Hien pisze: 06 kwie 2022 17:19
XTC – Nonsuch
Moja historia z XTC i tym albumem jest taka... i proszę czytać uważnie albowiem jest to przypowieść, dosyć istotna w kontekście naszej zabawy. Zespół zacząłem poznawać z własnej woli w 2014 roku, więc późno. Od chyba 2013 roku, znajomy próbował mi ich sprzedać, ale ja byłem dosyć oporny. Podrzucał mi kawałki, ja ich słuchałem, podobały mi się, ale nie rzucałem się na albumy. Nie wiem czemu, to jest jakiś dziwny rodzaj umysłowego lenistwa, który sprawia, że nie chce się poświęcić tej godziny na poznanie jakiegoś reko, bo powody w dupy. Choćby z tego względu, podobają mi się nasze bestki, bo jesteśmy zobligowani żeby słuchać tej muzyki xD
W każdym razie, przyszedł rok 2014 i w końcu usłyszałem kawałek, który popchnął mnie w dyskografię XTC, nie napisze jaki, bo prędzej czy później pojawi się w bestce utworów.
Popłynąłem dosyć sprawnie, w pierwszej kolejności dosyć dziwnie, bo Apple Venus i Wasp Star (de facto jeden album w dwóch częściach), a potem klasycznie czyli Skylarking. I te albumy mi weszły bez popity, zresztą jest to zdecydowanie najbardziej przystępne XTC jakie może być. Patrząc wtedy na wypowiedzi fanów, w tym samego Tima Bownessa (hehe), zauważyłem, że kilka albumów wymienianych jest ze zdecydowanie większą miłością. Wśród tych płyt było Nonsuch. Zaopatrzyłem się, włączyłem, przesłuchałem i rzuciłem z gniewem w kąt. Kompletnie mi się ten album nie spodobał. Byłem w sporym szoku, że jest tak popularny wśród miłośników, a to takie barachło. Próbowałem jeszcze ze dwa razy, ale kompletnie mnie odrzucało. W tej chwili nie pamiętam nawet jakie ja miałem zarzuty wobec Nonsuch, ale w stosunku do Skylarking, wydawało mi się brzmieć na jedno kopyto oraz brakowało mi dobry piosenek. Jeśli wierzyć lastowi, to pierwsze przesłuchanie miało miejsce 20 lipca 2014. Nieliczne próby później miały mniej/więcej taki sam skutek. Aż do 2016 r. Od 2016 r. pisałem dwukrotnie w bestce utworów. Wielkanoc to był centralnie najbardziej napięty moment, kiedy zdiagnozowano u mojej mamy raka, ale jeszcze nie podjęto odpowiednich decyzji w sprawie leczenia. Totalne zawieszenie i czas kiedy człowiek zasypiał i budził się z gulą w gardle. No i są te święta, siedziałem w moim starym pokoju u rodziców i trochę nie miałem co robić. Last mówi, że była to Wielka Sobota, 26 marca. Odpaliłem jakiś film dokumentalny o sesjach z 1991 roku (czyli nagrywaniu Nonsuch, ale chyba tego wtedy nie skojarzyłem) i zacząłem sprzątać. No i słyszę doskonałą muzykę w tle. Dużo instrumentalnego grania, bo filmowano przymiarki to właściwej rejestracji utworów. Po kilku absolutnie doskonałych podkładach, zacząłem się zastanawiać co się stało z tymi wszystkimi zajebistymi rzeczami. Zwłaszcza jeden fragment totalnie mnie zauroczył. Zacząłem sprawdzać co to są za utwory, a było tego z 4-5 różnych. Efekt mojego śledztwa powalił mnie na ziemię, bo okazało się, że to wszystko kawałki z Nonsuch, albumu który odrzuciłem jak byle gówno. To były, o ile się nie mylę, That Wave, Then She Appears, The Disappointed, Crocodile i coś jeszcze. Jeden kawałek był odrzutem – Didn’t Hurt a Bit – i to właśnie on najbardziej mi się spodobał. Okazało się, że nie było go na oryginalnej wersji albumu, ale dorzucono go na nowym wydaniu, w nowym miksie Stevena Wilsona (coś jest w tym, że nie mogę się uwolnić od obecności no-man). Zacząłem słuchać Nonsuch i po kolej dostawałem obuchem w łeb. Te wszystkie kawałki tam były cały czas, doskonałe jak w tym dokumencie, a nawet lepsze. Piękne piosenki, piękne i ciekawe wykonania, piękne teksty. Nie mogłem zrozumieć, co tu się w ogóle stało i jak to się mogło stać. Przecież gust nie zmienił mi się z roku na rok, nie mogłem być aż tak głuchy. To nie jest możliwe, żeby z hejtu nagle przeskoczyć do stawiania ołtarza. Ale tak było. To był dla mnie bardzo istotny moment jako fana XTC, ale nawet ważniejszy jako słuchacza muzyki. Zdałem sobie wtedy sprawę, że absolutnie nie można sobie ufać w 100% przy pierwszym, a nawet drugim przesłuchaniu. Myślimy, że sami siebie znamy, że znamy swój gust, bo kto ma znać lepiej niż my. A często się okazuje, że gówno wiemy. Odpalamy się z obelgami w kierunku muzyki, która nie dotarła jeszcze w odpowiednie miejsce, nie zakiełkowała. Ta rewelacja zrobiła mi tamte święta, dzięki tej płycie byłem w stanie się trochę uspokoić, nabrać jakiegoś optymizmu. Wszystko na tym albumie nagle kliknęło, a to że w ogóle doszło do tej przemiany, było dla mnie namacalnym dowodem, że wszystko jest możliwe.
Jak to wyjaśnić? Nie da się, ale zauważyłem pewną prawidłowość. Rozmawiałem później ze znajomym, który mi sprzedał (czy raczej przez długi czas sprzedawał) XTC i on potwierdził, że też nie miał łatwego startu z Nonsuch, że generalnie na początku podobało mu się tylko Skylarking, ale że ostatecznie „wszystkie płyty XTC wchodzą”. Podobną opinię, lata później, rzucili Wilson i Bowness w swoim podcascie The Album Years, mówiąc że Nonsuch cenili trochę z rozpędu, ale dopiero po czasie dotarło do nich, że to jest naprawdę fantastyczna płyta. I chyba faktycznie tak jest, że ten album potrzebuje więcej czasu na fermentację w uszach, głowie i sercu. Oczywiście nie sugeruję, że musi się spodobać za wszelką cenę, jestem pewien, że wiele osób odrzuci go nawet po 100 przesłuchaniach na przestrzeni 10 lat, ale liczę że w tym gronie, mimo wszystko dosyć elastycznym muzycznie, jest szansa na podobne doświadczenie co u mnie, a może nawet komuś wejdzie od razu. Niemniej ostrzegam, że Nonsuch może nie być łatwy do przełknięcia (mimo, że to jest prosty album) i może załapać po wielu przesłuchaniach, lub po czasie. Ryzykuję wrzucając go do bestki, bo my tu niestety nie mamy tyle czas aby albumy się naprawdę uklepały, musielibyśmy robić kolejkę na kwartał, żeby mieć na to odrobinę szansy. Nie wyobrażam sobie jednak żeby Nonsuch się tu nie pojawił, bo to płyta dla mnie bardzo ważna, pod wieloma względami. Dlatego starałem się wcelować z nią w pobliże Wielkanocy, żeby ten klimat jeszcze bardziej wzmocnić.
Nie będę za bardzo opisywał albumu, ale jest tu wiele różnych nastrojów, tych jaśniejszych (The Disappointed, Then She Appears, The Ballad of Peter Pumpkinhad) i tych ciemniejszych (That Wave, Rook) i wszystkie mi odpowiadają, niezależnie od mojego własnego nastroju, bo w XTC wszystko jakoś przenika się nawzajem. Jeśli chodzi o brzmienie, to macie swoje uszy i będzie sami słuchać.
Tak więc wyciągnięcie z moich doświadczeń co będziecie chcieli. Mam wrażenie, że w poznawaniu muzyki nie chodzi nawet o ilość przesłuchań, ale czas jaki sobie człowiek daje na to żeby wszystko się w głowie poukładało. Np. Shodan zmienił zdanie o Eat to the Beat, bo spędził z tym albumem ponad miesiąc. I to nie znaczy, że go słuchał non stop przez miesiąc, ale po prostu miał czas żeby się oswoić. Gdyby przesłuchał tę płytę 20 razy w ciągu pierwszych dwóch dni, to by to niczego nie zmieniło, możliwe nawet, że pogorszyło sprawę. Tym bardziej polecam wracać po czasie do różnych płyt, a zwłaszcza do tych, które się kompletnie nie spodobały. Wydaje się, że wszystko o sobie samych wiemy, a to nie jest prawda.
https://youtube.com/playlist?list=PL9wm ... OIecTaDh7B
Dzięki dla Murzyna za ogarnięcie playlisty. Dla tych, którzy wolą ze Spotify, czy mp3, ogarnijcie sobie na koniec "Didn't Hurt a Bit".