mocno wyczuwalnego zacofania względem zachodu i piętrzących się ograniczeń. Będę to powtarzał do usrania, ale mam beke z tego jak Wuja tutaj ostro serwuje polską muzykę, kiedy poświęcił mnóstwo tekstu żeby opisać, jak to on jej nienawidzi. Właśnie zdałem sobie sprawę, że sam poza Kaliną Jędrusik, niczego rodzimego jeszcze nie wróciłem, ale będą takie zespoły.
Kolejka wyszła ok, ale powiem szczerze - ile Mentosa trzeba cenić, ten tylko się dowie, kto go stracił. Brakuje tutaj czegoś typowo sebowego, co by dodało pieprzu, curry, pikantej papryki, itd, temu setowi. Mam nadzieję, że Miętowy nie każe nam na siebie zbyt długo czekać. Tymczasem Mark Lanegan, długo nic, Kult i Golec uOrkiestra, potem dobry Murzyn z Afryką, a na końcu "Jebye Kokos".
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn