Best of Forum (Albumy) vol. 3
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Boards of Canada - Tomorrow's Harvest
No to robimy grubsze podejście do BoC circa 2013 po tym jak srogo odbiłem się od Palace Posy w bestce utworowej. Z tego względu nie liczyłem na zbyt wiele przed tym spotkaniem, chociaż gdy pierwszy raz rzuciłem uchem jak mentos wrzucił ten album to stwierdziłem że fajnie się zapowiada. Zobaczmy co było później...
Gemini to naprawdę mocne otwarcie albumu. Najpierw ten jakby jingiel telewizyjny, potem wchodzą mocno filmowo brzmiące niepokojące smyczki aż ostatecznie nadchodzi elektronika, vintage'owa, takie arpeggia w stylu Johna Carpentera. Całość zalatuje czołówką horroru z lat 80., nie wykluczam że skojarzenia mogły mi się nasunąć dzięki niedawnej premierze ostatniego sezonu Stranger Things i będą mi towarzyszyć jeszcze na tej płycie. Podobne retro arpeggia wychodzą spod smutnych dronów w drugim utworze na albumie - Reach For The Dead, oraz prowadzą trzeci na płycie White Cyclosa. To dla mnie takie utwory przejściowe, wypełniacze trochę, instrumentale w których melodie zbytnio do niczego nie zmierzają, bardziej pojawiają się i znikają jak ambientowe plamy. Czwarty Jacquard Causeway z kolei ma już w sobie coś na obraz pewnej kulminacji i w mojej głowie jakby zamyka pierwszy segment albumu. Przez pierwsze 4-5 odsłuchów albumu u mnie był to bardziej moment krytyczny - nie byłem w stanie przebrnąć przez ten kawałek, i wyłączałem album. Zasadniczo zaczyna się on strasznie mozolnie i ten bit jest nieco męczący, miałem więc z nim zgryz jak z Palace Posy w utworowej - ale paradoksalnie z czasem całość lepiej się wkręca.
Telepath jest niczym intro do drugiego segmentu albumu, brzmienie starej tv, jakichś komunikatów, może telewizyjnego kaznodzieji, ezoteryka czy hipnotyzera. Tym razem zaczynamy z bitem w Cold Earth więc niemalże jak w numerze 4 z płyty. Bit jednak nieco lepszy, bardziej hip hopowy, całość nie ma w sobie znamion takiego ZNOJU. Znów jednak - jak chyba większość utworów tutaj - ma to charakter przelotny, numer zaczyna się, trwa i wycisza nie zawiązując melodii w żadnej kulminacji. Słuchanie tych utworów na albumie to trochę jak przechodzenie z pokoju do pokoju w których w każdym znich leci jakaś jednostajna monotonna muzyka. Transmisiones Ferox to bardziej przerywnik, jest to na tyle krótkie że nawet nie zdążę go dobrze zarejestrować umysłem i przetrawić a już jesteśmy dalej w kolejnym "pokoju" czyli utworze. Sick Times zaczyna się tymi smutnymi padami w stylu liminal ambient music (których jest trochę na tej płycie poutykanych i malujących w głowie dystopijne obrazy), potem jednak otrzymujemy kolejny bicik, taki lżejszy tym razem. Pomimo tego zabiegu u mnie ten numer bardziej ma miano nic nie wnoszącego fillera. Collapse jest jak taki moment wyciszenia i nabudowania napięcia tym pulsującym arpeggio. Zasadniczo muszę przyznać że panowie obracają się w dość zwartej i wąskiej palecie brzmień na tym albumie, ale domyślam się że celem było jednak zbudowanie albumu serwującego określony i spójny klimat niż wyraziste utwory do słuchania w pojedynkę. Dziwnie i dość brutalnie Collapse przechodzi w Palace Posy które swego czasu okresliłem czymś w rodzaju soundtracku do niewolniczej pracy, smętne i monotonne brzmienie tego utworu zupełnie nie siadło mi bodajże latem gdy to mentos wrzucał, lepiej to się wpasowuje w szarobury zimowy miejski krajobraz wypełniony betonem, asfaltem i śniegiem. Porównując ten utwór z poprzednimi mógłbym rzec że ten jest niemal... radosny? HEH. Gdyby nie te smutne pady to bicik i ta druga melodia brzmią trochę jak soundtrack do jakiejś platformówki. W końcówce coś się dla odmiany dzieje, są wokale powtarzające JEDEN, JEDEN, heh.
W tym miejscu przerwałem pisanie recenzji, wróciłem do niej parę dni później i okazało się że mam trochę problem z dalszym pisaniem, nie wiem czy znowu blokada na mózgu czy kwestia tego że dalej w dużej mierze spotkałem się z powtarzalnością patentów, brzmień i nastrojów. Jednak większość numerów tutaj to różnego rodzaju jakby szkice oparte o dość ponuro lub chłodno brzmiące syntezatory i bity mniej lub bardziej wyraziste, ale ogółem piosenki płynące do nikąd przeważnie, od czasu do czasu przełamywane w trackliście czysto ambientowymi przerywnikami.
Różnice robi mi za to z pewnością Nothing Is Real który przekonał mnie do siebie jako pierwszy i jest dla mnie zdecydowanym faworytem na tym albumie. Prosta zapętlona melodia i nieco konkretniejszy bit wystarczyła by ten utwór grał mi w głowie przez cały dzień nawet. Inaczej ma się sprawa z takim Come To Dust za to który ponownie przywodzi mi na myśl potencjalny soundtrack do obozów pracy, emanuje z tego ten klimat zmęczenia, monotonii i znoju o którym już wspominałem wcześniej. Utwór z kategorii dobijających słuchacza. Album kończy się jedną z tych ambientowych plam dźwiękowych, totalnie nijako - tak jak wiele tych piosenek zmierzających do nikąd na tej płycie tylko emanujących najczęściej ponury postapokaliptyczny nastrój.
Dziwny to jest album naprawdę. Po pierwsze jak dla mnie zwyczajnie za długi bo ja nie kupuję takiego klimatu na takim dystansie - do tego powtarzalność, monotonia tej płyty, po pewnym czasie traci się uwagę i chęci. Po drugie ciężko mi tu było naprawdę o jakieś miejsca zaczepienia się, dużo muzycznego lania wody a za mało konkretu. Z jednej strony niby możnaby założyć ukierunkowanie twórców by odbiorca słuchał tego jako całości ale ona paradoksalnie nie żre na tyle bym się był w stanie w pełni zaangażować.
Na pewno dużo lepiej dziś rozumiem wybór Palace Posy do bestki utworowej bo jest to jeszcze jedna z wyrazistszych pozycji na płycie i - co już pisałem ale podkreślę raz jeszcze - jakby "weselszych". Ja osobiście do polubionych dorzucam u siebie Nothing Is Real, Gemini i Jacquard Causeway które tak początkowo stawało mi kością w gardle, całość to dla mnie za dużo. Ogólnie pierwsza 1/3 albumu jakoś leci a potem już są z grubsza jakieś wyjątki. Chyba i tak dobrze że wleciało to teraz gdy mamy śnieg za oknem i ponury klimat a nie lato w pełni, mógłbym wtedy już całkiem polec.
No to robimy grubsze podejście do BoC circa 2013 po tym jak srogo odbiłem się od Palace Posy w bestce utworowej. Z tego względu nie liczyłem na zbyt wiele przed tym spotkaniem, chociaż gdy pierwszy raz rzuciłem uchem jak mentos wrzucił ten album to stwierdziłem że fajnie się zapowiada. Zobaczmy co było później...
Gemini to naprawdę mocne otwarcie albumu. Najpierw ten jakby jingiel telewizyjny, potem wchodzą mocno filmowo brzmiące niepokojące smyczki aż ostatecznie nadchodzi elektronika, vintage'owa, takie arpeggia w stylu Johna Carpentera. Całość zalatuje czołówką horroru z lat 80., nie wykluczam że skojarzenia mogły mi się nasunąć dzięki niedawnej premierze ostatniego sezonu Stranger Things i będą mi towarzyszyć jeszcze na tej płycie. Podobne retro arpeggia wychodzą spod smutnych dronów w drugim utworze na albumie - Reach For The Dead, oraz prowadzą trzeci na płycie White Cyclosa. To dla mnie takie utwory przejściowe, wypełniacze trochę, instrumentale w których melodie zbytnio do niczego nie zmierzają, bardziej pojawiają się i znikają jak ambientowe plamy. Czwarty Jacquard Causeway z kolei ma już w sobie coś na obraz pewnej kulminacji i w mojej głowie jakby zamyka pierwszy segment albumu. Przez pierwsze 4-5 odsłuchów albumu u mnie był to bardziej moment krytyczny - nie byłem w stanie przebrnąć przez ten kawałek, i wyłączałem album. Zasadniczo zaczyna się on strasznie mozolnie i ten bit jest nieco męczący, miałem więc z nim zgryz jak z Palace Posy w utworowej - ale paradoksalnie z czasem całość lepiej się wkręca.
Telepath jest niczym intro do drugiego segmentu albumu, brzmienie starej tv, jakichś komunikatów, może telewizyjnego kaznodzieji, ezoteryka czy hipnotyzera. Tym razem zaczynamy z bitem w Cold Earth więc niemalże jak w numerze 4 z płyty. Bit jednak nieco lepszy, bardziej hip hopowy, całość nie ma w sobie znamion takiego ZNOJU. Znów jednak - jak chyba większość utworów tutaj - ma to charakter przelotny, numer zaczyna się, trwa i wycisza nie zawiązując melodii w żadnej kulminacji. Słuchanie tych utworów na albumie to trochę jak przechodzenie z pokoju do pokoju w których w każdym znich leci jakaś jednostajna monotonna muzyka. Transmisiones Ferox to bardziej przerywnik, jest to na tyle krótkie że nawet nie zdążę go dobrze zarejestrować umysłem i przetrawić a już jesteśmy dalej w kolejnym "pokoju" czyli utworze. Sick Times zaczyna się tymi smutnymi padami w stylu liminal ambient music (których jest trochę na tej płycie poutykanych i malujących w głowie dystopijne obrazy), potem jednak otrzymujemy kolejny bicik, taki lżejszy tym razem. Pomimo tego zabiegu u mnie ten numer bardziej ma miano nic nie wnoszącego fillera. Collapse jest jak taki moment wyciszenia i nabudowania napięcia tym pulsującym arpeggio. Zasadniczo muszę przyznać że panowie obracają się w dość zwartej i wąskiej palecie brzmień na tym albumie, ale domyślam się że celem było jednak zbudowanie albumu serwującego określony i spójny klimat niż wyraziste utwory do słuchania w pojedynkę. Dziwnie i dość brutalnie Collapse przechodzi w Palace Posy które swego czasu okresliłem czymś w rodzaju soundtracku do niewolniczej pracy, smętne i monotonne brzmienie tego utworu zupełnie nie siadło mi bodajże latem gdy to mentos wrzucał, lepiej to się wpasowuje w szarobury zimowy miejski krajobraz wypełniony betonem, asfaltem i śniegiem. Porównując ten utwór z poprzednimi mógłbym rzec że ten jest niemal... radosny? HEH. Gdyby nie te smutne pady to bicik i ta druga melodia brzmią trochę jak soundtrack do jakiejś platformówki. W końcówce coś się dla odmiany dzieje, są wokale powtarzające JEDEN, JEDEN, heh.
W tym miejscu przerwałem pisanie recenzji, wróciłem do niej parę dni później i okazało się że mam trochę problem z dalszym pisaniem, nie wiem czy znowu blokada na mózgu czy kwestia tego że dalej w dużej mierze spotkałem się z powtarzalnością patentów, brzmień i nastrojów. Jednak większość numerów tutaj to różnego rodzaju jakby szkice oparte o dość ponuro lub chłodno brzmiące syntezatory i bity mniej lub bardziej wyraziste, ale ogółem piosenki płynące do nikąd przeważnie, od czasu do czasu przełamywane w trackliście czysto ambientowymi przerywnikami.
Różnice robi mi za to z pewnością Nothing Is Real który przekonał mnie do siebie jako pierwszy i jest dla mnie zdecydowanym faworytem na tym albumie. Prosta zapętlona melodia i nieco konkretniejszy bit wystarczyła by ten utwór grał mi w głowie przez cały dzień nawet. Inaczej ma się sprawa z takim Come To Dust za to który ponownie przywodzi mi na myśl potencjalny soundtrack do obozów pracy, emanuje z tego ten klimat zmęczenia, monotonii i znoju o którym już wspominałem wcześniej. Utwór z kategorii dobijających słuchacza. Album kończy się jedną z tych ambientowych plam dźwiękowych, totalnie nijako - tak jak wiele tych piosenek zmierzających do nikąd na tej płycie tylko emanujących najczęściej ponury postapokaliptyczny nastrój.
Dziwny to jest album naprawdę. Po pierwsze jak dla mnie zwyczajnie za długi bo ja nie kupuję takiego klimatu na takim dystansie - do tego powtarzalność, monotonia tej płyty, po pewnym czasie traci się uwagę i chęci. Po drugie ciężko mi tu było naprawdę o jakieś miejsca zaczepienia się, dużo muzycznego lania wody a za mało konkretu. Z jednej strony niby możnaby założyć ukierunkowanie twórców by odbiorca słuchał tego jako całości ale ona paradoksalnie nie żre na tyle bym się był w stanie w pełni zaangażować.
Na pewno dużo lepiej dziś rozumiem wybór Palace Posy do bestki utworowej bo jest to jeszcze jedna z wyrazistszych pozycji na płycie i - co już pisałem ale podkreślę raz jeszcze - jakby "weselszych". Ja osobiście do polubionych dorzucam u siebie Nothing Is Real, Gemini i Jacquard Causeway które tak początkowo stawało mi kością w gardle, całość to dla mnie za dużo. Ogólnie pierwsza 1/3 albumu jakoś leci a potem już są z grubsza jakieś wyjątki. Chyba i tak dobrze że wleciało to teraz gdy mamy śnieg za oknem i ponury klimat a nie lato w pełni, mógłbym wtedy już całkiem polec.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7403
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Tomorrow's Harvest
O BoC słyszałem w różnych kręgach już około roku 2011. Gdy w 2013 ukazało się Tomorrow's Harvest, w tych właśnie kręgach oraz jeszcze paru innych podniecano się tym faktem nie mniej jak premierą To Be Kind od Swansów. Nie wiem, co wówczas uważałem za bardziej przehajpowane, a na moją niekorzyść na pewno przemawia to, iż lata później sam się podniecałem obydwoma tymi krążkami. Był Ci rok 2017, koniec lata. Musiał w limbie, pomiędzy życiami, pomiędzy związkami, w dziwnym zawieszeniu przemierzał swoją grafitową strzałą okolice południowego Mazowsza słuchając muzyki przerużnej (jak to mawiają w internetach). Dopadł w końcu BoC, bo dlaczego miałby nie.
Z BoC to ja miałem podobnie jak z Japan, tj. w moim headcannonie słuchał ich także Hien. I jestem niemal pewien po dziś dzień, że to od niego wyszła sugestia bym usiadł przynajmniej do paru starszych rzeczy. Jak powiedział (podobno, może to jakiś efekt Mandeli) tak ja zrobiłem (wtedy) i posłuchałem, ALE zaczynając od TH. Od już dobrych trzech lat siedziałem w lore Ghost Boxu, więc miałem jakieś tam ugruntowane oczekiwania i nadzieje. Czy udało się je wypełnić, że tak to ujmę? I tak i nie. BoC to muzyka jednocześnie produkcyjnie wyżej stojąca od Juppa, Brooks i tym podobnych, ale także bardziej surowa, zimniejsza i mocno współczesna, jak to mniej więcej imć Dragon określił.
Tomorrow's Harvest wydało mi się wręcz dystopijne. Taki koniec lepszych, spokojniejszych czasów. Tak naprawdę nastąpił on sporo wcześniej (RIP Harambe), ale obcowanie z tym krążkiem mi to jakoś... nie wiem, uświadomiło (a to przecież album z 2013, jeszcze było przed Euromajdanem). Zimność prezentowanych tutaj treści jest wszechogarniająca nawet, kiedy zimni próbują nie być. Gemini faktycznie daje ten start w postaci "starej" telewizji zagranej na początek jakiegoś programu historycznego, który stylizowany jest na informacyjny a potem okazuje się, że spiker mówi o rzeczach, które wydarzyły się wczoraj (i dzieją się cały czas). Nie innego zimnowojennego klimatu trzyma się Reach For the Dead, które od zawsze jest jednym z moich faworytów. Lot śmigłowcem nad polem bitwy albo jakimś miastem-widmem w stylu dowolnej dziury na wschodnim Donbasie, więc mówimy o czymś całkiem namacalnym (i jest to bezwzględnie straszne). Jednocześnie całe brzmienie tego kawałka mnie ostro "kradnie", bo ja lubię takie rzeczy. Tylko wolałem je w charakterze rzeczy retro, zjawisk już dawno przeżartych i wyrzyganych, czego np. imć Munlup nie trawi (dosłownie lol), zaś ja ciągle z jakichś powodów po nie sięgam.
Potem leci White Cyclosa i to prędzej nasuwa mi skojarzenia z przywołanym przez Murzyna Stranger Things (na marginesie, pierwsze pół nowego sezonu to kupa jakich mało, do tego prowadzi zbyt ciężkie eksploatowanie tego samego). Albo z... The Advisory Circle, a raczej paroma konkretnymi numerami, które brzmiały jak soundtrack pod jakiś dokument pokazujący pracę naukowców w laboratorium, albo zakładach radiotechnicznych, coś takiego. Kamera robi powolne zbliżenia na montaż tranzystorów, lutowanie kabli, blablabla, w tle lektor coś tam pieprzy o NOWOCZESNEJ TECHNOLOGII KOMUNIKACYJNEJ i oto efekt. Może ja się za mało takich materiałów naoglądałem? Może za dużo? Jacquard Causeway, najdłuższy numer na płycie dobrze pasował mi do jeżdżenia autem chłodnymi już i lekko przydymionymi wieczorami września tamtego roku (tj. 2017). Jest i retro pod kątem dźwięku, i filmowo i jakoś tak właśnie "drogowo". Chyba potrafiłbym sobie nawet wyobrazić pod to dobre wideo (szkoda, że nie umiem w wideo), ale pozostawię ów koncept dla siebie, zbyt cheesy. Czytam, że do sesji nagraniowych użyli wielokrotnie żywych bębnów, które potem na różne sposoby przerabiali, i to chyba ten przypadek.
Telepath to jakiś komunikat radiowy z piekieł, albo raczej z bunkrów, do których resztka ludzkości uciekła po globalnej katastrofie. Zabawne, że panowie Sandison i Eoin zaprzeczali, jakoby te apokaliptyczne motywy były czymś, co chcieli w Tomorrow's Harvest zamknąć, a jednak trochę im to wyszło. Poczucie izolacji bije przez te pady i płynnie przechodzi w Cold Earth - kolejnego z moich faworytów. Ciekawe, bo tak sobie puszczam ten album we wrześniu i w październiku a potem w listopadzie, i w listopadzie jakoś wchodzi najsolidniej. To jest to, w co zamienia się atmosfera gdy powinna była przyjść zima i nastąpić jakiś punkt kulminacyjny dla tego atmosferycznego plateau, ale nie, temperatura w okolicach 1 stopnia na plusie a wciąż zero śniegu, tylko więcej coraz gęstszej szarugi, która w końcu zapada się pod swoim ciężarem. Taki właśnie będzie dla tego soundtrack. Dobry bicik, taki trip hop trochę (Murzyn pisze o hh, też pasuje), ładnie mi ten kawałek siada pod eksplorację każdego typu. Transmisiones Ferox to faktycznie po prostu interludium w stylu Telepaty, chyba nawet odrobinę bardziej niepokojące. Kojarzy mi się z pierwszym Half-Life, ale też podobna muza leci w Black Mesie, czyli tym kapitalnym skądinąd rimejku HL.
Sick Times właściwie idzie tą samą drogą, mogę być zarówno w lesie jak i łazić po ruinach jakichś zakładów chemicznych bądź laboratoriów, z których właśnie uciekł cały personel. Jesień się zagęszcza, mgła coraz solidniejsza, słońca nie widziałem od tygodni, nic, tylko latarka w dłoń i go Alan Wake na pełnej. Chyba pierwszy tutaj numer, który przypomina mi bardzo wyraźnie ich wcześniejsze dzieła z The Campfire Headphase na przykład. Tylko urywa się dość nagle, przechodząc w dziwne fale zdistortowanych padów, które same z kolei już w nic nie przechodzą, a trochę szkoda. Collapse zaczyna się złowrogim szumem przywodzącym na myśl nadlatujące samoloty, może atak z powietrza hehe. Arp daje radę, ale niewiele więcej od iteracji TAC tutaj raczej nie dostanę. Mnie to nie przeszkadza, do takiej muzy mam określone książki, które lubię czytać, niemniej jednak czaję, że dla kogoś formuła może się już wyczerpywać powoli. Nadchodzi Palace Posy, które jest dla mnie jednym z najsłabszych utworów na płycie lol. Ale jednocześnie nie jest złe samo w sobie. Gdy Mentos wrzucał solo, to nawet sprejzowałem do pewnego stopnia, ale jakoś bardzo nie wracam. Dalej jestem w klimacie telewizyjnym, ale bez distortów.
Szczęśliwie teraz zaczyna się dla mnie jeszcze fajniejsza połowa płyty, gdyż zaczyna być czuć jeszcze mocniej niż w pierwszych paru numerach czuć ducha Delii Derbyshire i całego BBC Radiophonic Workshopu, gdzie tworzono takie cuda jak np. muzę do Doctora Who (serialu nie znam, ale ich słynną muzę jak najbardziej). Radio i telewizja w nowym, lepszym świecie. Te pady, ten arpik w tle, ta delikatna perka, miodzio <3 To chyba jeden z najbardziej filmowych numerów na albumie. Tym razem bohater ucieka z jakiegoś miejsca stateczkiem w kosmos, łapie dziwne transmisje radiowe i ma nadzieję błyskawicznie zniknąć. John Carpenter jest gdzieś blisko, niewykluczone. Szkoda tylko, że początek brzmieniowo od połowy już nie wraca. Nadchodzi za to Uritual, które z kolei przypomina nadlatujące drony, co w świetle wydarzeń za wschodnią granicą zrobiło się bardzo creepy. Jakiś czas temu widziałem pewną animację poklatkową symbolizującą tamten front i myślę, że ów numer by się dobrze sprawił jako ilustracja dźwiękowa doń. Na szczęście zaraz nadchodzi mój absolutnie ulubiony kawałek na całym TH, czyli Nothing Is Real. Serio, zakochałem się od pierwszego odsłuchu, uwielbiam ten numer. Bijący od niego chłód, jakaś taka beznadziejność, chyba wszystko jest dla mnie po prostu wgniatające w fotel. Jakby podsumowanie całej tej post-apo otoczki wcześniejszych utworów, warto pamiętać, "nothing is real", może się nam to przyśniło. Patrzysz się w telewizor, a tam gość Ci mówi, że wcale nie oglądasz teraz telewizji i w ogóle to wszystko jest zmyślone. Najciekawszy niepokojący klimat there is tutaj, wielki props choćby za sam ten kawałek hehe.
No i zaczynamy dojeżdżać do końca, gdyż zostały raptem cztery numery. Sundown to piękna ambientowa miniaturka w stylu Pye Corner Audio, gdzie wyobrażam sobie patrzenia na - well - słońce zachodzące w oddali z krawędzi jakiegoś pola, gdzie na horyzoncie tylko ogołocony z zieleni krajobraz. Ma to w sobie coś z obrazków jesieni w miastach powiatowych najntisów. Zapalają się latarnie uliczne, nieotynkowane domy zaczynają pompować w powietrze benzo(a)piren, ulice opustoszałe, gdzieś przebiegnie bezpański pies, na niebie szaruga. Bardzo lubię takie klimaty, pewnie czyni mnie to masochistą (albo bym chciał). New Seeds brzmi trochę jak cover fragmentu Stone od Anala Wildera, a na pewno tak się zaczyna. Potem znów wjeżdża klimat dokumentu telewizyjnego, tym razem jednak albo o budowlance (Palace Posy?) albo o rolnictwie, do czego tytuł by pasował. Tutaj na swoje nieszczęście zaczynam odczuwać delikatne zmęczenie materiału - to jest generalnie dobry krążek, ale na dwa podejścia, trochę w stylu Jacy. Słuchasz pół, a potem znów pół, chyba, że jesteś akurat w robocie i może sobie lecieć w tle. Tak wchodzi mi wspaniale, ale gdy piszę te słowa... Jednak robię pauzę albo dwie (albo trzy). Come to Dust wraca nieco do klimatu ogólnego rozpadu i znów słyszę coś, co mogłoby robić za podkład do filmów wojennych pokazujących skalę zniszczeń po bombardowaniach wszelakich. Taka "nowa zimna wojna" o którą nikt nie prosił, za to wszyscy dostali. Jest w tym jakiś nastrój grozy, może nie pod obóz pracy, jak pisze Murzyn, ale na pewno thriller/horror, co to nie kończy się dobrze dla nikogo z głównych i pobocznych bohaterów. Smuteczek.
No i na koniec Semena Mertvykh, czyli właściwie Семена Mёртвых (od początku mi coś nie pasowało z tym tytułem hehe), a więc nasiona nieżywych. Jakby ktoś jeszcze potrzebował bardziej się w tym klimacie zanurzać i mu wciąż mało ogólnego klimatu rozpadu i zapomnienia. Klimacik podsumowuje ładnie nawet, jeśli na tym etapie już trochę zjada własny ogon. Murzyn wychodzi z kina, ja zostaję na kolejny film.
I właściwie tyle. Lubię ten album, choć startowałem do BoC z dość konkretnej pozycji jeśli chodzi o obcowanie z tego typu muzą. Nie wracam tak często jak do Brooks np., albo nawet Concretism, ale ma w sobie TO COŚ. Parę numerów mogłoby stąd wypaść, nie obraziłbym się. A parę może lecieć w zapętleniu i serwować mi różne strachy bez włączania telewizora czy internetu. Panie Mentosie - propsy, bezwzględnie!
O BoC słyszałem w różnych kręgach już około roku 2011. Gdy w 2013 ukazało się Tomorrow's Harvest, w tych właśnie kręgach oraz jeszcze paru innych podniecano się tym faktem nie mniej jak premierą To Be Kind od Swansów. Nie wiem, co wówczas uważałem za bardziej przehajpowane, a na moją niekorzyść na pewno przemawia to, iż lata później sam się podniecałem obydwoma tymi krążkami. Był Ci rok 2017, koniec lata. Musiał w limbie, pomiędzy życiami, pomiędzy związkami, w dziwnym zawieszeniu przemierzał swoją grafitową strzałą okolice południowego Mazowsza słuchając muzyki przerużnej (jak to mawiają w internetach). Dopadł w końcu BoC, bo dlaczego miałby nie.
Z BoC to ja miałem podobnie jak z Japan, tj. w moim headcannonie słuchał ich także Hien. I jestem niemal pewien po dziś dzień, że to od niego wyszła sugestia bym usiadł przynajmniej do paru starszych rzeczy. Jak powiedział (podobno, może to jakiś efekt Mandeli) tak ja zrobiłem (wtedy) i posłuchałem, ALE zaczynając od TH. Od już dobrych trzech lat siedziałem w lore Ghost Boxu, więc miałem jakieś tam ugruntowane oczekiwania i nadzieje. Czy udało się je wypełnić, że tak to ujmę? I tak i nie. BoC to muzyka jednocześnie produkcyjnie wyżej stojąca od Juppa, Brooks i tym podobnych, ale także bardziej surowa, zimniejsza i mocno współczesna, jak to mniej więcej imć Dragon określił.
Tomorrow's Harvest wydało mi się wręcz dystopijne. Taki koniec lepszych, spokojniejszych czasów. Tak naprawdę nastąpił on sporo wcześniej (RIP Harambe), ale obcowanie z tym krążkiem mi to jakoś... nie wiem, uświadomiło (a to przecież album z 2013, jeszcze było przed Euromajdanem). Zimność prezentowanych tutaj treści jest wszechogarniająca nawet, kiedy zimni próbują nie być. Gemini faktycznie daje ten start w postaci "starej" telewizji zagranej na początek jakiegoś programu historycznego, który stylizowany jest na informacyjny a potem okazuje się, że spiker mówi o rzeczach, które wydarzyły się wczoraj (i dzieją się cały czas). Nie innego zimnowojennego klimatu trzyma się Reach For the Dead, które od zawsze jest jednym z moich faworytów. Lot śmigłowcem nad polem bitwy albo jakimś miastem-widmem w stylu dowolnej dziury na wschodnim Donbasie, więc mówimy o czymś całkiem namacalnym (i jest to bezwzględnie straszne). Jednocześnie całe brzmienie tego kawałka mnie ostro "kradnie", bo ja lubię takie rzeczy. Tylko wolałem je w charakterze rzeczy retro, zjawisk już dawno przeżartych i wyrzyganych, czego np. imć Munlup nie trawi (dosłownie lol), zaś ja ciągle z jakichś powodów po nie sięgam.
Potem leci White Cyclosa i to prędzej nasuwa mi skojarzenia z przywołanym przez Murzyna Stranger Things (na marginesie, pierwsze pół nowego sezonu to kupa jakich mało, do tego prowadzi zbyt ciężkie eksploatowanie tego samego). Albo z... The Advisory Circle, a raczej paroma konkretnymi numerami, które brzmiały jak soundtrack pod jakiś dokument pokazujący pracę naukowców w laboratorium, albo zakładach radiotechnicznych, coś takiego. Kamera robi powolne zbliżenia na montaż tranzystorów, lutowanie kabli, blablabla, w tle lektor coś tam pieprzy o NOWOCZESNEJ TECHNOLOGII KOMUNIKACYJNEJ i oto efekt. Może ja się za mało takich materiałów naoglądałem? Może za dużo? Jacquard Causeway, najdłuższy numer na płycie dobrze pasował mi do jeżdżenia autem chłodnymi już i lekko przydymionymi wieczorami września tamtego roku (tj. 2017). Jest i retro pod kątem dźwięku, i filmowo i jakoś tak właśnie "drogowo". Chyba potrafiłbym sobie nawet wyobrazić pod to dobre wideo (szkoda, że nie umiem w wideo), ale pozostawię ów koncept dla siebie, zbyt cheesy. Czytam, że do sesji nagraniowych użyli wielokrotnie żywych bębnów, które potem na różne sposoby przerabiali, i to chyba ten przypadek.
Telepath to jakiś komunikat radiowy z piekieł, albo raczej z bunkrów, do których resztka ludzkości uciekła po globalnej katastrofie. Zabawne, że panowie Sandison i Eoin zaprzeczali, jakoby te apokaliptyczne motywy były czymś, co chcieli w Tomorrow's Harvest zamknąć, a jednak trochę im to wyszło. Poczucie izolacji bije przez te pady i płynnie przechodzi w Cold Earth - kolejnego z moich faworytów. Ciekawe, bo tak sobie puszczam ten album we wrześniu i w październiku a potem w listopadzie, i w listopadzie jakoś wchodzi najsolidniej. To jest to, w co zamienia się atmosfera gdy powinna była przyjść zima i nastąpić jakiś punkt kulminacyjny dla tego atmosferycznego plateau, ale nie, temperatura w okolicach 1 stopnia na plusie a wciąż zero śniegu, tylko więcej coraz gęstszej szarugi, która w końcu zapada się pod swoim ciężarem. Taki właśnie będzie dla tego soundtrack. Dobry bicik, taki trip hop trochę (Murzyn pisze o hh, też pasuje), ładnie mi ten kawałek siada pod eksplorację każdego typu. Transmisiones Ferox to faktycznie po prostu interludium w stylu Telepaty, chyba nawet odrobinę bardziej niepokojące. Kojarzy mi się z pierwszym Half-Life, ale też podobna muza leci w Black Mesie, czyli tym kapitalnym skądinąd rimejku HL.
Sick Times właściwie idzie tą samą drogą, mogę być zarówno w lesie jak i łazić po ruinach jakichś zakładów chemicznych bądź laboratoriów, z których właśnie uciekł cały personel. Jesień się zagęszcza, mgła coraz solidniejsza, słońca nie widziałem od tygodni, nic, tylko latarka w dłoń i go Alan Wake na pełnej. Chyba pierwszy tutaj numer, który przypomina mi bardzo wyraźnie ich wcześniejsze dzieła z The Campfire Headphase na przykład. Tylko urywa się dość nagle, przechodząc w dziwne fale zdistortowanych padów, które same z kolei już w nic nie przechodzą, a trochę szkoda. Collapse zaczyna się złowrogim szumem przywodzącym na myśl nadlatujące samoloty, może atak z powietrza hehe. Arp daje radę, ale niewiele więcej od iteracji TAC tutaj raczej nie dostanę. Mnie to nie przeszkadza, do takiej muzy mam określone książki, które lubię czytać, niemniej jednak czaję, że dla kogoś formuła może się już wyczerpywać powoli. Nadchodzi Palace Posy, które jest dla mnie jednym z najsłabszych utworów na płycie lol. Ale jednocześnie nie jest złe samo w sobie. Gdy Mentos wrzucał solo, to nawet sprejzowałem do pewnego stopnia, ale jakoś bardzo nie wracam. Dalej jestem w klimacie telewizyjnym, ale bez distortów.
Szczęśliwie teraz zaczyna się dla mnie jeszcze fajniejsza połowa płyty, gdyż zaczyna być czuć jeszcze mocniej niż w pierwszych paru numerach czuć ducha Delii Derbyshire i całego BBC Radiophonic Workshopu, gdzie tworzono takie cuda jak np. muzę do Doctora Who (serialu nie znam, ale ich słynną muzę jak najbardziej). Radio i telewizja w nowym, lepszym świecie. Te pady, ten arpik w tle, ta delikatna perka, miodzio <3 To chyba jeden z najbardziej filmowych numerów na albumie. Tym razem bohater ucieka z jakiegoś miejsca stateczkiem w kosmos, łapie dziwne transmisje radiowe i ma nadzieję błyskawicznie zniknąć. John Carpenter jest gdzieś blisko, niewykluczone. Szkoda tylko, że początek brzmieniowo od połowy już nie wraca. Nadchodzi za to Uritual, które z kolei przypomina nadlatujące drony, co w świetle wydarzeń za wschodnią granicą zrobiło się bardzo creepy. Jakiś czas temu widziałem pewną animację poklatkową symbolizującą tamten front i myślę, że ów numer by się dobrze sprawił jako ilustracja dźwiękowa doń. Na szczęście zaraz nadchodzi mój absolutnie ulubiony kawałek na całym TH, czyli Nothing Is Real. Serio, zakochałem się od pierwszego odsłuchu, uwielbiam ten numer. Bijący od niego chłód, jakaś taka beznadziejność, chyba wszystko jest dla mnie po prostu wgniatające w fotel. Jakby podsumowanie całej tej post-apo otoczki wcześniejszych utworów, warto pamiętać, "nothing is real", może się nam to przyśniło. Patrzysz się w telewizor, a tam gość Ci mówi, że wcale nie oglądasz teraz telewizji i w ogóle to wszystko jest zmyślone. Najciekawszy niepokojący klimat there is tutaj, wielki props choćby za sam ten kawałek hehe.
No i zaczynamy dojeżdżać do końca, gdyż zostały raptem cztery numery. Sundown to piękna ambientowa miniaturka w stylu Pye Corner Audio, gdzie wyobrażam sobie patrzenia na - well - słońce zachodzące w oddali z krawędzi jakiegoś pola, gdzie na horyzoncie tylko ogołocony z zieleni krajobraz. Ma to w sobie coś z obrazków jesieni w miastach powiatowych najntisów. Zapalają się latarnie uliczne, nieotynkowane domy zaczynają pompować w powietrze benzo(a)piren, ulice opustoszałe, gdzieś przebiegnie bezpański pies, na niebie szaruga. Bardzo lubię takie klimaty, pewnie czyni mnie to masochistą (albo bym chciał). New Seeds brzmi trochę jak cover fragmentu Stone od Anala Wildera, a na pewno tak się zaczyna. Potem znów wjeżdża klimat dokumentu telewizyjnego, tym razem jednak albo o budowlance (Palace Posy?) albo o rolnictwie, do czego tytuł by pasował. Tutaj na swoje nieszczęście zaczynam odczuwać delikatne zmęczenie materiału - to jest generalnie dobry krążek, ale na dwa podejścia, trochę w stylu Jacy. Słuchasz pół, a potem znów pół, chyba, że jesteś akurat w robocie i może sobie lecieć w tle. Tak wchodzi mi wspaniale, ale gdy piszę te słowa... Jednak robię pauzę albo dwie (albo trzy). Come to Dust wraca nieco do klimatu ogólnego rozpadu i znów słyszę coś, co mogłoby robić za podkład do filmów wojennych pokazujących skalę zniszczeń po bombardowaniach wszelakich. Taka "nowa zimna wojna" o którą nikt nie prosił, za to wszyscy dostali. Jest w tym jakiś nastrój grozy, może nie pod obóz pracy, jak pisze Murzyn, ale na pewno thriller/horror, co to nie kończy się dobrze dla nikogo z głównych i pobocznych bohaterów. Smuteczek.
No i na koniec Semena Mertvykh, czyli właściwie Семена Mёртвых (od początku mi coś nie pasowało z tym tytułem hehe), a więc nasiona nieżywych. Jakby ktoś jeszcze potrzebował bardziej się w tym klimacie zanurzać i mu wciąż mało ogólnego klimatu rozpadu i zapomnienia. Klimacik podsumowuje ładnie nawet, jeśli na tym etapie już trochę zjada własny ogon. Murzyn wychodzi z kina, ja zostaję na kolejny film.
I właściwie tyle. Lubię ten album, choć startowałem do BoC z dość konkretnej pozycji jeśli chodzi o obcowanie z tego typu muzą. Nie wracam tak często jak do Brooks np., albo nawet Concretism, ale ma w sobie TO COŚ. Parę numerów mogłoby stąd wypaść, nie obraziłbym się. A parę może lecieć w zapętleniu i serwować mi różne strachy bez włączania telewizora czy internetu. Panie Mentosie - propsy, bezwzględnie!
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Wuja i munlup proszeni o wlatywanie z recką, liczę że przed niedzielą wjedziecie...
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24709
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Boards of Canada - Tomorrow's Harvest
Boards of Canada, to zespół, który otoczony jest wśród niektórych moich znajomych, dosyć niezdrowym kultem. Robiłem podchody jeszcze przed bestkami, kiwałem głową z uznaniem, ale to tyle. Myślę, że nadal na kiwaniu się skończy i nie będę zbyt często wracał do tej muzyki, ale to nie znaczy, że mi się nie podobało. Zapraszam.
„Gemini” bardzo fajnie otwiera album. Arp zalatuje Carpenterem, klimat bardzo w jego stylu, czyli jakieś okruchy horroru. Świetne tremolo outro. Niby „intro”, ale bez bylejakości wielu tego typu wstępów. Bardzo zachęcające i to za każdym razem.
„Reach for the Dead” ma zajebiste „piaskowe” intro z klimatycznym dronem w tle (chociaż co jest w tle czego, to już inna sprawa). Potem wchodzą dosyć oklepane, „mroczne” pady i robi się trochę zbyt filmowo, wstępna atmosfera ustępuje podróbie jednego z głównych motywów „Terminatora”. To nie jest może jakiś obiektywny zarzut, ale Boards of Canada mają zwyczaj mijania się z moimi własnymi oczekiwaniami względem tego, jak te kawałki się rozwijają. Potem wchodzi sympatyczna sekwencja na syntezatorze i dosyć zbędny bit. Całość kończy się tym fajnym dronem, no nic.
„White Cyclosa” startuje totalnym Carpenterem i to takim jakiego tu prezentowałem na samym początku bestki. Super motyw, który mógłby się ciągnąć solo przez bite 3 minuty tego kawałka, ale oczywiście wchodzą inne rzeczy. Jakiś motyw klawiszowy z presetem „dzwonek do drzwi” i druga melodyjka, vhs strings, ala coś z rzeczy, których słucha Musiał. Im dalej, tym więcej rzeczy dorzuca się do tego małego dzieła i robi się trochę śmietnik. Ja pewnie nie rozumiem Boards of Canada po prostu i oczekuję po nich rzeczy, których nie należy po nich oczekiwać, jak np. minimalizmu po Alanie W. Mimo stękania, nadal najlepszy kawałek na płycie.
W „Jacquard Causeway” rozwalił mnie te twardy bit, który wchodzi z dupy. Bit swoje, muza w tle swoje, wszystko się rozjeżdża i wychodzi to całkiem spoko. Zabrzmię jak Musiał, który porównuje wszystko do Ghost Box, ale ja tu słyszę debiut Piano Magic, który był właśnie instrumentalnym albumem w tym stylu. Dużo randomowej elektroniki, trochę taki rzucanie o ścianę, ale często są efekty. Nawet pady, które potem wchodzą, wyjątkowo tutaj robią robotę. Majaczące 6 minut z początku przeraża, ale kawałek zadziwiająco wciąga i ten czas zlatuje bardzo szybko. Spoko rzecz.
„Telepath” mógłby się niby obejść bez tych mówionych wstawek, ale z drugiej strony, nie przeszkadzają aż tak, chociaż przysłaniają muzykę, a ta jest super. Mimo długości, nie traktuję tego jako muzycznego skitu, jest spoko.
„Cold Earth”, skąd oni biorą te tytuły? Widzę, że niecałe 4 minuty, więc wiem, że panowie będą się streszczać i faktycznie, kawałek nie poświęca zbyt dużo czasu na rozwinięcie i niemal od razu wchodzi wszystko co fabryka założyła. Bit dosyć typowy (chyba?) dla BoC, muzycznie jest VHSowo, ale bez przesady. Zresztą, to nie jest album z tego roku. W trakcie dzieją się rzeczy. Niektóre męczą, ala jakieś wokalne wybekiwania, dziwne dropy w bicie, itd. Może to kwestia osłuchania z takimi zabiegami, nie wiem. Całość na tyle strawna, że ostatecznie dają okejkę.
Mega szybki fade na końcu mnie pozytywnie rozbawił.
„Transmisiones Ferox”, wyczuwam kosmosy. W tle kosmosu, bulgoczą syntezatory, trochę jakby to był noise jakichś sci-fi komputerów na pokładzie statku kosmicznego. Komputery zaczynają się przegotowywać i kurde, nagle się okazuje, że to trwa tylko 2 minuty. No prostytutka no xD Szkoda, że tak krótko, bo się wkręciłem. Ładne ambient outro.
„Sick Times” też z początku zalatuje kosmosem. Leciał statek i doleciał, gdzieś w odległą galaktykę. Zatrzymał się i chłonie głębie kosmosu, ogrom planet i światło gwiazd. Klimat psuje, ponownie, bit. Zauważyłem, że te bity zawsze wychodzą na pierwszy plan. Nie, że sobie są w tle reszty muzyki, on zawsze dominują. Rozumiem, że ludzie, którzy potrzebują rytmu w swoim życiu, cieszą się, ale ja rozpływałem się we wcześniejszym, heh, rozpłynięciu? Brak formy, to też jest forma. No, ale nadal spoko kawałek. Fajne outro, jak zawsze.
„Collapse”, znowu fajny arp w tle. W głowie od razu pojawiają się porównania, ale tym razem nie potrafię powiedzieć do czego. To brzmi mocno randomowo i było używane milion razy, może dlatego nie potrafię tego do niczego konkretnego przyrównać. Co natomiast zaskakuje, to to, jak mało, w obliczu tego co przed chwilą napisałem, wydaje się ten motyw przeorany. Szok, nie pojawiło się wiele więcej! Zostawili względny minimal! Nareszcie!
„Palace Posy”, lol. Wchodzi, niczym jakiś numer Arasha. Nie przekuje mnie to. Kroczy to twardo przez 4 minuty, „wokale”, które potem wchodzą nie robią mi nic. Przynudzają panowie.
„Split Your Infinities” zaczyna lekkie zjadanie ogona na albumie. Niby spoko, ale znowu arp w tle, znowu te same pady, podobne efekty i bit. To brzmi niemal jak jakiś sample całego albumu. Może nie będę się zbytnio wyzłośliwiał, bo to sample znośnych elementów, ale mimo wszystko jestem trochę zaskoczony, zwłaszcza po poprzednim kawałku, który być może nie urywa dupy, ale na pewno był inny. Ok, niech będzie, ostatecznie brzmi to spoko, pomimo całek powtórki z rozrywki.
„Uritual” daje mi trochę więcej tego, co dało mi „Collapse”, czyli trochę minimalu. Szkoda, że u nich minimal oznacza półtorej minuty muzyki, ale biorę co mi dają, zwłaszcza, że jest to dobre.
„Nothing is Real” leci niby na tych samych patentach, co cały album, ale jest spoko. Wszystko tu się klei, więc wyjątkowo nie mam poczucia nadmiaru synthów i efektów. Loopowana atmosfera mi pasuje. Na tym etapie, może trochę mało mam do napisania, bo mam wrażenie, ze non stop się powtarzam.
„Sundown” otwiera się bardzo fajnymi padami. Bo ja generalnie nie nienawidzę padów, ale czasami mnie cringują jeżeli są zbyt sztampowe. Tutaj są solo, co generalnie tez jest mega sztampowe, ale brzmi dobrze. Dwie minuty fajnego padowania, tyle wystarczy.
„New Seeds” wbija bekowymi syntezatorami. Robi się ciasteczkowo, tzn. jakbym jadł ciasteczka i kruszył na pościel i wkurwiał się, że wszędzie są okruchy, a jednocześnie nic z tym nie robił. Tak brzmi ten kawałek, wszystko tu chrupie. W tle celestial synthy, robi się wpieprzanie ciasteczek w kosmosie. Mniej więcej w połowie, wszystko to siada i słucha się naprawdę bardzo dobrze. Fajne wyciszenie i zmiana klimatu w drugiej połowie.
„Come to Dust” i znowu kosmos. Dryfowanie w przestrzeni, daleeeko od bazy. Przez pierwsze kilkanaście sekund, bo potem wchodzi cała maszyneria i to dosłownie cała. Arpy, bity, itd. Kolejny showcase Boards of Canada na długości jednego, nie tak długiego kawałka. To już końcówka płyty, więc wybaczam. To jest długi album i często, na tym etapie, człowiek rzyga, zwłaszcza takimi powtórzeniami. Jeśli nie rzygam, to znaczy, że nie jest źle i BoC wykonali dobrą robotę.
To by mogło być zakończenie, ale jest jeszcze „Semena Mertvykh” (musiałem skopiować z tagów, bo mój mózg nie pracuje). Znowu jakieś intro do „Terminatora”, puszczone ze starej kasety. Ciekawa sprawa, że zamknęli album czymś mało reprezentatywnym, no ale! 3:30, można puszczać w radiu.
Godzina Boards of Canada, z albumu otoczonego chorym kultem. Przerost formy, hipsterska przesada, dawno zestarzały klejnot? A nie wiem. Mnie się słuchało dobrze. Im mniej się myśli o wadze i roli albumu w historii muzyki i życiu fanatyków tak zwanej Muzyki, tym lepiej.
Boards of Canada, to zespół, który otoczony jest wśród niektórych moich znajomych, dosyć niezdrowym kultem. Robiłem podchody jeszcze przed bestkami, kiwałem głową z uznaniem, ale to tyle. Myślę, że nadal na kiwaniu się skończy i nie będę zbyt często wracał do tej muzyki, ale to nie znaczy, że mi się nie podobało. Zapraszam.
„Gemini” bardzo fajnie otwiera album. Arp zalatuje Carpenterem, klimat bardzo w jego stylu, czyli jakieś okruchy horroru. Świetne tremolo outro. Niby „intro”, ale bez bylejakości wielu tego typu wstępów. Bardzo zachęcające i to za każdym razem.
„Reach for the Dead” ma zajebiste „piaskowe” intro z klimatycznym dronem w tle (chociaż co jest w tle czego, to już inna sprawa). Potem wchodzą dosyć oklepane, „mroczne” pady i robi się trochę zbyt filmowo, wstępna atmosfera ustępuje podróbie jednego z głównych motywów „Terminatora”. To nie jest może jakiś obiektywny zarzut, ale Boards of Canada mają zwyczaj mijania się z moimi własnymi oczekiwaniami względem tego, jak te kawałki się rozwijają. Potem wchodzi sympatyczna sekwencja na syntezatorze i dosyć zbędny bit. Całość kończy się tym fajnym dronem, no nic.
„White Cyclosa” startuje totalnym Carpenterem i to takim jakiego tu prezentowałem na samym początku bestki. Super motyw, który mógłby się ciągnąć solo przez bite 3 minuty tego kawałka, ale oczywiście wchodzą inne rzeczy. Jakiś motyw klawiszowy z presetem „dzwonek do drzwi” i druga melodyjka, vhs strings, ala coś z rzeczy, których słucha Musiał. Im dalej, tym więcej rzeczy dorzuca się do tego małego dzieła i robi się trochę śmietnik. Ja pewnie nie rozumiem Boards of Canada po prostu i oczekuję po nich rzeczy, których nie należy po nich oczekiwać, jak np. minimalizmu po Alanie W. Mimo stękania, nadal najlepszy kawałek na płycie.
W „Jacquard Causeway” rozwalił mnie te twardy bit, który wchodzi z dupy. Bit swoje, muza w tle swoje, wszystko się rozjeżdża i wychodzi to całkiem spoko. Zabrzmię jak Musiał, który porównuje wszystko do Ghost Box, ale ja tu słyszę debiut Piano Magic, który był właśnie instrumentalnym albumem w tym stylu. Dużo randomowej elektroniki, trochę taki rzucanie o ścianę, ale często są efekty. Nawet pady, które potem wchodzą, wyjątkowo tutaj robią robotę. Majaczące 6 minut z początku przeraża, ale kawałek zadziwiająco wciąga i ten czas zlatuje bardzo szybko. Spoko rzecz.
„Telepath” mógłby się niby obejść bez tych mówionych wstawek, ale z drugiej strony, nie przeszkadzają aż tak, chociaż przysłaniają muzykę, a ta jest super. Mimo długości, nie traktuję tego jako muzycznego skitu, jest spoko.
„Cold Earth”, skąd oni biorą te tytuły? Widzę, że niecałe 4 minuty, więc wiem, że panowie będą się streszczać i faktycznie, kawałek nie poświęca zbyt dużo czasu na rozwinięcie i niemal od razu wchodzi wszystko co fabryka założyła. Bit dosyć typowy (chyba?) dla BoC, muzycznie jest VHSowo, ale bez przesady. Zresztą, to nie jest album z tego roku. W trakcie dzieją się rzeczy. Niektóre męczą, ala jakieś wokalne wybekiwania, dziwne dropy w bicie, itd. Może to kwestia osłuchania z takimi zabiegami, nie wiem. Całość na tyle strawna, że ostatecznie dają okejkę.
Mega szybki fade na końcu mnie pozytywnie rozbawił.
„Transmisiones Ferox”, wyczuwam kosmosy. W tle kosmosu, bulgoczą syntezatory, trochę jakby to był noise jakichś sci-fi komputerów na pokładzie statku kosmicznego. Komputery zaczynają się przegotowywać i kurde, nagle się okazuje, że to trwa tylko 2 minuty. No prostytutka no xD Szkoda, że tak krótko, bo się wkręciłem. Ładne ambient outro.
„Sick Times” też z początku zalatuje kosmosem. Leciał statek i doleciał, gdzieś w odległą galaktykę. Zatrzymał się i chłonie głębie kosmosu, ogrom planet i światło gwiazd. Klimat psuje, ponownie, bit. Zauważyłem, że te bity zawsze wychodzą na pierwszy plan. Nie, że sobie są w tle reszty muzyki, on zawsze dominują. Rozumiem, że ludzie, którzy potrzebują rytmu w swoim życiu, cieszą się, ale ja rozpływałem się we wcześniejszym, heh, rozpłynięciu? Brak formy, to też jest forma. No, ale nadal spoko kawałek. Fajne outro, jak zawsze.
„Collapse”, znowu fajny arp w tle. W głowie od razu pojawiają się porównania, ale tym razem nie potrafię powiedzieć do czego. To brzmi mocno randomowo i było używane milion razy, może dlatego nie potrafię tego do niczego konkretnego przyrównać. Co natomiast zaskakuje, to to, jak mało, w obliczu tego co przed chwilą napisałem, wydaje się ten motyw przeorany. Szok, nie pojawiło się wiele więcej! Zostawili względny minimal! Nareszcie!
„Palace Posy”, lol. Wchodzi, niczym jakiś numer Arasha. Nie przekuje mnie to. Kroczy to twardo przez 4 minuty, „wokale”, które potem wchodzą nie robią mi nic. Przynudzają panowie.
„Split Your Infinities” zaczyna lekkie zjadanie ogona na albumie. Niby spoko, ale znowu arp w tle, znowu te same pady, podobne efekty i bit. To brzmi niemal jak jakiś sample całego albumu. Może nie będę się zbytnio wyzłośliwiał, bo to sample znośnych elementów, ale mimo wszystko jestem trochę zaskoczony, zwłaszcza po poprzednim kawałku, który być może nie urywa dupy, ale na pewno był inny. Ok, niech będzie, ostatecznie brzmi to spoko, pomimo całek powtórki z rozrywki.
„Uritual” daje mi trochę więcej tego, co dało mi „Collapse”, czyli trochę minimalu. Szkoda, że u nich minimal oznacza półtorej minuty muzyki, ale biorę co mi dają, zwłaszcza, że jest to dobre.
„Nothing is Real” leci niby na tych samych patentach, co cały album, ale jest spoko. Wszystko tu się klei, więc wyjątkowo nie mam poczucia nadmiaru synthów i efektów. Loopowana atmosfera mi pasuje. Na tym etapie, może trochę mało mam do napisania, bo mam wrażenie, ze non stop się powtarzam.
„Sundown” otwiera się bardzo fajnymi padami. Bo ja generalnie nie nienawidzę padów, ale czasami mnie cringują jeżeli są zbyt sztampowe. Tutaj są solo, co generalnie tez jest mega sztampowe, ale brzmi dobrze. Dwie minuty fajnego padowania, tyle wystarczy.
„New Seeds” wbija bekowymi syntezatorami. Robi się ciasteczkowo, tzn. jakbym jadł ciasteczka i kruszył na pościel i wkurwiał się, że wszędzie są okruchy, a jednocześnie nic z tym nie robił. Tak brzmi ten kawałek, wszystko tu chrupie. W tle celestial synthy, robi się wpieprzanie ciasteczek w kosmosie. Mniej więcej w połowie, wszystko to siada i słucha się naprawdę bardzo dobrze. Fajne wyciszenie i zmiana klimatu w drugiej połowie.
„Come to Dust” i znowu kosmos. Dryfowanie w przestrzeni, daleeeko od bazy. Przez pierwsze kilkanaście sekund, bo potem wchodzi cała maszyneria i to dosłownie cała. Arpy, bity, itd. Kolejny showcase Boards of Canada na długości jednego, nie tak długiego kawałka. To już końcówka płyty, więc wybaczam. To jest długi album i często, na tym etapie, człowiek rzyga, zwłaszcza takimi powtórzeniami. Jeśli nie rzygam, to znaczy, że nie jest źle i BoC wykonali dobrą robotę.
To by mogło być zakończenie, ale jest jeszcze „Semena Mertvykh” (musiałem skopiować z tagów, bo mój mózg nie pracuje). Znowu jakieś intro do „Terminatora”, puszczone ze starej kasety. Ciekawa sprawa, że zamknęli album czymś mało reprezentatywnym, no ale! 3:30, można puszczać w radiu.
Godzina Boards of Canada, z albumu otoczonego chorym kultem. Przerost formy, hipsterska przesada, dawno zestarzały klejnot? A nie wiem. Mnie się słuchało dobrze. Im mniej się myśli o wadze i roli albumu w historii muzyki i życiu fanatyków tak zwanej Muzyki, tym lepiej.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18356
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Boards of Canada - Tomorrow's Harvest
Pamiętam, że Campfire Headphase wywarł na mnie bardzo dobre wrażenie. Na tyle dobre, że album Tomorrow's Harvest przesłuchałem kilka razy potem już z własnej woli. Teraz z uwagi na bestkę powróciłem do tej płyty. I tylko potwierdziłem, że to również bardzo dobra muzyka. Chwilami wręcz znakomita. Może trochę przydługa rzeczywiście, ale nie będę z tego powodu marudził. Generalnie to jest ten rodzaj muzyki, o którym nie potrafię za bardzo się wypowiadać (nie, żebym o jakiejkolwiek innej potrafił). Więc nie będę tutaj opisywał każdego utworu z osobna jak mam to zawsze w zwyczaju. Skupię się na ogólnych wrażeniach i najlepszych momentach.
Najważniejszą rzeczą, która cechuje ten album jest klimat. Szczególnie w niektórych utworach jest on niesamowity. Nadmienię od razu, że to jest dla mnie idealna muzyka na obecną właśnie późnojesienną porę. A w związku z pewnymi skojarzeniami jest to album idealny nawet na mroźną zimę. Słuchanie tego w letnie wieczory nie byłoby raczej takie satysfakcjonujące. Niestety z uwagi na pobyt na granicy nie miałem okazji posłuchania Tomorrow's Harvest podczas leśnych wędrówek tak jak to było w przypadku Campfire Headphase. No ale słuchając tego w ponury grudniowy poranek i patrząc na las tuż za oknami mojego kontenera miałem chociaż tego namiastkę.
Bardzo dobre jest otwarcie i zamknięcie albumu. Gemini rzeczywiście brzmi bardzo filmowo. Uwielbiam filmową muzykę, więc od razu mnie to chwyciło. Najpierw te trąbki brzmiące jak sygnał podczas prezentowania logo studia filmowego. Potem już muzyka jakby żywcem wyjęta z napisów początkowych do jakiegoś filmu. Podobają mi się te brzmienia bardzo. Z kolei Semena Mervykh to już bardzo klimatyczne, dronowe i złowrogie, choć równie filmowe, brzmienia. Przypomina mi to muzykę z menu takich gier jak choćby Call of Duty. Piękna rzecz. Niesamowicie klimatyczna właśnie. Piękne zamknięcie albumu.
Reach For The Dead to kolejny mocarz. Cudowne pady. Jak ja to lubię! To jest przykład utworu, który jest dla mnie idealny do słuchania podczas mroźnej i śnieżnej zimy właśnie. Pierwsza połowa utworu idealnie nadawałaby się jako soundtrack do mojego ukochanego survivalu The Long Dark. Trzeba by tylko wyciąć perkę. Potem jak wchodzi bit, to robi się już bardziej kosmicznie. Ale numer jest piękny.
White Cyclosa od początku też brzmi jak podróż przez kosmos. Ale potem wchodzą zagrywki na klawiszach (te takie 3-4 nutkowe), które znów przywodzą mi na myśl tylko jedno – The Long Dark. Tam są naprawdę bardzo podobne brzmienia. Mroźny, zaśnieżony, opustoszały i niezwykle niebezpieczny świat kanadyjskich pustkowi z TLD jest idealnym tłem dla takich brzmień, które powodują, że świat gry wydaje się być jeszcze bardziej złowrogi. Te uderzenia basu w końcówce jeszcze dodają grozy.
Jacquard Causeway to też dobry utwór. Jednostajny rytm i charakterystyczne klawisze robią wrażenie. Ten rytm jest naprawdę dobry.
Telepath to taka miniaturka, ale jakże dobra. Tło to znowu jakby żywcem wyjęte z wyżej wymienionej gry. No takie mam skojarzenia i to jest dla mnie bardzo przyjemne muszę przyznać.
Cold Earth też ma to coś w tle. Ale tylko w tle. Bit to już inna sprawa. Bardzo fajny i charakterystyczny utwór.
Mega klimatyczny jest kolejny przerywnik, czyli Transmisiones Ferox. Złowrogi i niepokojący. Na tyle, że bez problemu mógłby przygrywać podczas przemierzania stacji Sevastopol w Alien Isolation.
Palace Posy było w bestce i wypowiadałem się o nim bardzo pozytywnie. To na pewno jeden z bardziej wyróżniających się utworów. Bardzo zapamiętywalny jak na ten rodzaj muzyki.
Split Your Infinities muzycznie się nie wyróżnia, ale ten zniekształcony głos przywołuje z kolei fajne skojarzenia z System Shock.
Uritual to kolejna niezwykle klimatyczna miniaturka. Jest mrocznie, złowrogo, wręcz strasznie. Takie brzmienia są nie do przecenienia.
Przysiągłbym, że Sundown słyszałem już w The Long Dark. To już tak bliźniacze klimaty do tego, co rzeczywiście mamy okazję słyszeć w tej grze, że szok.
New Seeds to jeden z najciekawszych numerów na albumie. Genialny początek z urywanymi dźwiękami jak z jakiegoś radio. Świetny rytm, gitara i bas. Efektowne klawisze w końcówce.
Come To Dust też jest świetne. Znów fajny rytm, efektowne arpegia w tle i nisko grające klawisze. W końcówce jakieś zniekształcone, niepokojące głosy. Świetny numer.
Wyszło na to, że w sumie niewiele utworów pominąłem. Bo jednak z 80% albumu zasługuje na najwyższą uwagę. Te utwory, które pominąłem też nie są złe, ale robią trochę za tło. Bardzo rzetelne tło. Najsłabszy dla mnie jest chyba jednak chwalony dotąd Nothing Is Real.
Jeszcze raz powtórzę, że album jest niezwykle klimatyczny. To jest jego siła. Wiele utworów autentycznie albo brzmiała podobnie do soundtracku z The Long Dark, albo świetnie by się jako soundtrack nadawała. Stąd na początku powiedziałem, że to dla mnie iście zimowa płyta. W wielu miejscach jest niezwykle mrocznie i niepokojąco, co też jest nie do przecenienia. Czasami bywa filmowo. Lubię muzykę, która nasuwa mi różne przyjemne skojarzenia. Tutaj tak było. Było znakomicie.
Pamiętam, że Campfire Headphase wywarł na mnie bardzo dobre wrażenie. Na tyle dobre, że album Tomorrow's Harvest przesłuchałem kilka razy potem już z własnej woli. Teraz z uwagi na bestkę powróciłem do tej płyty. I tylko potwierdziłem, że to również bardzo dobra muzyka. Chwilami wręcz znakomita. Może trochę przydługa rzeczywiście, ale nie będę z tego powodu marudził. Generalnie to jest ten rodzaj muzyki, o którym nie potrafię za bardzo się wypowiadać (nie, żebym o jakiejkolwiek innej potrafił). Więc nie będę tutaj opisywał każdego utworu z osobna jak mam to zawsze w zwyczaju. Skupię się na ogólnych wrażeniach i najlepszych momentach.
Najważniejszą rzeczą, która cechuje ten album jest klimat. Szczególnie w niektórych utworach jest on niesamowity. Nadmienię od razu, że to jest dla mnie idealna muzyka na obecną właśnie późnojesienną porę. A w związku z pewnymi skojarzeniami jest to album idealny nawet na mroźną zimę. Słuchanie tego w letnie wieczory nie byłoby raczej takie satysfakcjonujące. Niestety z uwagi na pobyt na granicy nie miałem okazji posłuchania Tomorrow's Harvest podczas leśnych wędrówek tak jak to było w przypadku Campfire Headphase. No ale słuchając tego w ponury grudniowy poranek i patrząc na las tuż za oknami mojego kontenera miałem chociaż tego namiastkę.
Bardzo dobre jest otwarcie i zamknięcie albumu. Gemini rzeczywiście brzmi bardzo filmowo. Uwielbiam filmową muzykę, więc od razu mnie to chwyciło. Najpierw te trąbki brzmiące jak sygnał podczas prezentowania logo studia filmowego. Potem już muzyka jakby żywcem wyjęta z napisów początkowych do jakiegoś filmu. Podobają mi się te brzmienia bardzo. Z kolei Semena Mervykh to już bardzo klimatyczne, dronowe i złowrogie, choć równie filmowe, brzmienia. Przypomina mi to muzykę z menu takich gier jak choćby Call of Duty. Piękna rzecz. Niesamowicie klimatyczna właśnie. Piękne zamknięcie albumu.
Reach For The Dead to kolejny mocarz. Cudowne pady. Jak ja to lubię! To jest przykład utworu, który jest dla mnie idealny do słuchania podczas mroźnej i śnieżnej zimy właśnie. Pierwsza połowa utworu idealnie nadawałaby się jako soundtrack do mojego ukochanego survivalu The Long Dark. Trzeba by tylko wyciąć perkę. Potem jak wchodzi bit, to robi się już bardziej kosmicznie. Ale numer jest piękny.
White Cyclosa od początku też brzmi jak podróż przez kosmos. Ale potem wchodzą zagrywki na klawiszach (te takie 3-4 nutkowe), które znów przywodzą mi na myśl tylko jedno – The Long Dark. Tam są naprawdę bardzo podobne brzmienia. Mroźny, zaśnieżony, opustoszały i niezwykle niebezpieczny świat kanadyjskich pustkowi z TLD jest idealnym tłem dla takich brzmień, które powodują, że świat gry wydaje się być jeszcze bardziej złowrogi. Te uderzenia basu w końcówce jeszcze dodają grozy.
Jacquard Causeway to też dobry utwór. Jednostajny rytm i charakterystyczne klawisze robią wrażenie. Ten rytm jest naprawdę dobry.
Telepath to taka miniaturka, ale jakże dobra. Tło to znowu jakby żywcem wyjęte z wyżej wymienionej gry. No takie mam skojarzenia i to jest dla mnie bardzo przyjemne muszę przyznać.
Cold Earth też ma to coś w tle. Ale tylko w tle. Bit to już inna sprawa. Bardzo fajny i charakterystyczny utwór.
Mega klimatyczny jest kolejny przerywnik, czyli Transmisiones Ferox. Złowrogi i niepokojący. Na tyle, że bez problemu mógłby przygrywać podczas przemierzania stacji Sevastopol w Alien Isolation.
Palace Posy było w bestce i wypowiadałem się o nim bardzo pozytywnie. To na pewno jeden z bardziej wyróżniających się utworów. Bardzo zapamiętywalny jak na ten rodzaj muzyki.
Split Your Infinities muzycznie się nie wyróżnia, ale ten zniekształcony głos przywołuje z kolei fajne skojarzenia z System Shock.
Uritual to kolejna niezwykle klimatyczna miniaturka. Jest mrocznie, złowrogo, wręcz strasznie. Takie brzmienia są nie do przecenienia.
Przysiągłbym, że Sundown słyszałem już w The Long Dark. To już tak bliźniacze klimaty do tego, co rzeczywiście mamy okazję słyszeć w tej grze, że szok.
New Seeds to jeden z najciekawszych numerów na albumie. Genialny początek z urywanymi dźwiękami jak z jakiegoś radio. Świetny rytm, gitara i bas. Efektowne klawisze w końcówce.
Come To Dust też jest świetne. Znów fajny rytm, efektowne arpegia w tle i nisko grające klawisze. W końcówce jakieś zniekształcone, niepokojące głosy. Świetny numer.
Wyszło na to, że w sumie niewiele utworów pominąłem. Bo jednak z 80% albumu zasługuje na najwyższą uwagę. Te utwory, które pominąłem też nie są złe, ale robią trochę za tło. Bardzo rzetelne tło. Najsłabszy dla mnie jest chyba jednak chwalony dotąd Nothing Is Real.
Jeszcze raz powtórzę, że album jest niezwykle klimatyczny. To jest jego siła. Wiele utworów autentycznie albo brzmiała podobnie do soundtracku z The Long Dark, albo świetnie by się jako soundtrack nadawała. Stąd na początku powiedziałem, że to dla mnie iście zimowa płyta. W wielu miejscach jest niezwykle mrocznie i niepokojąco, co też jest nie do przecenienia. Czasami bywa filmowo. Lubię muzykę, która nasuwa mi różne przyjemne skojarzenia. Tutaj tak było. Było znakomicie.
-
mintaj
- Posty: 6943
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
@SMOKU - szanuję za aż tak dogłębną analizę. Dodam tylko, że moje odczucia wynikają nawet nie tyle z samego brzmienia tej płyty, co mindsetu w jakim byłem, gdy ją odkryłem i z jakim, siłą rzeczy, ją powiązałem. Dodam tylko, że te ówczesne nadzieje wiązały się z wieloma lękami, mrokami i niepokojami, które na tym albumie słychać i które też tu dostrzegam. I myślę, że pod tym kątem ten album zestarzał się jak wino, bo to w sumie takie uczucie nadziei pełnej lęku mam teraz gdy próbuję wyściubić głowę spoza mojej bańki i czytać o tym co się dzieje na świecie. Swoją drogą, też nie wyobrażam sobie bardziej edgy BoCów (jakkolwiek by to miało brzmieć) i też się skłaniam ku temu, że współczesny świat na nich nie jest gotów i nie zasługuje.
@MURZYN - tu mam wrażenie, że chyba ci ta muza nie siada na poziomie nwm samego konceptu, a przynajmniej na moje czesto sie ten motyw przewija. Jestem w stanie to zrozumiec, chociaz odnajduje zabawnym fakt, ze pewnikiem wymienilbym podobne utwory jako hajlajty. I zabawne, że jednak problemem nie było to, czego się bałem (tj. Wrzucenie tej płyty przy złej AURZE)
@DEV - Między tą płytą a Swansami był jakiś rok różnicy i dla mnie obie wyszły w na tyle odmiennym czasie, że ciężko mi je stawiać w jednym szeregu, chociaż obu słuchałem w okresie tzw. Hipsterki. Ale mniejsza z tym. Ciężko mi się odnieść do części skojarzeń, bo takiego Stranger Things to nie widziałem i nie chce mi się nadrabiać, sam też osobiście AŻ TAK CZĘSTO nie krąże myślami wokół jakichś starych audycji telewizjnych - ale może to kwestia przesytu, może to ja. W każdym razie widzę, że się podobało, nawet jeśli było kapkę za długo, z czym się akurat nie zgadzam, więc git 8)
@HIEN - recenzja z gatunku RZETELENYCH, a przynajmniej mam takie wrażenie. Nie wiem, ja akurat nie mam problemów z przesytem produkcyjnym, ale ja generalnie rzadko kiedy mam z tym problem i chyba nawet wolę przepych niż minimalizm jak se tak myślę. Ale cieszę się, że się po prostu podobało.
@SHODAN - doceniam szczerość i rozumiem brak chęci omawiania utwór po utworze (wielokrotnie pisałem, że nie jestem wielkim fanem tego typu recenzji, bo ja tam uważam, że albumy jako całość to trochę więcej niż suma wartości poszczególnych utworów. Znowu szereg interesujących skojarzeń na które bym sam nie wpadł, ale może to przez to, że nie grałem w większość tych tytułów. W każdym razie mega się cieszę, że się podobało.
Nie blokuję już, lećta dalej
@MURZYN - tu mam wrażenie, że chyba ci ta muza nie siada na poziomie nwm samego konceptu, a przynajmniej na moje czesto sie ten motyw przewija. Jestem w stanie to zrozumiec, chociaz odnajduje zabawnym fakt, ze pewnikiem wymienilbym podobne utwory jako hajlajty. I zabawne, że jednak problemem nie było to, czego się bałem (tj. Wrzucenie tej płyty przy złej AURZE)
@DEV - Między tą płytą a Swansami był jakiś rok różnicy i dla mnie obie wyszły w na tyle odmiennym czasie, że ciężko mi je stawiać w jednym szeregu, chociaż obu słuchałem w okresie tzw. Hipsterki. Ale mniejsza z tym. Ciężko mi się odnieść do części skojarzeń, bo takiego Stranger Things to nie widziałem i nie chce mi się nadrabiać, sam też osobiście AŻ TAK CZĘSTO nie krąże myślami wokół jakichś starych audycji telewizjnych - ale może to kwestia przesytu, może to ja. W każdym razie widzę, że się podobało, nawet jeśli było kapkę za długo, z czym się akurat nie zgadzam, więc git 8)
@HIEN - recenzja z gatunku RZETELENYCH, a przynajmniej mam takie wrażenie. Nie wiem, ja akurat nie mam problemów z przesytem produkcyjnym, ale ja generalnie rzadko kiedy mam z tym problem i chyba nawet wolę przepych niż minimalizm jak se tak myślę. Ale cieszę się, że się po prostu podobało.
@SHODAN - doceniam szczerość i rozumiem brak chęci omawiania utwór po utworze (wielokrotnie pisałem, że nie jestem wielkim fanem tego typu recenzji, bo ja tam uważam, że albumy jako całość to trochę więcej niż suma wartości poszczególnych utworów. Znowu szereg interesujących skojarzeń na które bym sam nie wpadł, ale może to przez to, że nie grałem w większość tych tytułów. W każdym razie mega się cieszę, że się podobało.
Nie blokuję już, lećta dalej
DEPESZWIZJA 123: EDYCJA NOWOFALOWA
FINAŁ 21:15
FINAŁ 21:15
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Sorry Panowie, krucho u mnie z czasem ostatnio. Lecimy dalej.
shodan pisze:02 gru 2025 21:37Julia Holter – Ekstasis
Znowu będzie krótko, bo nie ma żadnej wielkiej historii związanej z tym albumem. Dev wrzucił kiedyś w bestce Sea Calls Me Home i tak to się z panią Julią zaczęło. Postanowiłem sprawdzić coś więcej i zażarło.
Od razu powiem, że nie jestem fanem całej dyskografii Julii Holter, bo miewa albumy naprawdę dziwaczne. Nie wiem – może kiedyś i do nich się przekonam. Póki co lubię mocno dwie płyty. Jedną z nich jest właśnie Ekstasis. Płyta z 2012 roku. Płyta w całości skomponowana i wyprodukowana przez samą Julię. A za co lubię akurat ten album? Za naprawdę fajne kompozycje, kreatywne wokale i przede wszystkim za klimat. Właściwie wszystkie utwory są co najmniej dobre, a kilka jest nawet bardzo dobrych. Genialne Our Sorrows już znacie z depeszwizji. Jest jeszcze świetne Goddess Eyes II, Moni Mon Amie i Fur Feliks. To czwórka moich ulubieńców. Ale cały album ma naprawdę fajny klimat. Taki jakiś tajemniczy, magiczny, nierzeczywisty. Ten klimat trafia do mnie w stu procentach.
Nie mam w swojej bibliotece za bardzo jakiegoś mocno zimowego albumu, więc pomyślałem, że Ekstasis najbardziej się nada na grudzień.
Czytałem, że kilka następnych albumów Julii było wyżej ocenianych i osiągnęło większy sukces komercyjny. No ale ja to ja i nie oglądam się na innych. Dla mnie Ekstasis to jest właśnie najlepszy album Julii Holter.
https://www.youtube.com/watch?v=GQ_rnRI ... 7Q&index=2
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18356
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
W sumie Mętosiku okazało się, że i tak omówiłem z 80% albumu track by track. Może pobieżnie, ale jednak. BOC to naprawdę spoko projekt.
-
Hien
- Posty: 24709
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Julia Holter - Ekstasis
Z Julią Holter miałem w kratkę na forum. W best of forum mi nie podeszła, ale potem w depeszwizji już bardziej. W wydaniu albumowym, jest też w kratkę. Holterowa wydaje się być osobą niesamowicie pretensjonalną, zarówno pod względem specyficznego, szatkowanego wokalu, który stoi w rozkroku między recytacją, a śpiewem, jak i muzyki, która w dużej mierze przypomina melodyjki odgrywane w lunaparku albo szanty (albo jedno i drugie). Wuja ma rację, że jest w tym coś nierealnego i bajkowego, co sprawia, że za każdym razem staję na głowie, żeby mi się to wszystko spodobało, ale nie jestem w stanie się wkręcić do końca. Lubię kokosowe słodycze, ale jeśli cukiernik spieprzył kokosowy tort, to spieprzył, i z mojej strony nie da się więcej zrobić.
Zakładam, że gdyby wyrzucić z 1/3 utworów, które są kopiami innych, lepszych, skrócić album, itd., to wrażenie byłoby lepsze, lub po prostu mniej złe. Utwory często poskładane są niczym monstrum Frankesteina, z różnych elementów, jakby wyciągniętych z bardzo różnych utworów. Holterowa to bardzo ‘artsy’ artystka i zauważyłem, że bardzo jej zależy na utrzymaniu takiej aury. Sposób w jaki śpiewa, przypomina jakieś wiktoriańskie kołysanki. Byłem zaskoczony, że to amerykanka, bo w jej wokalu są niesamowite ilości brytolskiej flegmy. Czasami, dziewczyna brnie w proste, bezsłowne wokalizy, jak na końcu „Our Sorrows” i to jest bardzo fajne. W innych momentach, no muszę tak to nazwać, Julia przynudza, z lekkimi prześwitami. „Marienbad” ma ten fajny moment w środku utworu kiedy wchodzi prosty bit, w tle odbija się loopowany wokal i dołącza bas. Zawsze daję się nabrać, że potem dzieje się coś lepszego, ale nie za bardzo. Wykonania Holterowej bardzo często wchodzą w rejony damskiego dream popu, na który często mam alergię. „In the Same Room” to taki przykład, niby otwierają go fajne, orientalne wokale, ale potem wjeżdża kalka praktycznie każdej dream popowej wokalistki ever i tracę zainteresowanie. Miks na płycie jest bardzo vocal-centred, co rozumiem, ale też przez co często tracę kontakt z muzyką, bo ona gdzieś ginie w tle. A muzyka często ratuje momenty, w których głos Julii Holter nie dostarcza, chociaż… no, i tutaj bywają momenty, w których ewidentnie ktoś (zakładam, że sama Julia) podejmuje decyzję, żeby coś udziwnić dla udziwnienia. Przypomina mi to sytuację z „King of Limbs” Radiohead, gdzie kompozycje powstawały nałożone na szkielet eksperymentalnej brei, a nie na odwrót. Na „Ekstasis” również odnoszę wrażenie, że prostota i konkrety, to elementy non grata. Zawsze trzeba zmącić wodę czymś pozornie nieszablonowym, ale wciśniętym na siłę, co przypomina czasami pokazy mody niektórych bardziej znanych projektantów, którzy owijają modelkę w folię i doczepiają jej nos clowna, żeby ludzie zrobili „o kurde”.
„Boy in the Moon” to by mogła być naprawdę fajna rzecz, przypomina mi trochę otwarcie albumu Kate Bush, który wrzuciłem na potem. Ambient w tle jest spoko, a wokale bywają dobre, zwłaszcza na końcu. Miałem pisać, że kawałek rozbija się trochę o czas trwania, ale ostatecznie nie jest tak źle. Z drugiej strony, czegoś tu brakuje i trudno mi powiedzieć czego. Może lepszej piosenki, może jakichś melodii. Nie wiem, ale mimo wszystko jest to jeden z lepszym fragmentów albumu.
„Fur Elix” zaczyna się jak coś, co by mogło naprawdę zmienić moje nastawienie, ale potem wchodzi wokal i znowu mam ten wyraz ubolewania na twarzy, zmarszczone czoło i grymas jak po zjedzeniu cytryny. Znowu walnę stałym porównaniem, ale wczesne Piano Magic nieraz brzmiało w ten sposób muzycznie, i co ciekawe, również zapraszano kobiety do śpiewania, i one też śpiewały w taki staromodny sposób. Mam wrażenie, że po prostu tam nie przekraczano pewnej granicy, może nawet w ostatniej chwili, a Julia Holter nie tylko przekracza tę granice, ale zwyczajnie cały czas jest po drugiej stronie. „Felix” z minuty na minuty, coraz bardziej zbliża się klimatem do lunaparku i jakiejś katarynki, ale naprawdę by mi to tutaj nie przeszkadzało, gdyby wokal nie brzmiał jak mała dziewczynka recytująca wiersz, którego nie rozumie.
Po którymś przesłuchaniu, na tym etapie płyty, widzę, że naprawdę staram się tutaj coś polubić, niemal desperacko uratować dla siebie ten album. „Goddess Eyes II” wychodzi mi trochę naprzeciw. Klimat muzyki robi się niemal jak w starszym Kraftwerk. Prosty rytm, prosty, lekko krautorockowy bas i odbijające się syntezatory. Vocoder też jest spoko. W połowie robi się trochę minimalistycznie-elektronicznie i to też mi leży. Potem nagle do tego dołącza… kontrabas? Pianino? Niby znowu eksperymenty, ale tutaj to działa. Druga część utworu nieco słabsza, przypomina trochę jakiś koncertowy singalong z obowiązkowym, prostym jak świński ogon, motywem do klaskania. No, ale na tym etapie, chyba nic nie jest w stanie zepsuć mi tego kawałka, jest to naprawdę spoko.
Z początkiem tekstu do „Moni Mon Amie” po prostu śmiechłem. Niemniej, tło przypomina mi Radiohead z kawałków takich jak „Glass Eyes”, czyli generalnie z rzeczy, które lubię. Potem wchodzi marszowy rytm i w sumie już nic mnie nie zdziwi na tym albumie. Mimo wstępnej beki, nie jest to zły moment tej płyty. „Four Gardens” zaczyna się jak połączenie „Hall of Mirrors” i jakiegoś ejtisowego numeru Gary’ego Numana, niemniej kiedy wchodzi Julia, to odczuwam już spore zmęczenie, bo dostaję więcej tego samego. Rozumiem, że specyfika takiego rodzaju muzyki, jest jaka jest, ale na tym etapie, zauważyłem że nie potrafię sobie przypomnieć żadnego utworu po melodii wokalu. Wszystko zlewa się w jedną wielką breję. W połowie utworu, wchodzi jakaś staroświecka automatyczna perkusja. Jeśli to prawdziwa, to pozdro. W tle Julia Holter pieje. Mam ochotę przeskoczyć do następnego utworu, ale zawsze staram się takiej pokusie postawić, więc słucham do końca, czekając na jakąś nagrodę za wytrwałość. W prawym kanale jakiś free jazz, ale to trochę mało. Utwór kończy się w atmosferze rozczarowania. Nie wiem, próbowałem.
Wraca sympatyczny vocoder w „Goddess Eyes I”, trochę jakby album próbował mnie desperacko przeciągnąć na swoją stronę. Fajny moment na płycie, chociaż ta wydaje się być na tym etapie potwornie przeciągnięta. Dobra, jest ostatni utwór, prawie tytułowy „This is Ekstasis”. Wyjęczane wokale na pewno mają swoją rolę w kontekście tekstu, ale jak dla mnie, to już niestety moment kiedy mówię Holterowej żeby przestała. Ona przestaje i zaczyna śpiewać normalnie, w tle ładne wokale, jednak potrafimy się jakoś dogadać. W tle sekcja rytmiczna przygrywa leniwie, pojawiają się randomowe instrumenty, żeby za chwilę zniknąć i ustąpić miejsca innym. Trochę jak na „Laughing Stock”. W połowie robi się jazzowo, w tle przygrywa samotny kontrabas, wokale czarują, wkraczają samotne instrumenty smyczkowe, robi się ruralnie. Potem nagle żywy rytm, w wydaniu, w jakim rytmu na tym albumie dotąd nie było. Ten kawałek jest jak album sam w sobie. Lalala mi nie robi, raczej irytuje, ale co zrobić. Przynajmniej na sam koniec wraca jazzowanie, które nawet w tak pretensjonalnym wydaniu, przyjmuję jednak z ulgą. Kurde, no. Dobry utwór.
No i generalnie, za każdym razem, „Ekstasis” zostawia mnie z takim „kurde, no”. To jest jedna z tych płyt, których trudno mi się słucha, męczy mnie, ale kiedy minie trochę czasu, wydaje się, że była lepsza, niż faktycznie była. Potem wracam do niej, myśląc, że chyba jednak było znacznie lepiej, ale okazuje się, że nie, wcale nie jest. A potem znowu to samo. Widzę, że jest tu szansa na to, że zgodnie z regułami muzycznego syndromu sztokholmskiego, mógłby w końcu się z tym albumem bardziej polubić, tylko musiałbym mieć jakiś fajny background, a nie mam niczego, co by mogło istnieć w parze z takim graniem. Wchodzę na Wikipedię i widzę, że oczywiście „widespread critical acclaim”, więc znowu ja się nie znam. Płyta podpisana jest jako Baroque Pop i może w tym rzecz, że to jest label, którego powinienem unikać. A z drugiej strony, bywały na „Ekstasis” fragmenty, kiedy nawet dla mnie to jakoś działało. Nigdy bez żadnego zgrzytu, ale jednak muzyka nie jest czarno-biała, tak samo odczucia z nią związane. W siusiak dziwny album, mówiąc nieelegancko. Cały czas, odbijam się między „ale to chujowe” i „to naprawdę jest spoko”. Może ja jestem po prostu za prostym człowiekiem, a tu takie fifarafa rzeczy i co zrobić. Udawać, że jest super, żeby nie wyjść na jakiegoś głupka wioskowego? No nie, nie ma sensu. I tak się wyda, hehe.
Na pewno wolę Wuja w takim wydaniu, niż nowoczesno-popowym (chyba, że wrzuca Billie Eilish), bo tutaj jest jakaś furtka dla dalszej eksploracji tematu. To jest jeden z tych albumów, który jednocześnie trochę odrzuca, ale też intryguje i sprawia, że się do niego wraca, nawet jeśli tylko po to żeby znowu się sparzyć. Mimo wszystko, wolę chyba jednak takie zaintrygowanie, niż kompletny brak jakichkolwiek odczuć i zblazowanie. Oceniam przygodę z Julią Holter pozytywniej niż oceniam „Ekstasis”, z takim dziwnym stwierdzeniem (ale w stylu samej Holtorowej) zakończę tę recenzję.
Z Julią Holter miałem w kratkę na forum. W best of forum mi nie podeszła, ale potem w depeszwizji już bardziej. W wydaniu albumowym, jest też w kratkę. Holterowa wydaje się być osobą niesamowicie pretensjonalną, zarówno pod względem specyficznego, szatkowanego wokalu, który stoi w rozkroku między recytacją, a śpiewem, jak i muzyki, która w dużej mierze przypomina melodyjki odgrywane w lunaparku albo szanty (albo jedno i drugie). Wuja ma rację, że jest w tym coś nierealnego i bajkowego, co sprawia, że za każdym razem staję na głowie, żeby mi się to wszystko spodobało, ale nie jestem w stanie się wkręcić do końca. Lubię kokosowe słodycze, ale jeśli cukiernik spieprzył kokosowy tort, to spieprzył, i z mojej strony nie da się więcej zrobić.
Zakładam, że gdyby wyrzucić z 1/3 utworów, które są kopiami innych, lepszych, skrócić album, itd., to wrażenie byłoby lepsze, lub po prostu mniej złe. Utwory często poskładane są niczym monstrum Frankesteina, z różnych elementów, jakby wyciągniętych z bardzo różnych utworów. Holterowa to bardzo ‘artsy’ artystka i zauważyłem, że bardzo jej zależy na utrzymaniu takiej aury. Sposób w jaki śpiewa, przypomina jakieś wiktoriańskie kołysanki. Byłem zaskoczony, że to amerykanka, bo w jej wokalu są niesamowite ilości brytolskiej flegmy. Czasami, dziewczyna brnie w proste, bezsłowne wokalizy, jak na końcu „Our Sorrows” i to jest bardzo fajne. W innych momentach, no muszę tak to nazwać, Julia przynudza, z lekkimi prześwitami. „Marienbad” ma ten fajny moment w środku utworu kiedy wchodzi prosty bit, w tle odbija się loopowany wokal i dołącza bas. Zawsze daję się nabrać, że potem dzieje się coś lepszego, ale nie za bardzo. Wykonania Holterowej bardzo często wchodzą w rejony damskiego dream popu, na który często mam alergię. „In the Same Room” to taki przykład, niby otwierają go fajne, orientalne wokale, ale potem wjeżdża kalka praktycznie każdej dream popowej wokalistki ever i tracę zainteresowanie. Miks na płycie jest bardzo vocal-centred, co rozumiem, ale też przez co często tracę kontakt z muzyką, bo ona gdzieś ginie w tle. A muzyka często ratuje momenty, w których głos Julii Holter nie dostarcza, chociaż… no, i tutaj bywają momenty, w których ewidentnie ktoś (zakładam, że sama Julia) podejmuje decyzję, żeby coś udziwnić dla udziwnienia. Przypomina mi to sytuację z „King of Limbs” Radiohead, gdzie kompozycje powstawały nałożone na szkielet eksperymentalnej brei, a nie na odwrót. Na „Ekstasis” również odnoszę wrażenie, że prostota i konkrety, to elementy non grata. Zawsze trzeba zmącić wodę czymś pozornie nieszablonowym, ale wciśniętym na siłę, co przypomina czasami pokazy mody niektórych bardziej znanych projektantów, którzy owijają modelkę w folię i doczepiają jej nos clowna, żeby ludzie zrobili „o kurde”.
„Boy in the Moon” to by mogła być naprawdę fajna rzecz, przypomina mi trochę otwarcie albumu Kate Bush, który wrzuciłem na potem. Ambient w tle jest spoko, a wokale bywają dobre, zwłaszcza na końcu. Miałem pisać, że kawałek rozbija się trochę o czas trwania, ale ostatecznie nie jest tak źle. Z drugiej strony, czegoś tu brakuje i trudno mi powiedzieć czego. Może lepszej piosenki, może jakichś melodii. Nie wiem, ale mimo wszystko jest to jeden z lepszym fragmentów albumu.
„Fur Elix” zaczyna się jak coś, co by mogło naprawdę zmienić moje nastawienie, ale potem wchodzi wokal i znowu mam ten wyraz ubolewania na twarzy, zmarszczone czoło i grymas jak po zjedzeniu cytryny. Znowu walnę stałym porównaniem, ale wczesne Piano Magic nieraz brzmiało w ten sposób muzycznie, i co ciekawe, również zapraszano kobiety do śpiewania, i one też śpiewały w taki staromodny sposób. Mam wrażenie, że po prostu tam nie przekraczano pewnej granicy, może nawet w ostatniej chwili, a Julia Holter nie tylko przekracza tę granice, ale zwyczajnie cały czas jest po drugiej stronie. „Felix” z minuty na minuty, coraz bardziej zbliża się klimatem do lunaparku i jakiejś katarynki, ale naprawdę by mi to tutaj nie przeszkadzało, gdyby wokal nie brzmiał jak mała dziewczynka recytująca wiersz, którego nie rozumie.
Po którymś przesłuchaniu, na tym etapie płyty, widzę, że naprawdę staram się tutaj coś polubić, niemal desperacko uratować dla siebie ten album. „Goddess Eyes II” wychodzi mi trochę naprzeciw. Klimat muzyki robi się niemal jak w starszym Kraftwerk. Prosty rytm, prosty, lekko krautorockowy bas i odbijające się syntezatory. Vocoder też jest spoko. W połowie robi się trochę minimalistycznie-elektronicznie i to też mi leży. Potem nagle do tego dołącza… kontrabas? Pianino? Niby znowu eksperymenty, ale tutaj to działa. Druga część utworu nieco słabsza, przypomina trochę jakiś koncertowy singalong z obowiązkowym, prostym jak świński ogon, motywem do klaskania. No, ale na tym etapie, chyba nic nie jest w stanie zepsuć mi tego kawałka, jest to naprawdę spoko.
Z początkiem tekstu do „Moni Mon Amie” po prostu śmiechłem. Niemniej, tło przypomina mi Radiohead z kawałków takich jak „Glass Eyes”, czyli generalnie z rzeczy, które lubię. Potem wchodzi marszowy rytm i w sumie już nic mnie nie zdziwi na tym albumie. Mimo wstępnej beki, nie jest to zły moment tej płyty. „Four Gardens” zaczyna się jak połączenie „Hall of Mirrors” i jakiegoś ejtisowego numeru Gary’ego Numana, niemniej kiedy wchodzi Julia, to odczuwam już spore zmęczenie, bo dostaję więcej tego samego. Rozumiem, że specyfika takiego rodzaju muzyki, jest jaka jest, ale na tym etapie, zauważyłem że nie potrafię sobie przypomnieć żadnego utworu po melodii wokalu. Wszystko zlewa się w jedną wielką breję. W połowie utworu, wchodzi jakaś staroświecka automatyczna perkusja. Jeśli to prawdziwa, to pozdro. W tle Julia Holter pieje. Mam ochotę przeskoczyć do następnego utworu, ale zawsze staram się takiej pokusie postawić, więc słucham do końca, czekając na jakąś nagrodę za wytrwałość. W prawym kanale jakiś free jazz, ale to trochę mało. Utwór kończy się w atmosferze rozczarowania. Nie wiem, próbowałem.
Wraca sympatyczny vocoder w „Goddess Eyes I”, trochę jakby album próbował mnie desperacko przeciągnąć na swoją stronę. Fajny moment na płycie, chociaż ta wydaje się być na tym etapie potwornie przeciągnięta. Dobra, jest ostatni utwór, prawie tytułowy „This is Ekstasis”. Wyjęczane wokale na pewno mają swoją rolę w kontekście tekstu, ale jak dla mnie, to już niestety moment kiedy mówię Holterowej żeby przestała. Ona przestaje i zaczyna śpiewać normalnie, w tle ładne wokale, jednak potrafimy się jakoś dogadać. W tle sekcja rytmiczna przygrywa leniwie, pojawiają się randomowe instrumenty, żeby za chwilę zniknąć i ustąpić miejsca innym. Trochę jak na „Laughing Stock”. W połowie robi się jazzowo, w tle przygrywa samotny kontrabas, wokale czarują, wkraczają samotne instrumenty smyczkowe, robi się ruralnie. Potem nagle żywy rytm, w wydaniu, w jakim rytmu na tym albumie dotąd nie było. Ten kawałek jest jak album sam w sobie. Lalala mi nie robi, raczej irytuje, ale co zrobić. Przynajmniej na sam koniec wraca jazzowanie, które nawet w tak pretensjonalnym wydaniu, przyjmuję jednak z ulgą. Kurde, no. Dobry utwór.
No i generalnie, za każdym razem, „Ekstasis” zostawia mnie z takim „kurde, no”. To jest jedna z tych płyt, których trudno mi się słucha, męczy mnie, ale kiedy minie trochę czasu, wydaje się, że była lepsza, niż faktycznie była. Potem wracam do niej, myśląc, że chyba jednak było znacznie lepiej, ale okazuje się, że nie, wcale nie jest. A potem znowu to samo. Widzę, że jest tu szansa na to, że zgodnie z regułami muzycznego syndromu sztokholmskiego, mógłby w końcu się z tym albumem bardziej polubić, tylko musiałbym mieć jakiś fajny background, a nie mam niczego, co by mogło istnieć w parze z takim graniem. Wchodzę na Wikipedię i widzę, że oczywiście „widespread critical acclaim”, więc znowu ja się nie znam. Płyta podpisana jest jako Baroque Pop i może w tym rzecz, że to jest label, którego powinienem unikać. A z drugiej strony, bywały na „Ekstasis” fragmenty, kiedy nawet dla mnie to jakoś działało. Nigdy bez żadnego zgrzytu, ale jednak muzyka nie jest czarno-biała, tak samo odczucia z nią związane. W siusiak dziwny album, mówiąc nieelegancko. Cały czas, odbijam się między „ale to chujowe” i „to naprawdę jest spoko”. Może ja jestem po prostu za prostym człowiekiem, a tu takie fifarafa rzeczy i co zrobić. Udawać, że jest super, żeby nie wyjść na jakiegoś głupka wioskowego? No nie, nie ma sensu. I tak się wyda, hehe.
Na pewno wolę Wuja w takim wydaniu, niż nowoczesno-popowym (chyba, że wrzuca Billie Eilish), bo tutaj jest jakaś furtka dla dalszej eksploracji tematu. To jest jeden z tych albumów, który jednocześnie trochę odrzuca, ale też intryguje i sprawia, że się do niego wraca, nawet jeśli tylko po to żeby znowu się sparzyć. Mimo wszystko, wolę chyba jednak takie zaintrygowanie, niż kompletny brak jakichkolwiek odczuć i zblazowanie. Oceniam przygodę z Julią Holter pozytywniej niż oceniam „Ekstasis”, z takim dziwnym stwierdzeniem (ale w stylu samej Holtorowej) zakończę tę recenzję.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Wiem że zasadniczo to powinniśmy już Ekstasis zakończyć i zaczynać omawiać album Dragona ale wiadomo primo - były święta, i secundo - to nie jest taka prosta płyta wcale, ja sam nadal z nią walcze i prawdę mówiąc dopiero w ostatnich dniach coś się ruszyło w głowie, dlatego tym bardziej nie chcę się spieszyć. Biorąc pod uwagę że zaraz po drodze mamy Sylwester i Nowy Rok nie wykluczam że ta kolejka potrwa tydzień dłużej. Liczę że najpoźniej 5 stycznia wlecimy z płytą Dragona.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10366
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Thxx, zdążę na pewno do Sylwestra
-
Dragon
- Posty: 10366
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Julia Holter — Ekstasis (2012)
Mam takie małe postanowienie na Nowy Rok. Czas się tak konkretnie odgruzować. Przestać odkładać rzeczy w nieskończoność nawet jeśli przy bliskim kontakcie budzą opór czy coś. Pewne wytwory kultury po prostu nie klikną choćby mnie to miało kopnąć w tyłek, złowrogo szepnąć zza szyi "a nie mówiłxm, niecierpliwy jesteś" po latach i inne takie. Szedłem na Holterową z dobrą myślą, ale pierwszy odsłuch przypomniał mi kilka rzeczy. Po pierwsze, kilka moich wielomiesięcznych bitew z jej płytami do tej pory. Z czasach przedawkowania RYMu potraktowałem jako wyzwanie rzetelnie poznanie Aviary... półtorej godziny walki i po wielu rundach przeszło. Myślę sobie, że tam się dzieje jednak znacznie więcej czysto MUZYCZNYCH rzeczy niż tu. Po drugie, znowu wiem dlaczego tyle razy już miałem coś od niej wrzucić do bestki singlowej, a jednak po dłuższym przemyśleniu za każdym razem rezygnuję. Niby tyle klimatu, eksperymentu, ale po prostu nie czuję w tym serducha. Wycyzelowane, kombinowane we wszystkich elementach, wręcz tak mechanicznie rozpasane tylko dla wrażenia obcowania z czymś wysoko artystycznym. Nawet przy Bjork w momentach kryzysowych nie odczuwałem czegoś takiego. Po trzecie, w jej przypadku chyba nigdy nie ma takich czysto konwencjonalnych piosenek. Z początkiem i końcem tam, gdzie powinien być. W połączeniu z mnogością metod przetwarzania jej wokali za każdym razem siadam, siląc się na dużo cierpliwości, wyrozumiałości. W większości przypadków uwaga ulatuje, bo wokalnie nie ma większego urozmaicenia, gdy od początku dostajesz bigos i ten bigos jest w trochę innych naczyniach, ale nawet szczypty soli nie dodają za każdym razem.
Pierdzące harmonium, syntezatorowe arpeggia, nieśmiałe akordy, gitarowe zatopione pętle, generalnie większość instrumentów jest na trzecim tle wobec tony egzaltacji za mikrofonem. Nie wiem, nie studiowałem muzykologii, nie jestem koneserem grzebania w tych dziwnych polifoniach, które nie wzbudzają we mnie niczego więcej ponad może jakieś uznanie czy ogarnięcie tego, co słyszę. Our Sorrows z połowę za długi. Uroczo baśniowy In The Same Room zapowiada coś bardziej uporządkowanego, ale zaraz na dzień dobry wchodzą wokale z każdej możliwej strony, bokiem, z lewej, prawej, dupą i toniemy w jakiejś atonalnej mieliźnie. Nie zaczęło się, a już po dwóch minutach zgasło. Co dziwniejsze, czasem mamy naprawdę bogate aranże, a i tak większość płyty to jakieś brzmienia spod studzienki robiące za przedbiegi dla samej Holterowej. Te fałszywe ambienty to są zdecydowanie fragmenty płyty. Zostawić je, jedną ścieżkę wokali i wszystko gra - taki lekko nerwowy, ale wciąż kameralny domowy koncert bym kupił. Może dlatego mimo wielu zwyczajnie nijakich momentów taki Boy In The Moon wypada rewelacyjnie. W sumie tu śpiewania jest najmniej, a nawet gdy jest, to bardziej takie dostojne pohukiwanie czy podszepty. Blisko tropów medytacyjnych, psychodelicznych, transowych. Fajny tytuł. Ten utwór zapisuję na dłużej. Przede wszystkim jest SPÓJNY. Ja to bardzo lubię, szczególnie w elektronicznych czy progrockowych dłużyznach powyżej 20 minut. Felix jak mocna inspiracja Biophilią, ogólne wrażenie podobne. Nie mniej to wciąż porządek i ład, który wpada w czarną dziurę. Mimo tego zaczynam myśleć, że będzie z tego coś więcej niż 1-2 ciekawostki, a potem wjeżdża bicior jak z Because I Got High, mało hipnotyczne śpiewy. Orientuję się, że super fancy artystyczna płyta z klimatem zawiera w środku zbuka z najzwyczajniejszym podkładem z automatu. Takie chwile przypominają mi właśnie wcześniejsze bitwy z Aviary, Loud Out Song... tych płyt w całości nie da się słuchać zupełnie.
Znacie mnie i wiecie, że ja najbardziej nie lubię sztuki, która nie wywołuje niczego. Nawet wkurzony potrafię docenić produkcję, intencję, kontekst wokół którego coś powstało. Ekstasis będzie dla mnie płytą o niczym z dość dziwnym miksem, jednak wciąż wykonaną na wysokim poziomie. Nie wiem, po co wydawać aż tyle takiej muzyki, ale już niech sobie będzie. Nie ma jakiegoś większego przekazu poza samym usilnie i mozolne budowanym wrażeniem obcowania z czymś wykręconym, z innego świata. Kontekstu nie znam, pewnie go w ogóle nie ma, ale nawet z plecami takimi jak Biophilia właśnie nie byłbym fanatykiem. Dużo popisów, efektowności i pretensji dla nich samych. No i okej, po prostu skończy się na pojedynczych utworach przytulonych bliżej serduszka przez te kilka lat, nic się nie stanie i nie stało. Moni Mon Amie też bardzo dobre. Tu bardziej marszowe usposobienie. Walka o rozpuszczenie tego pomysłu gdzieś tam wisi w powietrzu. Ostatecznie końcóweczka trochę jak Animal Collective, w odpowiednim miejscu zatrzymanie. Four Gardens ładnie błyszczy orientalizującymi błyskotkami, no ale ucieka w cztery strony świata, ma zbędne przestoje. Ostatecznie weszłoby na podium. Reszta raczej dla koneserów wokaliz o wysokim stopniu wrażliwości i otwarcia umysłu. Wziąłem w ręce trzeci notatnik z luźno spiętymi arkuszami pełnymi rysunków, natchnionej (choć trochę niezrozumiałej) poezji z wysokimi ambicjami i po raz trzeci po kilku tygodniach już mi wystarczy. Znaczy się dam trzy gwiazdki na pięć i idę się myć. Ten Goddess Eyes to jest straszna pomyłka jako spoiwo płyty. Bęc. Podoba mi się puenta wrażeń Hiena, odczuwam coś podobnego...
PS Kurczę... albo ta końcówka chwilami wręcz jak Islands. Ta płyta mogłaby tak zwyczajnie pójść konkretnie w którąś ze stron, a wybrano bohomaz. Szkoda!
Mam takie małe postanowienie na Nowy Rok. Czas się tak konkretnie odgruzować. Przestać odkładać rzeczy w nieskończoność nawet jeśli przy bliskim kontakcie budzą opór czy coś. Pewne wytwory kultury po prostu nie klikną choćby mnie to miało kopnąć w tyłek, złowrogo szepnąć zza szyi "a nie mówiłxm, niecierpliwy jesteś" po latach i inne takie. Szedłem na Holterową z dobrą myślą, ale pierwszy odsłuch przypomniał mi kilka rzeczy. Po pierwsze, kilka moich wielomiesięcznych bitew z jej płytami do tej pory. Z czasach przedawkowania RYMu potraktowałem jako wyzwanie rzetelnie poznanie Aviary... półtorej godziny walki i po wielu rundach przeszło. Myślę sobie, że tam się dzieje jednak znacznie więcej czysto MUZYCZNYCH rzeczy niż tu. Po drugie, znowu wiem dlaczego tyle razy już miałem coś od niej wrzucić do bestki singlowej, a jednak po dłuższym przemyśleniu za każdym razem rezygnuję. Niby tyle klimatu, eksperymentu, ale po prostu nie czuję w tym serducha. Wycyzelowane, kombinowane we wszystkich elementach, wręcz tak mechanicznie rozpasane tylko dla wrażenia obcowania z czymś wysoko artystycznym. Nawet przy Bjork w momentach kryzysowych nie odczuwałem czegoś takiego. Po trzecie, w jej przypadku chyba nigdy nie ma takich czysto konwencjonalnych piosenek. Z początkiem i końcem tam, gdzie powinien być. W połączeniu z mnogością metod przetwarzania jej wokali za każdym razem siadam, siląc się na dużo cierpliwości, wyrozumiałości. W większości przypadków uwaga ulatuje, bo wokalnie nie ma większego urozmaicenia, gdy od początku dostajesz bigos i ten bigos jest w trochę innych naczyniach, ale nawet szczypty soli nie dodają za każdym razem.
Pierdzące harmonium, syntezatorowe arpeggia, nieśmiałe akordy, gitarowe zatopione pętle, generalnie większość instrumentów jest na trzecim tle wobec tony egzaltacji za mikrofonem. Nie wiem, nie studiowałem muzykologii, nie jestem koneserem grzebania w tych dziwnych polifoniach, które nie wzbudzają we mnie niczego więcej ponad może jakieś uznanie czy ogarnięcie tego, co słyszę. Our Sorrows z połowę za długi. Uroczo baśniowy In The Same Room zapowiada coś bardziej uporządkowanego, ale zaraz na dzień dobry wchodzą wokale z każdej możliwej strony, bokiem, z lewej, prawej, dupą i toniemy w jakiejś atonalnej mieliźnie. Nie zaczęło się, a już po dwóch minutach zgasło. Co dziwniejsze, czasem mamy naprawdę bogate aranże, a i tak większość płyty to jakieś brzmienia spod studzienki robiące za przedbiegi dla samej Holterowej. Te fałszywe ambienty to są zdecydowanie fragmenty płyty. Zostawić je, jedną ścieżkę wokali i wszystko gra - taki lekko nerwowy, ale wciąż kameralny domowy koncert bym kupił. Może dlatego mimo wielu zwyczajnie nijakich momentów taki Boy In The Moon wypada rewelacyjnie. W sumie tu śpiewania jest najmniej, a nawet gdy jest, to bardziej takie dostojne pohukiwanie czy podszepty. Blisko tropów medytacyjnych, psychodelicznych, transowych. Fajny tytuł. Ten utwór zapisuję na dłużej. Przede wszystkim jest SPÓJNY. Ja to bardzo lubię, szczególnie w elektronicznych czy progrockowych dłużyznach powyżej 20 minut. Felix jak mocna inspiracja Biophilią, ogólne wrażenie podobne. Nie mniej to wciąż porządek i ład, który wpada w czarną dziurę. Mimo tego zaczynam myśleć, że będzie z tego coś więcej niż 1-2 ciekawostki, a potem wjeżdża bicior jak z Because I Got High, mało hipnotyczne śpiewy. Orientuję się, że super fancy artystyczna płyta z klimatem zawiera w środku zbuka z najzwyczajniejszym podkładem z automatu. Takie chwile przypominają mi właśnie wcześniejsze bitwy z Aviary, Loud Out Song... tych płyt w całości nie da się słuchać zupełnie.
Znacie mnie i wiecie, że ja najbardziej nie lubię sztuki, która nie wywołuje niczego. Nawet wkurzony potrafię docenić produkcję, intencję, kontekst wokół którego coś powstało. Ekstasis będzie dla mnie płytą o niczym z dość dziwnym miksem, jednak wciąż wykonaną na wysokim poziomie. Nie wiem, po co wydawać aż tyle takiej muzyki, ale już niech sobie będzie. Nie ma jakiegoś większego przekazu poza samym usilnie i mozolne budowanym wrażeniem obcowania z czymś wykręconym, z innego świata. Kontekstu nie znam, pewnie go w ogóle nie ma, ale nawet z plecami takimi jak Biophilia właśnie nie byłbym fanatykiem. Dużo popisów, efektowności i pretensji dla nich samych. No i okej, po prostu skończy się na pojedynczych utworach przytulonych bliżej serduszka przez te kilka lat, nic się nie stanie i nie stało. Moni Mon Amie też bardzo dobre. Tu bardziej marszowe usposobienie. Walka o rozpuszczenie tego pomysłu gdzieś tam wisi w powietrzu. Ostatecznie końcóweczka trochę jak Animal Collective, w odpowiednim miejscu zatrzymanie. Four Gardens ładnie błyszczy orientalizującymi błyskotkami, no ale ucieka w cztery strony świata, ma zbędne przestoje. Ostatecznie weszłoby na podium. Reszta raczej dla koneserów wokaliz o wysokim stopniu wrażliwości i otwarcia umysłu. Wziąłem w ręce trzeci notatnik z luźno spiętymi arkuszami pełnymi rysunków, natchnionej (choć trochę niezrozumiałej) poezji z wysokimi ambicjami i po raz trzeci po kilku tygodniach już mi wystarczy. Znaczy się dam trzy gwiazdki na pięć i idę się myć. Ten Goddess Eyes to jest straszna pomyłka jako spoiwo płyty. Bęc. Podoba mi się puenta wrażeń Hiena, odczuwam coś podobnego...
PS Kurczę... albo ta końcówka chwilami wręcz jak Islands. Ta płyta mogłaby tak zwyczajnie pójść konkretnie w którąś ze stron, a wybrano bohomaz. Szkoda!
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Julia Holter - Ekstasis
Po drobnych spotkaniach z Julią Holter w innych tematach przyszedł czas zmierzyć się z nią w dłuższym formacie. Z tego co usłyszałem do tej pory najlepiej oceniałem jednak utworowe Sea Calls Me Home, wrzuta z depeszwizji była ok a Night Song nawet dziś nie pamiętam. Generalnie spodziewałem się lipy i że jednak pewnie ta płyta z której było Sea Calls Me Home mogłaby być lepsza. Długo walczyłem z Ekstasis, zobaczmy co to dało.
Marienbad już na samym początku wita mnie interesującym instrumentarium i wokalnymi grami. Ja osobiście bardzo lubię tego typu zabawy, wokalizy, chórki, po prostu kiedy wokal jest też kolejnym z instrumentów niejako, za to proszę sobie wyobrazić ceniłem sobie choćby... Lilu. Przy pierwszych kilku odsłuchach łapałem się na tym samym co Hien że gdy wchodził ten mostek z wokalami on podobał mi się najbardziej a potem entuzjazm słabł - ale do czasu. Ogólnie pierwsze odsłuchy albumu były bardzo nieproduktywne, nie miałem ochoty słuchać tego albumu i go odwlekałem, do tego ta mizerna pogoda w stylu marca bardziej niż grudnia nie pomagała. Ale nadeszła Wigilia, chwycił mróz i na dodatek w mieście mieliśmy awarię ciepła więc dom był wychłodzony. Tej nocy po kolacji wigilijnej obudziłem się ok 3 w nocy i nie mogłem spać i po jakiejś godzinie walki z bezsennością sięgnąłem po ostateczne środki - odpaliłem Ekstasis. I to był podwójny strzał w dziesiątkę. Po pierwsze dlatego że w tych warunkach - głucha mroźna noc w zimnym domu (no ok, możliwe że już do tej pory naprawili awarię ale nie psujmy legendy o Murzynie zamarzajacym w wigilijną noc) album nagle wchodził jak złoto a po drugie dlatego że - oh well - choć słuchało się bardzo dobrze to gdy dobrnąłem do Für Felix zacząłem odpływać więc poszedłem spać. Ale od tamtego odsłuchu stopniowo album zaczął rosnąć w moim odbiorze, być może potrzebny był tu właśnie ten mróz a może pomógł fakt słuchania cichą nocą. I przy tamtym odsłuchu właśnie po raz pierwszy słuchając Marienbad rolę się odwróciły i ten wokalny mostek już nie był najlepszym momentem utworu a wszystko poza nim było dla mnie jeszcze lepsze. Podoba mi się nawet ten nagły cold end w tym kawałku. Podoba mi się ten kołysankowy klimat tego utworu no i rzecz jasna to vintage'owe brzmienie. Ogólnie na całym albumie Julia Holter kąpie się w sosie z barokowego chamber popu podlewanego dodatkowo miejscami retro synthami w stylu wczesnego Kraftwerk więc ta muza brzmi albo staro albo bardzo staro, heh.
Our Sorrows w depeszwizji oceniałem tak w miarę z tego co kojarzę ale IMO nie był to odpowiedni wybór na edycję deszczowego moodu bo jak już pisałem dla mnie Ekstasis teraz to zima i mróz właśnie. Z depeszwizji pamiętałem jedynie ten wstęp z tymi organami, ale ten utwór ma więcej do zaoferowania. Na pewno jego siłą jest tu refren oraz subtelny bajkowy klimat, wbrew pozorom w tym jak i w każdym utworze na płycie poupychane jest naprawdę dużo różnych brzmień i smaczków i potrzebowałem czasu by je wyłapać. Wisienką na torcie tej piosenki jest dla mnie zdecydowanie outro kiedy słychać pod spodem pulsujacy syntezator a z wierzchu płynie ten syreni śpiew Julii Holter, to jest cudny klimat choć z baśniowego przechodzi w bardziej złowrogi, mi ten fragment kojarzy się mocno z moim ulubionym skandynawskim serialem kryminalnym czyli Brøn/Broen.
Podoba mi się mocno to jak następne wchodzi In The Same Room, to przejście między tymi utworami wydaje mi się teraz niezwykle naturalne i oczywiste. Pulsuje basowy syntezator, na górze płynie melodia klawesynu, wydaje się że oto będziemy mieli do czynienia z takim bardziej konwencjonalnym popem ale nic bardziej mylnego bo melodie się urywają, rozmywają i znów trafiamy do krainy snów, wjeżdża wyciszenie i cudownie oniryczny klimat otacza słuchacza. Mi osobiście bardzo podoba się właśnie to że tu nie ma prostych popowych numerów od A do Z praktycznie tylko w każdym są jakieś zaskoczki, nagłe zmiany, człowiek przechodzi od komnaty do komnaty jak w wielkim baśniowym zamku w której każde pomieszczenie jest bogato zdobione i utrzymane w innych kolorach. Słuchanie tej płyty to jest jedna niezwykła podróż po drugiej stronie magicznego lustra.
Boy In The Moon rzecz jasna odkryłem na dobre właśnie tamtej wigilijnej nocy leżąc w łóżku, cóż to był za wspaniały lot! Najlepsze jest to że dopiero kilka odsłuchów później zerkając na telefon odkryłem że ten utwór trwa ponad 8 minut a zlatywało mi to zawsze jak góra 5 może - to dla mnie o czymś świadczy. Fenomenalny ambientowy fragmencik płyty. Choć nie ukrywam tak bardzo wbił mnie ten numer w comfort zone tamtego wieczora że następnego numeru już nie byłem w stanie przesłuchać, rozluźniło mnie na maksa i było po zawodach. Cóż to tam pod koniec tak pogrywa co brzmi niczym stado gęsi w locie? Grubo, jeden z najlepszych momentów albumu to ten utwór.
Für Felix zaczyna się w takiej trochę atmosferze pewnej tajemnicy jakby, ma coś z noirowego kryminału czy horroru w tym brzmieniu. Te różne specyficzne dzwoneczki, klawisze, coś jakby brzmienie starych zegarów, to kreuje dziwne obrazy w głowie - zwłaszcza że jestem ostatnio w fazie oglądania ostatnich odcinków Stranger Things, ta muza brzmi jak rodem z domu Henry'ego Creela. Ponownie podoba mi się tu jak Julia bawi się tymi wokalnymi powtórzeniami - echo echo echo itp. Utwór rzecz jasna nie może się jakoś typowo zakończyć i wchodzi specyficzna instrumentalna coda z plumkającym klawiszem i jakimiś dziwnymi odgłosami - czy oto wychodzimy z jakiegoś złego snu, opuszczamy creepy dom Henry'ego Creela i przechodzimy do kolejnej komnaty w tej krainie snów?
Goddess Eyes II zaczyna się od charakterystycznego skwierczenia ale ja myślę że to strzela mróz za oknami. Teraz jakbym wyszedł z domu na poranny spacer w mroźny ale słoneczny zimowy dzień. Vocoder, automat perkusyjny, szkieletowe brzmienie ale istotne są te niuanse wokół, pulsujacy syntezator, chłodne pady, jakby skrzypce? Elektronika przyjemnie strzela w uszach. Gdy wchodzą clapy faktycznie robi się z tego klasyczny koncertowy sing-along, numer który powinien lecieć na koniec setu w kontekście tracklisty zamyka nam chyba jakby pierwszą część płyty. Chociaż początkowo wydaje mi się to nieco cheap to z czasem - którego ten utwór dostał odpowiednio dużo - całość się po prostu wkręca. Bardzo spoko halftime tune.
Moni Mon Amie wchodzi dalej na podobnie chłodnym brzmieniu co pozwala mi nie wybić się z tego zimowego klimatu. To kolejny numer-kołysanka, znów jakieś dzwonki i dzwony zegarów czy pozytywki pobrzmiewają tu i tam, do tego zdaje się klawesyn. Czuję się jak w jakimś pradawnym sklepie, może oto trafiłem nawet do sklepu samego Wokulskiego i oglądam leżące na półce lalki? Czuję wręcz stęchliznę w powietrzu słuchając tego utworu, piosenka choć współczesna brzmi jak perła wyciągnięta z lamusa. Fajna praca perkusji też. Klasa.
Four Gardens to jedno z wcześniejszych odkryć albumu dla mnie, chwycił bardzo szybko. Znów dzwoneczki (tu jakieś cymbałki) i wokalne powtórzenia jak w Für Felix, ale oto potem kolejne zaskoczenie gdy wchodzi ten taki rzępolący - w pozytywnym sensie - saksofon. Fajny akcent, choć urywa się równie nagle co się pojawia. W połowie utworu wokale zaczynają pływać a Holter brzmi jakby śpiewała w jakimś dalekowschodnim języku. Powraca ten jazzowy dęciak, musi być dziwnie, cały czas musi być dziwnie, specyficznie, inaczej - ale mi się to naprawdę cholernie podoba w tej płycie. Może zwyczajnie brakuje mi takiej ciut bardziej eksperymentalnej muzyki.
Goddess Eyes I wolę bardziej od "dwójki". Brzmi jeszcze bardziej vintage'owo jak na moje ucho. Podobają mi się te trochę nieczyste dźwięki syntezatorów. Z drugiej strony... słuchając teraz ten numer wydaje mi się być nieco za krótki może? Brzmi jak repryza trochę. Elektroniczna końcówka bardzo spoko. Generalnie jak na ten album to jest niemalże miniaturka.
Album zamyka This Is Ekstasis, zdaje się najdłuższe i najbardziej eksperymentalne z całej płyty. Zasadniczo brzmi to jak dwa utwory w jednym, pierwsza część która wydaje się być outrem to zaledwie wstępniaczek do całej tej ekstazy. Fajne folkowe smyczki, podoba mi się rytm perkusji, delikatnie wcinający się saksofon, ściana wokalu. Potem świetne wyciszenie, oddechy, saksofon przechodzi na pierwszy plan i rozpoczyna free jazzowe tańce. Tu byłem pewien że utwór się kończy na tym chórku a to dopiero początek! Robi się znów creepy i nieco cyrkowo zarazem. Perkusja bardziej rytmiczna. Wchodzi wokalne la la la, robi się jakiś transowy chocholi taniec z tego wszystkiego. Po prostu - niezwykłe zakończenie niezwykłego albumu. Całość wieńczy z powagą duet skrzypiec i saksofonu.
Nooo.... Co mogę napisać na koniec po tym wszystkim? Chyba to że to była niesamowita dźwiękowa podróż jak spacer po jakiejś wiekowej willi która z zewnątrz mnie odstraszała swym wyglądem ale gdy już przekroczyłem jej próg na dobre wigilijnej nocy błądziłem od pokoju do pokoju z rozdziawioną miną pełną zachwytu i zdziwienia zarazem. Długo się tak naprawdę opierałem przed tym albumem co widzę sam po swoich scrobblach, możliwe też że aura za oknem nie domagała długi czas ale wraz z nadejściem świąt i mrozu jak za dotknięciem magicznej różdżki wszystko zaczęło się zmieniać na lepsze. Od tego momentu codziennie kolejne utwory zachwycały mnie czymś innym i dołączały do grona polubionych aż teraz w momencie pisania recenzji mogę śmiało napisać że szczerze uwielbiam tą płytę od A do Z. Dla mnie to serio jest kurde EKSTASIS, nie tylko najlepsza wrzuta albumowa Wuja w tej zabawie ale zarazem topka albumowej bestki w ogóle obok Laughing Stock i czegoś tam jeszcze pewnie. Fenomenalna wrzuta na odpowiednią porę roku. Dużo lepsze od Birdy czy Taylor Swift które mnie jednak nudziły ale i lepsze od Björk która brnęła w eksperymenty często nie oferując dobrych piosenek zwyczajnie. Tu jest to dla mnie idealnie wyważone i połączone. Dziękuję i chylę czapeczkę.
Po drobnych spotkaniach z Julią Holter w innych tematach przyszedł czas zmierzyć się z nią w dłuższym formacie. Z tego co usłyszałem do tej pory najlepiej oceniałem jednak utworowe Sea Calls Me Home, wrzuta z depeszwizji była ok a Night Song nawet dziś nie pamiętam. Generalnie spodziewałem się lipy i że jednak pewnie ta płyta z której było Sea Calls Me Home mogłaby być lepsza. Długo walczyłem z Ekstasis, zobaczmy co to dało.
Marienbad już na samym początku wita mnie interesującym instrumentarium i wokalnymi grami. Ja osobiście bardzo lubię tego typu zabawy, wokalizy, chórki, po prostu kiedy wokal jest też kolejnym z instrumentów niejako, za to proszę sobie wyobrazić ceniłem sobie choćby... Lilu. Przy pierwszych kilku odsłuchach łapałem się na tym samym co Hien że gdy wchodził ten mostek z wokalami on podobał mi się najbardziej a potem entuzjazm słabł - ale do czasu. Ogólnie pierwsze odsłuchy albumu były bardzo nieproduktywne, nie miałem ochoty słuchać tego albumu i go odwlekałem, do tego ta mizerna pogoda w stylu marca bardziej niż grudnia nie pomagała. Ale nadeszła Wigilia, chwycił mróz i na dodatek w mieście mieliśmy awarię ciepła więc dom był wychłodzony. Tej nocy po kolacji wigilijnej obudziłem się ok 3 w nocy i nie mogłem spać i po jakiejś godzinie walki z bezsennością sięgnąłem po ostateczne środki - odpaliłem Ekstasis. I to był podwójny strzał w dziesiątkę. Po pierwsze dlatego że w tych warunkach - głucha mroźna noc w zimnym domu (no ok, możliwe że już do tej pory naprawili awarię ale nie psujmy legendy o Murzynie zamarzajacym w wigilijną noc) album nagle wchodził jak złoto a po drugie dlatego że - oh well - choć słuchało się bardzo dobrze to gdy dobrnąłem do Für Felix zacząłem odpływać więc poszedłem spać. Ale od tamtego odsłuchu stopniowo album zaczął rosnąć w moim odbiorze, być może potrzebny był tu właśnie ten mróz a może pomógł fakt słuchania cichą nocą. I przy tamtym odsłuchu właśnie po raz pierwszy słuchając Marienbad rolę się odwróciły i ten wokalny mostek już nie był najlepszym momentem utworu a wszystko poza nim było dla mnie jeszcze lepsze. Podoba mi się nawet ten nagły cold end w tym kawałku. Podoba mi się ten kołysankowy klimat tego utworu no i rzecz jasna to vintage'owe brzmienie. Ogólnie na całym albumie Julia Holter kąpie się w sosie z barokowego chamber popu podlewanego dodatkowo miejscami retro synthami w stylu wczesnego Kraftwerk więc ta muza brzmi albo staro albo bardzo staro, heh.
Our Sorrows w depeszwizji oceniałem tak w miarę z tego co kojarzę ale IMO nie był to odpowiedni wybór na edycję deszczowego moodu bo jak już pisałem dla mnie Ekstasis teraz to zima i mróz właśnie. Z depeszwizji pamiętałem jedynie ten wstęp z tymi organami, ale ten utwór ma więcej do zaoferowania. Na pewno jego siłą jest tu refren oraz subtelny bajkowy klimat, wbrew pozorom w tym jak i w każdym utworze na płycie poupychane jest naprawdę dużo różnych brzmień i smaczków i potrzebowałem czasu by je wyłapać. Wisienką na torcie tej piosenki jest dla mnie zdecydowanie outro kiedy słychać pod spodem pulsujacy syntezator a z wierzchu płynie ten syreni śpiew Julii Holter, to jest cudny klimat choć z baśniowego przechodzi w bardziej złowrogi, mi ten fragment kojarzy się mocno z moim ulubionym skandynawskim serialem kryminalnym czyli Brøn/Broen.
Podoba mi się mocno to jak następne wchodzi In The Same Room, to przejście między tymi utworami wydaje mi się teraz niezwykle naturalne i oczywiste. Pulsuje basowy syntezator, na górze płynie melodia klawesynu, wydaje się że oto będziemy mieli do czynienia z takim bardziej konwencjonalnym popem ale nic bardziej mylnego bo melodie się urywają, rozmywają i znów trafiamy do krainy snów, wjeżdża wyciszenie i cudownie oniryczny klimat otacza słuchacza. Mi osobiście bardzo podoba się właśnie to że tu nie ma prostych popowych numerów od A do Z praktycznie tylko w każdym są jakieś zaskoczki, nagłe zmiany, człowiek przechodzi od komnaty do komnaty jak w wielkim baśniowym zamku w której każde pomieszczenie jest bogato zdobione i utrzymane w innych kolorach. Słuchanie tej płyty to jest jedna niezwykła podróż po drugiej stronie magicznego lustra.
Boy In The Moon rzecz jasna odkryłem na dobre właśnie tamtej wigilijnej nocy leżąc w łóżku, cóż to był za wspaniały lot! Najlepsze jest to że dopiero kilka odsłuchów później zerkając na telefon odkryłem że ten utwór trwa ponad 8 minut a zlatywało mi to zawsze jak góra 5 może - to dla mnie o czymś świadczy. Fenomenalny ambientowy fragmencik płyty. Choć nie ukrywam tak bardzo wbił mnie ten numer w comfort zone tamtego wieczora że następnego numeru już nie byłem w stanie przesłuchać, rozluźniło mnie na maksa i było po zawodach. Cóż to tam pod koniec tak pogrywa co brzmi niczym stado gęsi w locie? Grubo, jeden z najlepszych momentów albumu to ten utwór.
Für Felix zaczyna się w takiej trochę atmosferze pewnej tajemnicy jakby, ma coś z noirowego kryminału czy horroru w tym brzmieniu. Te różne specyficzne dzwoneczki, klawisze, coś jakby brzmienie starych zegarów, to kreuje dziwne obrazy w głowie - zwłaszcza że jestem ostatnio w fazie oglądania ostatnich odcinków Stranger Things, ta muza brzmi jak rodem z domu Henry'ego Creela. Ponownie podoba mi się tu jak Julia bawi się tymi wokalnymi powtórzeniami - echo echo echo itp. Utwór rzecz jasna nie może się jakoś typowo zakończyć i wchodzi specyficzna instrumentalna coda z plumkającym klawiszem i jakimiś dziwnymi odgłosami - czy oto wychodzimy z jakiegoś złego snu, opuszczamy creepy dom Henry'ego Creela i przechodzimy do kolejnej komnaty w tej krainie snów?
Goddess Eyes II zaczyna się od charakterystycznego skwierczenia ale ja myślę że to strzela mróz za oknami. Teraz jakbym wyszedł z domu na poranny spacer w mroźny ale słoneczny zimowy dzień. Vocoder, automat perkusyjny, szkieletowe brzmienie ale istotne są te niuanse wokół, pulsujacy syntezator, chłodne pady, jakby skrzypce? Elektronika przyjemnie strzela w uszach. Gdy wchodzą clapy faktycznie robi się z tego klasyczny koncertowy sing-along, numer który powinien lecieć na koniec setu w kontekście tracklisty zamyka nam chyba jakby pierwszą część płyty. Chociaż początkowo wydaje mi się to nieco cheap to z czasem - którego ten utwór dostał odpowiednio dużo - całość się po prostu wkręca. Bardzo spoko halftime tune.
Moni Mon Amie wchodzi dalej na podobnie chłodnym brzmieniu co pozwala mi nie wybić się z tego zimowego klimatu. To kolejny numer-kołysanka, znów jakieś dzwonki i dzwony zegarów czy pozytywki pobrzmiewają tu i tam, do tego zdaje się klawesyn. Czuję się jak w jakimś pradawnym sklepie, może oto trafiłem nawet do sklepu samego Wokulskiego i oglądam leżące na półce lalki? Czuję wręcz stęchliznę w powietrzu słuchając tego utworu, piosenka choć współczesna brzmi jak perła wyciągnięta z lamusa. Fajna praca perkusji też. Klasa.
Four Gardens to jedno z wcześniejszych odkryć albumu dla mnie, chwycił bardzo szybko. Znów dzwoneczki (tu jakieś cymbałki) i wokalne powtórzenia jak w Für Felix, ale oto potem kolejne zaskoczenie gdy wchodzi ten taki rzępolący - w pozytywnym sensie - saksofon. Fajny akcent, choć urywa się równie nagle co się pojawia. W połowie utworu wokale zaczynają pływać a Holter brzmi jakby śpiewała w jakimś dalekowschodnim języku. Powraca ten jazzowy dęciak, musi być dziwnie, cały czas musi być dziwnie, specyficznie, inaczej - ale mi się to naprawdę cholernie podoba w tej płycie. Może zwyczajnie brakuje mi takiej ciut bardziej eksperymentalnej muzyki.
Goddess Eyes I wolę bardziej od "dwójki". Brzmi jeszcze bardziej vintage'owo jak na moje ucho. Podobają mi się te trochę nieczyste dźwięki syntezatorów. Z drugiej strony... słuchając teraz ten numer wydaje mi się być nieco za krótki może? Brzmi jak repryza trochę. Elektroniczna końcówka bardzo spoko. Generalnie jak na ten album to jest niemalże miniaturka.
Album zamyka This Is Ekstasis, zdaje się najdłuższe i najbardziej eksperymentalne z całej płyty. Zasadniczo brzmi to jak dwa utwory w jednym, pierwsza część która wydaje się być outrem to zaledwie wstępniaczek do całej tej ekstazy. Fajne folkowe smyczki, podoba mi się rytm perkusji, delikatnie wcinający się saksofon, ściana wokalu. Potem świetne wyciszenie, oddechy, saksofon przechodzi na pierwszy plan i rozpoczyna free jazzowe tańce. Tu byłem pewien że utwór się kończy na tym chórku a to dopiero początek! Robi się znów creepy i nieco cyrkowo zarazem. Perkusja bardziej rytmiczna. Wchodzi wokalne la la la, robi się jakiś transowy chocholi taniec z tego wszystkiego. Po prostu - niezwykłe zakończenie niezwykłego albumu. Całość wieńczy z powagą duet skrzypiec i saksofonu.
Nooo.... Co mogę napisać na koniec po tym wszystkim? Chyba to że to była niesamowita dźwiękowa podróż jak spacer po jakiejś wiekowej willi która z zewnątrz mnie odstraszała swym wyglądem ale gdy już przekroczyłem jej próg na dobre wigilijnej nocy błądziłem od pokoju do pokoju z rozdziawioną miną pełną zachwytu i zdziwienia zarazem. Długo się tak naprawdę opierałem przed tym albumem co widzę sam po swoich scrobblach, możliwe też że aura za oknem nie domagała długi czas ale wraz z nadejściem świąt i mrozu jak za dotknięciem magicznej różdżki wszystko zaczęło się zmieniać na lepsze. Od tego momentu codziennie kolejne utwory zachwycały mnie czymś innym i dołączały do grona polubionych aż teraz w momencie pisania recenzji mogę śmiało napisać że szczerze uwielbiam tą płytę od A do Z. Dla mnie to serio jest kurde EKSTASIS, nie tylko najlepsza wrzuta albumowa Wuja w tej zabawie ale zarazem topka albumowej bestki w ogóle obok Laughing Stock i czegoś tam jeszcze pewnie. Fenomenalna wrzuta na odpowiednią porę roku. Dużo lepsze od Birdy czy Taylor Swift które mnie jednak nudziły ale i lepsze od Björk która brnęła w eksperymenty często nie oferując dobrych piosenek zwyczajnie. Tu jest to dla mnie idealnie wyważone i połączone. Dziękuję i chylę czapeczkę.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7403
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Julia Holter – Ekstasis
Trochę mi wstyd, że tak długo się zabierałem za ten krążek, tzn. jego reckę, albowiem... Znam go za chwilę od, bagatela, CZTERNASTU LAT... (Jezu, jak ten czas zaiwania, ja mówię o roku 2012, ja go dobrze pamiętam, jakby, wtf? Przecież już CZTERY lata mijają od początku bestkowych zabaw, cztery lata trwa "specjalna operacja" na Wschodzie, jeszcze parę innych rzeczy się znajdzie...). No, także ten. I znam ten krążek całkiem dobrze. Holterową poznałem trochę przypadkiem - Piczfork czy inny Quietus na kiju podniecał się tą płytą wrzucając na swoją stronę klip do Our Sorrows. Ja wtedy bardzo potrzebowałem takiej muzyki, wyizolowanej trochę, jednocześnie czilowej i melancholijnej, trącącej ambientem i tak dalej... Odpaliłem klip i przepadłem. Zassałem dwa krążki - ten, tj. Ekstasis i poprzedni.
Mój pierwszy zgrzyt jest taki, że ja nie potrafię traktować tej płyty jako albumu na zimę, choć - jak rozumiem - inni mogą w nim widzieć grudzień/styczeń, śnieg i ciepłą górską chatkę (tylko akurat wszyscy jej lokatorzy są ewidentnie na kwasie). Dla mnie to jest sierpień, lato w pełni, gorące i jakieś... puste. Tak zapamiętałem sierpień 2012, podobnie jak luty 2007. Jakby sama pora roku przejęła "center stage", ludzi jest mało, a tak w ogóle to i tak robią za tło, ważniejsza jest natura wokół, aura i muzyka, której wówczas słuchałem. A co to było to z grubsza wiecie, Frank (just Frank), Wild Nothing, Little Nemo no ale również Julia Holter, która stanowiła niemal środek mojej ówczesnej fascynacji "hipsterskim" graniem (hipsterzy, których poznałem później bardzo szanowali moją znajomość tej płyty z jakiegoś powodu).
Ponieważ znam ten album na wylot nie będę się jakoś soczyście rozpisywał, raczej walnę opowieść o moim wajbie z nim. Zwłaszcza, że, no, jest zima xD Ja przepraszam, ale dla mnie Discovery od ELO to też krążek na lato i nic nie poradzę, ważniejsze są moje subiektywne odczucia, nie zaś oczekiwania innych. Marienbad trochę mnie - pamiętam - zaskoczyło jako otwieracz, bo chyba spodziewałem się rzeczy bardziej w oczywisty sposób eterycznych, jak Our Sorrows właśnie, a tutaj dostaję jakimś dziwacznym barokowym graniem... Trochę się przegryzałem. Ostatecznie druga połowa numeru skradła mi serce, to plus wokalizy samej Julii, no złoto. Zima czy tam lato, i tak na kwasie i coś chyba niepokojącego się dzieje, bad trip czy coś, ale się rozkręca. Szybko więc zmieniłem zdanie - to jest DOBRY otwieracz.
Our Sorrows było, jak już wiecie, pierwszym numerem jaki poznałem u Holterowej tak w ogóle i przez jakiś - krótki bo krótki ale jednak - czas miałem pretensje do niej i do świata, że cały album nie brzmi DOKŁADNIE tak samo, może minus to drugie pół (niby - jak napisałem wyżej - szukałem wtedy czegoś dreamowego z ambientowym sznytem, ale bardziej w stylu Wild Nothing, czyli prędzej popu jak czegoś innego, tylko takiego "wysublimowanego"; ja to jednak miałem kij w dupie, przecież to JEST wysublimowany pop, taki dokładnie jest baroque pop lol). Na szczęście stosunkowo prędko zmieniłem zdanie, utwór jest fantastyczny i basta. Lekko usypiający, czy - jak pisał Murzyn - bajkowy wprost klimat. Podobny klimat, ale bardziej w takim happy-go-lucky stylu niesie Für Felix z tym, że to taka bajka w stylu Belbury Poly.
Moni Mon Amie to znów bajka, ale bardziej romantyczna. Ja nie umiem tego dobrze opisać i raczej nie dostarczę dowodów (choć oryginalne printy mi jakiś czas wpadły w oko i jestem debilem, że ich nie zapisałem), ale gorylion lat temu w moim domu była książka z ilustrowanymi bajkami dla dzieci. Te ilustracje były bardzo delikatnie narysowanymi postaciami wziętymi właśnie z jakiejś drugiej połowy XVIII stulecia, ja mam je przed oczami, ale ni cholery nie odtworzę. Ołówek był bardzo ostry w każdym razie, takież rysy wszystkich twarzy, ale też przez to magiczne. I ten numer jest dla mnie po prostu soundtrackiem do tych bajek. Magicznym, ożywiającym je, nagle zaczynają przechadzać się i tańczyć pomiędzy literami... Po prostu bardzo urocza ballada pod wolny taniec na balu maskowym we Francji. O.
Goddess Eyes to numer, z którego trochę kisnę, bo to jest chyba trzeci raz jak on się pojawia na jakiejś płycie Holterowej (nawet dwukrotnie lol) i wszędzie w zasadzie brzmi tak samo. Jest w nim coś ejtisowego, na zasadzie klawiszowego eksperymentu, do którego dopięto wokale. Teraz będą się Państwo śmiali, ale dla mnie to ciągnie trochę krążkiem Dazzle Ships od OMD (minus skrajnie synthpopowe hiciory z tamtego wydawnictwa). Było nie było, niektórzy krytycy stwierdzili, że ten album to jeden wielki romans z musique concrete. Coś w tym jest. Goddess Eyes na początku mnie bawiło, trochę krindżowało, dziś naprawdę bardzo lubię i to w każdej wersji. Również dzięki temu ejtisowemu sznycikowi. Four Gardens? Powrót do baroku albo przynajmniej do ogrodów wiedeńskiego Pałacu Cesarskiego.
Gdybym mógł, właśnie na taki spacer bym się wybrał. Niekoniecznie do Wiednia, ani nawet do Wilanowa czy coś, ale np. do Nieborowa i pospacerowałbym sobie przed tamtejszym pałacem pośród kwiecia i słuchał tej płyty. Albo tego numeru właśnie. Z tym, że latem. Wysmakowanie tej muzyki aż powala, choć momentami, co tu dużo mówić, Holterowa nurza się w delikatnej pretensjonalności. Powiedzmy, wolno jej, zwłaszcza, że szybko potrafi się dość nieoczekiwanie zrobić po prostu kwaśno. Boy in the Moon z kolei wraca do pozycji ambientowych i później bardzo kojarzył mi się z tym kawałkiem Karl Hyde i jego Sleepless z albumu, który Wam, PT Forumowicze, zapodawałem CZTERY lata temu. Znów jest klimat, aż chce się położyć na łące w sierpniowy wieczór i patrzeć w niebo.
Albo wręcz w kosmos polecieć i tam sobie między gwiazdami latać. Z tego kosmosu sprowadza nas na ziemię kolejna iteracja Goddess Eyes z tym charakterystycznym vocoderem. Teraz zrobiło się... kejtbuszowo. No, dla mnie przynajmniej. W ogóle Julia Holter na tej płycie to jest jakby wziąć wrażliwość Kasi Krzak i połączyć ją z niepokojem wokalnym Laury Nyro, a jednocześnie podlać bezpiecznym sosem Laurie Anderson. Po trochu wszystkiego dla każdego, głównie dla Wuja. A dlaczego, o tym za chwilę. Na razie pozwalam, by magiczne dźwięki trwały i, o! Eureka! Ten utwór, ta wersja, dla której szukałem długo miejsca w swoim headcannonie właśnie siadła... zimą
I to wręcz DZIĘKI niej. Jeszcze wczoraj po południu i wieczorem była odwilż, a dziś znów mróz i sypie w zasadzie od rana. Patrzę za okno i...
Śnieg co prawda prędko i tak by nie zniknął, tyle go jeszcze przed nowym rokiem nawaliło, ale teraz ma go napadać jeszcze więcej. Kurde, jakiegoś paradigm shift bym się nie spodziewał, ale jedno GE może być na lato, drugie na zimę, tylko kiedy znów śnieg będzie... No dobra, chodźmy dalej. In the Same Room znów wraca do takiej... lekko ejtisowej formy, ale wciąż dość eksperymentalnej. Ciekawostka - przynajmniej jeden z pierwszych jej krążków, wydany jeszcze własnym w zasadzie sumptem brzmiał bardzo podobnie. Potem były eksperymenty z, well, musique concrete, które poznałem dopiero w 2015 roku, trochę przy okazji premiery Have You in My Wilderes... Ale to zaraz - numer jest FAJNY i przypomina mi o tym, co u Holterowej lubiłem - umiejętność łączenia stylów (i głosów) w ramach jednej płyty.
No, ale... Wraz z Ekstasis przesłuchiwałem Tragedy, co to się rok wcześniej ukazało. Rok później wyszło z kolei Loud City Song i stwierdziłem dość szybko, że ten album przyćmiewia Ekstasis i Tragedy razem wzięte. A potem przyszła jesień 2015 i Have You in My Wilderness, a potem jeszcze 2018 i znakomite Aviary... Najnowszej płyty jeszcze nie słuchałem, przyznam się, ale duch "ekstazy" (hehe) mi na pewien czas opadł, albowiem później Julia po prostu wydała jeszcze lepsze rzeczy. Ew. wolałem wrócić do jej całkowitych wczesnych eksperymentów, typu Eating the Stars albo Celebration. Wciąż co parę lat wracam do Ekstasis, zawsze w sierpniu, przypominam sobie tamto dziwne, ale jednak dość spokojne lato 2012, które spędzałem albo w Małych Łagiewnikach na rowerze albo z Munlupem przy muzyce.
I tak już drugi raz leci zamykacz... This Is Ekstasis to trochę kwintesencja takiego "holterowego" grania. Czilowo, ale i eksperymentalnie, trochę ambientu, trochę nie, trochę popu, trochę jazzu, trochę tańca, trochę tango i kawałek menueta, dziwne tak jak ta planeta (#kmwtw). Jakby wziąć Diamandę Galas i odebrać jej cały mrok i szatańskość, demoniczą Grecję zamienić na zmysłową i lekko senną Francję (tak mi się skojarzyło, choć Holterowa jest amerykańską żydówką), można dalej siedzieć na łące i patrzeć na motylki. Albo w niebo, tylko na kleszcze uwaga. Znów - czy lubię? Tak. Czy można było lepiej? Również tak, choć trochę później. Wciąż od Ekstasis się zaczęło, więc mogę się tylko cieszyć, że sprzedałem komuś "swojego" wykonawcę. Niech się niesie a Wuja niech się zachwyca! Dobre to i tyle.
Trochę mi wstyd, że tak długo się zabierałem za ten krążek, tzn. jego reckę, albowiem... Znam go za chwilę od, bagatela, CZTERNASTU LAT... (Jezu, jak ten czas zaiwania, ja mówię o roku 2012, ja go dobrze pamiętam, jakby, wtf? Przecież już CZTERY lata mijają od początku bestkowych zabaw, cztery lata trwa "specjalna operacja" na Wschodzie, jeszcze parę innych rzeczy się znajdzie...). No, także ten. I znam ten krążek całkiem dobrze. Holterową poznałem trochę przypadkiem - Piczfork czy inny Quietus na kiju podniecał się tą płytą wrzucając na swoją stronę klip do Our Sorrows. Ja wtedy bardzo potrzebowałem takiej muzyki, wyizolowanej trochę, jednocześnie czilowej i melancholijnej, trącącej ambientem i tak dalej... Odpaliłem klip i przepadłem. Zassałem dwa krążki - ten, tj. Ekstasis i poprzedni.
Mój pierwszy zgrzyt jest taki, że ja nie potrafię traktować tej płyty jako albumu na zimę, choć - jak rozumiem - inni mogą w nim widzieć grudzień/styczeń, śnieg i ciepłą górską chatkę (tylko akurat wszyscy jej lokatorzy są ewidentnie na kwasie). Dla mnie to jest sierpień, lato w pełni, gorące i jakieś... puste. Tak zapamiętałem sierpień 2012, podobnie jak luty 2007. Jakby sama pora roku przejęła "center stage", ludzi jest mało, a tak w ogóle to i tak robią za tło, ważniejsza jest natura wokół, aura i muzyka, której wówczas słuchałem. A co to było to z grubsza wiecie, Frank (just Frank), Wild Nothing, Little Nemo no ale również Julia Holter, która stanowiła niemal środek mojej ówczesnej fascynacji "hipsterskim" graniem (hipsterzy, których poznałem później bardzo szanowali moją znajomość tej płyty z jakiegoś powodu).
Ponieważ znam ten album na wylot nie będę się jakoś soczyście rozpisywał, raczej walnę opowieść o moim wajbie z nim. Zwłaszcza, że, no, jest zima xD Ja przepraszam, ale dla mnie Discovery od ELO to też krążek na lato i nic nie poradzę, ważniejsze są moje subiektywne odczucia, nie zaś oczekiwania innych. Marienbad trochę mnie - pamiętam - zaskoczyło jako otwieracz, bo chyba spodziewałem się rzeczy bardziej w oczywisty sposób eterycznych, jak Our Sorrows właśnie, a tutaj dostaję jakimś dziwacznym barokowym graniem... Trochę się przegryzałem. Ostatecznie druga połowa numeru skradła mi serce, to plus wokalizy samej Julii, no złoto. Zima czy tam lato, i tak na kwasie i coś chyba niepokojącego się dzieje, bad trip czy coś, ale się rozkręca. Szybko więc zmieniłem zdanie - to jest DOBRY otwieracz.
Our Sorrows było, jak już wiecie, pierwszym numerem jaki poznałem u Holterowej tak w ogóle i przez jakiś - krótki bo krótki ale jednak - czas miałem pretensje do niej i do świata, że cały album nie brzmi DOKŁADNIE tak samo, może minus to drugie pół (niby - jak napisałem wyżej - szukałem wtedy czegoś dreamowego z ambientowym sznytem, ale bardziej w stylu Wild Nothing, czyli prędzej popu jak czegoś innego, tylko takiego "wysublimowanego"; ja to jednak miałem kij w dupie, przecież to JEST wysublimowany pop, taki dokładnie jest baroque pop lol). Na szczęście stosunkowo prędko zmieniłem zdanie, utwór jest fantastyczny i basta. Lekko usypiający, czy - jak pisał Murzyn - bajkowy wprost klimat. Podobny klimat, ale bardziej w takim happy-go-lucky stylu niesie Für Felix z tym, że to taka bajka w stylu Belbury Poly.
Moni Mon Amie to znów bajka, ale bardziej romantyczna. Ja nie umiem tego dobrze opisać i raczej nie dostarczę dowodów (choć oryginalne printy mi jakiś czas wpadły w oko i jestem debilem, że ich nie zapisałem), ale gorylion lat temu w moim domu była książka z ilustrowanymi bajkami dla dzieci. Te ilustracje były bardzo delikatnie narysowanymi postaciami wziętymi właśnie z jakiejś drugiej połowy XVIII stulecia, ja mam je przed oczami, ale ni cholery nie odtworzę. Ołówek był bardzo ostry w każdym razie, takież rysy wszystkich twarzy, ale też przez to magiczne. I ten numer jest dla mnie po prostu soundtrackiem do tych bajek. Magicznym, ożywiającym je, nagle zaczynają przechadzać się i tańczyć pomiędzy literami... Po prostu bardzo urocza ballada pod wolny taniec na balu maskowym we Francji. O.
Goddess Eyes to numer, z którego trochę kisnę, bo to jest chyba trzeci raz jak on się pojawia na jakiejś płycie Holterowej (nawet dwukrotnie lol) i wszędzie w zasadzie brzmi tak samo. Jest w nim coś ejtisowego, na zasadzie klawiszowego eksperymentu, do którego dopięto wokale. Teraz będą się Państwo śmiali, ale dla mnie to ciągnie trochę krążkiem Dazzle Ships od OMD (minus skrajnie synthpopowe hiciory z tamtego wydawnictwa). Było nie było, niektórzy krytycy stwierdzili, że ten album to jeden wielki romans z musique concrete. Coś w tym jest. Goddess Eyes na początku mnie bawiło, trochę krindżowało, dziś naprawdę bardzo lubię i to w każdej wersji. Również dzięki temu ejtisowemu sznycikowi. Four Gardens? Powrót do baroku albo przynajmniej do ogrodów wiedeńskiego Pałacu Cesarskiego.
Gdybym mógł, właśnie na taki spacer bym się wybrał. Niekoniecznie do Wiednia, ani nawet do Wilanowa czy coś, ale np. do Nieborowa i pospacerowałbym sobie przed tamtejszym pałacem pośród kwiecia i słuchał tej płyty. Albo tego numeru właśnie. Z tym, że latem. Wysmakowanie tej muzyki aż powala, choć momentami, co tu dużo mówić, Holterowa nurza się w delikatnej pretensjonalności. Powiedzmy, wolno jej, zwłaszcza, że szybko potrafi się dość nieoczekiwanie zrobić po prostu kwaśno. Boy in the Moon z kolei wraca do pozycji ambientowych i później bardzo kojarzył mi się z tym kawałkiem Karl Hyde i jego Sleepless z albumu, który Wam, PT Forumowicze, zapodawałem CZTERY lata temu. Znów jest klimat, aż chce się położyć na łące w sierpniowy wieczór i patrzeć w niebo.
Albo wręcz w kosmos polecieć i tam sobie między gwiazdami latać. Z tego kosmosu sprowadza nas na ziemię kolejna iteracja Goddess Eyes z tym charakterystycznym vocoderem. Teraz zrobiło się... kejtbuszowo. No, dla mnie przynajmniej. W ogóle Julia Holter na tej płycie to jest jakby wziąć wrażliwość Kasi Krzak i połączyć ją z niepokojem wokalnym Laury Nyro, a jednocześnie podlać bezpiecznym sosem Laurie Anderson. Po trochu wszystkiego dla każdego, głównie dla Wuja. A dlaczego, o tym za chwilę. Na razie pozwalam, by magiczne dźwięki trwały i, o! Eureka! Ten utwór, ta wersja, dla której szukałem długo miejsca w swoim headcannonie właśnie siadła... zimą
Śnieg co prawda prędko i tak by nie zniknął, tyle go jeszcze przed nowym rokiem nawaliło, ale teraz ma go napadać jeszcze więcej. Kurde, jakiegoś paradigm shift bym się nie spodziewał, ale jedno GE może być na lato, drugie na zimę, tylko kiedy znów śnieg będzie... No dobra, chodźmy dalej. In the Same Room znów wraca do takiej... lekko ejtisowej formy, ale wciąż dość eksperymentalnej. Ciekawostka - przynajmniej jeden z pierwszych jej krążków, wydany jeszcze własnym w zasadzie sumptem brzmiał bardzo podobnie. Potem były eksperymenty z, well, musique concrete, które poznałem dopiero w 2015 roku, trochę przy okazji premiery Have You in My Wilderes... Ale to zaraz - numer jest FAJNY i przypomina mi o tym, co u Holterowej lubiłem - umiejętność łączenia stylów (i głosów) w ramach jednej płyty.
No, ale... Wraz z Ekstasis przesłuchiwałem Tragedy, co to się rok wcześniej ukazało. Rok później wyszło z kolei Loud City Song i stwierdziłem dość szybko, że ten album przyćmiewia Ekstasis i Tragedy razem wzięte. A potem przyszła jesień 2015 i Have You in My Wilderness, a potem jeszcze 2018 i znakomite Aviary... Najnowszej płyty jeszcze nie słuchałem, przyznam się, ale duch "ekstazy" (hehe) mi na pewien czas opadł, albowiem później Julia po prostu wydała jeszcze lepsze rzeczy. Ew. wolałem wrócić do jej całkowitych wczesnych eksperymentów, typu Eating the Stars albo Celebration. Wciąż co parę lat wracam do Ekstasis, zawsze w sierpniu, przypominam sobie tamto dziwne, ale jednak dość spokojne lato 2012, które spędzałem albo w Małych Łagiewnikach na rowerze albo z Munlupem przy muzyce.
I tak już drugi raz leci zamykacz... This Is Ekstasis to trochę kwintesencja takiego "holterowego" grania. Czilowo, ale i eksperymentalnie, trochę ambientu, trochę nie, trochę popu, trochę jazzu, trochę tańca, trochę tango i kawałek menueta, dziwne tak jak ta planeta (#kmwtw). Jakby wziąć Diamandę Galas i odebrać jej cały mrok i szatańskość, demoniczą Grecję zamienić na zmysłową i lekko senną Francję (tak mi się skojarzyło, choć Holterowa jest amerykańską żydówką), można dalej siedzieć na łące i patrzeć na motylki. Albo w niebo, tylko na kleszcze uwaga. Znów - czy lubię? Tak. Czy można było lepiej? Również tak, choć trochę później. Wciąż od Ekstasis się zaczęło, więc mogę się tylko cieszyć, że sprzedałem komuś "swojego" wykonawcę. Niech się niesie a Wuja niech się zachwyca! Dobre to i tyle.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
mintaj
- Posty: 6943
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Zdaniem fachowego wortalu RateYourMusic znam się z Julią Holter od 2013 - wtedy wyszła jej płyta o nazwie Loud City Song, którą wówczas mocno hajpowano TAM i ÓWDZIE i która nawet mi się podobała. Nieco poważniej zacząłem jej jednak słuchać w sumie jakieś dwa lata temu, bo chyba jakoś wtedy pierwszy raz przewinęła się w tutejszych zabawach. Miło wspominam piosenkę pt. Sea Calls Me Home (to chyba Musiał wrzucił?) i kojarzę, że wrzucano ją z raz lub dwa i to też generalnie miło wspominam, nawet jeśli słabo pamiętam.
Po tych kilku tygodniach obcowania z poniższym długograjem mogę stwierdzić, że tę przygodę też będę wspominać miło. Dostałem płytę z gatunku DOBRYCH - nie rzetelnych, nie poprawnych, ale po prostu dobrych. Liczyłem na fajne, dobre i przyjemne piosenki z fajnym klimacikiem - i to dostałem. Jest parę łyżek dziegciu i generalnie to myślę, że parę minut mniej by całości materiału nie zaskodziły, ale to klasyczny przypadek minusów nieprzesłaniających plusów.
I od plusów zacznę, a konkretniej od jednego, wielkiego niczym flaga Szwajcarii przed budynkiem czy coś podobnego. Jest nim fajny klimat. Ja generalnie prosty chłop jestem, jak coś brzmi onirycznie, eterycznie i generalnie jak każdy pedalski dream-pop (TM), to dla mnie brzmi fajnie i generalnie powinno mi się to podobać. Tutaj udało się wytworzyć bardzo fajną aurę i momentami miałem silne skojarzenia z Cocteau Twins pod tym aspektem, a to duża nobilitacja, bo nie znam zbyt wielu równie dobrych rzeczy w tym stylu.
Lubię też barokowy przepych (bo generalnie to sobie uświadomiłem niedawno, że po prostu lubię jak się w muzyce dzieje albo za dużo, albo mało), a tu jest go od groma i to też mi się podoba i to też jest dla mnie spoko.
Lubię też dobre piosenki, a tych jest tu dużo. I do takich kwalifikuję otwierające płytę MARIENBACH, które przez pierwsze dwie i pół minuty powoli się rozkręca, by potem przywalić centralnie w ryj harmoniami wokalnymi, synkopami i feerią rytmicznych połamańców. Lubię, cenię, szanuję, mam nadzieję, że będzie często gościć na głośnikach lub słuchawkach.
Potem, przynajmniej na mojej trackliście, wjeżdza OUR SORROWS - pierwsza część kojarzy mi się z późnymi Bitlami i generalnie to jest po prostu ładna piosenka, która mogłaby się skończyć po trzech minutach, ale z jakichś przyczyn dostajemy jeszcze praktycznie drugie tyle jakiegoś ambientu z cichym zaśpiewem, który kończy się wyciszeniem. To byłoby spoko, gdyby tak wrzucono ten utwór na sam koniec płyty, a nie na drugiej pozycji na trackliście.
Praktycznie identyczny zarzut mam wobec kolejnej kompozycji, tj. IN THE SAME ROOM, która też do pewnego momentu jest naprawdę fajnym dreampopem, ale który też w pewnym momencie się urywa na rzecz ambientowego instrumentala, który znowu jest zbyt przeciągnięty. Nie wiem, może stała za tym jakaś myśl, której nie kumam - wiem tylko, że chcę byście mieli świadomość, że to nie tak, że ja tego utworu nie lubię, bo go lubię, ale po prostu wolę tę część "wokalną".
Dalej wjeżdza BOY IN THE MOON. Sprawdziłem z ciekawości i widzę, że tylko ja miałem skojarzenia z Cocteau Twins. Może się nie znam, ale dla mnie brzmi to jak mniej lub bardziej zamierzone nawiązanie do utworu Otterly na Treasure - motyw na którym się ten utwór opiera jest bardzo podobny, a i sam utwór ma podobny, oniryczno-niebiański (wiecie o co mi chodzi) klimat. Tym razem zarzutu długości nie podniosę.
Tak samo jak w przypadku FUR FELIX, które trwa dokładnie tyle ile trzeba. Czyli jednak się da, heh. Tutaj docenię ładne harmonie i kontrasty między wysokimi (te wszystkie dzwoneczki oraz wokal Holter) a niskimi (ta wiolonczela czy co to tam buczy) dźwiękami, które budują specyficzny, nieco tajemniczy i UNCANNY klimat. Końcówka to już niemal jakiś drone lol.
GODDESS EYES II jest okej, ale najciężej mi o nim coś sensownego wyskrobać. Fajnie ta kompozycja narasta i się intensyfikuje, pulsujące syntezatory spoko, harmonie wokalne też - nawet pomimo vocodera, spoko aranż. Znaczek jakości BUJA TM, bo to jedna z tych rzeczy, które mogą nie załapać z takich to a siakich przyczyn, ale jak już wejdą to na dobre. Podobnie buja MONI MON AMIE. Holterówna brzmi trochę jak Suzanne Vega (ciekawe kto to przeczyta i kto z tego prychnie lol). Lubię to leniwie i błogo płynie sobie ten kawałek i nawet gdy pojawiają się jakieś dodatkowe dźwięki czy mocniejsze akcenty, to nie są one na tyle intensywne, by miały wyprowadzać z tego błogostanu. Śliczne to.
FOUR GARDENS próbuje brzmieć orientalnie, i nie jestem jakimś fanem tego pseudoorientalizmu, który brzmi jakby ktoś tutaj za bardzo chciał się w Gabriela pobawić, ale nie miał ku temu środków. Rzecz z gatunku nawet spoko, ale raczej średni moment. GODDESS EYES I jest bardziej zwięzłą oraz piosenkową wersją kompozycji, co to ją omawiałem parę pozycji wyżej i lubię też tę wersję na równi z "dwójką".
Kończymy THIS IS EKSTASIS. Tzw. piosenkowa część jest bardzo spoko, a to co się dzieje po niej za to - bardzo spoko. Nałożone wokale i gęsty bas tworzą intrygujący, oniryczny klimat, a to co się dzieje w drugiej części to w ogóle jest kosmos. Przez ten saksofon trochę mi to trąci Wyattem, ale generalnie mam wrażenie, że vibe i brzmienie tych plam dźwiękowych są bardzo podobne. Spoko końcówka.
Sami widzicie - jeśli chciało mi się w ogóle omawiać utwór po utworze, to chyba o czymś to świadczy. Im dłużej z tą płytą obcuję, tym jest dla mnie lepsza, więcej tam rzeczy słyszę, więcej doceniam, więcej cenie. Wuja jak chce, to potrafi dowieść, a Holterówna trafia na listę śpiewających pań, którę planuję lepiej poznać. Kapitalna płyta.
Po tych kilku tygodniach obcowania z poniższym długograjem mogę stwierdzić, że tę przygodę też będę wspominać miło. Dostałem płytę z gatunku DOBRYCH - nie rzetelnych, nie poprawnych, ale po prostu dobrych. Liczyłem na fajne, dobre i przyjemne piosenki z fajnym klimacikiem - i to dostałem. Jest parę łyżek dziegciu i generalnie to myślę, że parę minut mniej by całości materiału nie zaskodziły, ale to klasyczny przypadek minusów nieprzesłaniających plusów.
I od plusów zacznę, a konkretniej od jednego, wielkiego niczym flaga Szwajcarii przed budynkiem czy coś podobnego. Jest nim fajny klimat. Ja generalnie prosty chłop jestem, jak coś brzmi onirycznie, eterycznie i generalnie jak każdy pedalski dream-pop (TM), to dla mnie brzmi fajnie i generalnie powinno mi się to podobać. Tutaj udało się wytworzyć bardzo fajną aurę i momentami miałem silne skojarzenia z Cocteau Twins pod tym aspektem, a to duża nobilitacja, bo nie znam zbyt wielu równie dobrych rzeczy w tym stylu.
Lubię też barokowy przepych (bo generalnie to sobie uświadomiłem niedawno, że po prostu lubię jak się w muzyce dzieje albo za dużo, albo mało), a tu jest go od groma i to też mi się podoba i to też jest dla mnie spoko.
Lubię też dobre piosenki, a tych jest tu dużo. I do takich kwalifikuję otwierające płytę MARIENBACH, które przez pierwsze dwie i pół minuty powoli się rozkręca, by potem przywalić centralnie w ryj harmoniami wokalnymi, synkopami i feerią rytmicznych połamańców. Lubię, cenię, szanuję, mam nadzieję, że będzie często gościć na głośnikach lub słuchawkach.
Potem, przynajmniej na mojej trackliście, wjeżdza OUR SORROWS - pierwsza część kojarzy mi się z późnymi Bitlami i generalnie to jest po prostu ładna piosenka, która mogłaby się skończyć po trzech minutach, ale z jakichś przyczyn dostajemy jeszcze praktycznie drugie tyle jakiegoś ambientu z cichym zaśpiewem, który kończy się wyciszeniem. To byłoby spoko, gdyby tak wrzucono ten utwór na sam koniec płyty, a nie na drugiej pozycji na trackliście.
Praktycznie identyczny zarzut mam wobec kolejnej kompozycji, tj. IN THE SAME ROOM, która też do pewnego momentu jest naprawdę fajnym dreampopem, ale który też w pewnym momencie się urywa na rzecz ambientowego instrumentala, który znowu jest zbyt przeciągnięty. Nie wiem, może stała za tym jakaś myśl, której nie kumam - wiem tylko, że chcę byście mieli świadomość, że to nie tak, że ja tego utworu nie lubię, bo go lubię, ale po prostu wolę tę część "wokalną".
Dalej wjeżdza BOY IN THE MOON. Sprawdziłem z ciekawości i widzę, że tylko ja miałem skojarzenia z Cocteau Twins. Może się nie znam, ale dla mnie brzmi to jak mniej lub bardziej zamierzone nawiązanie do utworu Otterly na Treasure - motyw na którym się ten utwór opiera jest bardzo podobny, a i sam utwór ma podobny, oniryczno-niebiański (wiecie o co mi chodzi) klimat. Tym razem zarzutu długości nie podniosę.
Tak samo jak w przypadku FUR FELIX, które trwa dokładnie tyle ile trzeba. Czyli jednak się da, heh. Tutaj docenię ładne harmonie i kontrasty między wysokimi (te wszystkie dzwoneczki oraz wokal Holter) a niskimi (ta wiolonczela czy co to tam buczy) dźwiękami, które budują specyficzny, nieco tajemniczy i UNCANNY klimat. Końcówka to już niemal jakiś drone lol.
GODDESS EYES II jest okej, ale najciężej mi o nim coś sensownego wyskrobać. Fajnie ta kompozycja narasta i się intensyfikuje, pulsujące syntezatory spoko, harmonie wokalne też - nawet pomimo vocodera, spoko aranż. Znaczek jakości BUJA TM, bo to jedna z tych rzeczy, które mogą nie załapać z takich to a siakich przyczyn, ale jak już wejdą to na dobre. Podobnie buja MONI MON AMIE. Holterówna brzmi trochę jak Suzanne Vega (ciekawe kto to przeczyta i kto z tego prychnie lol). Lubię to leniwie i błogo płynie sobie ten kawałek i nawet gdy pojawiają się jakieś dodatkowe dźwięki czy mocniejsze akcenty, to nie są one na tyle intensywne, by miały wyprowadzać z tego błogostanu. Śliczne to.
FOUR GARDENS próbuje brzmieć orientalnie, i nie jestem jakimś fanem tego pseudoorientalizmu, który brzmi jakby ktoś tutaj za bardzo chciał się w Gabriela pobawić, ale nie miał ku temu środków. Rzecz z gatunku nawet spoko, ale raczej średni moment. GODDESS EYES I jest bardziej zwięzłą oraz piosenkową wersją kompozycji, co to ją omawiałem parę pozycji wyżej i lubię też tę wersję na równi z "dwójką".
Kończymy THIS IS EKSTASIS. Tzw. piosenkowa część jest bardzo spoko, a to co się dzieje po niej za to - bardzo spoko. Nałożone wokale i gęsty bas tworzą intrygujący, oniryczny klimat, a to co się dzieje w drugiej części to w ogóle jest kosmos. Przez ten saksofon trochę mi to trąci Wyattem, ale generalnie mam wrażenie, że vibe i brzmienie tych plam dźwiękowych są bardzo podobne. Spoko końcówka.
Sami widzicie - jeśli chciało mi się w ogóle omawiać utwór po utworze, to chyba o czymś to świadczy. Im dłużej z tą płytą obcuję, tym jest dla mnie lepsza, więcej tam rzeczy słyszę, więcej doceniam, więcej cenie. Wuja jak chce, to potrafi dowieść, a Holterówna trafia na listę śpiewających pań, którę planuję lepiej poznać. Kapitalna płyta.
DEPESZWIZJA 123: EDYCJA NOWOFALOWA
FINAŁ 21:15
FINAŁ 21:15
-
shodan
- Posty: 18356
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
No cóż, jestem bardzo zadowolony z odbioru albumu. Trzy bardzo pozytywne recenzje. Hien i Dragon co prawda trochę narzekali ale i tak napisali ciekawe recki. To nie było na pewno jechanie po płycie dla samego jechania, ale rzetelna analiza. A album wcale do łatwych chyba nie należy.
Dzięki wszystkim.
Dzięki wszystkim.
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Lecimyyyy daleeeej!
Carbon Based Lifeforms — Hydroponic Garden (2003)
Carbon Based Lifeforms — Hydroponic Garden (2003)
Dragon pisze:03 gru 2025 12:13
Powrót do wielkości, czyli wspomnień czar. Z nerdowskiego źródła wypłynęło wiele trwałych miłostek muzycznych. Myślę, że Carbon Based Lifeforms to jedna z większych figur. Za każdym razem biorę pod uwagę zakup biletu na ich kolejne zapowiadane wizyty w Polsce. Kojąca muzyka, która przyjemnie ukołysze, a jednocześnie wciąż jest dość żywiołowa. Gdy wywołuje mniej pozytywne skojarzenia, to raczej przypomina nieznośną lekkość strachów pod ciepłą kołdrą. Hydroponic Garden to tak naprawdę druga płyta tego duetu. The Path jest jak ćwiczenia stylistyczne i testowanie rozwiązań. Rozbieg przed pełnoprawnym, spójnym, wyjątkowo klimatycznym pierwszych krokiem w chmury. Ma swoje momenty, ale niewrażliwi na kiksy końca XX wieku odbiją się dość wyraźnie. W tym przypadku raczej nie przewiduję mocnego dystansu. Z drugiej strony słuchane za często może trochę sprawiać wrażenie powtarzania pewnego schematu, ale za każdym razem ten pomysł jest trochę inny, realizowany trochę inaczej. Fascynował mnie ten lekko odrealniony klimacik, bardzo stylowe brzmienie, szata graficzna - w szczególności pierwszych wydań HG, WoS i Interlopera. Potem już zarzucili ciągłość, przestali być stale aż tak ciekawi. Odpowiadają za kanon muzyki w danym gatunku - nic dziwnego, że w pewnym momencie przestało aż tak żreć. Tutaj jest jednak dopiero początek (i to jak mocny!) tej przygody. Ultimae Records było kiedyś potężną stajnią w konkretnej niszy.
Najbardziej ogrywałem materiał, który można potraktować jako większą całość - od Central Plains do Comsat. Potem panowie Szwedzi trochę kombinują, szukają, dokładają dramatyzmu, by na koniec trochę wrócić do punktu wyjścia. Ile pięknych stacji po drodze... pulsujący Tensor, hipnotyczny (znany już) MOS, lekki bujaczek Silent Running, podszyty nerwem Neurotransmitter, w końcu główna stacja tytułowego ogrodu. W tytułowe klamry byli potężni. Później zrobi się przyjemny mrok, Epicentrum zrobi zamieszanie, a dramatyczny cliff hanger (chyba) pomoże wyjść na prostą. Zazdroszczę Wam tej przygody. Pierwszy raz się w to bawiłem 11-12 lat temu... a do dzisiaj chodzą mi po głowie autorskie projekty muzyczne zbliżone m.in. do tych nagrań. Must have na mojej półce, może etat pomoże? Zapraszam!
Możecie sobie wybrać:
porozcinany remaster: https://www.youtube.com/playlist?list=O ... XRr7x2KcHE
pierwsze wydanie: https://www.youtube.com/playlist?list=P ... LBX9Kv3AQJ (gdyby zniknęło, w wolnej chwili podrzucę niepublicznie na YT)
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6943
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Co jest kuśfa? Pierwszy będę? Poważnei
Carbon Based Lifeforms — Hydroponic Garden
Nie pamiętam już kiedy i jak zetknąłem się z Roxy Węgiel Zbazowane Formy Życia. Tradycyjnie już zaczerpnąłem swej skarbnicy wiedzy jaką jest RYM i widzę jedną płytę ocenioną blisko dekadę temu. Nie do końca pamiętam już w jakich okolicznościach po nią sięgnąłem, ale zakładam, że to miało coś wspólnego z sesją poprawkową na moich ówczesnych studiach i mogło mieć coś wspólnego ze związkiem, w który wchodziłem, aczkolwiek nie dam sobie za to nic uciąć - głowy zwłaszcza.
Na potrzeby tej notki umówmy się jednak, że poznałem ich przez kolegę Janusza, którego poznałem jakoś w tamtym czasie - jak to większość swoich znajomości w dorosłym życiu, poprzez losowe dodanie na czat grupowy. Tenże Janusz w pewne chłodne, jesienne popołudnie tamtego roku napisał do mnie. Nie pamiętam już do końca w jakim celu, najprawdopodobniej w celu zareklamowania swojego projektu muzycznego, ale pamiętam, że rozmawialiśmy o muzyce i o piłce nożnej. I co prawda nie okazało się to zalążkiem wielkiej, wieloletniej przyjaźni, bo kontakt mamy raczej taki se, ale to była to postać która przewinęła się później w przynajmniej dwóch ważnych momentach mojego życia (o czym szerzej może kiedyś indziej) i wspominam o niej tu nie bez powodu.
Jak coś, to przez tę dekadę szczególnie częstych kontaktów z CBL też jakoś nie miałem. Z ambientem to generalnie mam tak, że nawet jak do czegoś wracam, to nie za bardzo to pamiętam kiedy i do czego, bo jednak cały czas traktuję tę muzykę w swojej głowie nieco inaczej niż jakieś tam popy i folki z piosenkami czy tam utworami i ciężej mi jest zapamiętać konkretne nazwy i tytuły. Być może to też zasługa tego, że jestem głupi, ale to chyba też nie jest czas i miejsce, by rozprawiać o tym.
Na pewno nie będę polemizować z tym co o tej płycie napisał Robert, bo w dużej mierze podzielam jego słowa. Dla mnie to jest po prostu bardzo dobra płyta ambientowa i kropka. Na tym w sumie mógłbym zakończyć, bo nie chce mi się wymyślać jakichś ekstraordynaryjnych epitetów, bawić w barwne porównania i tym podobne.
Mogę tylko napisać, że dla mnie ambient to głównie (acz nie zawsze!) muzyka nocy - a tak się składa, że ostatnimi czasy prowadzę nocny tryb życia z racji faktu pracy na popołudnia. I sprawdzałem ten album pod kątem tła do nocnych posiadówek przy lekturach/internecie/FMie - i ten test album zdał na ocenę SPOKO z plusem. Ale jednocześnie jednak jest też na tyle dobry, że da się go z przyjemnością słuchać na pierwszym planie, a jak dla mnie to to jest właśnie ta cecha oddzielająca Wielki ambient od tzw. maluczkich.
Rozdrabnianie się na utwory chyba mija się tu z celem, bo jak dla mnie to nie o piosenki i utwory tu chodzi. Ja generalnie sobie dzielę ten album na dwie nieformalne części - na własne potrzeby nazywam je soundtrackową i ambientową. Bo jak próbowałem sobie cokolwiek napisać o tych kawałkach, to właśnie miałem wrażenie, że pierwsze siedem kawałków brzmi jak soundtracki do rzeczy, które nie istnieją, ale gdyby istniały to byłyby JAKIEŚ.
Takie Central Plains? No kaman, dajcie mi jakiegoś Mass Effecta czy coś w tym stylu z taką ścieżką dźwiękową. Albo nie wiem, cokolwiek, gdzie jest jakaś baza kosmiczna. Chociaż jak pisałem swoje notatki to napisałem coś o silent disco - w sumie nie wiem o co mi chodziło, ale powiedzmy, że ta intensywniejsza część nasunęła takie skojarzenie. O, albo Silent Running, które kojarzy mi się z jakimiś transmisjami sportowymi, które zdarzało mi się oglądać jako telewizyjny ekwiwalent ambientu w okresie bezsenności. Czy Neurotransmitter brzmiący jak motyw lecący w dynamicznych scenach w jakichś filmach/grach.
Czy tytułowy, który wyszczególnię w odrębnym akapicie, bo uważam, że na to zasługuje. Śliczna, nostalgiczna kompozycja przywołująca wspomnienia za czymś dawno nie widzianym, utraconym i pozornie zapomnianym. Piękna rzecz.
I od następnego utworu zaczyna się już ta częśc ambientowa, która jest znacznie spokojniejsza i w której dzieje się o wiele mniej, ale jest cudownie wyciszająca i spokojna. To taki muzyczny odpowiednik leżenia o 3 w nocy gdzieś w lesie i patrzenia się w gwiazdy na niebie. Cisza, spokój, odprężenie, nawet jeśli coś się dzieje lub pojawia, to jest to na tyle nieintensywne, że nie wytrąca z transu.
BTW Artificial Island brzmi jak rzecz żywcem wyjęta z Tomorrow's Harvest. No i też specjalny oddzielny akapit dla REFRACTION 1.33.
Oczywiście w ostatniej chwili dowiedziałem się, że to czego słuchałem to remaster, a istnieje też wydanie oryginalne. I ja się nad nim zatrzymam na chwilę, bo chcę zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Po pierwsze - mam wrażenie, ze oryginał brzmi ciut lepiej. Słuchałem go tylko raz, może to jakieś złudne wrażenie, ale mam wrażenie, że ta streamingowa wersja była jakby nieco przytłumiona, a pierwotne wydanie brzmiało głębiej i dynamiczniej.
Poza tym pierwsza wersja ma znacznie lepszą okładkę. Na obu dobór fontów jest dla mnie dyskusyjny, ale o ile brzydotę fontu użytego w pierwszej wersji mogę zaakceptować, bo jakoś współgra z vibe'm tej płyty i mogę przymknąć oko na to, że wczesne lata zerowe miały swoje estetyczne trendy, które z obecnej perspektywy mogą wyglądać dziwnie, tak font użyty na drugiej jakoś tak trąci mi czymś pokroju podręcznika do angielskiego i ni w ząb nie pasuje mi do tej muzyki. I w ogóle jakoś tak nijako wygląda, w przeciwieństwie do pierwszej, gdzie ta grafika jest po prostu o wiele lepiej oddaje brzmienie muzyki.
Dobra, tylko zanim zakończę rzucę słówkiem o tym dlaczego na początku pieprzyłem o jakimś randomowym Januszu. Ano, bo ten jegomość nazywa się Janusz Jurga i będzie supportem przed koncertem CBL, który ma się odbyć w kwietniu w Warszawie. Tak czy siak - duży props.
Carbon Based Lifeforms — Hydroponic Garden
Nie pamiętam już kiedy i jak zetknąłem się z Roxy Węgiel Zbazowane Formy Życia. Tradycyjnie już zaczerpnąłem swej skarbnicy wiedzy jaką jest RYM i widzę jedną płytę ocenioną blisko dekadę temu. Nie do końca pamiętam już w jakich okolicznościach po nią sięgnąłem, ale zakładam, że to miało coś wspólnego z sesją poprawkową na moich ówczesnych studiach i mogło mieć coś wspólnego ze związkiem, w który wchodziłem, aczkolwiek nie dam sobie za to nic uciąć - głowy zwłaszcza.
Na potrzeby tej notki umówmy się jednak, że poznałem ich przez kolegę Janusza, którego poznałem jakoś w tamtym czasie - jak to większość swoich znajomości w dorosłym życiu, poprzez losowe dodanie na czat grupowy. Tenże Janusz w pewne chłodne, jesienne popołudnie tamtego roku napisał do mnie. Nie pamiętam już do końca w jakim celu, najprawdopodobniej w celu zareklamowania swojego projektu muzycznego, ale pamiętam, że rozmawialiśmy o muzyce i o piłce nożnej. I co prawda nie okazało się to zalążkiem wielkiej, wieloletniej przyjaźni, bo kontakt mamy raczej taki se, ale to była to postać która przewinęła się później w przynajmniej dwóch ważnych momentach mojego życia (o czym szerzej może kiedyś indziej) i wspominam o niej tu nie bez powodu.
Jak coś, to przez tę dekadę szczególnie częstych kontaktów z CBL też jakoś nie miałem. Z ambientem to generalnie mam tak, że nawet jak do czegoś wracam, to nie za bardzo to pamiętam kiedy i do czego, bo jednak cały czas traktuję tę muzykę w swojej głowie nieco inaczej niż jakieś tam popy i folki z piosenkami czy tam utworami i ciężej mi jest zapamiętać konkretne nazwy i tytuły. Być może to też zasługa tego, że jestem głupi, ale to chyba też nie jest czas i miejsce, by rozprawiać o tym.
Na pewno nie będę polemizować z tym co o tej płycie napisał Robert, bo w dużej mierze podzielam jego słowa. Dla mnie to jest po prostu bardzo dobra płyta ambientowa i kropka. Na tym w sumie mógłbym zakończyć, bo nie chce mi się wymyślać jakichś ekstraordynaryjnych epitetów, bawić w barwne porównania i tym podobne.
Mogę tylko napisać, że dla mnie ambient to głównie (acz nie zawsze!) muzyka nocy - a tak się składa, że ostatnimi czasy prowadzę nocny tryb życia z racji faktu pracy na popołudnia. I sprawdzałem ten album pod kątem tła do nocnych posiadówek przy lekturach/internecie/FMie - i ten test album zdał na ocenę SPOKO z plusem. Ale jednocześnie jednak jest też na tyle dobry, że da się go z przyjemnością słuchać na pierwszym planie, a jak dla mnie to to jest właśnie ta cecha oddzielająca Wielki ambient od tzw. maluczkich.
Rozdrabnianie się na utwory chyba mija się tu z celem, bo jak dla mnie to nie o piosenki i utwory tu chodzi. Ja generalnie sobie dzielę ten album na dwie nieformalne części - na własne potrzeby nazywam je soundtrackową i ambientową. Bo jak próbowałem sobie cokolwiek napisać o tych kawałkach, to właśnie miałem wrażenie, że pierwsze siedem kawałków brzmi jak soundtracki do rzeczy, które nie istnieją, ale gdyby istniały to byłyby JAKIEŚ.
Takie Central Plains? No kaman, dajcie mi jakiegoś Mass Effecta czy coś w tym stylu z taką ścieżką dźwiękową. Albo nie wiem, cokolwiek, gdzie jest jakaś baza kosmiczna. Chociaż jak pisałem swoje notatki to napisałem coś o silent disco - w sumie nie wiem o co mi chodziło, ale powiedzmy, że ta intensywniejsza część nasunęła takie skojarzenie. O, albo Silent Running, które kojarzy mi się z jakimiś transmisjami sportowymi, które zdarzało mi się oglądać jako telewizyjny ekwiwalent ambientu w okresie bezsenności. Czy Neurotransmitter brzmiący jak motyw lecący w dynamicznych scenach w jakichś filmach/grach.
Czy tytułowy, który wyszczególnię w odrębnym akapicie, bo uważam, że na to zasługuje. Śliczna, nostalgiczna kompozycja przywołująca wspomnienia za czymś dawno nie widzianym, utraconym i pozornie zapomnianym. Piękna rzecz.
I od następnego utworu zaczyna się już ta częśc ambientowa, która jest znacznie spokojniejsza i w której dzieje się o wiele mniej, ale jest cudownie wyciszająca i spokojna. To taki muzyczny odpowiednik leżenia o 3 w nocy gdzieś w lesie i patrzenia się w gwiazdy na niebie. Cisza, spokój, odprężenie, nawet jeśli coś się dzieje lub pojawia, to jest to na tyle nieintensywne, że nie wytrąca z transu.
BTW Artificial Island brzmi jak rzecz żywcem wyjęta z Tomorrow's Harvest. No i też specjalny oddzielny akapit dla REFRACTION 1.33.
Oczywiście w ostatniej chwili dowiedziałem się, że to czego słuchałem to remaster, a istnieje też wydanie oryginalne. I ja się nad nim zatrzymam na chwilę, bo chcę zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Po pierwsze - mam wrażenie, ze oryginał brzmi ciut lepiej. Słuchałem go tylko raz, może to jakieś złudne wrażenie, ale mam wrażenie, że ta streamingowa wersja była jakby nieco przytłumiona, a pierwotne wydanie brzmiało głębiej i dynamiczniej.
Poza tym pierwsza wersja ma znacznie lepszą okładkę. Na obu dobór fontów jest dla mnie dyskusyjny, ale o ile brzydotę fontu użytego w pierwszej wersji mogę zaakceptować, bo jakoś współgra z vibe'm tej płyty i mogę przymknąć oko na to, że wczesne lata zerowe miały swoje estetyczne trendy, które z obecnej perspektywy mogą wyglądać dziwnie, tak font użyty na drugiej jakoś tak trąci mi czymś pokroju podręcznika do angielskiego i ni w ząb nie pasuje mi do tej muzyki. I w ogóle jakoś tak nijako wygląda, w przeciwieństwie do pierwszej, gdzie ta grafika jest po prostu o wiele lepiej oddaje brzmienie muzyki.
Dobra, tylko zanim zakończę rzucę słówkiem o tym dlaczego na początku pieprzyłem o jakimś randomowym Januszu. Ano, bo ten jegomość nazywa się Janusz Jurga i będzie supportem przed koncertem CBL, który ma się odbyć w kwietniu w Warszawie. Tak czy siak - duży props.
DEPESZWIZJA 123: EDYCJA NOWOFALOWA
FINAŁ 21:15
FINAŁ 21:15
-
Dragon
- Posty: 10366
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Janusz Jurga to ziomal
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Będę szczery myślę że spokojnie do końca stycznia z tym albumem polecimy, ja sam robię teraz właśnie dopiero drugi odsłuch, materiał jest dość długi, ja trochę nie miałem czasu lub głowy do tego. Ogólnie myślę o tym czy oficjalnie nie przejść na tryb miesiąc na album. Wtedy luty dla Kate Bush, marcowy mintaj, kwietniowy Murzyn i majowy Musiał by zostali
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup