Best of Forum VI
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
to na pewno nie zdążę
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
idiota mnie nie razi wgl
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Es gibt nur einen Idioten
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Zamulacze
Jutro Sześciu Króli a Ci nadal balują od Sylwestra
Jutro Sześciu Króli a Ci nadal balują od Sylwestra
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
to nieironicznie prawda
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Bujacie się w rytm Alien Theme ja to wiem
Stąd to tempo xd
Stąd to tempo xd
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ale proszę sobie części ciała moją wrzutą nie wycierać
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
ok ale przyznaję że mnie zaskoczyła
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Negai - Wish (Shogo Intro Music)
Wyjątkowo ekstatyczny kawałek. Jednocześnie wyjątkowo mulący i bez kontekstu słuchany jak typowa muzyka memowa, ale pewnie w ramach rysowanej gry z Japonii ma to ręce i nogi. Wszystko pachnie najtisami, przesyceniem, taką ilustracyjnością, przesadą oddania klimatu. Wysokie zapewne żeńskie wokale, klawisze rodem z telewizyjnej gry rodzinnej typu Familiada, perkusyjna klapa od kibla godna poczciwego zestawu MIDI. Muzyka tak użytkowa, że słuchanie jej poza kontekstem dla mnie nie ma sensu. Co dopiero w klimatach sylwestrowych, ale są ludzie, którzy daliby radę z podobnie plastikowym No-Manem. Nie muszę rozumieć wszystkich kinków, wiadomo. W ramach swojej konwencji absolutnie okej, poza nią wrzuta typu przesłuchać, opisać, zapomnieć.
Large Professor Ijuswannachill
Porozumienie ponad podziałami, elegancko. Przyjemny rapowy fillerek, ale to taki dobry wypełniacz pod momenty zmęczenia, wkurzenia, po prostu potrzebę spokoju. Na tyle na ile czuję rapsy tak tu jest naprawdę nieźle. Większość przelatuje przez uszy, tak naprawdę został ze mną refren. Początkowo odbierany z lekkim uśmiechem później zacząłem czuć go bardziej osobiście. Był różne mankamenty, problemy, nerwy i mnie też przyda się po prostu chill, więc zero złej energii ode mnie na temat tego kawałka. Trzynaście lat czekania na wydanie... diggerzy mogą mieć z tego pociechę, serio.
Jerry Goldsmith Main Title [rescored]
Kurczę, przed odsłuchami to łatwo było z dystansem podchodzić do reakcji Jacka, a po kilku kontaktach nic więcej szczególnego nie przychodzi mi do głowy. Generalnie z muzyką filmową mam tak, że najmocniej wraca czy w ogóle działa na mnie po obejrzeniu filmu. Chyba, że to Tangerine Dream, jakaś inna elektronika, Carpenter czy z innej beczki coś w stylu I Feel You w Płynących wieżowcach... Pierwszego Obcego musiałem widzieć jakieś lata temu. Ta tematyka generalnie mi nie robi, więc nie mam go nawet na bardzo szerokiej ławce filmów do obejrzenia/odświeżenia. A sama muzyka? W porządku, solidna, całkiem klimatyczna kompozycja. Sugestywne motywy, dużo atmosferycznych momentów zatrzymania. Po latach okładania się dronami, przejściem na pozycje typu Klaus Wiese, Stars of the Lid czy Reich samo w sobie nie wzbudza we mnie dreszczy czy kosmicznych skojarzeń, ale po prostu trudno nie poszanować w elementarnym stopniu. Przypomina mi się ostatnie doświadczenie programu z muzyką filmową w PR2. Kompletnie nie rozumiem potrzeby grywania takich rzeczy wyrwanych z najbardziej rozmaitych kontekstów, prędzej z lekkim zniecierpliwieniem czekałem na start kolejnej godziny i innej audycji. Nie, do takiej faktycznie skomponowanej, rzetelnie rozpisanej na nuty muzyki filmowej nie wracam... przynajmniej w orkiestrowym wydaniu.
ABC Martin Fry The Look of Love (instrumental)
Okej, tutaj znów bardziej robotę robi kontekst niż właściwy Utwór Muzyczny. Cieszę się, że nie jestem osamotniony w pewnym bąku na punkcie bliższego kontaktu z Polskim Radiem. W wakacje jeszcze częściej zdarzało się słuchać czeskiego publicznego nadawcy z Hradca (trochę z ciekawości, a trochę dla podszkolenia rozumienia języka), a potem przerzuciłem się na PR24, Dwójkę i pojedyncze programy na falach wrocławskich. Jeśli można przewidzieć pewną ewolucję czy zmiany preferencji zdobywania informacji, to z pewnością radio coraz bardziej wyprzedza wszystkie media wizualno-obrazkowe. Inna dykcja, kultura przekazu. Poza tym nie trzeba przeklikać tony sztucznego gówna, tekstów generowanych tylko dla podkręcania ruchu na witrynach. Telewizyjne serwisy informacyjne to tabloidy ze zbyt sugestywnym i chamskim montażem wejść reporterskich. Tymczasem w radiu jest kulturka, odpowiedni ton, zero przesady... świetnie to zrozumiałem przy okazji nieszczęsnej powodzi. Jedyny mankament to programy ekonomiczne, libkowa sraczka intelektualna ma się wciąż za dobrze.
WraCAjąc do MEritum. Po latach wczuty na depeszowe instrumentale wychodzę z założenia, że wersje bez wokali to jednak tylko kwiatki do kożuchów. Z drugiej strony przy odpowiednich kontekstach mogą zyskać dodatkowy walor, jakiś potencjał anegdotyczny lub po prostu można się pochwalić znajomością czegoś po spotkaniu tego czegoś w zaskakującym momencie. Oxygene 5 jako tło do programu dnia w Top Canal to chyba moje ulubione odkrycie tego typu. Samo Look of Love instrumentalnie bardzo dobrze pasuje na użytek medialny. Radiowo to nwm, bo jakoś wciąż czuję dystans do sprawdzania starych LP3. Lepiej w porównaniu z kawałkami służącymi jako tło do programów dnia w TP do 1992 roku. Tam też zdarzały się funky akcenty, syntezatorowe dyskotekowe brzmienia mimo, że czasem zespół wykonawców to też były poważne orkiestry. Samo w sobie? Ciekawostka, ale przy dłuższym kontakcie w ramach słuchania czego innego pewnie też bym polubił, wiadomo. To wciąż dobry numer na poziomie instrumentala.
ATC Around the World (La la la la la)
Zero zdziwienia, że chorowitek Musiał po Nowym Roku wjeżdża z najlepszą wrzutką sylwestrową i jedną z lepszych by himself od dłuższego czasu. Baaardzo sobie cenię ten eurodansowy odcinek zainteresowań Deva. Wjechać z kolejnym odblokowanym głębokim wspomnieniem w nowy rok to jest złote doświadczenie. Naprawdę dawne dzieje. Jeszcze mieszkanie z rodzicami ojca, wieczorowe szaleństwa pamiętane jak przez mgłę, płyty z podpisami 'techno' machniętymi markerem, składanki od VIVY lub jakieś straganowe rzucane do sklepów Wszystko za 2 Złote. Wszystkie przytoczone podmioty przypomina nie tylko ten kawałek odnaleziony dzięki Jackowi w innym temacie, ale też ten złoty bangerek. W epoce pewnie kompletnie nie do strawienia, bo skojarzenia imprezowe dla dzieciaka to nie jest wielka przyjemność. Dzisiaj słucham tego jednak ze sporą przyjemnością. Hipnotyczny groove, bardzo skuteczne lalala, świetne synthy, tu jest kosmos i psychodela pełną gębą. Starzeje się na tyle dobrze, że na luzie można w tego typu artefaktach odnaleźć inspiracje dla współczesnych próbujących swoich sił na odcinku dance-popu. Oczywiście prędzej takiego od Charli XCX niż samograjów rodem z algorytmów w dzisiejszych telewizjach muzycznych. Świetny kawałek.
Wyjątkowo ekstatyczny kawałek. Jednocześnie wyjątkowo mulący i bez kontekstu słuchany jak typowa muzyka memowa, ale pewnie w ramach rysowanej gry z Japonii ma to ręce i nogi. Wszystko pachnie najtisami, przesyceniem, taką ilustracyjnością, przesadą oddania klimatu. Wysokie zapewne żeńskie wokale, klawisze rodem z telewizyjnej gry rodzinnej typu Familiada, perkusyjna klapa od kibla godna poczciwego zestawu MIDI. Muzyka tak użytkowa, że słuchanie jej poza kontekstem dla mnie nie ma sensu. Co dopiero w klimatach sylwestrowych, ale są ludzie, którzy daliby radę z podobnie plastikowym No-Manem. Nie muszę rozumieć wszystkich kinków, wiadomo. W ramach swojej konwencji absolutnie okej, poza nią wrzuta typu przesłuchać, opisać, zapomnieć.
Large Professor Ijuswannachill
Porozumienie ponad podziałami, elegancko. Przyjemny rapowy fillerek, ale to taki dobry wypełniacz pod momenty zmęczenia, wkurzenia, po prostu potrzebę spokoju. Na tyle na ile czuję rapsy tak tu jest naprawdę nieźle. Większość przelatuje przez uszy, tak naprawdę został ze mną refren. Początkowo odbierany z lekkim uśmiechem później zacząłem czuć go bardziej osobiście. Był różne mankamenty, problemy, nerwy i mnie też przyda się po prostu chill, więc zero złej energii ode mnie na temat tego kawałka. Trzynaście lat czekania na wydanie... diggerzy mogą mieć z tego pociechę, serio.
Jerry Goldsmith Main Title [rescored]
Kurczę, przed odsłuchami to łatwo było z dystansem podchodzić do reakcji Jacka, a po kilku kontaktach nic więcej szczególnego nie przychodzi mi do głowy. Generalnie z muzyką filmową mam tak, że najmocniej wraca czy w ogóle działa na mnie po obejrzeniu filmu. Chyba, że to Tangerine Dream, jakaś inna elektronika, Carpenter czy z innej beczki coś w stylu I Feel You w Płynących wieżowcach... Pierwszego Obcego musiałem widzieć jakieś lata temu. Ta tematyka generalnie mi nie robi, więc nie mam go nawet na bardzo szerokiej ławce filmów do obejrzenia/odświeżenia. A sama muzyka? W porządku, solidna, całkiem klimatyczna kompozycja. Sugestywne motywy, dużo atmosferycznych momentów zatrzymania. Po latach okładania się dronami, przejściem na pozycje typu Klaus Wiese, Stars of the Lid czy Reich samo w sobie nie wzbudza we mnie dreszczy czy kosmicznych skojarzeń, ale po prostu trudno nie poszanować w elementarnym stopniu. Przypomina mi się ostatnie doświadczenie programu z muzyką filmową w PR2. Kompletnie nie rozumiem potrzeby grywania takich rzeczy wyrwanych z najbardziej rozmaitych kontekstów, prędzej z lekkim zniecierpliwieniem czekałem na start kolejnej godziny i innej audycji. Nie, do takiej faktycznie skomponowanej, rzetelnie rozpisanej na nuty muzyki filmowej nie wracam... przynajmniej w orkiestrowym wydaniu.
ABC Martin Fry The Look of Love (instrumental)
Okej, tutaj znów bardziej robotę robi kontekst niż właściwy Utwór Muzyczny. Cieszę się, że nie jestem osamotniony w pewnym bąku na punkcie bliższego kontaktu z Polskim Radiem. W wakacje jeszcze częściej zdarzało się słuchać czeskiego publicznego nadawcy z Hradca (trochę z ciekawości, a trochę dla podszkolenia rozumienia języka), a potem przerzuciłem się na PR24, Dwójkę i pojedyncze programy na falach wrocławskich. Jeśli można przewidzieć pewną ewolucję czy zmiany preferencji zdobywania informacji, to z pewnością radio coraz bardziej wyprzedza wszystkie media wizualno-obrazkowe. Inna dykcja, kultura przekazu. Poza tym nie trzeba przeklikać tony sztucznego gówna, tekstów generowanych tylko dla podkręcania ruchu na witrynach. Telewizyjne serwisy informacyjne to tabloidy ze zbyt sugestywnym i chamskim montażem wejść reporterskich. Tymczasem w radiu jest kulturka, odpowiedni ton, zero przesady... świetnie to zrozumiałem przy okazji nieszczęsnej powodzi. Jedyny mankament to programy ekonomiczne, libkowa sraczka intelektualna ma się wciąż za dobrze.
WraCAjąc do MEritum. Po latach wczuty na depeszowe instrumentale wychodzę z założenia, że wersje bez wokali to jednak tylko kwiatki do kożuchów. Z drugiej strony przy odpowiednich kontekstach mogą zyskać dodatkowy walor, jakiś potencjał anegdotyczny lub po prostu można się pochwalić znajomością czegoś po spotkaniu tego czegoś w zaskakującym momencie. Oxygene 5 jako tło do programu dnia w Top Canal to chyba moje ulubione odkrycie tego typu. Samo Look of Love instrumentalnie bardzo dobrze pasuje na użytek medialny. Radiowo to nwm, bo jakoś wciąż czuję dystans do sprawdzania starych LP3. Lepiej w porównaniu z kawałkami służącymi jako tło do programów dnia w TP do 1992 roku. Tam też zdarzały się funky akcenty, syntezatorowe dyskotekowe brzmienia mimo, że czasem zespół wykonawców to też były poważne orkiestry. Samo w sobie? Ciekawostka, ale przy dłuższym kontakcie w ramach słuchania czego innego pewnie też bym polubił, wiadomo. To wciąż dobry numer na poziomie instrumentala.
ATC Around the World (La la la la la)
Zero zdziwienia, że chorowitek Musiał po Nowym Roku wjeżdża z najlepszą wrzutką sylwestrową i jedną z lepszych by himself od dłuższego czasu. Baaardzo sobie cenię ten eurodansowy odcinek zainteresowań Deva. Wjechać z kolejnym odblokowanym głębokim wspomnieniem w nowy rok to jest złote doświadczenie. Naprawdę dawne dzieje. Jeszcze mieszkanie z rodzicami ojca, wieczorowe szaleństwa pamiętane jak przez mgłę, płyty z podpisami 'techno' machniętymi markerem, składanki od VIVY lub jakieś straganowe rzucane do sklepów Wszystko za 2 Złote. Wszystkie przytoczone podmioty przypomina nie tylko ten kawałek odnaleziony dzięki Jackowi w innym temacie, ale też ten złoty bangerek. W epoce pewnie kompletnie nie do strawienia, bo skojarzenia imprezowe dla dzieciaka to nie jest wielka przyjemność. Dzisiaj słucham tego jednak ze sporą przyjemnością. Hipnotyczny groove, bardzo skuteczne lalala, świetne synthy, tu jest kosmos i psychodela pełną gębą. Starzeje się na tyle dobrze, że na luzie można w tego typu artefaktach odnaleźć inspiracje dla współczesnych próbujących swoich sił na odcinku dance-popu. Oczywiście prędzej takiego od Charli XCX niż samograjów rodem z algorytmów w dzisiejszych telewizjach muzycznych. Świetny kawałek.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Dziś bym tak proponował lecieć, bo nudy
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Six Sex - Kappa Kitty Gato 2
Byłem nieźle zdziwiony czytając ze strony imć Dragona, że zapodaje banger z gorącej Argentyny, bo tak po prawdzie to po pierwszych dwóch odsłuchach założyłem… uhm, dosłownie każde inne miejsce? Być może nawet zgodziłbym się ze stwierdzeniem, że zamiast wkurzać się na liberałów u władzy i ich zrąbane pomysły to lepiej wyjść z domu i się pogibać, sęk w tym, że jestem w bardzo podobnej sytuacji i zamiast tego siedzę w domu i nic nie robię. Nie neguję, że w kontekście jakiejś inby ta muza dawałaby radę, ale w domowych pieleszach - no bez szału. Fajne outro. TAKIE O.
Yohei Takashima, Daniel Bernstein, Guy Whitmore - Negai (Wish)
Że Dragon wrzuci jakąś siekę to mogłem założyć, ale soundtrack z anime wrzucony przez wuja? XD W Shogo nie grałem, tylko czytałem o tej gierce w starych pismach - z racji tego, że w moim domu Pecet pojawił się dopiero w połowie lat 00, ominęło mnie dużo klasycznych FPSów z lat 90. Słodycz i radość wylewają się z każdego zakątka, słuchając tego, boje się, że wyskoczą na mnie wielkookie dziewczynki czy coś. Mniemam, że to musi brzmieć całkiem groteskowo w starej gierce komputerowej z mechami. Doceniam jako ciekawostkę, acz nie zakładam powrotów.
Large Professor - I Juswanna Chill
Gdybym bawił się jeszcze w wyróżnianie wrzut w danych kolejkach, to nie tylko bym tę pokolorował na zielono, ale jeszcze napisał tytuł CAPS LOCKIEM, fontem 69 i generalnie dał znak jakości. Świetny loop, świetne flow, świetna produkcja i generalnie wszystko jest tu wykurwiste. Lowkey szanuję warstwę liryczną, chociażby za ten refren, w którym chłop nawija o tym, że nie chce mu się wdawać w jakiejś zrąbane beefy, tylko chce trzepać kapuchę. xD I Murzyna za to, że w edycję SYLWESTROWĄ wrzucił kawałek o którym z pewnością nie można napisać, że nadaje się na grubą imprezę i rozkręcenie parkietu - dla mnie idealne "towarzystwo" dla tej muzyki to właśnie wygodny fotel i szklanka (wody) w łapie. O take wrzuty nic nie robiłem.
Jerry Goldsmith – Alien (Main Theme)
Jakoś tak wyszło, że w sumie ostatnio dość dużo (jak na siebie) filmów oglądam, a wśród tych nadrabianych zaległości jest multum klasyków, więc pewnie i sięgnę po tego ciupcianego Obcego, acz nie zakładam podobnej wkręty jak u duetu Hien - Wuja. No i mam podobny problem, co imć Dragon, tj. po prostu nie za bardzo umiem słuchać muzyki filmowej w oderwaniu od filmów. Znajdę jakieś chlubne wyjątki, by nie było, ale generalnie ciężko mi się zachwycić muzyką do filmu, który, kurde, jest mi Obcy (hehe). Na tej podstawie wstrzymam się od jednoznacznej oceny fajne/niefajne, bo mam wrażenie, że byłaby mocno niesprawiedliwa.
ATC (A Touch of Class) - Around the World (La La La itd.)
Jeden z tych kawałków, do których powinienem mieć sentyment, ale nie mam, bo nie pamiętam go prawie w ogóle z dzieciństwa, czy nawet lat późniejszych. Ale mimo to, mam jakąś taką bliżej niesprecyzowaną sympatię do niego i sam nawet nie wiem dlaczego. Może zasługa tego, że ostatnio pogodziłem się z tym, że lubię eurodance i siusiak, a może po prostu spadł mi na głowę głaz narzutowy. By nie było - nie puszczam sam z siebie zbyt często, ale jak mnie najdzie ochota na jakąś playlistę typu EURODANCE DO JAZDY POLONEZEM W 2003 ROKU i poleci tamże, to nie wyłącze. Wiocha, hit sebów w E36 i kicz rodem z Eski? Być może ale ja na to LALAALALA kłade.
Dobra, koniec balu panno lalu, wracamy do normalności. Kolejna z gatunku… specyficznych.
Byłem nieźle zdziwiony czytając ze strony imć Dragona, że zapodaje banger z gorącej Argentyny, bo tak po prawdzie to po pierwszych dwóch odsłuchach założyłem… uhm, dosłownie każde inne miejsce? Być może nawet zgodziłbym się ze stwierdzeniem, że zamiast wkurzać się na liberałów u władzy i ich zrąbane pomysły to lepiej wyjść z domu i się pogibać, sęk w tym, że jestem w bardzo podobnej sytuacji i zamiast tego siedzę w domu i nic nie robię. Nie neguję, że w kontekście jakiejś inby ta muza dawałaby radę, ale w domowych pieleszach - no bez szału. Fajne outro. TAKIE O.
Yohei Takashima, Daniel Bernstein, Guy Whitmore - Negai (Wish)
Że Dragon wrzuci jakąś siekę to mogłem założyć, ale soundtrack z anime wrzucony przez wuja? XD W Shogo nie grałem, tylko czytałem o tej gierce w starych pismach - z racji tego, że w moim domu Pecet pojawił się dopiero w połowie lat 00, ominęło mnie dużo klasycznych FPSów z lat 90. Słodycz i radość wylewają się z każdego zakątka, słuchając tego, boje się, że wyskoczą na mnie wielkookie dziewczynki czy coś. Mniemam, że to musi brzmieć całkiem groteskowo w starej gierce komputerowej z mechami. Doceniam jako ciekawostkę, acz nie zakładam powrotów.
Large Professor - I Juswanna Chill
Gdybym bawił się jeszcze w wyróżnianie wrzut w danych kolejkach, to nie tylko bym tę pokolorował na zielono, ale jeszcze napisał tytuł CAPS LOCKIEM, fontem 69 i generalnie dał znak jakości. Świetny loop, świetne flow, świetna produkcja i generalnie wszystko jest tu wykurwiste. Lowkey szanuję warstwę liryczną, chociażby za ten refren, w którym chłop nawija o tym, że nie chce mu się wdawać w jakiejś zrąbane beefy, tylko chce trzepać kapuchę. xD I Murzyna za to, że w edycję SYLWESTROWĄ wrzucił kawałek o którym z pewnością nie można napisać, że nadaje się na grubą imprezę i rozkręcenie parkietu - dla mnie idealne "towarzystwo" dla tej muzyki to właśnie wygodny fotel i szklanka (wody) w łapie. O take wrzuty nic nie robiłem.
Jerry Goldsmith – Alien (Main Theme)
Jakoś tak wyszło, że w sumie ostatnio dość dużo (jak na siebie) filmów oglądam, a wśród tych nadrabianych zaległości jest multum klasyków, więc pewnie i sięgnę po tego ciupcianego Obcego, acz nie zakładam podobnej wkręty jak u duetu Hien - Wuja. No i mam podobny problem, co imć Dragon, tj. po prostu nie za bardzo umiem słuchać muzyki filmowej w oderwaniu od filmów. Znajdę jakieś chlubne wyjątki, by nie było, ale generalnie ciężko mi się zachwycić muzyką do filmu, który, kurde, jest mi Obcy (hehe). Na tej podstawie wstrzymam się od jednoznacznej oceny fajne/niefajne, bo mam wrażenie, że byłaby mocno niesprawiedliwa.
ATC (A Touch of Class) - Around the World (La La La itd.)
Jeden z tych kawałków, do których powinienem mieć sentyment, ale nie mam, bo nie pamiętam go prawie w ogóle z dzieciństwa, czy nawet lat późniejszych. Ale mimo to, mam jakąś taką bliżej niesprecyzowaną sympatię do niego i sam nawet nie wiem dlaczego. Może zasługa tego, że ostatnio pogodziłem się z tym, że lubię eurodance i siusiak, a może po prostu spadł mi na głowę głaz narzutowy. By nie było - nie puszczam sam z siebie zbyt często, ale jak mnie najdzie ochota na jakąś playlistę typu EURODANCE DO JAZDY POLONEZEM W 2003 ROKU i poleci tamże, to nie wyłącze. Wiocha, hit sebów w E36 i kicz rodem z Eski? Być może ale ja na to LALAALALA kłade.
Dobra, koniec balu panno lalu, wracamy do normalności. Kolejna z gatunku… specyficznych.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Mógłbym to wrzucić jutro ale podejrzewam że jemu to już różnicy nie zrobi...
David Bowie - No Plan
(2017)
Obiecywałem sobie zacząć w bestce nowy rok 2025 w spokojnym klimacie tego numeru właśnie, paradoksalnie zatem choć większość obecnej bestki poleciałem na żywca tak No Plan wjeżdża zgodnie z planem, heh.
Wiem już dziś że utwór ten pochodzący z sesji nagraniowych do Blackstar ukazał się pierwotnie już pod koniec 2016 roku na dodatkowej płycie do soundtracku musicalu Lazarus, jednakże ja poznałem go jako singiel promujący EPkę No Plan wydaną pośmiertnie 8 stycznia 2017 roku, w dniu kiedy obchodziłby swoje 70. urodziny gdyby żył. Był to dla mnie chyba jeden z ostatnich takich singli znanego artysty poznanych przeze mnie normalnie na YouTube w formie premiery wideoklipu zanim na dobre rozhulała się era streamingów, udostępniania całych albumów w dniu premiery i zanim też nie pochłonęły mnie różne inne kanały z bardziej niszową elektroniką. Co prawda ok wciąż na jakieś takie premiery natrafiam ale obecnie częściej już w formie powiadomienia na Spotify, a wtedy jeszcze ślęczałem dniami na YouTube w poszukiwaniu muzycznych nowości. W każdym razie spodobał mi się zarówno klip jak i sam ten utwór który paradoksalnie może zyskał na wartości poprzez fakt że Bowie już nie żył gdy tego posłuchałem bo śpiewa w tym kawałku niejako z perspektywy kogoś znajdującego się jakby... w zaświatach? Poza czasem, poza miejscem, bez celu, bez planu, bez pragnień i nastrojów, jakby dryfujący w nicości. Ujęło mnie to że Bowie śpiewał te słowa jakby już zza grobu, świadom nieuchronnego końca i podoba mi się że wypromowano ten utwór pośmiertnie, to wybrzmiało w mojej opinii jak najlepszy epilog do kariery tego cudownego człowieka.
https://youtu.be/zguZD0UFHGc?si=RHyrCptM4QDwTHqB
David Bowie - No Plan
(2017)
Obiecywałem sobie zacząć w bestce nowy rok 2025 w spokojnym klimacie tego numeru właśnie, paradoksalnie zatem choć większość obecnej bestki poleciałem na żywca tak No Plan wjeżdża zgodnie z planem, heh.
Wiem już dziś że utwór ten pochodzący z sesji nagraniowych do Blackstar ukazał się pierwotnie już pod koniec 2016 roku na dodatkowej płycie do soundtracku musicalu Lazarus, jednakże ja poznałem go jako singiel promujący EPkę No Plan wydaną pośmiertnie 8 stycznia 2017 roku, w dniu kiedy obchodziłby swoje 70. urodziny gdyby żył. Był to dla mnie chyba jeden z ostatnich takich singli znanego artysty poznanych przeze mnie normalnie na YouTube w formie premiery wideoklipu zanim na dobre rozhulała się era streamingów, udostępniania całych albumów w dniu premiery i zanim też nie pochłonęły mnie różne inne kanały z bardziej niszową elektroniką. Co prawda ok wciąż na jakieś takie premiery natrafiam ale obecnie częściej już w formie powiadomienia na Spotify, a wtedy jeszcze ślęczałem dniami na YouTube w poszukiwaniu muzycznych nowości. W każdym razie spodobał mi się zarówno klip jak i sam ten utwór który paradoksalnie może zyskał na wartości poprzez fakt że Bowie już nie żył gdy tego posłuchałem bo śpiewa w tym kawałku niejako z perspektywy kogoś znajdującego się jakby... w zaświatach? Poza czasem, poza miejscem, bez celu, bez planu, bez pragnień i nastrojów, jakby dryfujący w nicości. Ujęło mnie to że Bowie śpiewał te słowa jakby już zza grobu, świadom nieuchronnego końca i podoba mi się że wypromowano ten utwór pośmiertnie, to wybrzmiało w mojej opinii jak najlepszy epilog do kariery tego cudownego człowieka.
https://youtu.be/zguZD0UFHGc?si=RHyrCptM4QDwTHqB
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Sophie Solomon feat. Ralph Fiennes - A Light That Never Dies (2006)
Nie mam żadnych powodów, żeby wracać do początków roku 2022. Tzn. mam, powiedzmy, minimum powodów. Jednym z nich jest fakt, że po ponad 15 latach od zapoznania się z kompilacją Sygnowano: Fabryka Trzciny od Stanisława Trzcińskiego udało mi się położyć łapy na własnym tejże kompilacji egzemplarzu. SFT to chyba jedyna fajna rzecz, jaka mi "została" po moim pierwszym poważnym związku sprzed baaardzo dawna. To dzięki tej składance poznałem np. Banco de Gaię, Chrisa Bottiego czy Nicolę Contego. Oraz Sophie Solomon właśnie, z tym, że do niej usiadłem najpóźniej. Sam styczeń jeszcze jako-tako wspominam, był śnieg, Ursynów wyglądał wtedy bardzo ładnie, w rękach miałem dużo fajnej muzyki, nic nie zapowiadało katastrofy, która nadeszła miesiąc później.
Sophie Solomon to brytyjska skrzypaczka, która za młodu zakochała się w Rosji i w ogóle w Europie Wschodniej, zasłuchiwała się w muzyce i typowo ludowej i klezmerskiej, a efektem tych fascynacji są jej całe dwa albumy, odpowiednio z 2006 i 2016 roku (czekam na krążek wydany w 2026, już niedużo zostało). Zanim jednak uderzyła w nagrania solo, zdążyła dołączyć do grupy folkowej Oi Va Voi, która mocno popularyzowała żydowskie granie w Jukeju. Potem przyszły kolaba - i to z jakimi nazwiskami i grupami! Paul Weller, moja ukochana Yasmin Levy, Rufus Wainwright, KT Tunstall (która nie tak dawno temu robiła razem z Simple Minds), Killing Joke nawet, także było w czym wybierać. Dziewczyna ewidentnie zna się na skrzypcach, co mam nadzieję, że sami zaraz docenicie.
A Light That Never Dies otwiera pierwszą płytę pierwszej części SFT, tak więc nie sposób było "ominąć" ten numer, choćby przypadkiem. Wokalnie udziela się poprzez melorecytację aktor Ralph Fiennes, znany choćby z ról demonicznego Amona Götha, komendanta obozu koncentracyjnego w wówczas podkrakowskim Płaszowie w filmie Lista Schindlera, tylko nieco mniej demonicznego Voldemorta z ekranizacji Harry'ego Pottera, kilku części Bonda, Hail, Caesar! od Braci Coen, ale dla mnie przede wszystkim z wybitnej roli Gustave'a H. w The Grand Budapest Hotel Wesa Andersona. Fiennes mamrocze do muzyki, która brzmi trochę jak baaardzo lajtowa wersja Strange Hours od Recoil, budując klimat ciemnych uliczek starej Moskwy, Tweru czy innego Petersburga (ale też Wilna czy Budapesztu), zapraszając na spacer, z którego można nie wrócić, ale któremu nie sposób się oprzeć. Oto mój początek roku.
https://youtu.be/znaJm2XI6lI?si=ariwSXqwuxa26XL0
Nie mam żadnych powodów, żeby wracać do początków roku 2022. Tzn. mam, powiedzmy, minimum powodów. Jednym z nich jest fakt, że po ponad 15 latach od zapoznania się z kompilacją Sygnowano: Fabryka Trzciny od Stanisława Trzcińskiego udało mi się położyć łapy na własnym tejże kompilacji egzemplarzu. SFT to chyba jedyna fajna rzecz, jaka mi "została" po moim pierwszym poważnym związku sprzed baaardzo dawna. To dzięki tej składance poznałem np. Banco de Gaię, Chrisa Bottiego czy Nicolę Contego. Oraz Sophie Solomon właśnie, z tym, że do niej usiadłem najpóźniej. Sam styczeń jeszcze jako-tako wspominam, był śnieg, Ursynów wyglądał wtedy bardzo ładnie, w rękach miałem dużo fajnej muzyki, nic nie zapowiadało katastrofy, która nadeszła miesiąc później.
Sophie Solomon to brytyjska skrzypaczka, która za młodu zakochała się w Rosji i w ogóle w Europie Wschodniej, zasłuchiwała się w muzyce i typowo ludowej i klezmerskiej, a efektem tych fascynacji są jej całe dwa albumy, odpowiednio z 2006 i 2016 roku (czekam na krążek wydany w 2026, już niedużo zostało). Zanim jednak uderzyła w nagrania solo, zdążyła dołączyć do grupy folkowej Oi Va Voi, która mocno popularyzowała żydowskie granie w Jukeju. Potem przyszły kolaba - i to z jakimi nazwiskami i grupami! Paul Weller, moja ukochana Yasmin Levy, Rufus Wainwright, KT Tunstall (która nie tak dawno temu robiła razem z Simple Minds), Killing Joke nawet, także było w czym wybierać. Dziewczyna ewidentnie zna się na skrzypcach, co mam nadzieję, że sami zaraz docenicie.
A Light That Never Dies otwiera pierwszą płytę pierwszej części SFT, tak więc nie sposób było "ominąć" ten numer, choćby przypadkiem. Wokalnie udziela się poprzez melorecytację aktor Ralph Fiennes, znany choćby z ról demonicznego Amona Götha, komendanta obozu koncentracyjnego w wówczas podkrakowskim Płaszowie w filmie Lista Schindlera, tylko nieco mniej demonicznego Voldemorta z ekranizacji Harry'ego Pottera, kilku części Bonda, Hail, Caesar! od Braci Coen, ale dla mnie przede wszystkim z wybitnej roli Gustave'a H. w The Grand Budapest Hotel Wesa Andersona. Fiennes mamrocze do muzyki, która brzmi trochę jak baaardzo lajtowa wersja Strange Hours od Recoil, budując klimat ciemnych uliczek starej Moskwy, Tweru czy innego Petersburga (ale też Wilna czy Budapesztu), zapraszając na spacer, z którego można nie wrócić, ale któremu nie sposób się oprzeć. Oto mój początek roku.
https://youtu.be/znaJm2XI6lI?si=ariwSXqwuxa26XL0
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
The Verve – Bitter Sweet Symphony
Nowy rok zaczniemy trochę symfonicznie za sprawą wielkiego hitu brytyjskiej grupy The Verve z 1997r. Gorzko-słodka symfonia wykorzystuje sampel z symfonicznej wersji The Last Time grupy The Rolling Stones. Nie będzie tutaj żadnych dłuższych wywodów, bo nie ma do czego. Nie mam z utworem żadnych osobistych przeżyć czy wspominek. Nie jestem też jakimś tam fanem zespołu. Trochę posłuchałem kiedyś ich muzyki i mimo, iż jest niezła, to na dłuższą metę nie porwała mnie. W przeciwieństwie do Bitter Sweet Symphony właśnie. Zawsze miałem słabość do smyków, a tutaj ta symfoniczna zagrywka jest po prostu piękna. I piękny to utwór. Na tyle, żeby zaistnieć w mojej bestce.
https://www.youtube.com/watch?v=JnRw8bXVbPI
Nowy rok zaczniemy trochę symfonicznie za sprawą wielkiego hitu brytyjskiej grupy The Verve z 1997r. Gorzko-słodka symfonia wykorzystuje sampel z symfonicznej wersji The Last Time grupy The Rolling Stones. Nie będzie tutaj żadnych dłuższych wywodów, bo nie ma do czego. Nie mam z utworem żadnych osobistych przeżyć czy wspominek. Nie jestem też jakimś tam fanem zespołu. Trochę posłuchałem kiedyś ich muzyki i mimo, iż jest niezła, to na dłuższą metę nie porwała mnie. W przeciwieństwie do Bitter Sweet Symphony właśnie. Zawsze miałem słabość do smyków, a tutaj ta symfoniczna zagrywka jest po prostu piękna. I piękny to utwór. Na tyle, żeby zaistnieć w mojej bestce.
https://www.youtube.com/watch?v=JnRw8bXVbPI
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Wujek ukradł mi wrzutę

Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Przynajmniej sobie siary nie narobisz.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Stéphane Picq – Chani’s Eyes
Stéphane Picq, był swego czasu jednym z bardziej wziętych autorów muzyki do gier komputerowych. Jego soundtracki można było usłyszeć głównie w grach produkcji Cryo, popularnego w latach 90 francuskiego developera, który dziś jest już tylko dalekim wspomnieniem. Stephane współtworzył, między innymi, ost do „Atlantis” (ale akurat nie „Murię” i „Spitzberg”), ale oczywiście nie z tego zasłynął. Od początku ubiegłego roku, o czym swego czasu pisałem, wałkowałem oryginalną serię „Diuny” Herberta. Lubię sobie robić tło muzyczne do lektury, więc zassałem sobie kolekcję muzyki z gier „Dune”, bo swego czasu zagrywałem się (i do dziś zagrywam) w „Dune 2000”, do którego muzykę robił, równie legendarny w świecie gier wideo kompozytor – Frank Klepacki. Moja uwagę przykuł jednak soundtrack do starszej gry, wyprodukowanej właśnie przez Cryo, w którą nie grałem. Tym sposobem, muza Stephana Picqa stała się dla mnie nieodłącznym elementem wieczorów spędzonych z tymi książkami, a najbardziej zachwyciło mnie wrzucane tu „Chani’s Eyes”. Jest w tym kawałku coś znajomego, coś w dziwny sposób europejskiego (pomimo dosyć mocnego bliskowschodniego zarysu), zaryzykuję nawet stwierdzenie, że to by spokojnie mogło się znaleźć na „Dziecku słońca” Marka Bilińskiego, bo ten lead ma coś ze stylówy Bilińskiego. Nie jestem jakimś zapaleńcem sceny SID, czy 8-bit, ale po prostu takie stare brzmienia przenoszą mnie do czasów dzieciństwa. Jednocześnie, jest to naprawdę kompleksowa kompozycja, jak na tamte czasy. Ciekawy zbieg okoliczności nastąpił, kiedy jakoś kilka miesięcy w 2024 rok, Stephane wydał wznowioną wersję podrasowanej wersji tego OSTa, wydaną swego czasu jako „Spice Opera”. Ja jednak skłaniam się ku najprostszej lub jak kto woli, najprymitywniejszej wersji, wyciągniętej prosto z DOSa. Zanim ktoś zacznie stękać, że bez grania w grę, to nie przejdzie, ja sam w tę grę nie grałem. Włączyłem ja na chwilę, w zeszłym roku, w wersji przeglądarkowej, ale odłożyłem na inny raz. Muzyka, to muzyka.
https://youtu.be/-hjU71Z7qko
Stéphane Picq, był swego czasu jednym z bardziej wziętych autorów muzyki do gier komputerowych. Jego soundtracki można było usłyszeć głównie w grach produkcji Cryo, popularnego w latach 90 francuskiego developera, który dziś jest już tylko dalekim wspomnieniem. Stephane współtworzył, między innymi, ost do „Atlantis” (ale akurat nie „Murię” i „Spitzberg”), ale oczywiście nie z tego zasłynął. Od początku ubiegłego roku, o czym swego czasu pisałem, wałkowałem oryginalną serię „Diuny” Herberta. Lubię sobie robić tło muzyczne do lektury, więc zassałem sobie kolekcję muzyki z gier „Dune”, bo swego czasu zagrywałem się (i do dziś zagrywam) w „Dune 2000”, do którego muzykę robił, równie legendarny w świecie gier wideo kompozytor – Frank Klepacki. Moja uwagę przykuł jednak soundtrack do starszej gry, wyprodukowanej właśnie przez Cryo, w którą nie grałem. Tym sposobem, muza Stephana Picqa stała się dla mnie nieodłącznym elementem wieczorów spędzonych z tymi książkami, a najbardziej zachwyciło mnie wrzucane tu „Chani’s Eyes”. Jest w tym kawałku coś znajomego, coś w dziwny sposób europejskiego (pomimo dosyć mocnego bliskowschodniego zarysu), zaryzykuję nawet stwierdzenie, że to by spokojnie mogło się znaleźć na „Dziecku słońca” Marka Bilińskiego, bo ten lead ma coś ze stylówy Bilińskiego. Nie jestem jakimś zapaleńcem sceny SID, czy 8-bit, ale po prostu takie stare brzmienia przenoszą mnie do czasów dzieciństwa. Jednocześnie, jest to naprawdę kompleksowa kompozycja, jak na tamte czasy. Ciekawy zbieg okoliczności nastąpił, kiedy jakoś kilka miesięcy w 2024 rok, Stephane wydał wznowioną wersję podrasowanej wersji tego OSTa, wydaną swego czasu jako „Spice Opera”. Ja jednak skłaniam się ku najprostszej lub jak kto woli, najprymitywniejszej wersji, wyciągniętej prosto z DOSa. Zanim ktoś zacznie stękać, że bez grania w grę, to nie przejdzie, ja sam w tę grę nie grałem. Włączyłem ja na chwilę, w zeszłym roku, w wersji przeglądarkowej, ale odłożyłem na inny raz. Muzyka, to muzyka.
https://youtu.be/-hjU71Z7qko
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Nie no to nie tak, nie wrzucajmy wszystkiego do jednego wora
Orkiestrowy ost rzadko mi robi
Wrzuta Wuja do shogo bardziej niż z klimatem jego gry kojarzyła się wybitnie z czołówką anime np
Wrzutka wrzutce nierówna, Muria na ten przykład była ZAJEBISTA
Orkiestrowy ost rzadko mi robi
Wrzuta Wuja do shogo bardziej niż z klimatem jego gry kojarzyła się wybitnie z czołówką anime np
Wrzutka wrzutce nierówna, Muria na ten przykład była ZAJEBISTA
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
To chyba było do mnie, ale w sumie mógłbym się podpisać heh
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA