W takiej dawce? I w podobnej formie (gęstej, o ciężkim brzmieniu)? Trochę dużo.mintaj pisze:25 sty 2024 13:20To chyba w sekundach to podałeś, jeśli 6 minutowe utwory są dla ciebie za długiebo u mnie typowy bieg nie trwa 60-70 minut, ale 45
Best of Forum (Albumy) vol. 2
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Re:
-
Hien
- Posty: 24627
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
To może ja podsumuję, bo chyba mamy komplet, nie ma sensu dłużej wstrzymywać Pana Klausa Shulze.
Powiedziałbym, że album zabawnie polaryzujący, gdyby nie to, że Dragon i tak hejtuje wszystkie moje płyty i to, że Melki jakby skreślił ten album na dzień dobry, bo numery były za długie xD
W pozostałym zakresie, obezwładniający niemal prejz Murzyna, Deva, Wujka i Mentosa. Chyba faktycznie jedna z moich najlepiej przyjętych wrzut, ale tutaj nie dawałem żadnego eksperymentu, tylko płytę, która stanowi absolutny kanon Munlupa od ponad 20 lat. Cieszę się niezmiernie i zwalniam blokadę.
Powiedziałbym, że album zabawnie polaryzujący, gdyby nie to, że Dragon i tak hejtuje wszystkie moje płyty i to, że Melki jakby skreślił ten album na dzień dobry, bo numery były za długie xD
W pozostałym zakresie, obezwładniający niemal prejz Murzyna, Deva, Wujka i Mentosa. Chyba faktycznie jedna z moich najlepiej przyjętych wrzut, ale tutaj nie dawałem żadnego eksperymentu, tylko płytę, która stanowi absolutny kanon Munlupa od ponad 20 lat. Cieszę się niezmiernie i zwalniam blokadę.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13789
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Jutro puszczę Schulze i powinienem być też gotowy z recką
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13789
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Lecimy!
Klaus Schulze - Body Love
Klaus Schulze - Body Love
Dragon pisze:26 gru 2023 23:33Klaus Schulze - Body Love (1977)
Możecie tego nie przetrzymać, ale choć trochę obeznani w kwestii Klausa muszą przyznać, że nie proponuję wcale najtrudniejszej pozycji. Widząc tempo kolejnych kolejek, nie mogę dłużej czekać. Zimowa pora to idealny czas na spotkanie z muzyką Mistrza, który rok temu zmienił kosmiczny adres, niestety. Z pewnością rzucę coś jeszcze w przyszłości, żeby przemycić jak najbardziej smaczków. W tym momencie bardziej od serduszka niż uznaniowo.
Opisując Crystal Lake, całkiem nieźłe oddałem atmosferę czasu pierwszych kontaktów z KS. Najpierw było Moondawn. Pamiętam odsłuchy, gdy jednocześnie obok stanu oszołomienia i zaskoczenia trochę walczyłem ze sobą, by dotrwać do końca. Podobały mi się wykorzystywane brzmienia, w jego muzyce z lat 70' generalnie jest całkiem sporo mistycyzmu, psychodeli. Zapewne nie wszystko grane było przy pełni trzeźwości umysłu, ale Wielkim można wybaczyć. Zanim trafiłem na pierwszą płytę, dzięki której ostatecznie się przełamałem, osiągnąłem nirwanę i zacząłem rozumieć całą jazdę, minęło jeszcze trochę czasu. Wtedy nie było łatwo z wielu powodów. Ten sam czas, środek gimnazjum. Poważny moment przejściowy. Burzliwy, chwilami naprawdę głupawy, ale i niepokojący. Dziwne relacje ze środowiskiem szkolnym. Dalej dość nerwowa atmosfera w domu. Przez pewien czas towarzyszyły mi ciągłe bóle głowy, na które próżno było szukać sensownego, medycznego rozwiązania. Czasem nawet trudno było przejechać z punktu A do punktu B autobusem. Wizyty u psychologów, rozmowy. Swoiste zwiedzanie Wałbrzycha, choć nie było w tym nic z turystyki. Bujanka między Śródmieściem a Piaskową Górą ostatecznie może trochę pomogła w zniknięciu nieznośnej dolegliwości, ale po prostu w najbliższym otoczeniu pośród czterech ścian zapanował spokój. Szczególnie często słuchałem wtedy Klausa i Tangerine Dream. Właściwie nie było dnia bez zapodawania całych stron poszczególnych albumów jedna po drugiej. Mniejsza czy ze szkoły czy z domu. Kluczową rolę odegrała wrzucana Body Love. Niepozorna, a jednocześnie wykorzystana do bardzo niecnych celów.
Uśmiecham się pod nosem, patrząc na półkę z płytami. Jestem z siebie krnąbrnie dumny, gdy mogę z niej wyciągnąć fizycznie wydanie remastera Body Love. Schulze natrzaskał tego tak dużo, że podczas wznawiania jego dyskografii jedna z wytwórni padła. Świetne wydanie - niby CD, ale kartonowe pudełko i obraz płyty przypomina wydanie winylowe. Na właściwą bohaterkę wrzutki składają się trzy utwory. Bonusa już wam odpuszczę, chyba że komuś zażre. Dwie kompozycje na jednej stronie i kolos na drugiej. Całość trwa lekko ponad 50 minut. Stardancer i P:T:O przypominają coś w rodzaju prawdziwie kosmicznego, syntezatorowego rocka. Klausowi towarzyszy w nich kolega po fachu, perkusista Harald Grosskopf. Seria ekspresyjnych solówek, partii chóralnych. W openerze cała ta procedura przebiega trochę szybciej, to najbardziej dynamiczny utwór. Całkiem gęsto w jednym i drugim od świdrujących efektów, ale nie ma się czym przerażać. Przy odpowiednim sprzęcie całość rozkłada się naprawdę imponująco. P:T:O, czyli mała sugestia od Klausa, Please Turn Over, trwa niecałe pół godziny. Tutaj Schulze uskutecznia największy rozmach. Mamy właściwe intro. Chóralne, anielskie wprowadzenie prowadzi do metodycznie rozwijającej się kwaśnej sesji. Cały czas brzmienia ulegają ewolucji, nie brakuje prawdziwie uduchowionych momenty. Grosskopf intensywniej gra, sekwencery pracują na wyższych obrotach. Ciekawe jak zareagujecie na coś w rodzaju dysonansów, rozstrojeń, rozluźnienia tempa poszczególnych instrumentów, bo i w ten sposób Schulze atakuje słuchacza. Cała ta furia przygasa w dość charakterystyczny dla ówczesnego Klausa sposób. Ostatnie minuty sprawiają wrażenie wprowadzenia dla... Stardancera. Pytanie czy ktoś się skusi na drugą przejażdżkę zaraz po pierwszej? Między ekspresyjnymi kompozycjami mamy też moment refleksji, zimowej impresji. To właśnie Blanche zrobiło na mnie największe wrażenie. Całkiem śmieszna sprawa, że początkowo za prawdziwą nazwę uważałem Balance. Ktoś się pomylił w plikach mp3, a ja przy pierwszym pobieraniu z internetu nie zauważyłem różnicy... Kiedy szukam w głowie najstarszego wspomnienia związanego z tym utworem, to widzę lekko przyciemniony korytarz, widok na ulicę Broniewskiego. Za oknem jest słonecznie, a wewnątrz atmosfera oczekiwania, chwili wytchnienia. Udzieliło mi się na tyle, że nie było innej opcji - trzeba grzebać głębiej w płytotece KSa. W Blanche nie ma perkusji. Mamy za to trochę bardziej bezpośredni syntezatorowy pejzaż i fortepian. Wielka rzecz.
Dobrze, że Spotify/YT proponuje płytę w białej okładce. Ta obowiązuje już na stałe jako właściwa i pierwsza w hierarchii, ale istnieją historyczne wydania w dwóch innych wariantach. One mogę podpowiedzieć charakter obrazu, w którym została wykorzystana. W 1976 roku Schulze dostał propozycję skomponowania muzyki do film i zrobił to w znakomity sposób, jednak do tej pory nie sprawdziłem tego filmowego dzieła. Ciekawscy niech sobie sprawdzą, co oznacza "soundtrack do filmu Lasse Brauna". Ja nie zamierzam tego ułatwiać, zboc-
Książeczka do wydania z 2005 roku zawiera fotosy, kontekstowe wypowiedzi Klausa nt. historii płyty Body Love oraz ogólny tekst o Mistrzu, wszystko jednocześnie po angielsku i niemiecku.
Muzyka podobno radzi sobie dobrze jako tło dla akcji (?), ale z wielu przyczyn żyje swoim życiem i wśród sporej grupy fanów Klausa cieszy się ogromnym uznaniem sama w siebie. Ja zaliczam się do tego grona. Mam nadzieję, że znajdziecie czas i przestrzeń na ten kwaśny muzyczny seans.
Może do czasu napłynięcia wszystkich opinii wreszcie sprawdzę film...
Wszystkim tym, którzy pierwszy raz zabierają się za Klausa na pełnym dystansie zazdroszczę!
https://www.youtube.com/playlist?list=O ... 91lv9XHn-I
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13789
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Klaus Schulze - Body Love
Powracamy w berlińskie klimaty za sprawą długograja Klausa Schulze, którego było nam dane conieco liznąć już w bestce utworowej. Ja przed bestką miałem chyba możliwość zetknąć się dosłownie raz z jego udziałem w jakimś utworze (OP może się domyśla) który chyba kiedyś do bestki wrzucę bo uważam go za naprawdę dobry. Tymczasem dane mi było zapoznać się z soundtrackiem do... pornola, przyznam że nawet rzuciłem okiem jak to się ma do obrazów ale chyba jednak wolę to chłonąć osobno xD
Otwierający album Stardancer zawiera w sobie basowe arpeggio, popisy lead syntezatora i delikatną perkusję z grą talerzy. Z czasem bas wchodzi na wyższe rejestry i utwór nabiera intensywności. Całość wyraźnie transowa, jakby hipnotyzująca, zresztą ten główny synth chwilami pobrzmiewa mi nieco arabską muzyką. Pod koniec wchodzą takie Jarre'owe ptaszki i utwór się urywa tak trochę z dupy.
Blanche zaczyna się inaczej, dźwiękiem fortepianu i odrobinę tymi ćwierkającymi synthami, wychodzi też jakiś niepokojący bas spod spodu. Potem coś jakby szum fal morza i to ćwierkanie narasta, zatem... płyniemy przez kosmos chyba. Po 5 minutach wchodzi taki typowy berliński lead, całkiem ładny klimat się tworzy. Zdecydowanie lepiej mi się tego słucha niż utworu otwierającego album. Pod koniec zwracam uwagę na pulsujący dźwięk w jednym kanale który brzmi trochę jak pisk mewy. Znów mam poczucie że utwór kończy się zbyt nagle, bez jakiegoś sensownego zamknięcia.
P:T:O otwierają nieco smutne pady i towarzyszące im dźwięki bardziej smyczkoodobne (i - rzecz jasna - "ćwierkanie"). Dołączają się chóralne brzmienia, atakuje znowu ten "berliński" lead. Po 5 minutach wchodzimy w fazę lekkiego wyciszenia i wtedy ster przejmuje pulsujące arpeggio za chwilę uzupełnione drugim, o wyższym brzmieniu, grającym tą samą melodię, znaczy się wchodzimy we właściwą fazę lotu przez kosmiczną przestrzeń. Stopniowo dźwięki narastają, dochodzi gra talerzy, wpadam w trans. Potem wchodzi werbel, powraca charakterystyczne ćwierkanie i konkretniejsze melodie prowadzące. Po 14 minutach kawałek jakby wrzucał wyższy bieg. Później przechodzi jeszcze jakby kolejne fazy ale przyznaję że już do tej pory tracę resztki zainteresowania nim, numer mnie nuży, za mało sie dzieje a brzmienie nie przyciąga dostatecznie. Dopiero po 22 minutach nagle przychodzi wybawienie, melodia się urywa i wchodzi outro tudzież coda. Mamy tu już spokojne elektroniczne pasaże, bez drażniących nieco na dłuższą metę arpów czy rytmicznej perkusji. Utwór z grubsza kończy się tam gdzie zaczynał się Stardancer, gdyby nie fade out/in mogłyby na pętli płynnie przechodzić jedno w drugie.
W sumie nie wiem co powiedzieć o tej płycie gdyż zwyczajnie nie jest to muzyka za jaką bym mocno przepadał. W kwestii tego typu muzy musi się trafić jakieś naprawdę specyficzne brzmienie synthów które przykuło by moją uwagę na takim dystansie albo kompozycja musi mnie jakoś zainteresować, najlepiej pod tym kątem dla mnie wypada Blanche które nie jest za długie by mnie znudzić, brak mu jednak odpowiedniego zakończenia w moim odczuciu. Chyba delikatnie się wynudziłem jednak, lepiej wspominam Rubycon autorstwa Mandarynek a Schulze ma póki co niewielkie szanse by mnie głębiej zainteresować i zainspirować do powrotów czy samodzielnych odkryć.
Powracamy w berlińskie klimaty za sprawą długograja Klausa Schulze, którego było nam dane conieco liznąć już w bestce utworowej. Ja przed bestką miałem chyba możliwość zetknąć się dosłownie raz z jego udziałem w jakimś utworze (OP może się domyśla) który chyba kiedyś do bestki wrzucę bo uważam go za naprawdę dobry. Tymczasem dane mi było zapoznać się z soundtrackiem do... pornola, przyznam że nawet rzuciłem okiem jak to się ma do obrazów ale chyba jednak wolę to chłonąć osobno xD
Otwierający album Stardancer zawiera w sobie basowe arpeggio, popisy lead syntezatora i delikatną perkusję z grą talerzy. Z czasem bas wchodzi na wyższe rejestry i utwór nabiera intensywności. Całość wyraźnie transowa, jakby hipnotyzująca, zresztą ten główny synth chwilami pobrzmiewa mi nieco arabską muzyką. Pod koniec wchodzą takie Jarre'owe ptaszki i utwór się urywa tak trochę z dupy.
Blanche zaczyna się inaczej, dźwiękiem fortepianu i odrobinę tymi ćwierkającymi synthami, wychodzi też jakiś niepokojący bas spod spodu. Potem coś jakby szum fal morza i to ćwierkanie narasta, zatem... płyniemy przez kosmos chyba. Po 5 minutach wchodzi taki typowy berliński lead, całkiem ładny klimat się tworzy. Zdecydowanie lepiej mi się tego słucha niż utworu otwierającego album. Pod koniec zwracam uwagę na pulsujący dźwięk w jednym kanale który brzmi trochę jak pisk mewy. Znów mam poczucie że utwór kończy się zbyt nagle, bez jakiegoś sensownego zamknięcia.
P:T:O otwierają nieco smutne pady i towarzyszące im dźwięki bardziej smyczkoodobne (i - rzecz jasna - "ćwierkanie"). Dołączają się chóralne brzmienia, atakuje znowu ten "berliński" lead. Po 5 minutach wchodzimy w fazę lekkiego wyciszenia i wtedy ster przejmuje pulsujące arpeggio za chwilę uzupełnione drugim, o wyższym brzmieniu, grającym tą samą melodię, znaczy się wchodzimy we właściwą fazę lotu przez kosmiczną przestrzeń. Stopniowo dźwięki narastają, dochodzi gra talerzy, wpadam w trans. Potem wchodzi werbel, powraca charakterystyczne ćwierkanie i konkretniejsze melodie prowadzące. Po 14 minutach kawałek jakby wrzucał wyższy bieg. Później przechodzi jeszcze jakby kolejne fazy ale przyznaję że już do tej pory tracę resztki zainteresowania nim, numer mnie nuży, za mało sie dzieje a brzmienie nie przyciąga dostatecznie. Dopiero po 22 minutach nagle przychodzi wybawienie, melodia się urywa i wchodzi outro tudzież coda. Mamy tu już spokojne elektroniczne pasaże, bez drażniących nieco na dłuższą metę arpów czy rytmicznej perkusji. Utwór z grubsza kończy się tam gdzie zaczynał się Stardancer, gdyby nie fade out/in mogłyby na pętli płynnie przechodzić jedno w drugie.
W sumie nie wiem co powiedzieć o tej płycie gdyż zwyczajnie nie jest to muzyka za jaką bym mocno przepadał. W kwestii tego typu muzy musi się trafić jakieś naprawdę specyficzne brzmienie synthów które przykuło by moją uwagę na takim dystansie albo kompozycja musi mnie jakoś zainteresować, najlepiej pod tym kątem dla mnie wypada Blanche które nie jest za długie by mnie znudzić, brak mu jednak odpowiedniego zakończenia w moim odczuciu. Chyba delikatnie się wynudziłem jednak, lepiej wspominam Rubycon autorstwa Mandarynek a Schulze ma póki co niewielkie szanse by mnie głębiej zainteresować i zainspirować do powrotów czy samodzielnych odkryć.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18317
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Klaus Schulze – Body Love
Od kiedy zaczęliśmy uskuteczniać nasze bestki, powoli zacząłem się za sprawą Dragona zanurzać w świat ambientów. Ostatnimi czasy zacząłem nawet wychodzić poza ramy bestek i przesłuchiwać nadprogramowe albumy poznanych twórców. Sprzyja temu bardzo moje nowe hobby polegające na codziennym pałętaniu się kilometrami po mazurskich bezdrożach. Nigdzie dobry ambient nie smakuje tak dobrze, jak w takich odludnych miejscach w terenie. Ucieszyłem się więc na widok albumu od Klausa Schulze. Tym bardziej, że bardzo dobrze wspominałem Crystal Lake. Powiem jednak już na początku, że z Body Love mam pewien problem. Już podczas pierwszego przesłuchania odczuwałem pewien rodzaj zawodu. Okoliczności przyrody były przepiękne. Śnieżnobiała zima w pełni. Sobotni spacer po lasach i polach, mnóstwo śniegu, mróz, białe drzewa. W ogóle wszystko oblepione śniegiem. A przecież pamiętam z opisu, iż Dragon sugerował, że to zimowa płyta. I pamiętam, że Crystal Lake rzeczywiście miało zimowy klimat. Body Love już na pewno takie zimowe nie jest. Właściwie w ogóle zimowe nie jest. Zresztą w kosmosie nie ma pór roku. A to totalnie kosmiczna muzyka. Czyli na papierze wszystko wygląda dobrze. Ale dla mnie kosmiczny klimat nie zawsze odpowiada. Do teraz nie lubię trzech pierwszych albumów Porcupine Tree, bo mi tam właśnie klimat nie podchodzi. I tutaj jest dosyć podobnie. Paleta dźwięków nie trafia w moje gusta. Tutaj wciąż uparcie za wzór będę stawiał DJ Spooky. Tam klimat po prostu zwalał z nóg. Tam czułem się, jakbym wręcz stał na obcej planecie otoczony ufoludkami. Albo jakbym uczestniczył w jakiejś powieści Wellsa. W Body Love to jest raczej szalona podróż promem przez obce galaktyki i to w iście ekspresowym tempie.
Najlepszym dla mnie utworem na albumie jest Blanche. Najspokojniejsza kompozycja. Nie ma perkusji, nie ma tego pędu, co w utworach 1 i 3. Wciąż paleta dźwięków nie w pełni mi może odpowiada, ale jest w miarę klimatycznie. Są kosmiczne szumy, dobre klawisze w tle, pianino. Trochę przeszkadzają mi te ćwierkające w wielu fragmentach dźwięki. Bez nich byłoby o wiele lepiej. Po pięciu minutach wchodzi na pierwszy plan długa solówka na klawiszu. Dragon opisał ten album jako syntezatorowy rock. No właśnie. Tylko zamiast gitar nawala syntezator. W Blanche jest on dosyć spokojny, choć i tak nadmiernie wyeksponowany. Ale prawdziwy rock to utwory nr 1 i 3.
Stardancer zaczyna się obiecująco. Wydaje się obiecywać coś, czego jednak nie dostaniemy. Bo już w 4-ej minucie po serii odgłosów wybuchów zaczyna się nieprzyjemne dudnienie i wchodzi upierdliwy syntezator, który z każdą sekundą wgryza się bezlitośnie w mózg jak jakiś pasożyt. Ten syntezator brzmi dla mnie mało przyjemnie i jest niezwykle natarczywy. Jest jeszcze gorzej pod tym względem niż później w PTO. Po spokojnym początku wygląda to tak, jakby kosmiczny prom, którym spokojnie podróżujemy przyglądając się mijanym światom postanowił odpalić hipernapęd i wejść w nadprzestrzenną. Obraz na oknem iluminatora oczywiście momentalnie się rozmazuje tak bardzo, że nawet całe galaktyki wyglądają jak jedna wielka rozmazana smuga światła. Na dodatek mam wrażenie, jakby Schulze uderzał w klawisze syntezatora zupełnie losowo wygrywając to, co mu akurat jego fantazja podpowiadała. Mimo wielu przesłuchań nie wyłapuję tam zbytnio logicznych melodii. Na szczęście ten utwór nie trwa jeszcze 27 minut.
P:T:O: też zaczyna się dobrze. Spokojnie i klimatycznie. Chciałoby się, żeby to trwało jak najdłużej. Ale po 4 minutach wchodzi już elektroniczne arpeggio, które potem jeszcze wzbiera na sile. Ale wciąż jest spoko. Lubię arpy. Nawet perkusja niczego nie psuje. Jest nienachalna i robi dobrą robotę. Gorzej jak znowu wchodzą solówki na syntezatorze. Zaczyna się znowu kosmiczny rock. I te syntezatorowe harce trwają zdecydowanie za długo. Bodaj ok. 15-16 minut tego samego powoduje, że tylko zerkam na pozostały do końca czas z utęsknieniem wyczekując końca. Dragon pisze, że cały czas brzmienia ulegają ewolucji. Obsłuchany w temacie przez lata pewnie to słyszy, co naprawdę podziwiam. Dla mnie to w kółko jedno i to samo. Przez 16 minut syntezatorowy kosmiczny już nawet nie rock, a „metal”. Wreszcie po 22-ch minutach Klaus lituje się nad słuchaczami i zdecydowanie zwalnia. Robi się znowu dosyć spokojnie i nastrojowo.
Dragon zadawał sobie pytanie, czy po pierwszym odsłuchu ktoś zdecyduje się z marszu na drugą przejażdżkę. No ja na pewno mam dosyć. Jestem wykończony tym szatańskim galopującym syntezatorem.
Dobrnąłem do końca. Nie jestem dobry w opisywaniu takiej muzyki. Zazwyczaj skupiam się na opisywaniu wrażeń, jakie wywołuje we mnie taka muzyka. No i tutaj te wrażenia są mieszane. To nie jest zła płyta. Ale na pewno nie dla każdego. Ja bardzo dobrze radzę sobie z monotonnym materiałem, o ile ta monotonia pasuje mi brzmieniowo i ma odpowiedni klimat. Posłuchałem z 5 albo 6 albumów Klausa Wiese. Tam jest bardzo monotonnie, ale też bardzo klimatycznie. Potrafię znaleźć sobie odpowiednie warunki do słuchania takiej muzyki. Natomiast nie znajduję odpowiedniej sytuacji, gdzie mógłbym posłuchać Body Love bez znużenia i patrzenia na licznik czasu pozostałego do końca albumu. Są fragmenty dobre, jak początek 1 i 3 utworu, końcówka 3 utworu, a nawet całe Blanche. Ale to syntezatorowe galopowanie na oślep w Stardancer i PTO to jednak nie dla mnie. Strasznie męczące. Do tego ogólne brzmienie albumu też nie bardzo mi odpowiada. Za dużo tych kosmicznych świdrujących i ćwierkających dźwięków. Za mało subtelności i klimatu. To znaczy klimat owszem i jest, ale nie taki, jakiego bym oczekiwał.
Od kiedy zaczęliśmy uskuteczniać nasze bestki, powoli zacząłem się za sprawą Dragona zanurzać w świat ambientów. Ostatnimi czasy zacząłem nawet wychodzić poza ramy bestek i przesłuchiwać nadprogramowe albumy poznanych twórców. Sprzyja temu bardzo moje nowe hobby polegające na codziennym pałętaniu się kilometrami po mazurskich bezdrożach. Nigdzie dobry ambient nie smakuje tak dobrze, jak w takich odludnych miejscach w terenie. Ucieszyłem się więc na widok albumu od Klausa Schulze. Tym bardziej, że bardzo dobrze wspominałem Crystal Lake. Powiem jednak już na początku, że z Body Love mam pewien problem. Już podczas pierwszego przesłuchania odczuwałem pewien rodzaj zawodu. Okoliczności przyrody były przepiękne. Śnieżnobiała zima w pełni. Sobotni spacer po lasach i polach, mnóstwo śniegu, mróz, białe drzewa. W ogóle wszystko oblepione śniegiem. A przecież pamiętam z opisu, iż Dragon sugerował, że to zimowa płyta. I pamiętam, że Crystal Lake rzeczywiście miało zimowy klimat. Body Love już na pewno takie zimowe nie jest. Właściwie w ogóle zimowe nie jest. Zresztą w kosmosie nie ma pór roku. A to totalnie kosmiczna muzyka. Czyli na papierze wszystko wygląda dobrze. Ale dla mnie kosmiczny klimat nie zawsze odpowiada. Do teraz nie lubię trzech pierwszych albumów Porcupine Tree, bo mi tam właśnie klimat nie podchodzi. I tutaj jest dosyć podobnie. Paleta dźwięków nie trafia w moje gusta. Tutaj wciąż uparcie za wzór będę stawiał DJ Spooky. Tam klimat po prostu zwalał z nóg. Tam czułem się, jakbym wręcz stał na obcej planecie otoczony ufoludkami. Albo jakbym uczestniczył w jakiejś powieści Wellsa. W Body Love to jest raczej szalona podróż promem przez obce galaktyki i to w iście ekspresowym tempie.
Najlepszym dla mnie utworem na albumie jest Blanche. Najspokojniejsza kompozycja. Nie ma perkusji, nie ma tego pędu, co w utworach 1 i 3. Wciąż paleta dźwięków nie w pełni mi może odpowiada, ale jest w miarę klimatycznie. Są kosmiczne szumy, dobre klawisze w tle, pianino. Trochę przeszkadzają mi te ćwierkające w wielu fragmentach dźwięki. Bez nich byłoby o wiele lepiej. Po pięciu minutach wchodzi na pierwszy plan długa solówka na klawiszu. Dragon opisał ten album jako syntezatorowy rock. No właśnie. Tylko zamiast gitar nawala syntezator. W Blanche jest on dosyć spokojny, choć i tak nadmiernie wyeksponowany. Ale prawdziwy rock to utwory nr 1 i 3.
Stardancer zaczyna się obiecująco. Wydaje się obiecywać coś, czego jednak nie dostaniemy. Bo już w 4-ej minucie po serii odgłosów wybuchów zaczyna się nieprzyjemne dudnienie i wchodzi upierdliwy syntezator, który z każdą sekundą wgryza się bezlitośnie w mózg jak jakiś pasożyt. Ten syntezator brzmi dla mnie mało przyjemnie i jest niezwykle natarczywy. Jest jeszcze gorzej pod tym względem niż później w PTO. Po spokojnym początku wygląda to tak, jakby kosmiczny prom, którym spokojnie podróżujemy przyglądając się mijanym światom postanowił odpalić hipernapęd i wejść w nadprzestrzenną. Obraz na oknem iluminatora oczywiście momentalnie się rozmazuje tak bardzo, że nawet całe galaktyki wyglądają jak jedna wielka rozmazana smuga światła. Na dodatek mam wrażenie, jakby Schulze uderzał w klawisze syntezatora zupełnie losowo wygrywając to, co mu akurat jego fantazja podpowiadała. Mimo wielu przesłuchań nie wyłapuję tam zbytnio logicznych melodii. Na szczęście ten utwór nie trwa jeszcze 27 minut.
P:T:O: też zaczyna się dobrze. Spokojnie i klimatycznie. Chciałoby się, żeby to trwało jak najdłużej. Ale po 4 minutach wchodzi już elektroniczne arpeggio, które potem jeszcze wzbiera na sile. Ale wciąż jest spoko. Lubię arpy. Nawet perkusja niczego nie psuje. Jest nienachalna i robi dobrą robotę. Gorzej jak znowu wchodzą solówki na syntezatorze. Zaczyna się znowu kosmiczny rock. I te syntezatorowe harce trwają zdecydowanie za długo. Bodaj ok. 15-16 minut tego samego powoduje, że tylko zerkam na pozostały do końca czas z utęsknieniem wyczekując końca. Dragon pisze, że cały czas brzmienia ulegają ewolucji. Obsłuchany w temacie przez lata pewnie to słyszy, co naprawdę podziwiam. Dla mnie to w kółko jedno i to samo. Przez 16 minut syntezatorowy kosmiczny już nawet nie rock, a „metal”. Wreszcie po 22-ch minutach Klaus lituje się nad słuchaczami i zdecydowanie zwalnia. Robi się znowu dosyć spokojnie i nastrojowo.
Dragon zadawał sobie pytanie, czy po pierwszym odsłuchu ktoś zdecyduje się z marszu na drugą przejażdżkę. No ja na pewno mam dosyć. Jestem wykończony tym szatańskim galopującym syntezatorem.
Dobrnąłem do końca. Nie jestem dobry w opisywaniu takiej muzyki. Zazwyczaj skupiam się na opisywaniu wrażeń, jakie wywołuje we mnie taka muzyka. No i tutaj te wrażenia są mieszane. To nie jest zła płyta. Ale na pewno nie dla każdego. Ja bardzo dobrze radzę sobie z monotonnym materiałem, o ile ta monotonia pasuje mi brzmieniowo i ma odpowiedni klimat. Posłuchałem z 5 albo 6 albumów Klausa Wiese. Tam jest bardzo monotonnie, ale też bardzo klimatycznie. Potrafię znaleźć sobie odpowiednie warunki do słuchania takiej muzyki. Natomiast nie znajduję odpowiedniej sytuacji, gdzie mógłbym posłuchać Body Love bez znużenia i patrzenia na licznik czasu pozostałego do końca albumu. Są fragmenty dobre, jak początek 1 i 3 utworu, końcówka 3 utworu, a nawet całe Blanche. Ale to syntezatorowe galopowanie na oślep w Stardancer i PTO to jednak nie dla mnie. Strasznie męczące. Do tego ogólne brzmienie albumu też nie bardzo mi odpowiada. Za dużo tych kosmicznych świdrujących i ćwierkających dźwięków. Za mało subtelności i klimatu. To znaczy klimat owszem i jest, ale nie taki, jakiego bym oczekiwał.
-
Dragon
- Posty: 10307
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Schulze nie ułatwia sprawy z zakończeniami, właściwie nigdy nie zamyka swoich kompozycji. W epoce mówił nawet tak, że winylowy format nawet go ogranicza i wiele rzeczy mógłby jeszcze kontynuować, gdyby nie to, ile można było umieścić muzyki po obu stronach czarnego placka. Dobrze, że w swoich najlepszych latach jednak potrafił się ograniczać (!)
BTW sensowne zakończenia wcale nie są konieczne
Ciekawe, czy po czasie jeszcze coś was przyciągnie w te klimaty. Z jednej strony na pewno nie powiedziałem ostatniego słowa, z drugiej to nie jest, delikatnie mówiąc, muzyka na zwarte lub w 100% uważne odsłuchy dzień po dniu. W gimnazjum od czegoś takiego bolała mnie głowa i robiłem sobie dłuższe przerwy.
Nie da się też ukryć, że siłą rzeczy trochę muzyki tutaj ma charakter improwizowany.
BTW sensowne zakończenia wcale nie są konieczne
Ciekawe, czy po czasie jeszcze coś was przyciągnie w te klimaty. Z jednej strony na pewno nie powiedziałem ostatniego słowa, z drugiej to nie jest, delikatnie mówiąc, muzyka na zwarte lub w 100% uważne odsłuchy dzień po dniu. W gimnazjum od czegoś takiego bolała mnie głowa i robiłem sobie dłuższe przerwy.
Nie da się też ukryć, że siłą rzeczy trochę muzyki tutaj ma charakter improwizowany.
-
devotional
- Posty: 7379
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Klaus Schulze - Body Love
Klaus attacks! Dosłownie, albowiem już od pierwszych dźwięków Stardancera człowiek ma wrażenie, że jest wpychany w coś, co przypomina jakieś wielkie pole bitwy (tzn. najpierw się, wiadomo, zaczyna, obserwujemy nadciągające wojska przełamujące opadającą bardzo powoli fog of war, potem formacje czołowe obierają szyk bojowy, następnie kolejne, i kolejne, a potem dochodzi do pierwszych starć). A potem po prostu obserwuje to, co się na tymże polu odjaniepawla. Sam wstęp jest niesamowicie klimatyczny, to jest taka typowo niemiecka Kosmische Musik, czy też po prostu duże ilości space electronics na raz, jakże to charakterystyczne dla tego gatunku w latach 70. W pierwszej kolejności dostajemy ambiencik, który następnie rozkręca się na manierę opisaną przeze mnie wyżej. Potem, w okolicach 4 minuty, wchodzi ten świdrujący syntezator z phaserem, o którym Wuja napisał, że jest niczym pasożyt wgryzający się w mózg. Cóż, subiektywnie nie zgodzę się z takim określeniem, albowiem mnie tego typu dźwięki się bardzo podobają xD Lead jest może ODROBINĘ za głośny i ciągnie się nazbyt długo, nie dając osobie słuchającej chwili wytchnienia, a ta by się przydała (zwłaszcza, że wystarczyłoby zostawić ten niski klawisz na moment i pozwolić mu być głównym motorem napędowym utworu). Jednak jest to chyba jedyna uwaga, jaką względem niego mam. Podoba mi się, jak sekwencja uderzanych klawiszy w pewnym momencie produkuje brzmienie zalatujące orientem. Jego nagłe osuwanie się w reverb na sam koniec również daje fajny efekt. Bębny, wyraźne choć w sumie oszczędne (nie jest to perka w stylu Keitha Forseya u Sparks na No. 1 in Heaven; na marginesie, to Forsey napisał Don't You i potem wcisnął Simple Minds), stanowią dobry dodatek do numeru. A że urywa się trochę znikąd... cóż, moim zdaniem trafiony zabieg, jak już się wszystko tak soczyście rozkręciło niemal 10 minut wcześniej i szło tym samym tempem/siłą naprzód, najlepiej było wszystko ściąć miast dawać jakąś mało autentyczną kulminację.
A potem wjeżdża Blanche i zgodnie z zapowiedzią Roberta mamy wytchnienie (długo wyczekiwane chciałoby się powiedzieć, zwłaszcza po tak mocnym wstępie). Utwór przypomina mi Tangerine Dream, ale gdzieś w tle majaczy też Banco de Gaia z okolic Last Train to Lhasa (czyli swojej drugiej płyty, wydanej zaraz po krążku Maya, którego słuchaliście rok temu). Ta muza z powodzeniem mogłaby być soundtrackiem to jakiejś gry wideo, i nie jest to absolutnie pogarda wobec niej wyrażona, po prostu tworzy klimat eksploracji, w której aż pragnie się brać udział samemu (przewrotnie powiem - a może wcale nie przewrotnie - że pasuje to, choć niestandardowo, do konceptu soundtracku dla filmu porno lol; z drugiej strony debiutancki singiel Ultravox! zanim to jeszcze był Ultravox! był dokładnie tym samym lol). Film jest trochę zbyt mało angażujący pod tym względem (nie mówię o filmie porno, aczkolwiek ciężko mi sobie wyobrazić uprawianie miłości do tego albumu bez dodatków chemicznych), zaś zwykły spacer ze słuchawkami za mało fantastyczny, że tak to ujmę. Przy 7-mej minucie Blanche przechodzi w czyste klawisze, które już od parudziesięciu sekund suflowały mi kogoś jeszcze - jakże to wręcz oczywiste, a nie wpadłem na ten trop od razu. Chodzi, rzecz jasna, o Cate Brooks z The Advisory Circle (ale słyszę też Jima Juppa z jego Belbury Poly). Czyli iście brytyjskie eksperymenty elektroniczne, które przecież srogo nawiązują do rozwleczonego, syntezatorowego grania lat 70. (a wtedy inspirowały np. Johna Foxxa czy The Human League, zwłaszcza ich pierwszą inkarnację, która mało miała wspólnego z popową odsłoną tria Phil Oakey i jego dwie laski). Schulze dostarcza, jest bardzo nastrojowo, wręcz nieco zmysłowo, choć równie dobrze mogłoby to być tło muzyczne do radzieckiego filmu o eksploracji kosmosu. To, co mnie mimo wszystko wnerwiło podczas tego seansu, to totalnie nagły fade out, który spokojnie byłby uszedł bardziej wydłużony, w ten sposób to ja potrafiłem ucinać własne numery nagrywane za gówniarza xD Mało profesjonalny ruch i odbiera radochę z odsłuchu. Taki numer powinien opadać dużo wolniej.
P:T:O: (prawie jak neworderowskie MTO) stanowi dla mnie pewnego rodzaju połączenie dwóch poprzednich numerów, gdzie lekkość "środkowego" elektroambientu zlewa się z kopnięciem Stardancera (swoją drogą, trafne i sensowne ułożenie kawałków na płycie). Wejście od strony Blanche jest na tyle łagodne, że te dwa kawałki spokojnie powinny mieć cross fade, co najpewniej uratowałoby trochę fatalne zakończenie poprzednika. Wstęp znów jest kosmiczny, odrobina wyobraźni i osoba słuchająca orbituje wokół (już przecież dawno zdeorbitowanej lol) stacji Mir, w oddali majaczą jakieś sondy, jeszcze dalej Ziemia, ground control to Major Tom, takie tam. Przez kilka minut względny spokój, po czym przy 6-tej minucie wchodzi arpeggio i znów nabieramy tempa (swoją drogą, to ciekawe, jak ten stosunkowo prosty zabieg dający się bardzo łatwo zaprogramować może zrobić niemal każdy utwór, tj. uczynić go i odpowiednio długim, i interesującym, a często nawet odpowiednio długo interesującym, co wcale nie jest proste nawet przy założenia kobylastych numerach na granicy elektroniki i ambientu; tak samo może je jednak spieprzyć). Wracają też bębny (choć, zważywszy na skalę ich zastosowania tutaj, powinienem po prostu napisać - instrumenty perkusyjne), także Grosskopf (swoją drogą, śmieszne nazwisko) ponownie dokłada swoje trzy grosze (trzy fenigi?) i - podobnie jak w przypadku pierwszego kawałka, A NAWET BARDZIEJ - "dostraja" utwór po swojej stronie, czyniąc go wcale nie tak dalekim krewnym ówczesnego prog rocka (choć może bardziej na modłę Styx niż King Crimson, wciąż spokojnie jestem w stanie sobie zwizualizować Roberta Frippa czarującego cuda na swoim Les Paulu, a raczej na jednym z wielu swoich Les Paulów). Lead znów tu jest i znów jest wyraźny, ale nie "kradnie show" tak bardzo, jak przy otwieraczu. Przede wszystkim - znika tam, gdzie znikać powinien, podkreśla to, co podkreślenia wymaga. I teraz tak - z jednej strony nie sposób nie zgodzić się z uwagami shodana czy Murzyna, że numer ten jest nieco przydługawy o tyle, że mamy tam do czynienia z mniej więcej tym samym cały czas, ale też ja należę do osób, którym niespecjalnie to przeszkadza. To po co się do tego przywalam? Bo tutaj na peeewnym etapie jednak zaczyna to troszkę nużyć. Mimo to nie będę jakoś bardzo narzekał, albowiem zanim osiągnę ten stan zmęczenia materiału, zdąży nadejść coda, która całkowicie zmienia mi odbiór tego dzieła, ba! wchodzi na tyle nagle, że ma się wrażenia bycia siłowo wybudzonym z wyjątkowo intensywnego snu. Po którym to wybudzeniu orientujemy się, iż wciąż zwyczajnie dryfujemy w kosmosie xD Wraca Froese, pojawia się wręcz Jean-Michel Jarre (dodam też, że CZĘŚCIOWO zbliżony w brzmieniu utwór Marksa pt. Starstation Earth również nasuwał mi się na myśl podczas tego seansu), mamy dłuższy moment przeznaczony na wyciszenie, uspokojenie atmosfery, a potem nagle nadchodzi ten denerwujący ekspresowy fade CO JEST NIE TAK Z TYM GOŚCIEM NA TYM KRĄŻKU WTF.
Dobra, i ja się uspokajam. Cóż mogę powiedzieć, jako materiał wejściowy do twórczości Schulze'a nie zdaje może egzaminu o tyle, że przytłacza swoimi wymiarami (a podejrzewam - zapewne słusznie - że może on zaoferować dużo solidniejsze pod tym względem pozycje), to już jest oferta dla ludzi przynajmniej trochę zaznajomionymi z nim, bądź chociaż tym konkretnym gatunkiem. Mnie to omija trochę, gdyż po prostu lubię i elektronikę, i ambient, a już połączenie obydwu - zwłaszcza to umiejętne - potrafi mnie wepchnąć w określony stan. Nie inaczej było tutaj. Szkoda trochę, że aura za oknem się tak zmieniła, ponieważ wydaje mi się, że gdybym wybrał się z tym albumem do ośnieżonego lasu, pod którym mieszkam, odbiór mógłby być jeszcze lepszy. Ale nie będę jęczał, nie będę hejtował, daję props, choć nie jest to rzecz do słuchania codziennie na zapętleniu. Sam Schulze to już legenda (usłyszałem o gościu na długo przed usłyszeniem choćby kawałka jego solowej twórczości, albowiem wyprodukował on The Breathtaking Blue Alphaville, którego snippet mieliście w beste klipowej pod postacią Summer Rain), a jeśli o legendy i ich twórczość chodzi, to przyjęto regułę trudnej konfrontacji. Moi przedrecenzenci się z tego "chóru" bez większych problemów wyłamali, zaś ja po prostu będę stał z boku podśpiewując w ogólnej tonacji. Czuję się zachęcony do dalszego odkrywania jego muzyki. Kiedy tylko czas na to przyjdzie odpowiedni.
Klaus attacks! Dosłownie, albowiem już od pierwszych dźwięków Stardancera człowiek ma wrażenie, że jest wpychany w coś, co przypomina jakieś wielkie pole bitwy (tzn. najpierw się, wiadomo, zaczyna, obserwujemy nadciągające wojska przełamujące opadającą bardzo powoli fog of war, potem formacje czołowe obierają szyk bojowy, następnie kolejne, i kolejne, a potem dochodzi do pierwszych starć). A potem po prostu obserwuje to, co się na tymże polu odjaniepawla. Sam wstęp jest niesamowicie klimatyczny, to jest taka typowo niemiecka Kosmische Musik, czy też po prostu duże ilości space electronics na raz, jakże to charakterystyczne dla tego gatunku w latach 70. W pierwszej kolejności dostajemy ambiencik, który następnie rozkręca się na manierę opisaną przeze mnie wyżej. Potem, w okolicach 4 minuty, wchodzi ten świdrujący syntezator z phaserem, o którym Wuja napisał, że jest niczym pasożyt wgryzający się w mózg. Cóż, subiektywnie nie zgodzę się z takim określeniem, albowiem mnie tego typu dźwięki się bardzo podobają xD Lead jest może ODROBINĘ za głośny i ciągnie się nazbyt długo, nie dając osobie słuchającej chwili wytchnienia, a ta by się przydała (zwłaszcza, że wystarczyłoby zostawić ten niski klawisz na moment i pozwolić mu być głównym motorem napędowym utworu). Jednak jest to chyba jedyna uwaga, jaką względem niego mam. Podoba mi się, jak sekwencja uderzanych klawiszy w pewnym momencie produkuje brzmienie zalatujące orientem. Jego nagłe osuwanie się w reverb na sam koniec również daje fajny efekt. Bębny, wyraźne choć w sumie oszczędne (nie jest to perka w stylu Keitha Forseya u Sparks na No. 1 in Heaven; na marginesie, to Forsey napisał Don't You i potem wcisnął Simple Minds), stanowią dobry dodatek do numeru. A że urywa się trochę znikąd... cóż, moim zdaniem trafiony zabieg, jak już się wszystko tak soczyście rozkręciło niemal 10 minut wcześniej i szło tym samym tempem/siłą naprzód, najlepiej było wszystko ściąć miast dawać jakąś mało autentyczną kulminację.
A potem wjeżdża Blanche i zgodnie z zapowiedzią Roberta mamy wytchnienie (długo wyczekiwane chciałoby się powiedzieć, zwłaszcza po tak mocnym wstępie). Utwór przypomina mi Tangerine Dream, ale gdzieś w tle majaczy też Banco de Gaia z okolic Last Train to Lhasa (czyli swojej drugiej płyty, wydanej zaraz po krążku Maya, którego słuchaliście rok temu). Ta muza z powodzeniem mogłaby być soundtrackiem to jakiejś gry wideo, i nie jest to absolutnie pogarda wobec niej wyrażona, po prostu tworzy klimat eksploracji, w której aż pragnie się brać udział samemu (przewrotnie powiem - a może wcale nie przewrotnie - że pasuje to, choć niestandardowo, do konceptu soundtracku dla filmu porno lol; z drugiej strony debiutancki singiel Ultravox! zanim to jeszcze był Ultravox! był dokładnie tym samym lol). Film jest trochę zbyt mało angażujący pod tym względem (nie mówię o filmie porno, aczkolwiek ciężko mi sobie wyobrazić uprawianie miłości do tego albumu bez dodatków chemicznych), zaś zwykły spacer ze słuchawkami za mało fantastyczny, że tak to ujmę. Przy 7-mej minucie Blanche przechodzi w czyste klawisze, które już od parudziesięciu sekund suflowały mi kogoś jeszcze - jakże to wręcz oczywiste, a nie wpadłem na ten trop od razu. Chodzi, rzecz jasna, o Cate Brooks z The Advisory Circle (ale słyszę też Jima Juppa z jego Belbury Poly). Czyli iście brytyjskie eksperymenty elektroniczne, które przecież srogo nawiązują do rozwleczonego, syntezatorowego grania lat 70. (a wtedy inspirowały np. Johna Foxxa czy The Human League, zwłaszcza ich pierwszą inkarnację, która mało miała wspólnego z popową odsłoną tria Phil Oakey i jego dwie laski). Schulze dostarcza, jest bardzo nastrojowo, wręcz nieco zmysłowo, choć równie dobrze mogłoby to być tło muzyczne do radzieckiego filmu o eksploracji kosmosu. To, co mnie mimo wszystko wnerwiło podczas tego seansu, to totalnie nagły fade out, który spokojnie byłby uszedł bardziej wydłużony, w ten sposób to ja potrafiłem ucinać własne numery nagrywane za gówniarza xD Mało profesjonalny ruch i odbiera radochę z odsłuchu. Taki numer powinien opadać dużo wolniej.
P:T:O: (prawie jak neworderowskie MTO) stanowi dla mnie pewnego rodzaju połączenie dwóch poprzednich numerów, gdzie lekkość "środkowego" elektroambientu zlewa się z kopnięciem Stardancera (swoją drogą, trafne i sensowne ułożenie kawałków na płycie). Wejście od strony Blanche jest na tyle łagodne, że te dwa kawałki spokojnie powinny mieć cross fade, co najpewniej uratowałoby trochę fatalne zakończenie poprzednika. Wstęp znów jest kosmiczny, odrobina wyobraźni i osoba słuchająca orbituje wokół (już przecież dawno zdeorbitowanej lol) stacji Mir, w oddali majaczą jakieś sondy, jeszcze dalej Ziemia, ground control to Major Tom, takie tam. Przez kilka minut względny spokój, po czym przy 6-tej minucie wchodzi arpeggio i znów nabieramy tempa (swoją drogą, to ciekawe, jak ten stosunkowo prosty zabieg dający się bardzo łatwo zaprogramować może zrobić niemal każdy utwór, tj. uczynić go i odpowiednio długim, i interesującym, a często nawet odpowiednio długo interesującym, co wcale nie jest proste nawet przy założenia kobylastych numerach na granicy elektroniki i ambientu; tak samo może je jednak spieprzyć). Wracają też bębny (choć, zważywszy na skalę ich zastosowania tutaj, powinienem po prostu napisać - instrumenty perkusyjne), także Grosskopf (swoją drogą, śmieszne nazwisko) ponownie dokłada swoje trzy grosze (trzy fenigi?) i - podobnie jak w przypadku pierwszego kawałka, A NAWET BARDZIEJ - "dostraja" utwór po swojej stronie, czyniąc go wcale nie tak dalekim krewnym ówczesnego prog rocka (choć może bardziej na modłę Styx niż King Crimson, wciąż spokojnie jestem w stanie sobie zwizualizować Roberta Frippa czarującego cuda na swoim Les Paulu, a raczej na jednym z wielu swoich Les Paulów). Lead znów tu jest i znów jest wyraźny, ale nie "kradnie show" tak bardzo, jak przy otwieraczu. Przede wszystkim - znika tam, gdzie znikać powinien, podkreśla to, co podkreślenia wymaga. I teraz tak - z jednej strony nie sposób nie zgodzić się z uwagami shodana czy Murzyna, że numer ten jest nieco przydługawy o tyle, że mamy tam do czynienia z mniej więcej tym samym cały czas, ale też ja należę do osób, którym niespecjalnie to przeszkadza. To po co się do tego przywalam? Bo tutaj na peeewnym etapie jednak zaczyna to troszkę nużyć. Mimo to nie będę jakoś bardzo narzekał, albowiem zanim osiągnę ten stan zmęczenia materiału, zdąży nadejść coda, która całkowicie zmienia mi odbiór tego dzieła, ba! wchodzi na tyle nagle, że ma się wrażenia bycia siłowo wybudzonym z wyjątkowo intensywnego snu. Po którym to wybudzeniu orientujemy się, iż wciąż zwyczajnie dryfujemy w kosmosie xD Wraca Froese, pojawia się wręcz Jean-Michel Jarre (dodam też, że CZĘŚCIOWO zbliżony w brzmieniu utwór Marksa pt. Starstation Earth również nasuwał mi się na myśl podczas tego seansu), mamy dłuższy moment przeznaczony na wyciszenie, uspokojenie atmosfery, a potem nagle nadchodzi ten denerwujący ekspresowy fade CO JEST NIE TAK Z TYM GOŚCIEM NA TYM KRĄŻKU WTF.
Dobra, i ja się uspokajam. Cóż mogę powiedzieć, jako materiał wejściowy do twórczości Schulze'a nie zdaje może egzaminu o tyle, że przytłacza swoimi wymiarami (a podejrzewam - zapewne słusznie - że może on zaoferować dużo solidniejsze pod tym względem pozycje), to już jest oferta dla ludzi przynajmniej trochę zaznajomionymi z nim, bądź chociaż tym konkretnym gatunkiem. Mnie to omija trochę, gdyż po prostu lubię i elektronikę, i ambient, a już połączenie obydwu - zwłaszcza to umiejętne - potrafi mnie wepchnąć w określony stan. Nie inaczej było tutaj. Szkoda trochę, że aura za oknem się tak zmieniła, ponieważ wydaje mi się, że gdybym wybrał się z tym albumem do ośnieżonego lasu, pod którym mieszkam, odbiór mógłby być jeszcze lepszy. Ale nie będę jęczał, nie będę hejtował, daję props, choć nie jest to rzecz do słuchania codziennie na zapętleniu. Sam Schulze to już legenda (usłyszałem o gościu na długo przed usłyszeniem choćby kawałka jego solowej twórczości, albowiem wyprodukował on The Breathtaking Blue Alphaville, którego snippet mieliście w beste klipowej pod postacią Summer Rain), a jeśli o legendy i ich twórczość chodzi, to przyjęto regułę trudnej konfrontacji. Moi przedrecenzenci się z tego "chóru" bez większych problemów wyłamali, zaś ja po prostu będę stał z boku podśpiewując w ogólnej tonacji. Czuję się zachęcony do dalszego odkrywania jego muzyki. Kiedy tylko czas na to przyjdzie odpowiedni.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24627
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Jak to jest, że poprzednie płyty były wymęczane tygodniami, a tu pierwszego dnia wlatują cztery recenzje?
Klaus Schulze – Body Love
Muza z pornosa nakręconego w latach 70, moim zdaniem jest to rekomendacja najwyższych rzędów i nie jest to kpina, ani ironia z mojej strony. Mam na dysku całe kompilacje muzyki z porno, odkryłem niesamowite ilości dobrych utworów dzięki temu. Za „Body Love” zabrałem się w sposób hardcorowy, ponieważ zdecydowałem poddać się pełnemu Schuzle experience i przesłuchałem obie części „Body Love” wraz z reedycyjnymi bonusami. To było jakieś 2 i pół godziny słuchania. Przyznam, że to nie był szczególnie udany pomysł, zwłaszcza że niektóre bonusy, np. „Lasse Braun”, były po prostu takie sobie (a jak taki sobie kawałek trwa ponad 22 minuty, to już cierpliwość szybko znika). Na drugim „Body Love” znalazłem jednak pewien klejnot, ale odniosę się do tego później.
„Stardancer” od pierwszych minut sprawił, że wróciłem myślami do pewnych wczesnych recenzji „Oxygene” Jarra, któremu zarzucano wtedy, że nie robi niczego nowego, a jedynie kopiuje, między innymi, Klausa Schulze, tylko w sposób prostacki. Nie będę się z tym kłócił, bo łatwo się z tym nie zgadzać niemal 50 lat później, ale rozumiem skąd te zarzuty mogły się wziąć. O ile „Body Love” wyszło po „Oxy”, to przecież Schulze nagrywał już wcześniej i choćby sam mellotron pachnie w podobny sposób. Nie wiem, czy Panowie prowadzili ping-ponga inspiracji, ale „Stardancer” brzmi trochę jak jakaś zagubiona część pierwszego „Oxygene”. Oczywiście jest kilka znaczących różnic, np. żywa perkusja. To mi się zawsze w Tangerine Dream podobało, że to nie był zespół, który zamykał się na tego typu instrumentarium. Jarre też korzystał z tego typu rozwiązań podczas koncertów, ale np. Kraftwerk kompletnie się na to wyłączyli po „Autobahn”. Cosmic-quality utworu, mocno też zalatuje mi space rockowymi zespołami z epoki. To są wszystko pozytywne skojarzenia i vibe bardzo mi odpowiada. Jeśli chodzi o sam utwór, a w zasadzie zawartość całego „Body Love”, to zwróciłem uwagę na jedną rzecz. Klaus Schulze to taki rockman klawisza. Facet lubi niekończące się solówki, gdyby grał na gitarze to by na niej shredował. To jest typ faceta, który wychodzi na pustą scenę podczas stadionowego koncertu i gra solówkę, a ludzie szaleją. Takie się przynajmniej odnosi wrażenie. O ile facet ma parę w łapach i niejedną noc z klawiszem przespał, to ostatecznie jego solówki, zwłaszcza w dłuższych utworach, potrafią zmęczyć. Trudno tego po prostu słuchać w skupieniu. To nie są przemyślane melodie, jak u Jarra, to jest shredding na klawiszu. „Stardancer” to niecały kwadrans improwizacji, raz idzie się w to wkręcić, innym nie. Obejrzałem sobie fragmenty filmu „Body Love”, osobiście wolę porno bez muzyki, a muzykę z porno osobno (taki paradoks), ale może kiedyś pokuszę się o obejrzenie całości i ogarnięcie fabuły. Ciekawy wybór na kompozytora.
„Blanche” zaczyna się jak muza z save room’u w „Resident Evil 3”, co jest z mojej strony komplementem, bo zawsze lubiłem te muzykę. Kosmiczne dźwięki w tle, gęsty syntezator, w pewnym momencie mellotron, znowu jednoznaczne skojarzenia z Jarrem. Robi się ambientowo, nie ma perkusji, w taki sposób łatwiej mnie kupić niż space rockowym kawałkiem nagranym na syntezatory. Mam tu jeszcze skojarzenie z pewnym kawałkiem Mike’a Oldfield’a, ale na razie zachowam to dla siebie. Od piątej minuty robi się trochę wczesne Pink Floyd. Człowiek czuje się z tymi brzmieniami jak w domu. Tutaj również Schulze uderza w ostre solowanie, ale wykonanie ma zdecydowanie lepszy klimat. Doskonały utwór, do którego wiem, że z radością będę wracał wielokrotnie.
„P.T.O.” - 27 minut z hakiem, grubo. Zaczyna się niezwykle obiecująco, jak… „Oxygene” xD
Nie wiem no, nie znam jeszcze Schulza na tyle dobrze, żeby tak zestawiać go z Jarrem, którego akurat znam dobrze, ale byłby fajnie gdyby ci faceci słuchali się nawzajem i inspirowali swoją muzyką wzajemnie. Jest mellotron, znowu pinkflojdowe zagrywki, gdyby ktoś zaczął grać na kieliszkach, to bym już tylko czekał na gitarę Gilmoura do „Shine on”. Tymczasem twist, w tle zaczyna majaczyć basowe arpeggio. Jest dobrze. Pojawia się kolejne arpeggio. Startuje nieśmiało perkusja, w tle olbrzymia przestrzeń wygenerowana klawiszami, space rock na pełnej. Już w tym momencie wiadomo, że jest tutaj zdecydowanie więcej pomysłu i kreatywności niż w „Stardancer”, nawet ślady czegoś, co by można nazwać kompozycją. Harald Grosskopf na perkusji podchodzi do numeru w nieco jazzujący sposób. Na wysokości 10 minuty mamy już Schulze na pełnej – solówka tu, solówka tam, gęste tło kosmicznych syntezatorów i arpeggio, które jest szkieletem całości. W tym momencie nie jest już mi straszne pozostałe 17 minut, wiem że się wkręciłem w ten kawałek. Wchodzi nieco agresywniejszy fragment, ciekawe rzeczy dzieją się na perkusji. Dobry jest miks na tej płycie, każdy syntezator jest dobrze słyszalny, ma swoje miejsce, żaden nie musi walczyć z innymi.
Arpeggio w pewnym momencie zaczyna wychodzić na pierwszy plan, potem znowu mellotron, no dzieją się tu dosyć fascynujące rzeczy, jeśli człowiek się skupi na tym, co się tutaj odpierdaIa. Tego mi brakowało w „Stardancerze”, minimal tam się nie sprawdził. Nagle się wszystko urywa. Trochę ten przeskok mnie drażni, bo flow był już naprawdę dobry, a tu jakbym się z roweru wyrąbał. Klaus wraca do robienia kosmosu syntezatorami, znowu robi się Jarrowo, jakby zaraz miało wejść „Oxygene VI”. I tak spokojnie do końca z pięknym fade outem. Klasa.
No i co tu powiedzieć. Może grubo było walić porównaniami tego low key soundtracku do porno z jednym z największych klasyków muzyki elektronicznej, ale uważam, że te płyty mają ze sobą wiele wspólnego. Jak i wiele różnic. Na tym polu, Schulze odrobinę przegrywa. Niekończące się solowanie nie przemawia do mnie jednak aż tak bardzo. Niemniej, w „P.T.O.” to działa, wszystko jest tak zorganizowane jeśli chodzi o instrumenty, że nie serwuje się nam pokazu jednego isntrumentu. Ten problem jest niestety domeną „Stardancera”, w którym brakuje jakiejś równowagi. Czasami dobrze się tego słucha, ale częściej jednak męczy. „Blanche” natomiast, to czysta przyjemność dla mojego ucha. Mamy tu zatem jeden taki sobie utwór, jeden doskonały i jeden bardzo dobry, zatem ocena moja jest raczej na plus.
Tak jak wspomniałem, przesłuchałem również vol. 2 i tam największe wrażenie zrobiło na mnie „Moogetique”. Zaczyna się bardzo podobnie jak „Blanche”, ale potem idzie w innym kierunku, nieco bardziej filmowym, pejzażowym. Im dalej w las, tym bardziej psychodelicznie się robi. Trzeba usłyszeć, żeby zrozumieć. Fenomenalna rzecz. „Stardancer II” z pewnością podoba mi się bardziej niż ‘jedynka’. Epicki klimat intra, potem fajne przejazdy na talerzach i mocarne wejście arpeggia. Czuć moc. Potem oczywiście wchodzi solowanko, ale jakoś bardziej mi się podoba w tym kontekście. „Nowhere – Now Here” również mi się podoba. Wejście arpa, kojarzy mi się z soundtrackami Johna Carpentera, nie byłbym zdziwiony gdyby okazało się, że mistrz inspirował się Schulzem. Powolne tempo, świetny mellotron i barwy klawiszy. Solowanko znacznie bardziej z wyczuciem. Przyspieszenie w połowie fajne, przypomina mi nieco „P.T.O.”. Syntezator pod koniec przypomina mi „Big Muff”. 28 minut dobrego grania. Bonus – „Buddy Laugh” – jest ok, fajna perkusja. Gdyby Smoku wrzucił „Body Love 2”, zamiast oryginału, to podejrzewam, że moja ocena by była jeszcze wyższa. Dobrze, że takie albumy wychodzą.
Podsumowując, lubię klasyczną elektronikę i pomimo kilku zgrzytów, uważam czas spędzony z „Body Love” za udany. Mam sentyment do Klausa Schulze. Mój ojciec był wraz z moją mamą na jednym z tych słynnych polskich koncertów w 1983 r., z których potem zmontowano „Dziękuję Poland”. Atmosferę można było tam kroić nożem. Nadrabiam powoli twórczość tego człowieka, wiem że dane mi będzie doświadczyć wielu dobrych muzycznie momentów. „Body Love” to płyta mająca swoje problemy, ale z ciekawym tłem i, mimo wszystko, w większości dobrą muzyką.
Klaus Schulze – Body Love
Muza z pornosa nakręconego w latach 70, moim zdaniem jest to rekomendacja najwyższych rzędów i nie jest to kpina, ani ironia z mojej strony. Mam na dysku całe kompilacje muzyki z porno, odkryłem niesamowite ilości dobrych utworów dzięki temu. Za „Body Love” zabrałem się w sposób hardcorowy, ponieważ zdecydowałem poddać się pełnemu Schuzle experience i przesłuchałem obie części „Body Love” wraz z reedycyjnymi bonusami. To było jakieś 2 i pół godziny słuchania. Przyznam, że to nie był szczególnie udany pomysł, zwłaszcza że niektóre bonusy, np. „Lasse Braun”, były po prostu takie sobie (a jak taki sobie kawałek trwa ponad 22 minuty, to już cierpliwość szybko znika). Na drugim „Body Love” znalazłem jednak pewien klejnot, ale odniosę się do tego później.
„Stardancer” od pierwszych minut sprawił, że wróciłem myślami do pewnych wczesnych recenzji „Oxygene” Jarra, któremu zarzucano wtedy, że nie robi niczego nowego, a jedynie kopiuje, między innymi, Klausa Schulze, tylko w sposób prostacki. Nie będę się z tym kłócił, bo łatwo się z tym nie zgadzać niemal 50 lat później, ale rozumiem skąd te zarzuty mogły się wziąć. O ile „Body Love” wyszło po „Oxy”, to przecież Schulze nagrywał już wcześniej i choćby sam mellotron pachnie w podobny sposób. Nie wiem, czy Panowie prowadzili ping-ponga inspiracji, ale „Stardancer” brzmi trochę jak jakaś zagubiona część pierwszego „Oxygene”. Oczywiście jest kilka znaczących różnic, np. żywa perkusja. To mi się zawsze w Tangerine Dream podobało, że to nie był zespół, który zamykał się na tego typu instrumentarium. Jarre też korzystał z tego typu rozwiązań podczas koncertów, ale np. Kraftwerk kompletnie się na to wyłączyli po „Autobahn”. Cosmic-quality utworu, mocno też zalatuje mi space rockowymi zespołami z epoki. To są wszystko pozytywne skojarzenia i vibe bardzo mi odpowiada. Jeśli chodzi o sam utwór, a w zasadzie zawartość całego „Body Love”, to zwróciłem uwagę na jedną rzecz. Klaus Schulze to taki rockman klawisza. Facet lubi niekończące się solówki, gdyby grał na gitarze to by na niej shredował. To jest typ faceta, który wychodzi na pustą scenę podczas stadionowego koncertu i gra solówkę, a ludzie szaleją. Takie się przynajmniej odnosi wrażenie. O ile facet ma parę w łapach i niejedną noc z klawiszem przespał, to ostatecznie jego solówki, zwłaszcza w dłuższych utworach, potrafią zmęczyć. Trudno tego po prostu słuchać w skupieniu. To nie są przemyślane melodie, jak u Jarra, to jest shredding na klawiszu. „Stardancer” to niecały kwadrans improwizacji, raz idzie się w to wkręcić, innym nie. Obejrzałem sobie fragmenty filmu „Body Love”, osobiście wolę porno bez muzyki, a muzykę z porno osobno (taki paradoks), ale może kiedyś pokuszę się o obejrzenie całości i ogarnięcie fabuły. Ciekawy wybór na kompozytora.
„Blanche” zaczyna się jak muza z save room’u w „Resident Evil 3”, co jest z mojej strony komplementem, bo zawsze lubiłem te muzykę. Kosmiczne dźwięki w tle, gęsty syntezator, w pewnym momencie mellotron, znowu jednoznaczne skojarzenia z Jarrem. Robi się ambientowo, nie ma perkusji, w taki sposób łatwiej mnie kupić niż space rockowym kawałkiem nagranym na syntezatory. Mam tu jeszcze skojarzenie z pewnym kawałkiem Mike’a Oldfield’a, ale na razie zachowam to dla siebie. Od piątej minuty robi się trochę wczesne Pink Floyd. Człowiek czuje się z tymi brzmieniami jak w domu. Tutaj również Schulze uderza w ostre solowanie, ale wykonanie ma zdecydowanie lepszy klimat. Doskonały utwór, do którego wiem, że z radością będę wracał wielokrotnie.
„P.T.O.” - 27 minut z hakiem, grubo. Zaczyna się niezwykle obiecująco, jak… „Oxygene” xD
Nie wiem no, nie znam jeszcze Schulza na tyle dobrze, żeby tak zestawiać go z Jarrem, którego akurat znam dobrze, ale byłby fajnie gdyby ci faceci słuchali się nawzajem i inspirowali swoją muzyką wzajemnie. Jest mellotron, znowu pinkflojdowe zagrywki, gdyby ktoś zaczął grać na kieliszkach, to bym już tylko czekał na gitarę Gilmoura do „Shine on”. Tymczasem twist, w tle zaczyna majaczyć basowe arpeggio. Jest dobrze. Pojawia się kolejne arpeggio. Startuje nieśmiało perkusja, w tle olbrzymia przestrzeń wygenerowana klawiszami, space rock na pełnej. Już w tym momencie wiadomo, że jest tutaj zdecydowanie więcej pomysłu i kreatywności niż w „Stardancer”, nawet ślady czegoś, co by można nazwać kompozycją. Harald Grosskopf na perkusji podchodzi do numeru w nieco jazzujący sposób. Na wysokości 10 minuty mamy już Schulze na pełnej – solówka tu, solówka tam, gęste tło kosmicznych syntezatorów i arpeggio, które jest szkieletem całości. W tym momencie nie jest już mi straszne pozostałe 17 minut, wiem że się wkręciłem w ten kawałek. Wchodzi nieco agresywniejszy fragment, ciekawe rzeczy dzieją się na perkusji. Dobry jest miks na tej płycie, każdy syntezator jest dobrze słyszalny, ma swoje miejsce, żaden nie musi walczyć z innymi.
Arpeggio w pewnym momencie zaczyna wychodzić na pierwszy plan, potem znowu mellotron, no dzieją się tu dosyć fascynujące rzeczy, jeśli człowiek się skupi na tym, co się tutaj odpierdaIa. Tego mi brakowało w „Stardancerze”, minimal tam się nie sprawdził. Nagle się wszystko urywa. Trochę ten przeskok mnie drażni, bo flow był już naprawdę dobry, a tu jakbym się z roweru wyrąbał. Klaus wraca do robienia kosmosu syntezatorami, znowu robi się Jarrowo, jakby zaraz miało wejść „Oxygene VI”. I tak spokojnie do końca z pięknym fade outem. Klasa.
No i co tu powiedzieć. Może grubo było walić porównaniami tego low key soundtracku do porno z jednym z największych klasyków muzyki elektronicznej, ale uważam, że te płyty mają ze sobą wiele wspólnego. Jak i wiele różnic. Na tym polu, Schulze odrobinę przegrywa. Niekończące się solowanie nie przemawia do mnie jednak aż tak bardzo. Niemniej, w „P.T.O.” to działa, wszystko jest tak zorganizowane jeśli chodzi o instrumenty, że nie serwuje się nam pokazu jednego isntrumentu. Ten problem jest niestety domeną „Stardancera”, w którym brakuje jakiejś równowagi. Czasami dobrze się tego słucha, ale częściej jednak męczy. „Blanche” natomiast, to czysta przyjemność dla mojego ucha. Mamy tu zatem jeden taki sobie utwór, jeden doskonały i jeden bardzo dobry, zatem ocena moja jest raczej na plus.
Tak jak wspomniałem, przesłuchałem również vol. 2 i tam największe wrażenie zrobiło na mnie „Moogetique”. Zaczyna się bardzo podobnie jak „Blanche”, ale potem idzie w innym kierunku, nieco bardziej filmowym, pejzażowym. Im dalej w las, tym bardziej psychodelicznie się robi. Trzeba usłyszeć, żeby zrozumieć. Fenomenalna rzecz. „Stardancer II” z pewnością podoba mi się bardziej niż ‘jedynka’. Epicki klimat intra, potem fajne przejazdy na talerzach i mocarne wejście arpeggia. Czuć moc. Potem oczywiście wchodzi solowanko, ale jakoś bardziej mi się podoba w tym kontekście. „Nowhere – Now Here” również mi się podoba. Wejście arpa, kojarzy mi się z soundtrackami Johna Carpentera, nie byłbym zdziwiony gdyby okazało się, że mistrz inspirował się Schulzem. Powolne tempo, świetny mellotron i barwy klawiszy. Solowanko znacznie bardziej z wyczuciem. Przyspieszenie w połowie fajne, przypomina mi nieco „P.T.O.”. Syntezator pod koniec przypomina mi „Big Muff”. 28 minut dobrego grania. Bonus – „Buddy Laugh” – jest ok, fajna perkusja. Gdyby Smoku wrzucił „Body Love 2”, zamiast oryginału, to podejrzewam, że moja ocena by była jeszcze wyższa. Dobrze, że takie albumy wychodzą.
Podsumowując, lubię klasyczną elektronikę i pomimo kilku zgrzytów, uważam czas spędzony z „Body Love” za udany. Mam sentyment do Klausa Schulze. Mój ojciec był wraz z moją mamą na jednym z tych słynnych polskich koncertów w 1983 r., z których potem zmontowano „Dziękuję Poland”. Atmosferę można było tam kroić nożem. Nadrabiam powoli twórczość tego człowieka, wiem że dane mi będzie doświadczyć wielu dobrych muzycznie momentów. „Body Love” to płyta mająca swoje problemy, ale z ciekawym tłem i, mimo wszystko, w większości dobrą muzyką.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10307
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Dwójkę uważam za znacznie gorszą tbh xD Pomijam ją od lat, związek obu jest dla mnie baardzo umowny.
Oczywiście nie było drugiej części filmu, w tym przypadku Schulze nagrał sobie raczej kontynuację klimatu rodem z jedynki. Dla mnie to już mocne wyczerpanie pomysłów, Lasse Braun w porównaniu do całej dwójki jest lepszy - choć to już radykalny minimalizm jego stylu przez dłuższy czas trwania, ale fan wchodzi w to jak w masło.
Ciekawe skojarzenia z Żarem, dla mnie zupełnie obce, wszystko służy innym celom w obu przypadkach. Schulze od pierwszych płyt trzyma się konsekwentnego stylu, dla bezczelnego spłycenia powiem, że zmienia się tylko sprzęt i stopień przypalenia zielonego przed włączeniem nagrywania. Możliwe, że słuchał Żara, ale nigdy publicznie nie cenił.
Chamskie urwania to też charakterystyczna zagrywka. Tutaj może wynikać ze struktury filmu, ale poza tym robił tak w innych miejscach na wielu płytach.
Może fade'y też chamskie, ale to i tak po 25-27 minut na stronę wychodziło xD
Oczywiście nie było drugiej części filmu, w tym przypadku Schulze nagrał sobie raczej kontynuację klimatu rodem z jedynki. Dla mnie to już mocne wyczerpanie pomysłów, Lasse Braun w porównaniu do całej dwójki jest lepszy - choć to już radykalny minimalizm jego stylu przez dłuższy czas trwania, ale fan wchodzi w to jak w masło.
Ciekawe skojarzenia z Żarem, dla mnie zupełnie obce, wszystko służy innym celom w obu przypadkach. Schulze od pierwszych płyt trzyma się konsekwentnego stylu, dla bezczelnego spłycenia powiem, że zmienia się tylko sprzęt i stopień przypalenia zielonego przed włączeniem nagrywania. Możliwe, że słuchał Żara, ale nigdy publicznie nie cenił.
Chamskie urwania to też charakterystyczna zagrywka. Tutaj może wynikać ze struktury filmu, ale poza tym robił tak w innych miejscach na wielu płytach.
Może fade'y też chamskie, ale to i tak po 25-27 minut na stronę wychodziło xD
-
Hien
- Posty: 24627
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Fejdy są ok, bo co miał zrobić, to są wszystko improwizacje. Ale ja jestem fanem fejdów.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10307
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Ja też, zawsze dobierał dobrze momenty zatrzymania.
Wgl s z o k, że tak szybko się meldujecie. Drugi szok, że mimo różnych marudów dajecie radę. Pewnie moje pierwsze kontakty streściłbym podobnie xD
Jestem dobrej myśli na przyszłość, ale takiemu devowi współczuję - nie ma takich wymiarów twórczości KS, które nie przytłaczają.
Wgl s z o k, że tak szybko się meldujecie. Drugi szok, że mimo różnych marudów dajecie radę. Pewnie moje pierwsze kontakty streściłbym podobnie xD
Jestem dobrej myśli na przyszłość, ale takiemu devowi współczuję - nie ma takich wymiarów twórczości KS, które nie przytłaczają.
-
Hien
- Posty: 24627
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Z tym Jarrem, to się może odzywa po prostu moje nie osłuchanie, czy raczej osłuchanie głównie z Jarrem, ale mellotron w elektronice, to nie jest coś czego doświadczałem jakoś często. Pewnie się okaże, że wszyscy w tamtych czasach brzmieli tak samo, a ja słyszę Oxygene xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10307
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Hmm... ten mellotron to akurat pojawia się zaskakująco często jak na Klausa. Może Moondawn, jeszcze X, ale nie na taką skalę, jak tutaj. Z drugiej strony to całkiem wdzięczny instrument pod realizację założenia (szczególnie wtedy) "żeby było mroczne, psychodelicznie, z lekkim uduchowieniem i sensualnością". IMO tu tak się to sprawdza.
-
Hien
- Posty: 24627
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Dla mnie to na pewno było ułatwienie, bo i instrument lubię, a i użycie go przez wykonawców związanych z elektroniką wydaje mi się odświeżające, po latach słuchania rockowych wankerów używających go jako tła.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10307
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
W elektronice nikt tego tak nie przeorał jak Tangerine Dream. Z drugiej strony nikt w tak nieoczywisty sposób z niego nie korzystał jak JMJ. Dla mnie dalej jest lekkkm zaskoczeniem to, jak często z niego korzystał przy Oxygene 7-13, a to przecież połowa lat 90.
-
Hien
- Posty: 24627
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Co by nie mówić, Oxygeny mellotronem stoją, chociaż trójka już zdecydowanie mniej. W każdym razie, kontynuuję poznawanie Klausa dalej w ten weekend z "Deus Arrakis" (w tygodniu jakoś nie było chwili).
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10307
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
I to jest przykładne zachowanie
-
stripped
- Posty: 13789
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Jarreło Żarrło i zdechło, to nie jest skomplikowana płyta Panowie, trudno może się o tym pisze ale to się już trza zmusić i usiąść, samo się nie zrobi 
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24627
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
a kto w temacie ssie pałe, Mentos i Melki jak zwykle?
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn