Słyszałem, że robili dość solidne sprzęty, ale czy ja wiem czy w 2023 mają rację bytu?
Best of Forum III
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
LSD – Genius
Pod tą enigmatyczną trzyliterową nazwą kryje się projekt trzech muzyków: brytyjski raper Labrinth, wszystkim znana australijska wokalistka Sia oraz amerykański producent muzyczny Diplo. Jak wiecie lubię Się, dlatego gdy w rekordach na YT w 2018r. zobaczyłem nazwę LSD z dopiskiem Sia, to od razu się zainteresowałem. Akurat to był inny utwór z bardzo dobrym teledyskiem, ale wkrótce doszedłem i do innych singli LSD z albumu, który wydali. No i właśnie chyba Genius najbardziej utkwił mi w pamięci. Bo to po prostu bardzo przebojowy numer. Świetna, chwytliwa melodia w bardzo dobrej aranżacji. Naprawdę podoba mi się charakterystyczny głos Labrintha. Wiem, że niektórych maniery wokalne Sii mogą czasem męczyć, no ale tak już jest z wokalistami, którzy nie są przeciętniakami – jednych ujmują, drugich odrzucają. Ale przynajmniej są jacyś, nie do pomylenia, nie do podrobienia. Początek utworu ze smykami z klawisza i wokalem Labrintha jest myślę doskonałą zachętą, żeby posłuchać reszty. Potem stery przejmuje Sia, która akurat w tym utworze śpiewa dosyć „zwyczajnie” i nie nadużywa swoich wokalnych „sztuczek”. Labrinth dalej też ma jeszcze swoje momenty i śpiewa na przemian z Sią. Myślę, że refren może wkręcić się w pamięć.
Z mojego punktu widzenia Genius to doskonały, pogodny przebój na lato.
https://www.youtube.com/watch?v=3ve8tMh4t6Y
Pod tą enigmatyczną trzyliterową nazwą kryje się projekt trzech muzyków: brytyjski raper Labrinth, wszystkim znana australijska wokalistka Sia oraz amerykański producent muzyczny Diplo. Jak wiecie lubię Się, dlatego gdy w rekordach na YT w 2018r. zobaczyłem nazwę LSD z dopiskiem Sia, to od razu się zainteresowałem. Akurat to był inny utwór z bardzo dobrym teledyskiem, ale wkrótce doszedłem i do innych singli LSD z albumu, który wydali. No i właśnie chyba Genius najbardziej utkwił mi w pamięci. Bo to po prostu bardzo przebojowy numer. Świetna, chwytliwa melodia w bardzo dobrej aranżacji. Naprawdę podoba mi się charakterystyczny głos Labrintha. Wiem, że niektórych maniery wokalne Sii mogą czasem męczyć, no ale tak już jest z wokalistami, którzy nie są przeciętniakami – jednych ujmują, drugich odrzucają. Ale przynajmniej są jacyś, nie do pomylenia, nie do podrobienia. Początek utworu ze smykami z klawisza i wokalem Labrintha jest myślę doskonałą zachętą, żeby posłuchać reszty. Potem stery przejmuje Sia, która akurat w tym utworze śpiewa dosyć „zwyczajnie” i nie nadużywa swoich wokalnych „sztuczek”. Labrinth dalej też ma jeszcze swoje momenty i śpiewa na przemian z Sią. Myślę, że refren może wkręcić się w pamięć.
Z mojego punktu widzenia Genius to doskonały, pogodny przebój na lato.
https://www.youtube.com/watch?v=3ve8tMh4t6Y
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Rob & Fab - Do I
No no no, kol. Hien zapodał takim bangerem, że aż się zastanawiam, jak to możliwe, że nie poleciał na tripie do Bełchatowa przedwczoraj xD Nucę sobie już drugi dzień, bo nie mogłem się powstrzymać i włączyłem wczoraj. Kapitalny kawałek muzyki, groovy, funky, i jeszcze parę jakichśtam określeń. Przyznaję, że fanboyem Milli Vanilli nigdy nie byłem, znałem tylko Girl, You Know It's True. No i oczywiście historię duetu, ale o tym już mogłem wspomnieć przy okazji innej wrzutki od Hiena wiele miesięcy temu. Nie mogę się przez to za bardzo wypowiedzieć, czy w muzyce MV i Ralf & Florian jest wielki zestaw różnic, ale faktycznie czuję tutaj koniec lat 80. bardziej, niż początek 90. Powiem więcej - ten numer momentami, na wszystkich breakach brzmi tak, jakby mógł go produkować - a przynajmniej współprodukować - Tim Simenon lol. Fabrice brzmi absolutnie świetnie, jak z reguły nie jest do końca mój styl (tzn. nie jestem jego wielkim fanem), to innego wokalu nie jestem sobie w stanie tutaj wyobrazić. Głos też ma bardzo dobry, wielka szkoda, że z promką tego albumu wyszło tak nędznie, bo choćby ten jeden kawałek aż się prosi o bycie letnim hitem. No, nie można mieć wszystkiego. Zostaje ta piosenka, idę nucić dalej.
Common - Nuthin' to Do
Murzyn pisze o bujającym klimacie tego numeru i ja to całkowicie kupuję, czuję ten sam bujający klimat. A że jednocześnie udało się odwalić wycieczkę do Bełchatowa i największy zlot Devotees od września 2009, to już w ogóle super. Średniomiasteczkowy klimat podbity wielkopłytowymi szafami stojącymi na skraju ośrodka, leniwy i ciepły wieczór, prawie brak ludzi na ulicach dobrze się wkręcał. No i wyborne towarzystwo ofc. Z Mafią bym jednak tego nie skojarzył, jakoś Tommy Angelo jest ostanią postacią, jaką bym sobie wyobraził pod taką muzę xD (może jeszcze, JEEESZCZE Paulie, ale też nie do końca). Ja tutaj widzę/czuję GTAIII, tak konkretnie i totalnie. Niemy Claude zapitalający po ulicach Portlandu, zaraz skręci w Red Light District, minie jakichś cyfrowych przechodniów podśpiewujących pod nosem "she's on fiiireee", kopnie jakąś puszkę, sprzeda bombę na ryj jakiemuś żulowi, okradnie prostytutkę. Jest... leniwy wieczór, mało ludzi na ulicach, powoli rozpalają się lampy (najlepiej sodowe), szlug w gębie, słuchawki na uszach, w kieszeni parę groszy na browara w pubie za rogiem, no świetnie tu wszystko wchodzi. Ten loop z saksem jest kapitalny. Murzyn aż zaskoczył wyciągając z torby podręcznej oryginalny krążek, teraz żałuję, że nie wrzuciliśmy go bezpośrednio do soundsystemu. Ale może jeszcze będzie okazja. Na to liczę, trzeba iść do pubu za rogiem (na kebsa z czasem oczekiwania do 30 minut, bo ziemniaki na frytki obierają łokciem).
Shpongle - Divine Moments of Truth
Łocięchuj, Dragon w stylu Dragona, taki Wałbrzych-core, ale uwzględniający głównie łażenie po biedaszybach na kwasie, duchy czeskich i niemieckich osadników gdzieś ponad resztkami hałd, czający się pomiędzy drzewami Bebok, zaciemnione komnaty zamku należącego niegdyś do jakiegoś ważnego grafa. Przy dźwiękach przypominających mongolskie zaśpiewy gardłowe przypominam sobie drugą część Need for Speed, gdy wchodzi coś kalimbo-podobnego przypomina mi się Banco de Gaia (więc porównanie trafione). Generalnie ten numer brzmi tak, jakby go Marks nagrywał, albo byłby to chociaż jakiś remiks innego jego kawałka. Całość jest wykręcona jak nazwa tego projektu i okładka albumu. Nieco absurdalnie i niedorzecznie robi się, jak wpada autotune wspominający nazwę utworu, tego naprawdę nie da się słuchać na trzeźwo (i nie mam tu na myśli alkoholu). Polubię się z tym kawałkiem, przypomina mi coś bardzo, coś, czego słuchałem daaawno temu, ale nie mogę sobie teraz przypomnieć. Choć słyszę tutaj też echa różnych dziwnych około-ghostboxowych projektów, jak np. The Heartwood Institute albo wręcz Plone. W drugiej połowie atmosfera znów się troszkę zagęszcza, znowu przypomina soundtrack z toru w Himalajach i lodowy tunel (NfSII ofc), wyczuwam też jakieś rytmy afrykańskie, jakiegoś Briana Eno z czasów Curiosities, potem od mniej więcej 8:10 zaczyna się robić dancehallowo. To mi nasuwa skojarzenia z Yello z lat 90., więc również fajnie. No co mogę powiedzieć, jest dobrze, wkręca się, dobrze to czuć, będę musiał zapodać temu odsłuch w odpowiednich okolicznościach i będzie git. I am shpongled, innymi słowy.
Rednex - Wish You Were Here
Na początek powiem, że jak kol. Melczet wspomina radio i początek lat zerowych, to moja pierwsza myśl była "zapewne to znam!". Tymczasem ni cholery tego nie znam, słyszę to pierwszy raz w życiu, albo moja głowa wywaliła fakt usłyszenia tej piosenki z pamięci. Powiem szczerze... nic specjalnego. Początek zapowiadał się fajnie, w sensie z samą tą gitarą, potem zrobiło się trochę za bardzo "dwutysięcznie", miałem wrażenie, że słucham skrzyżowania Sylver z ATeens, produkcja tych dwóch kolesi z A Touch of Class. Głos wokalistki mnie wnerwia, inna sprawa, że gdyby Melczet nie napisał, że to grupa ze Szwecji, to i tak byłby to mój pierwszy strzał, większość śpiewających pań ze Skandynawii ma niemal tak samo piskliwy głos i taką samą manierę śpiewu (vide Karin Dreijer Andersson, nikt mnie tak jednocześnie nie drażni i nie nie drażni). Nie dało się zwrócić uwagi na śpiewany aż za bardzo wyraźnie tekst, który jest tak okrutnie tani i uproszczony w zabiegach, że mnie to aż boli (nic nie poradzę). Jak się do tego dołoży klimat iście filmowy, który usiłowano ewidentnie stworzyć (i chyba podobny efekt wywołać u osób słuchających) poprzez dołożenie tu i ówdzie mocnych smyków i jeszcze ten nieszczęsny chór, to w ogóle wychodzi dość tandetnie po prostu. Powiem wręcz, że ten numer najbardziej kojarzy mi się z jakąś latynoamerykańską operą mydlaną typu Esmeralda czy inna Paola. Ciężki kawałek muzyki do ugryzienia, propozycje Roberta są przy tym lżejsze, choć same stanowią wagę. Nie będzie okejki, przepraszam najmocniej.
International Harvester - Sommarlåten
Trochę skisłem, kiedy Mentos napisał o tym, iż nazwa zespołu mogłaby robić za tytuł międzynarodowego magazynu rolniczego (albo chociaż dla Anglosasów), póki nie odpaliłem tego numeru. Albowiem brzmi on jak coś, co nagrała banda ogarniętych muzycznie chłopów, może wannabe chłopów, np. drużyna hipisów, która postanowiła założyć w południowej Szwecji samowystarczalną gospodarczo komunę (więc wiecie, trzeba siać i ciąć i żąć, to nie przelewki), każdy z innego kraju, kupili stary kombajn, jaki ciężkim wysiłkiem udało im się postawić do pionu i na cześć tego wydarzenia nazwali swój pół-profeszynal-fajer-band Międzynarodowym Kombajnem. Po czym po wielu głębszych kielichach i buchach chwycili za wiosła i nagrali TO. Zgadzam się, na gęste, duszne, parne i upalne lato jak znalazł, tyle tylko, że za oknem deszcz, i wczoraj też był deszcz, i w ogóle jakieś dupowate to lato, więc ja najchętniej sam bym się spił i zjarał i leżał sobie po prostu na sianie w jakiejś stodole i gapił w pole i miał wszystko gdzieś. Generalnie klimat mintajowej wrzutki fantastycznie wprost pasuje do mojego "current mood", kiedy to nie wiem, czy chcę robić rzeczy i zdobywać świat, czy... leżeć na sianie i mieć wszystko gdzieś. Kończy się to tak, że nie robię ani jednego ani drugiego, tylko znoszę ciężar egzystencji i tej nuty, która wybrzmiewała mi w głowie nawet wtedy, kiedy jej nie znałem, między papierosem a herbatą (nie znoszę kawy), między obiadem a słodkim wafelkiem kokosowym, między siedzeniem na krześle a leżeniem na szezlongu, między przypomnieniem sobie, że muszę umówić się do lekarza a niezrobieniem tego, między kolejnym szlugiem a kolejnym szlugiem, między jednym spotkaniem a drugim, między jedną kobietą a drugą, między pomiędzy gdzieś, jak to Kurowicki śpiewał lata temu, gdy był jeszcze popularny. Numer jest sflaczały, ja jestem sflaczały, najchętniej bym pojadł flaków, gdybym tylko miał dostęp do kuchni. Wielki plus i znak jakości ^^
LSD - Genius
Dobrze, że w tym przypadku najsamprzód przeczytałem wrzutkę shodana i mogłem nieco odetchnąć przeczytawszy fragment o tym, że tutaj Sia nie jest za bardzo Sią, jeśli wiecie, co mam na myśli. Ucieszyłem się, albowiem Sia jest najlepsza, kiedy nie jest sobą tak bardzo, jak sobą wokalnie być potrafi xD Faktycznie, nie męczy tutaj tak bardzo (możliwe, że to również dlatego, iż mamy do czynienia ze współpracą i Sia zwyczajnie "nie kradnie show" - choć pewnie dla Wuja jak najbardziej trololo), brzmi "standardowiej", co więcej, jej śpiew pasuje do tego kawałka. Nie jest to jakoś bardzo mój klimat, takie coś pomiędzy popem a r'n'b (chyba?), aczkolwiek miło usłyszeć coś w tym stylu bez Krysi Aguillery bądź jej podobnych. Labrinth nie ma jakiegoś nie wiadomo jak wyróżniającego się głosu, ale nie ginie, Sia nie ginie, bit jest spoko, muzyka w tle też nie denerwuje, refren się... wkręca, no co ja poradzę (dżi-dżi-dżi-dżi-dżi-dżi-dżiiiiiniusss). Najfajniejsza z tego wszystkiego jest okładka, bo pięknie nawiązuje do psychodeli z lat 60. Jednocześnie w latach 60. chyba popularniejsze były rozwiązania graficzne jak na front coverze wrzutki imć Mintaja. Nie wiem, NIE WIEM, rzetelne to i jest, nie wkurza mnie, to już coś, ale też nie będę chyba za specjalnie wracał. I tak uważam, że najlepsze, co Sia nagrała, to My Love i nie zapraszam do dyskusji bo nie ma o czym.
No no no, kol. Hien zapodał takim bangerem, że aż się zastanawiam, jak to możliwe, że nie poleciał na tripie do Bełchatowa przedwczoraj xD Nucę sobie już drugi dzień, bo nie mogłem się powstrzymać i włączyłem wczoraj. Kapitalny kawałek muzyki, groovy, funky, i jeszcze parę jakichśtam określeń. Przyznaję, że fanboyem Milli Vanilli nigdy nie byłem, znałem tylko Girl, You Know It's True. No i oczywiście historię duetu, ale o tym już mogłem wspomnieć przy okazji innej wrzutki od Hiena wiele miesięcy temu. Nie mogę się przez to za bardzo wypowiedzieć, czy w muzyce MV i Ralf & Florian jest wielki zestaw różnic, ale faktycznie czuję tutaj koniec lat 80. bardziej, niż początek 90. Powiem więcej - ten numer momentami, na wszystkich breakach brzmi tak, jakby mógł go produkować - a przynajmniej współprodukować - Tim Simenon lol. Fabrice brzmi absolutnie świetnie, jak z reguły nie jest do końca mój styl (tzn. nie jestem jego wielkim fanem), to innego wokalu nie jestem sobie w stanie tutaj wyobrazić. Głos też ma bardzo dobry, wielka szkoda, że z promką tego albumu wyszło tak nędznie, bo choćby ten jeden kawałek aż się prosi o bycie letnim hitem. No, nie można mieć wszystkiego. Zostaje ta piosenka, idę nucić dalej.
Common - Nuthin' to Do
Murzyn pisze o bujającym klimacie tego numeru i ja to całkowicie kupuję, czuję ten sam bujający klimat. A że jednocześnie udało się odwalić wycieczkę do Bełchatowa i największy zlot Devotees od września 2009, to już w ogóle super. Średniomiasteczkowy klimat podbity wielkopłytowymi szafami stojącymi na skraju ośrodka, leniwy i ciepły wieczór, prawie brak ludzi na ulicach dobrze się wkręcał. No i wyborne towarzystwo ofc. Z Mafią bym jednak tego nie skojarzył, jakoś Tommy Angelo jest ostanią postacią, jaką bym sobie wyobraził pod taką muzę xD (może jeszcze, JEEESZCZE Paulie, ale też nie do końca). Ja tutaj widzę/czuję GTAIII, tak konkretnie i totalnie. Niemy Claude zapitalający po ulicach Portlandu, zaraz skręci w Red Light District, minie jakichś cyfrowych przechodniów podśpiewujących pod nosem "she's on fiiireee", kopnie jakąś puszkę, sprzeda bombę na ryj jakiemuś żulowi, okradnie prostytutkę. Jest... leniwy wieczór, mało ludzi na ulicach, powoli rozpalają się lampy (najlepiej sodowe), szlug w gębie, słuchawki na uszach, w kieszeni parę groszy na browara w pubie za rogiem, no świetnie tu wszystko wchodzi. Ten loop z saksem jest kapitalny. Murzyn aż zaskoczył wyciągając z torby podręcznej oryginalny krążek, teraz żałuję, że nie wrzuciliśmy go bezpośrednio do soundsystemu. Ale może jeszcze będzie okazja. Na to liczę, trzeba iść do pubu za rogiem (na kebsa z czasem oczekiwania do 30 minut, bo ziemniaki na frytki obierają łokciem).
Shpongle - Divine Moments of Truth
Łocięchuj, Dragon w stylu Dragona, taki Wałbrzych-core, ale uwzględniający głównie łażenie po biedaszybach na kwasie, duchy czeskich i niemieckich osadników gdzieś ponad resztkami hałd, czający się pomiędzy drzewami Bebok, zaciemnione komnaty zamku należącego niegdyś do jakiegoś ważnego grafa. Przy dźwiękach przypominających mongolskie zaśpiewy gardłowe przypominam sobie drugą część Need for Speed, gdy wchodzi coś kalimbo-podobnego przypomina mi się Banco de Gaia (więc porównanie trafione). Generalnie ten numer brzmi tak, jakby go Marks nagrywał, albo byłby to chociaż jakiś remiks innego jego kawałka. Całość jest wykręcona jak nazwa tego projektu i okładka albumu. Nieco absurdalnie i niedorzecznie robi się, jak wpada autotune wspominający nazwę utworu, tego naprawdę nie da się słuchać na trzeźwo (i nie mam tu na myśli alkoholu). Polubię się z tym kawałkiem, przypomina mi coś bardzo, coś, czego słuchałem daaawno temu, ale nie mogę sobie teraz przypomnieć. Choć słyszę tutaj też echa różnych dziwnych około-ghostboxowych projektów, jak np. The Heartwood Institute albo wręcz Plone. W drugiej połowie atmosfera znów się troszkę zagęszcza, znowu przypomina soundtrack z toru w Himalajach i lodowy tunel (NfSII ofc), wyczuwam też jakieś rytmy afrykańskie, jakiegoś Briana Eno z czasów Curiosities, potem od mniej więcej 8:10 zaczyna się robić dancehallowo. To mi nasuwa skojarzenia z Yello z lat 90., więc również fajnie. No co mogę powiedzieć, jest dobrze, wkręca się, dobrze to czuć, będę musiał zapodać temu odsłuch w odpowiednich okolicznościach i będzie git. I am shpongled, innymi słowy.
Rednex - Wish You Were Here
Na początek powiem, że jak kol. Melczet wspomina radio i początek lat zerowych, to moja pierwsza myśl była "zapewne to znam!". Tymczasem ni cholery tego nie znam, słyszę to pierwszy raz w życiu, albo moja głowa wywaliła fakt usłyszenia tej piosenki z pamięci. Powiem szczerze... nic specjalnego. Początek zapowiadał się fajnie, w sensie z samą tą gitarą, potem zrobiło się trochę za bardzo "dwutysięcznie", miałem wrażenie, że słucham skrzyżowania Sylver z ATeens, produkcja tych dwóch kolesi z A Touch of Class. Głos wokalistki mnie wnerwia, inna sprawa, że gdyby Melczet nie napisał, że to grupa ze Szwecji, to i tak byłby to mój pierwszy strzał, większość śpiewających pań ze Skandynawii ma niemal tak samo piskliwy głos i taką samą manierę śpiewu (vide Karin Dreijer Andersson, nikt mnie tak jednocześnie nie drażni i nie nie drażni). Nie dało się zwrócić uwagi na śpiewany aż za bardzo wyraźnie tekst, który jest tak okrutnie tani i uproszczony w zabiegach, że mnie to aż boli (nic nie poradzę). Jak się do tego dołoży klimat iście filmowy, który usiłowano ewidentnie stworzyć (i chyba podobny efekt wywołać u osób słuchających) poprzez dołożenie tu i ówdzie mocnych smyków i jeszcze ten nieszczęsny chór, to w ogóle wychodzi dość tandetnie po prostu. Powiem wręcz, że ten numer najbardziej kojarzy mi się z jakąś latynoamerykańską operą mydlaną typu Esmeralda czy inna Paola. Ciężki kawałek muzyki do ugryzienia, propozycje Roberta są przy tym lżejsze, choć same stanowią wagę. Nie będzie okejki, przepraszam najmocniej.
International Harvester - Sommarlåten
Trochę skisłem, kiedy Mentos napisał o tym, iż nazwa zespołu mogłaby robić za tytuł międzynarodowego magazynu rolniczego (albo chociaż dla Anglosasów), póki nie odpaliłem tego numeru. Albowiem brzmi on jak coś, co nagrała banda ogarniętych muzycznie chłopów, może wannabe chłopów, np. drużyna hipisów, która postanowiła założyć w południowej Szwecji samowystarczalną gospodarczo komunę (więc wiecie, trzeba siać i ciąć i żąć, to nie przelewki), każdy z innego kraju, kupili stary kombajn, jaki ciężkim wysiłkiem udało im się postawić do pionu i na cześć tego wydarzenia nazwali swój pół-profeszynal-fajer-band Międzynarodowym Kombajnem. Po czym po wielu głębszych kielichach i buchach chwycili za wiosła i nagrali TO. Zgadzam się, na gęste, duszne, parne i upalne lato jak znalazł, tyle tylko, że za oknem deszcz, i wczoraj też był deszcz, i w ogóle jakieś dupowate to lato, więc ja najchętniej sam bym się spił i zjarał i leżał sobie po prostu na sianie w jakiejś stodole i gapił w pole i miał wszystko gdzieś. Generalnie klimat mintajowej wrzutki fantastycznie wprost pasuje do mojego "current mood", kiedy to nie wiem, czy chcę robić rzeczy i zdobywać świat, czy... leżeć na sianie i mieć wszystko gdzieś. Kończy się to tak, że nie robię ani jednego ani drugiego, tylko znoszę ciężar egzystencji i tej nuty, która wybrzmiewała mi w głowie nawet wtedy, kiedy jej nie znałem, między papierosem a herbatą (nie znoszę kawy), między obiadem a słodkim wafelkiem kokosowym, między siedzeniem na krześle a leżeniem na szezlongu, między przypomnieniem sobie, że muszę umówić się do lekarza a niezrobieniem tego, między kolejnym szlugiem a kolejnym szlugiem, między jednym spotkaniem a drugim, między jedną kobietą a drugą, między pomiędzy gdzieś, jak to Kurowicki śpiewał lata temu, gdy był jeszcze popularny. Numer jest sflaczały, ja jestem sflaczały, najchętniej bym pojadł flaków, gdybym tylko miał dostęp do kuchni. Wielki plus i znak jakości ^^
LSD - Genius
Dobrze, że w tym przypadku najsamprzód przeczytałem wrzutkę shodana i mogłem nieco odetchnąć przeczytawszy fragment o tym, że tutaj Sia nie jest za bardzo Sią, jeśli wiecie, co mam na myśli. Ucieszyłem się, albowiem Sia jest najlepsza, kiedy nie jest sobą tak bardzo, jak sobą wokalnie być potrafi xD Faktycznie, nie męczy tutaj tak bardzo (możliwe, że to również dlatego, iż mamy do czynienia ze współpracą i Sia zwyczajnie "nie kradnie show" - choć pewnie dla Wuja jak najbardziej trololo), brzmi "standardowiej", co więcej, jej śpiew pasuje do tego kawałka. Nie jest to jakoś bardzo mój klimat, takie coś pomiędzy popem a r'n'b (chyba?), aczkolwiek miło usłyszeć coś w tym stylu bez Krysi Aguillery bądź jej podobnych. Labrinth nie ma jakiegoś nie wiadomo jak wyróżniającego się głosu, ale nie ginie, Sia nie ginie, bit jest spoko, muzyka w tle też nie denerwuje, refren się... wkręca, no co ja poradzę (dżi-dżi-dżi-dżi-dżi-dżi-dżiiiiiniusss). Najfajniejsza z tego wszystkiego jest okładka, bo pięknie nawiązuje do psychodeli z lat 60. Jednocześnie w latach 60. chyba popularniejsze były rozwiązania graficzne jak na front coverze wrzutki imć Mintaja. Nie wiem, NIE WIEM, rzetelne to i jest, nie wkurza mnie, to już coś, ale też nie będę chyba za specjalnie wracał. I tak uważam, że najlepsze, co Sia nagrała, to My Love i nie zapraszam do dyskusji bo nie ma o czym.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Sorry ale trochę nie mogę z tego pierdololo, akurat Melki wyraźnie napisał że numer jest z połowy lat 90. (konkretnie 1995), to ta sama płyta na której jest Cotton Eye Joe, co jest z Wami ludziskadevotional pisze:13 lip 2023 11:20
Rednex - Wish You Were Here
Na początek powiem, że jak kol. Melczet wspomina radio i początek lat zerowych, to moja pierwsza myśl była "zapewne to znam!". Tymczasem ni cholery tego nie znam, słyszę to pierwszy raz w życiu, albo moja głowa wywaliła fakt usłyszenia tej piosenki z pamięci. Powiem szczerze... nic specjalnego. Początek zapowiadał się fajnie, w sensie z samą tą gitarą, potem zrobiło się trochę za bardzo "dwutysięcznie",
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Hmmm mniemam że kol. Musiał odnosił się do tego fragmentumelczeslaw pisze:a po przesłuchaniu wiedziałem, że to to, co kiedyś słyszałem w radiu i bardzo mi się podobało (to musiała być pierwsza połowa lat zerowych
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Trochę tak ale to że numer '95 brzmi zbyt dwutysięcznie jakoś nie kupuję xd
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Nie znałem tego.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
I już wuja wrzuty żałuje hehe
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Nie żałuję.
My Love pochodzi ze ścieżki dźwiękowej filmu Zmierzch i nie było na żadnym albumie. Dlatego nie znałem.
My Love pochodzi ze ścieżki dźwiękowej filmu Zmierzch i nie było na żadnym albumie. Dlatego nie znałem.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Common Sense - Nuthin' To Do
No i na to miałem nadzieję, kiedy biadoliłem, że Murzyn marnuje Commona na klipy. No, ale głupie było przecież zakładać, że facet miał JEDEN dobry numer. Sklejka bitów w tle jest tu na takim poziomie, że nawet nie wiem jak z poziomu laika można jeszcze się nad tym zachwycać, bez szycia tanimi banałami. Lubie głos Commona, jest taki luźny, żywy, przestrzenny, no na pewno jest to fajna odmiana po kilkugodzinnym maratonie z Biggym. Jego rap też mi bardzo odpowiada. To jest tak oporowo klasyczny numer, że nie wiem jakim cudem jestem w stanie w tym odkryć coś nowego, a jednak się da. To była pierwsza rzecz jaka poleciała w aucie Deva, kiedy władował się do niego Murzyn, degradując mnie na tylne siedzenie, fotelik dziecięcy i nieotwierające się szyby. To jest w istocie idealny materiał na ziomalowanie sobie podczas letniaczkowego popołudnia nad wodą z bezalkoholowym piwem. Jeszcze udało mi się Jacka zWTFakować dorzucając instrumentala. Tak się rodzą wspomnienia proszę państwa, z takimi zacnymi soundtrackami w tle.
Shpongle - Divine Moments of Truth
Shpongle poznałem jak dołączyłem do Żaka i zacząłem spędzać dużo czasu z tamtejszą ekipą odpowiedzialną za audycję, w ramach której mieścił się między innymi rock progresywny. Może beka, może nie, ale między innymi ten band był mocno katowany i często, co być może Dragon Balla lekko podkurwi, był alternatywą dla Ozric Tentalces i tbh, znając dyskografię OT, muszę przyznać, że zespoły niejedno mają wspólnego. W tamtym czasie nie wyszedłem za bardzo poza pojedyncze, proponowane przez kolegów utwory, ale chyba warto to zmienić, w każdym razie wrzutka Smokowskiego do tego zachęca. Świetny, bardzo różnorodny kawałek, dużo się dzieje, są fajne efekty, jest rozmach, a jednocześnie przyjemny minimalizm i klimat. Jest trans, w tle hula ambient, orientalne zagrywki i motywy wokalne (nawet te z kompa), nie wiem czy w tego typu numerze można chcieć więcej. Całość brzmi trochę jak opowiadanie, kolejne segmenty przechodzą w siebie w sposób płynny i satysfakcjonujący (np. takim crossinstrumentalizowaniem, kiedy jakiś motyw wchodzi, a poprzedni jeszcze przez jakiś czas się wygasza, itd.). Najlepsza propozycja Dragona od jakiegoś czasu.
Rednex - Wish You Were Here
Rednex znam, ale w tej chwili nie przypominam sobie nic innego niż „Cotton Eye Joe”. Mam sentyment do tego hitu, ale nigdy nie zagłębiałem się bardziej w Rednex. Melki zapodaje nam zatem obskjura obskjurowo słynnego zespołu (nie wiem jak inaczej można nazwać ich pobyt w mainstreamie). Dostałem coś czego się nie spodziewałem, bo jest to jakaś totalna ballada i to bez tych kompletnie przerysowanych motywów country przepuszczonych przez euro-dance. Bardziej to brzmi jak jakiś numer z lat 2000, nagrany przez jakąś wokalistkę pop, czy rnb. Możliwe, że gdyby to dostała Britney, to by był jakiś tam hit (tylko oczywiście w bardziej pasującej do niej aranżacji).
Kurde, nie wiem co mam na to powiedzieć. To mi przypomina intro do brazylijskiej, czy tureckiej telenoweli. Nie będę do tego wracał, bo jestem stary i coraz bardziej sobie cenię wolne chwile, które mogę spożytkować na słuchanie muzyki. Nie widzę takiej sytuacji żebym miał odpalić ten numer, ALE, to samo mówiłem o zeszłorocznych wakacyjnych wrzutach Wuja, a jednak są w rotacji, więc może się przymknę.
DAAB - Ogrodu Serce
Ano spoko. Coś tam kiedyś DAABu sprawdzałem, właśnie ze względu na obecność w składzie Krzywego, ale to było bardzo pobieżne, bo i taki był mój stosunek do reggae, pobieżny. Obecnie zaczynam mięknąć w kwestii tego gatunku (i podgatunków), ale polskie rege to chyba jeszcze dla mnie za wcześnie. Tzn. oczywiście, nie jestem głuchy, to jest dużo lepsze niż jakieś Strachy na Lachy, czy Bednarek, takie się przynajmniej wydaje. Co jest w tym kawałku fajne, to ta psychodela, która się pojawia w tle. Sam numer brzmi niemal jak plagiat, odnoszę wrażenie, że słyszałem to milion razy, ale to chyba specyfika reggae, bo do podkładu „Ogrodu Serce” można spokojnie pocisnąć wiele innych, nowszych utworów, choćby „Man Down”, lol. Nie wiem, na tym etapie wole chyba czarne rege, ewentualnie azjatyckie, w wykonaniu Fishmans. Niemniej, zamierzam zabrać „Ogrodu Serce” na urlop, bo proszę państwa, context matters.
International Harvester - Sommarlåten (The Summer Song) [Sov Gott Rose-Marie]
Ło Jezu, to brzmi jak coś, co bym mógł sam nagrać jakieś 13 lat temu, nawet ta gitara brzmi jak coś, co kiedyś wymodelowałem na multiefekcie i byłem z tego baaardzo dumny, bo brzmiało trochę jak saksofon połączony z gitarą, co daje taki fajny crossoverowy feeling. I Mentos nagle wrzuca jakiś cover autorstwa Szwedów. No fajnie, nie powiem, miło mi się zrobiło xD Podoba mi się to, fajny taki numer, który gdyby ktoś kręcił film o mnie, to mógłby lecieć w scenie, w której wychodzę z domu na jakieś ważne spotkanie, i kamera podąża za mną przez całą, trzyminutową drogę na przystanek. Jeszcze ten reverb, który sprawia wrażenie, że panowie grają w jakiejś pustej hali. Zaśpiewy i melodie kojarzą mi się trochę z muzyką ludową. Co tu dużo mówić, o ile nie jest to coś co ma vibe letniej pory, to i tak aktualnie leje, co zbliża mnie do jesiennego wajbu, i mi się to podoba. Dziadowanie na poziomie, no ale w końcu wrzuca to Mentos, spec od wąsatych klimatów.
LSD – Genius
Kurde, jeszcze rok temu Wuja wywracał oczami, jak wrzucałem Shakirę i dziwił się, że wrzucam „TAKĄ” muzykę, a teraz sam nam serwuje Radio RMFZETESKAEFM, i to mając już za sobą wrzuty ala PSY. W każdym razie, jak zobaczyłem, że śpiewa tu Sialalala, to się przeżegnałem. Ja tę laskę trawię tylko na featach w Zero 7, a tego też już lata nie słuchałem i boje się, że mogło się zważyć przez ten czas. Ten refren Dżidżidżidżidżidżidżinias brzmi jakby pochodził z jakiegoś kawałka PSY (MADAFAKA, DŻINIAS), a reszta, heh, mam wrażenie, że przefeatowany jest ten kawałek. Za dużo „osobowości”, że tak powiem. Jestem w lekkim szoku, bo Sia nie jest tutaj aż tak irytująca jak zakładałem, nadal jest, ale nie do poziomu niesłuchalności. Mam wrażenie, że kariera tej laski staje się coraz bardziej nijaka, trochę jak ten numer niestety. Z drugiej strony, po paru razach nie może mi to zacinanie się w refrenie wyjść z głowy (trochę jakbym słuchał Deva), więc może nie tędy droga, żeby w tym kawałku szukać jakiegoś wysublimowanego poziomu i kunsztu.
Trochę podobna sytuacja, co u Deva, bo niedługo jadę na urlop, a teraz mam ostatnie dni przed tym w pracy i z relaksem przy radyjku to ma niewiele wspólnego. Może zatem zaskoczyć, tak jak z zeszłorocznym Papa Dance, tylko potrzebny jest jakiś zapalnik. Zawalczę o ten kawałek, bo czemu nie (żeby wszyscy tutaj tak robili, a nie mehali z góry, to by było pięknie), zwłaszcza że im więcej leci, tym bardziej mi się to podoba. Nie wiem, czy nie podobałoby mi się to nawet bardziej gdyby to była Sia solo, bo naprawdę te ciągłe zmiany na wokalu nie działają jakoś pozytywnie na ten numer. Nie chcę też Wuja gasić, bo właśnie na takie wrzuty w tym okresie u niego liczyłem i Wuja dostarcza.
Kolejka fajna, powiem nawet, że taka ubogacająca, bo było kilka spotkań z zespołami, które znam (DAAB, Shpongle), ale znam słabo. W końcu wjechał Common i to opatrzony fajnym zbiegowiskiem ludzi, Wuja dalej atakuje letniakami, w czym go wspieram, Melki wyciągnął z głębokiej szafy Rednex, a Mentos fajne, lesne granie Szwedów, którzy grają jakby dopiero co przegonili znad ogniska, członków Dżero Tal.
No i na to miałem nadzieję, kiedy biadoliłem, że Murzyn marnuje Commona na klipy. No, ale głupie było przecież zakładać, że facet miał JEDEN dobry numer. Sklejka bitów w tle jest tu na takim poziomie, że nawet nie wiem jak z poziomu laika można jeszcze się nad tym zachwycać, bez szycia tanimi banałami. Lubie głos Commona, jest taki luźny, żywy, przestrzenny, no na pewno jest to fajna odmiana po kilkugodzinnym maratonie z Biggym. Jego rap też mi bardzo odpowiada. To jest tak oporowo klasyczny numer, że nie wiem jakim cudem jestem w stanie w tym odkryć coś nowego, a jednak się da. To była pierwsza rzecz jaka poleciała w aucie Deva, kiedy władował się do niego Murzyn, degradując mnie na tylne siedzenie, fotelik dziecięcy i nieotwierające się szyby. To jest w istocie idealny materiał na ziomalowanie sobie podczas letniaczkowego popołudnia nad wodą z bezalkoholowym piwem. Jeszcze udało mi się Jacka zWTFakować dorzucając instrumentala. Tak się rodzą wspomnienia proszę państwa, z takimi zacnymi soundtrackami w tle.
Shpongle - Divine Moments of Truth
Shpongle poznałem jak dołączyłem do Żaka i zacząłem spędzać dużo czasu z tamtejszą ekipą odpowiedzialną za audycję, w ramach której mieścił się między innymi rock progresywny. Może beka, może nie, ale między innymi ten band był mocno katowany i często, co być może Dragon Balla lekko podkurwi, był alternatywą dla Ozric Tentalces i tbh, znając dyskografię OT, muszę przyznać, że zespoły niejedno mają wspólnego. W tamtym czasie nie wyszedłem za bardzo poza pojedyncze, proponowane przez kolegów utwory, ale chyba warto to zmienić, w każdym razie wrzutka Smokowskiego do tego zachęca. Świetny, bardzo różnorodny kawałek, dużo się dzieje, są fajne efekty, jest rozmach, a jednocześnie przyjemny minimalizm i klimat. Jest trans, w tle hula ambient, orientalne zagrywki i motywy wokalne (nawet te z kompa), nie wiem czy w tego typu numerze można chcieć więcej. Całość brzmi trochę jak opowiadanie, kolejne segmenty przechodzą w siebie w sposób płynny i satysfakcjonujący (np. takim crossinstrumentalizowaniem, kiedy jakiś motyw wchodzi, a poprzedni jeszcze przez jakiś czas się wygasza, itd.). Najlepsza propozycja Dragona od jakiegoś czasu.
Rednex - Wish You Were Here
Rednex znam, ale w tej chwili nie przypominam sobie nic innego niż „Cotton Eye Joe”. Mam sentyment do tego hitu, ale nigdy nie zagłębiałem się bardziej w Rednex. Melki zapodaje nam zatem obskjura obskjurowo słynnego zespołu (nie wiem jak inaczej można nazwać ich pobyt w mainstreamie). Dostałem coś czego się nie spodziewałem, bo jest to jakaś totalna ballada i to bez tych kompletnie przerysowanych motywów country przepuszczonych przez euro-dance. Bardziej to brzmi jak jakiś numer z lat 2000, nagrany przez jakąś wokalistkę pop, czy rnb. Możliwe, że gdyby to dostała Britney, to by był jakiś tam hit (tylko oczywiście w bardziej pasującej do niej aranżacji).
Kurde, nie wiem co mam na to powiedzieć. To mi przypomina intro do brazylijskiej, czy tureckiej telenoweli. Nie będę do tego wracał, bo jestem stary i coraz bardziej sobie cenię wolne chwile, które mogę spożytkować na słuchanie muzyki. Nie widzę takiej sytuacji żebym miał odpalić ten numer, ALE, to samo mówiłem o zeszłorocznych wakacyjnych wrzutach Wuja, a jednak są w rotacji, więc może się przymknę.
DAAB - Ogrodu Serce
Ano spoko. Coś tam kiedyś DAABu sprawdzałem, właśnie ze względu na obecność w składzie Krzywego, ale to było bardzo pobieżne, bo i taki był mój stosunek do reggae, pobieżny. Obecnie zaczynam mięknąć w kwestii tego gatunku (i podgatunków), ale polskie rege to chyba jeszcze dla mnie za wcześnie. Tzn. oczywiście, nie jestem głuchy, to jest dużo lepsze niż jakieś Strachy na Lachy, czy Bednarek, takie się przynajmniej wydaje. Co jest w tym kawałku fajne, to ta psychodela, która się pojawia w tle. Sam numer brzmi niemal jak plagiat, odnoszę wrażenie, że słyszałem to milion razy, ale to chyba specyfika reggae, bo do podkładu „Ogrodu Serce” można spokojnie pocisnąć wiele innych, nowszych utworów, choćby „Man Down”, lol. Nie wiem, na tym etapie wole chyba czarne rege, ewentualnie azjatyckie, w wykonaniu Fishmans. Niemniej, zamierzam zabrać „Ogrodu Serce” na urlop, bo proszę państwa, context matters.
International Harvester - Sommarlåten (The Summer Song) [Sov Gott Rose-Marie]
Ło Jezu, to brzmi jak coś, co bym mógł sam nagrać jakieś 13 lat temu, nawet ta gitara brzmi jak coś, co kiedyś wymodelowałem na multiefekcie i byłem z tego baaardzo dumny, bo brzmiało trochę jak saksofon połączony z gitarą, co daje taki fajny crossoverowy feeling. I Mentos nagle wrzuca jakiś cover autorstwa Szwedów. No fajnie, nie powiem, miło mi się zrobiło xD Podoba mi się to, fajny taki numer, który gdyby ktoś kręcił film o mnie, to mógłby lecieć w scenie, w której wychodzę z domu na jakieś ważne spotkanie, i kamera podąża za mną przez całą, trzyminutową drogę na przystanek. Jeszcze ten reverb, który sprawia wrażenie, że panowie grają w jakiejś pustej hali. Zaśpiewy i melodie kojarzą mi się trochę z muzyką ludową. Co tu dużo mówić, o ile nie jest to coś co ma vibe letniej pory, to i tak aktualnie leje, co zbliża mnie do jesiennego wajbu, i mi się to podoba. Dziadowanie na poziomie, no ale w końcu wrzuca to Mentos, spec od wąsatych klimatów.
LSD – Genius
Kurde, jeszcze rok temu Wuja wywracał oczami, jak wrzucałem Shakirę i dziwił się, że wrzucam „TAKĄ” muzykę, a teraz sam nam serwuje Radio RMFZETESKAEFM, i to mając już za sobą wrzuty ala PSY. W każdym razie, jak zobaczyłem, że śpiewa tu Sialalala, to się przeżegnałem. Ja tę laskę trawię tylko na featach w Zero 7, a tego też już lata nie słuchałem i boje się, że mogło się zważyć przez ten czas. Ten refren Dżidżidżidżidżidżidżinias brzmi jakby pochodził z jakiegoś kawałka PSY (MADAFAKA, DŻINIAS), a reszta, heh, mam wrażenie, że przefeatowany jest ten kawałek. Za dużo „osobowości”, że tak powiem. Jestem w lekkim szoku, bo Sia nie jest tutaj aż tak irytująca jak zakładałem, nadal jest, ale nie do poziomu niesłuchalności. Mam wrażenie, że kariera tej laski staje się coraz bardziej nijaka, trochę jak ten numer niestety. Z drugiej strony, po paru razach nie może mi to zacinanie się w refrenie wyjść z głowy (trochę jakbym słuchał Deva), więc może nie tędy droga, żeby w tym kawałku szukać jakiegoś wysublimowanego poziomu i kunsztu.
Trochę podobna sytuacja, co u Deva, bo niedługo jadę na urlop, a teraz mam ostatnie dni przed tym w pracy i z relaksem przy radyjku to ma niewiele wspólnego. Może zatem zaskoczyć, tak jak z zeszłorocznym Papa Dance, tylko potrzebny jest jakiś zapalnik. Zawalczę o ten kawałek, bo czemu nie (żeby wszyscy tutaj tak robili, a nie mehali z góry, to by było pięknie), zwłaszcza że im więcej leci, tym bardziej mi się to podoba. Nie wiem, czy nie podobałoby mi się to nawet bardziej gdyby to była Sia solo, bo naprawdę te ciągłe zmiany na wokalu nie działają jakoś pozytywnie na ten numer. Nie chcę też Wuja gasić, bo właśnie na takie wrzuty w tym okresie u niego liczyłem i Wuja dostarcza.
Kolejka fajna, powiem nawet, że taka ubogacająca, bo było kilka spotkań z zespołami, które znam (DAAB, Shpongle), ale znam słabo. W końcu wjechał Common i to opatrzony fajnym zbiegowiskiem ludzi, Wuja dalej atakuje letniakami, w czym go wspieram, Melki wyciągnął z głębokiej szafy Rednex, a Mentos fajne, lesne granie Szwedów, którzy grają jakby dopiero co przegonili znad ogniska, członków Dżero Tal.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
He he no raczej. Robienie takich rzeczy to największy błąd, jaki można popełnić względem muzyki.Hien pisze:13 lip 2023 13:18więc może nie tędy droga, żeby w tym kawałku szukać jakiegoś wysublimowanego poziomu i kunsztu
Ale to nie było tak. Bo nie mam nic do Shakiry, która fajną babką jest. To było raczej zdziwienie, że Ty wrzucasz taki utwór. Zwyczajnie się nie spodziewałem na tamtym etapie i przyznaję, że takie szufladkowanie było idiotyczne.Hien pisze:13 lip 2023 13:18Kurde, jeszcze rok temu Wuja wywracał oczami, jak wrzucałem Shakirę i dziwił się, że wrzucam „TAKĄ” muzykę
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Rob & Fab - Do I
Hien wraca do tematu Milli Vanilli szybciej zanim zdążyłem wrzucić cokolwiek nawiązującego do nich (ale wjedzie w swoim czasie na jesieni myślę i to będzie klip). Przyznaję byłem raczej przekonany że oryginalny projekt wreszcie autorstwa Roba i Faba to będzie jakaś totalna kaszana ale wcale nie. To co słyszę to całkiem zgrabny przebój w stylistyce new jack swing, ten podgatunek r&b to był w sporej mierze soundtrack mego dzieciństwa (to też obiecuję nadrobić). Wokal jest całkiem ok, produkcja srogo kliszowa, delikatnie trąci myszą ale daje radę (choć to była naprawdę końcówka gatunku już trochę, już za chwilę te taneczne rytmy zastąpiły wolniejsze ciepłe hip hopowe bity na których śpiewać będą Mary J. Blige czy Aaliyah). Przyjemne odkrycie, daję okejkę.
Shpongle - Divine Moments of Truth
Dragonowi długo zajął powrót do jego elektronicznego core'u, trochę porozsiewał te dłuższe numery na przestrzeni tej 25. ale za każdym razem trafiał celnie. Utwór Shpongle wrzucony tym razem rozkręca się w powolnym transie wzbogacanym o gardłowe mongolskie śpiewy (które lubię i dobrze kojarzą mi się z paroma innymi wykonawcami elektroniki) by przejść w perkusyjne dzikie tańce i plemienne wokale. Miło kojarzy się ta melodia kalimby bądź naśladująca to brzmienie. Zdecydowanie najmniej siedzą mi te przefiltrowane komputerowo wokale. Żywsza końcówka bardzo na plus, tu już czuję się jak w tych moich preferowanych worldbeatowych klimatach, nawet trochę brazylijski klimat się robi, karnawałem w Rio to pachnie. Całkiem udana wrzutka i podróż w egzotykę.
Rednex - Wish You Were Here
Melki rzuca country balladą, gdy ten numer się zaczyna myślałem że szykuje się typowe rzewne 90sowe plumken granko, ale z czasem klimat ulega zmianie. Wkrada się cyfrowa elektronika pod spodem, smyczki grają dramatyczne pasaże i trochę keknąłem - chyba trzeba będzie przeprosić Musiała, to naprawdę jakoś pobrzmiewa bardziej latami zerowymi ale przez te smyki kojarzy mi się bardziej z jakimiś dramatycznymi emo klimatami jak Evanscence albo coś. Nie wiem no, kompletnie nie moje klimaty, rzewne, serowe, dla mnie słabe.
DAAB - Ogrodu serce
Na początek mała dygresja - fajnie po latach dowiedzieć się że ten numer nazywa się Ogrodu Serce a nie W Moim Ogrodzie (tak jest zdaje się zatytułowany w odświeżonej wersji na składance wydanej już bez autora tego utworu czyli Piotra Strojnowskiego). Swoją drogą odsłuchując wrzutę nawet natrafiłem na filmik na jego temat i dowiedziałem się jego genezy jak to nie mogąc za cholerę napisać tekstu do tego numeru Strojnowski przyniósł na próbę list miłosny napisany do ukochanej i tak powstał przebój. Klasyka, lubiłem ten numer od zawsze, nie jest to takie typowe polskie reggae na dźwięk którego się wzdrygam tylko bardziej nowofalowe, ejtisowe. Ładnie dubujący basik to jest to co w ejtisowym reggae ogólnie lubię najbardziej. Fajny rodzynek w historii polskiej muzyki rozrywkowej ale nie wykluczam że w swoim czasie zapodam inny numer DAAB bo jest taki jeden z którym mam w sumie jakieś tam wspomnienie choć nic osobistego.
International Harvester - Sommerlåten
Mentos tym razem rzucił jakimś instrumentalnym przerywnikiem z obskjurowej płyty ze Skandynawii. Przesterowane gitary, dudniąca pogłosem perkusja, całość mocno jazgotliwa i taka mało wyraźna w brzmieniu. Zasadniczo jedyne co przychodzi mi do głowy po słuchaniu tego kawałka to słynne mentosowe NIE WIEM, niech więc może tak będzie że kto mieczem wojuje od miecza ginie. To jest takie z dupy że trudno mi coś więcej o tym powiedzieć, numer rozpoczyna fade in, kończy fade out, to brzmi jakby ktoś powoli przejechał obok mnie jakimś VW ogórkiem z podkręconym sound systemem na fulla. Był i znikł i już o nim nawet nie pamiętam.
LSD - Genius
Wujas ciśnie Się ile wlezie, ciekawe ile jej kolaboracji jeszcze usłyszymy. Ja za nią nie przepadam od samego początku, mam też spory uraz do radiowego popu poprzedniej dekady. Ok, Sia faktycznie tak nie drażni jak zazwyczaj tutaj. Labrintha kojarzę z jednego numeru raptem, nie podobał mi się jego wokal też, on ma taką chrypę albo raczej taką suchość w głosie za jaką nie przepadam. Diplo na bicie tu najlepiej jeszcze wypada, robi swoje a producentem jest niezłym, ten bit jest ok. Mimo wszystko numer mi nie leży jako całość, być może potrzebuję jeszcze dekady by z sentymentem spojrzeć na muzykę popularną z tamtej dekady.
Kolejka mocno 50/50, jestem na TAK dla Hiena, Dragona i deva, jestem na NIE dla Melkiego, mentosa i Wujasa.
Hien wraca do tematu Milli Vanilli szybciej zanim zdążyłem wrzucić cokolwiek nawiązującego do nich (ale wjedzie w swoim czasie na jesieni myślę i to będzie klip). Przyznaję byłem raczej przekonany że oryginalny projekt wreszcie autorstwa Roba i Faba to będzie jakaś totalna kaszana ale wcale nie. To co słyszę to całkiem zgrabny przebój w stylistyce new jack swing, ten podgatunek r&b to był w sporej mierze soundtrack mego dzieciństwa (to też obiecuję nadrobić). Wokal jest całkiem ok, produkcja srogo kliszowa, delikatnie trąci myszą ale daje radę (choć to była naprawdę końcówka gatunku już trochę, już za chwilę te taneczne rytmy zastąpiły wolniejsze ciepłe hip hopowe bity na których śpiewać będą Mary J. Blige czy Aaliyah). Przyjemne odkrycie, daję okejkę.
Shpongle - Divine Moments of Truth
Dragonowi długo zajął powrót do jego elektronicznego core'u, trochę porozsiewał te dłuższe numery na przestrzeni tej 25. ale za każdym razem trafiał celnie. Utwór Shpongle wrzucony tym razem rozkręca się w powolnym transie wzbogacanym o gardłowe mongolskie śpiewy (które lubię i dobrze kojarzą mi się z paroma innymi wykonawcami elektroniki) by przejść w perkusyjne dzikie tańce i plemienne wokale. Miło kojarzy się ta melodia kalimby bądź naśladująca to brzmienie. Zdecydowanie najmniej siedzą mi te przefiltrowane komputerowo wokale. Żywsza końcówka bardzo na plus, tu już czuję się jak w tych moich preferowanych worldbeatowych klimatach, nawet trochę brazylijski klimat się robi, karnawałem w Rio to pachnie. Całkiem udana wrzutka i podróż w egzotykę.
Rednex - Wish You Were Here
Melki rzuca country balladą, gdy ten numer się zaczyna myślałem że szykuje się typowe rzewne 90sowe plumken granko, ale z czasem klimat ulega zmianie. Wkrada się cyfrowa elektronika pod spodem, smyczki grają dramatyczne pasaże i trochę keknąłem - chyba trzeba będzie przeprosić Musiała, to naprawdę jakoś pobrzmiewa bardziej latami zerowymi ale przez te smyki kojarzy mi się bardziej z jakimiś dramatycznymi emo klimatami jak Evanscence albo coś. Nie wiem no, kompletnie nie moje klimaty, rzewne, serowe, dla mnie słabe.
DAAB - Ogrodu serce
Na początek mała dygresja - fajnie po latach dowiedzieć się że ten numer nazywa się Ogrodu Serce a nie W Moim Ogrodzie (tak jest zdaje się zatytułowany w odświeżonej wersji na składance wydanej już bez autora tego utworu czyli Piotra Strojnowskiego). Swoją drogą odsłuchując wrzutę nawet natrafiłem na filmik na jego temat i dowiedziałem się jego genezy jak to nie mogąc za cholerę napisać tekstu do tego numeru Strojnowski przyniósł na próbę list miłosny napisany do ukochanej i tak powstał przebój. Klasyka, lubiłem ten numer od zawsze, nie jest to takie typowe polskie reggae na dźwięk którego się wzdrygam tylko bardziej nowofalowe, ejtisowe. Ładnie dubujący basik to jest to co w ejtisowym reggae ogólnie lubię najbardziej. Fajny rodzynek w historii polskiej muzyki rozrywkowej ale nie wykluczam że w swoim czasie zapodam inny numer DAAB bo jest taki jeden z którym mam w sumie jakieś tam wspomnienie choć nic osobistego.
International Harvester - Sommerlåten
Mentos tym razem rzucił jakimś instrumentalnym przerywnikiem z obskjurowej płyty ze Skandynawii. Przesterowane gitary, dudniąca pogłosem perkusja, całość mocno jazgotliwa i taka mało wyraźna w brzmieniu. Zasadniczo jedyne co przychodzi mi do głowy po słuchaniu tego kawałka to słynne mentosowe NIE WIEM, niech więc może tak będzie że kto mieczem wojuje od miecza ginie. To jest takie z dupy że trudno mi coś więcej o tym powiedzieć, numer rozpoczyna fade in, kończy fade out, to brzmi jakby ktoś powoli przejechał obok mnie jakimś VW ogórkiem z podkręconym sound systemem na fulla. Był i znikł i już o nim nawet nie pamiętam.
LSD - Genius
Wujas ciśnie Się ile wlezie, ciekawe ile jej kolaboracji jeszcze usłyszymy. Ja za nią nie przepadam od samego początku, mam też spory uraz do radiowego popu poprzedniej dekady. Ok, Sia faktycznie tak nie drażni jak zazwyczaj tutaj. Labrintha kojarzę z jednego numeru raptem, nie podobał mi się jego wokal też, on ma taką chrypę albo raczej taką suchość w głosie za jaką nie przepadam. Diplo na bicie tu najlepiej jeszcze wypada, robi swoje a producentem jest niezłym, ten bit jest ok. Mimo wszystko numer mi nie leży jako całość, być może potrzebuję jeszcze dekady by z sentymentem spojrzeć na muzykę popularną z tamtej dekady.
Kolejka mocno 50/50, jestem na TAK dla Hiena, Dragona i deva, jestem na NIE dla Melkiego, mentosa i Wujasa.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Rob & Fab Do I
Szanuję tych gości. Z dzisiejszego punktu widzenia cała ta historia wydaje się jakimś kuriozum, które ostatecznie można spłycić do wstydliwego publicznego linczu na dwóch sympatycznych gościach. W wielu miejscach na świecie odwalano równie dziwne projekty i gdyby nie lepsze pilnowanie PB, pewnie padłoby ich więcej. Nawet ta nieszczęsna HABA z Sopotu 2005 dzisiaj ewoluowałaby w mema, z którym dałoby się żyć, bo po czasie wszyscy by zapomnieli. Tutaj skończyło się z jednej strony tragedią, a z drugiej małym zwycięstwem, bo Fab może sobie jeździć po małych festiwalach europejskich i czerpać radochę z muzyki. Wróciłem do klasyka Milli Vanilli i pomału schodzi mi dawny entuzjazm. Tu zaczyna się znacznie ciekawiej, choć dalej produkcja jest dość plastikowa. W 1993 roku nie byłoby szans na wielki boom, ale szkoda, że nie wyszło z poważniejszymi planami wydawniczymi, bo to po prostu powinno usłyszeć więcej ludzi. Panowie nie brzmią najgorzej. Ma to lekki sznyt w stylu Jacksona, szczególnie refren. Oczywiście od razu posłuchałem się Hiena i słucham z empetrójki. Kurczę, ta okładka też mogła być lepsza xD Mały recykling dźwięków uszedłby w tłumie, ale przed ostatnimi refrenami ten dłuższy instrumentalny fragment przypomina wysypanie na podłogę dość solidnego kuferka z zabawkami w przedszkolu. Brzmi to po prostu słabo. Jakby z założenia był potrzebny, a nikt nie miał pomysłu. Sample wokalne jeszcze, ale te świsty, tanie skrecze... przy bardzo ograniczonej palecie wyszło dziwnie. Do tego jeszcze dość chamsko potem wchodzi ten refren. Poza tym jeszcze naprawdę okej. Ciekawsze niż Girl U Know Its Tru.
Common Nuthin' To Do
Świetna zapowiedź poszła w bestce teledyskowej, tutaj po prostu wjeżdża kolejny solidny numer. Gorszy, bo takich jak TAMTEN nie ma za dużo na świecie, ale dalej więcej niż tylko w porządku. Lepszego momentu dla sprawdzenia całej płyty nie będzie. Podoba mi się ten głos. Bit z gatunku tych wyraźnie jazzujących. Nie nudzi, dobrze wbija w fotel, wszystkie użyte środki na bogatości, ale nie ma przeładowania. Nie wiem, jak było w Bełchatowie, ale ja bym się do tego bujał bez problemu na wałbrzyskim Podzamczu (osiedle typu wielka płyta) wieczorami. Albo we wspominanym mieszkaniu ciotki w trakcie jakiejś rozgrywki online. Nie ma różnicy, numer od razu wprowadza w pozytywny nastrój. Do chillowania, a nie gadania, więc tyle ode mnie, bez odbioru.
PS Boże, jakie to I Used to Love HER jest dobrze, tam działa absolutnie wszystko...
Rednex Wish You Were Here
Zdarza mi się jeszcze przesiadywać dłużej na RYMie. Ostatnio mam masę wolnego czasu, więc przewijam ciekawsze playlisty, sprawdzam informacje o rzeczach. Którejś nocy trafiłem na zbiór dość obleśnych i niepokojących rzeczy. Między muzyką jakichś zwyrodnialców, okładkami z femboyami lub żeńskimi postaciami z anime znalazłem okładkę tej płyty, z której pochodzi Wish You Were Here. Co za dramat, na sekundę oglądania tego dzieła trzeba godzinę oczu kąpieli. Obawiałem się jakiegoś pseudo tanecznego dziadostwa, a tu zaskoczenie. Dziwne połączenie telewizyjnej balladki z midi elektroniką. Ma coś w sobie eurowizyjnego. Bardzo dziwny rozmach, patos. Kicz w stylu, który niespecjalnie mi odpowiada. Ten wyraźnie słyszalny akcent też lekko drażni. Mocno przerysowana rzecz, aż za bardzo. Na pewno nie śmieszy, ale też nie skłania do wstydliwych odsłuchów po kątach, żeby nikt nie widział. Nie mam żadnych odczuć, jedyne negatywy wynikają z tak paskudnego obrazka, jakim obdarzono zawartość płyty. Refren ciekawe się rozwija, poza tym trudno mi to przypasować do czegokolwiek słyszanego wcześniej. Lekko zamulające.
Na początku myślałem, że wrzucił to Dev xD Otworzyłem ostatnią stronę tematu, odpalam playlistę na JuTube, zastanawiam się co ten Musiał najlepszego wrzucił... musiał-em mieć niezłą minę.
Daab Ogrodu serca
Hmm, bardziej podpasowało mi polskie reggae niż kolejny klon duchologicznej elektroniki. Chyba się starzeję. To jeden z tych kawałków, który dobrze znam, bo w radiu słyszałem dziesiątki razy, ale niby nie chciało mi się sprawdzać kto to, jak i gdzie. Nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek wzbudzał moją niechęć, wystarczał jako tło tak po prostu. To takie reggae z rodzynkami, bo oczywisty szkielecik z perkusji i basu w ogóle się nie narzuca. Gęsto obrodziło w klawiszowe ozdobniki, seksofon też pasuje doskonale. Numer snuje się niepozornie i w tym tkwi jego moc. Dla przynerdzenia to mógłbym się tutaj wsłuchać jakiegoś XTC, ale nie ma co popadać w absurdy, rege jak rege, z czasem człowiek odpuszcza i zaczyna lubić. Szczególnie, gdy jego znajomi coraz poważniej odpływają w tych klimatach... W Moim Ogrodzie brzmi lepiej, nie wiem o co chodzi w tekście i nie chcę tego roztrząsać, ale gdy już usłyszałem pierwsze takty, to raczej przypisałbym je do tej drugiej nazwy. Bardzo przyjemny odkop. Budzi nostalgię w stylu duchologicznym, bo znane od zawsze, ale nigdy do niczego konkretnego nie było przypisane.
International Harvester Sommarlåten
Seba jak zwykle podrzuca intrygujący kontekst. Mam za sobą wiele wstydliwych i interesujących interakcji na forach internetowych. Zaczynałem już w 2011 roku, ale przez długi czas *wink* *wink* nie przyznawałem się do swojego prawdziwego wieku. Bywałem w miejscach bardziej politycznych, telewizyjnych, muzycznych... Dobrze, że wiele z nich już nie istnieje. W podobnej do omawianej przez Mint Aja formule traktowałem RYMa, z którego korzystałem już przed zimą 2015/2016. Wtedy też najpewniej powstawały moje pierwsze listy "do zeszytów" z płytami progrockowymi, które wyrózniały się właśnie krajem pochodzenia, specyficznymi instrumentami użytymi do nagrań... albo były przypisane do fajnie nazywających się zespołów czy cuś. Tego zespołu jakoś sobie nie przypominam, więc na pewno niczego od nich nie słyszałem do tej pory. Dołączam do grona uczestników Maratonu Uśmiechu. Nazwa zespołu brzmi jak nazwa jakiegoś kanału rolniczego odbieranego satelitarnie w latach 90'. Być może jakiś taki był, ale aż tak już się nie znam. Summer Latte brzmi jak urwany wstęp do czegoś większego. Nie brzmi aż tak rockersko, raczej jak luźny improwizowany szkic na podstawie paru wytycznych. Lekko zadymiona atmosfera, otwarta przestrzeń, może nawet w dolinie między pagórkami. RYM podpowiada, że funkcjonowali w tamtym czasie też jako Parson Sound i tę nazwę już pamiętam sprzed lat. Może warto sprawdzić całość? Może być podobnie jak z Popol Vuh, gdzie między miniaturkami i pojedynczymi dłuższymi kompozycjami kryją się diamenty. Temat uważam za rozwojowy.
LSD Geniusz
Na koniec wracamy do krainy przebojów rodem ze Stocka i TikToka. Nie jest aż tak nachalnie przebojowy jak poprzednia propozycja Wujasa, ale ten prawie trapowy działa. Głupoty podane w bardzo strawny sposób. To i u mnie może być najmniej irytujący numer z udziałem Sii. Chyba celowo jest zbudowany z niczego, zwrotek praktycznie nie ma, ciekawie obrobiona jedna linijka wokół tytułowego geniusza i mamy przepis na popową lekkostrawną miniaturkę, wystarczy ją odpowiednio często powtórzyć, czasem nawet trochę inaczej. Smyki robią za sztuczne budowanie napięcia przed wejściem w bardziej imprezowy, swobodny nastrój. Gdybym częściej trafiał na takie numery w telewizjach muzycznych i radiu, to nie odszełbym od nich tak poważnie. Do jedzenia Quattro Fromaggi w pizzerii jak znalazł, ale nie tylko. Malutki, nieśmiały kciuk do góry.
Szanuję tych gości. Z dzisiejszego punktu widzenia cała ta historia wydaje się jakimś kuriozum, które ostatecznie można spłycić do wstydliwego publicznego linczu na dwóch sympatycznych gościach. W wielu miejscach na świecie odwalano równie dziwne projekty i gdyby nie lepsze pilnowanie PB, pewnie padłoby ich więcej. Nawet ta nieszczęsna HABA z Sopotu 2005 dzisiaj ewoluowałaby w mema, z którym dałoby się żyć, bo po czasie wszyscy by zapomnieli. Tutaj skończyło się z jednej strony tragedią, a z drugiej małym zwycięstwem, bo Fab może sobie jeździć po małych festiwalach europejskich i czerpać radochę z muzyki. Wróciłem do klasyka Milli Vanilli i pomału schodzi mi dawny entuzjazm. Tu zaczyna się znacznie ciekawiej, choć dalej produkcja jest dość plastikowa. W 1993 roku nie byłoby szans na wielki boom, ale szkoda, że nie wyszło z poważniejszymi planami wydawniczymi, bo to po prostu powinno usłyszeć więcej ludzi. Panowie nie brzmią najgorzej. Ma to lekki sznyt w stylu Jacksona, szczególnie refren. Oczywiście od razu posłuchałem się Hiena i słucham z empetrójki. Kurczę, ta okładka też mogła być lepsza xD Mały recykling dźwięków uszedłby w tłumie, ale przed ostatnimi refrenami ten dłuższy instrumentalny fragment przypomina wysypanie na podłogę dość solidnego kuferka z zabawkami w przedszkolu. Brzmi to po prostu słabo. Jakby z założenia był potrzebny, a nikt nie miał pomysłu. Sample wokalne jeszcze, ale te świsty, tanie skrecze... przy bardzo ograniczonej palecie wyszło dziwnie. Do tego jeszcze dość chamsko potem wchodzi ten refren. Poza tym jeszcze naprawdę okej. Ciekawsze niż Girl U Know Its Tru.
Common Nuthin' To Do
Świetna zapowiedź poszła w bestce teledyskowej, tutaj po prostu wjeżdża kolejny solidny numer. Gorszy, bo takich jak TAMTEN nie ma za dużo na świecie, ale dalej więcej niż tylko w porządku. Lepszego momentu dla sprawdzenia całej płyty nie będzie. Podoba mi się ten głos. Bit z gatunku tych wyraźnie jazzujących. Nie nudzi, dobrze wbija w fotel, wszystkie użyte środki na bogatości, ale nie ma przeładowania. Nie wiem, jak było w Bełchatowie, ale ja bym się do tego bujał bez problemu na wałbrzyskim Podzamczu (osiedle typu wielka płyta) wieczorami. Albo we wspominanym mieszkaniu ciotki w trakcie jakiejś rozgrywki online. Nie ma różnicy, numer od razu wprowadza w pozytywny nastrój. Do chillowania, a nie gadania, więc tyle ode mnie, bez odbioru.
PS Boże, jakie to I Used to Love HER jest dobrze, tam działa absolutnie wszystko...
Rednex Wish You Were Here
Zdarza mi się jeszcze przesiadywać dłużej na RYMie. Ostatnio mam masę wolnego czasu, więc przewijam ciekawsze playlisty, sprawdzam informacje o rzeczach. Którejś nocy trafiłem na zbiór dość obleśnych i niepokojących rzeczy. Między muzyką jakichś zwyrodnialców, okładkami z femboyami lub żeńskimi postaciami z anime znalazłem okładkę tej płyty, z której pochodzi Wish You Were Here. Co za dramat, na sekundę oglądania tego dzieła trzeba godzinę oczu kąpieli. Obawiałem się jakiegoś pseudo tanecznego dziadostwa, a tu zaskoczenie. Dziwne połączenie telewizyjnej balladki z midi elektroniką. Ma coś w sobie eurowizyjnego. Bardzo dziwny rozmach, patos. Kicz w stylu, który niespecjalnie mi odpowiada. Ten wyraźnie słyszalny akcent też lekko drażni. Mocno przerysowana rzecz, aż za bardzo. Na pewno nie śmieszy, ale też nie skłania do wstydliwych odsłuchów po kątach, żeby nikt nie widział. Nie mam żadnych odczuć, jedyne negatywy wynikają z tak paskudnego obrazka, jakim obdarzono zawartość płyty. Refren ciekawe się rozwija, poza tym trudno mi to przypasować do czegokolwiek słyszanego wcześniej. Lekko zamulające.
Na początku myślałem, że wrzucił to Dev xD Otworzyłem ostatnią stronę tematu, odpalam playlistę na JuTube, zastanawiam się co ten Musiał najlepszego wrzucił... musiał-em mieć niezłą minę.
Daab Ogrodu serca
Hmm, bardziej podpasowało mi polskie reggae niż kolejny klon duchologicznej elektroniki. Chyba się starzeję. To jeden z tych kawałków, który dobrze znam, bo w radiu słyszałem dziesiątki razy, ale niby nie chciało mi się sprawdzać kto to, jak i gdzie. Nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek wzbudzał moją niechęć, wystarczał jako tło tak po prostu. To takie reggae z rodzynkami, bo oczywisty szkielecik z perkusji i basu w ogóle się nie narzuca. Gęsto obrodziło w klawiszowe ozdobniki, seksofon też pasuje doskonale. Numer snuje się niepozornie i w tym tkwi jego moc. Dla przynerdzenia to mógłbym się tutaj wsłuchać jakiegoś XTC, ale nie ma co popadać w absurdy, rege jak rege, z czasem człowiek odpuszcza i zaczyna lubić. Szczególnie, gdy jego znajomi coraz poważniej odpływają w tych klimatach... W Moim Ogrodzie brzmi lepiej, nie wiem o co chodzi w tekście i nie chcę tego roztrząsać, ale gdy już usłyszałem pierwsze takty, to raczej przypisałbym je do tej drugiej nazwy. Bardzo przyjemny odkop. Budzi nostalgię w stylu duchologicznym, bo znane od zawsze, ale nigdy do niczego konkretnego nie było przypisane.
International Harvester Sommarlåten
Seba jak zwykle podrzuca intrygujący kontekst. Mam za sobą wiele wstydliwych i interesujących interakcji na forach internetowych. Zaczynałem już w 2011 roku, ale przez długi czas *wink* *wink* nie przyznawałem się do swojego prawdziwego wieku. Bywałem w miejscach bardziej politycznych, telewizyjnych, muzycznych... Dobrze, że wiele z nich już nie istnieje. W podobnej do omawianej przez Mint Aja formule traktowałem RYMa, z którego korzystałem już przed zimą 2015/2016. Wtedy też najpewniej powstawały moje pierwsze listy "do zeszytów" z płytami progrockowymi, które wyrózniały się właśnie krajem pochodzenia, specyficznymi instrumentami użytymi do nagrań... albo były przypisane do fajnie nazywających się zespołów czy cuś. Tego zespołu jakoś sobie nie przypominam, więc na pewno niczego od nich nie słyszałem do tej pory. Dołączam do grona uczestników Maratonu Uśmiechu. Nazwa zespołu brzmi jak nazwa jakiegoś kanału rolniczego odbieranego satelitarnie w latach 90'. Być może jakiś taki był, ale aż tak już się nie znam. Summer Latte brzmi jak urwany wstęp do czegoś większego. Nie brzmi aż tak rockersko, raczej jak luźny improwizowany szkic na podstawie paru wytycznych. Lekko zadymiona atmosfera, otwarta przestrzeń, może nawet w dolinie między pagórkami. RYM podpowiada, że funkcjonowali w tamtym czasie też jako Parson Sound i tę nazwę już pamiętam sprzed lat. Może warto sprawdzić całość? Może być podobnie jak z Popol Vuh, gdzie między miniaturkami i pojedynczymi dłuższymi kompozycjami kryją się diamenty. Temat uważam za rozwojowy.
LSD Geniusz
Na koniec wracamy do krainy przebojów rodem ze Stocka i TikToka. Nie jest aż tak nachalnie przebojowy jak poprzednia propozycja Wujasa, ale ten prawie trapowy działa. Głupoty podane w bardzo strawny sposób. To i u mnie może być najmniej irytujący numer z udziałem Sii. Chyba celowo jest zbudowany z niczego, zwrotek praktycznie nie ma, ciekawie obrobiona jedna linijka wokół tytułowego geniusza i mamy przepis na popową lekkostrawną miniaturkę, wystarczy ją odpowiednio często powtórzyć, czasem nawet trochę inaczej. Smyki robią za sztuczne budowanie napięcia przed wejściem w bardziej imprezowy, swobodny nastrój. Gdybym częściej trafiał na takie numery w telewizjach muzycznych i radiu, to nie odszełbym od nich tak poważnie. Do jedzenia Quattro Fromaggi w pizzerii jak znalazł, ale nie tylko. Malutki, nieśmiały kciuk do góry.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
sorry Hien, ludziska tak się zasłuchali w BIG że Twoja bestka chyba poległa xd
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Rob & Fab - Do I
Bardzo dobrze wspominam zespół Milli Vanilli z czasów szkolnych. Chociaż kompletnie nie jarzę, po co była ta cała afera z podmienianiem prawdziwych muzyków na jakichś statystów, którzy mieli lepiej wyglądać. Hien pisze, że Rob i Fab poświęcili dwa lata na to, żeby udowodnić światu, iż potrafią śpiewać. Czy im to wyszło? No nie bardzo wg mnie. Co prawda brzmienie bardzo mocno bazuje na brzmieniu MV, ale nie dość, że jest to kilka lat później niż oryginał, to jeszcze sama kompozycja o kilka klas niżej od np. Girl U Know It’s True. Nie podoba mi się kompletnie. A co do samych wokalistów – dwa lata uczyli się śpiewać i zaśpiewali, ale do oryginalnych wokali MV nie mają nawet podchodu. Czyli właściwie nie udowodnili nic. Mnie szczerze mówiąc ta dwójka przestała interesować z chwilą, gdy prawda o oszustwie w Milli Vanilli wyszła na jaw. Nie lubię robienia z ludzi idiotów. Wiem, że za wszystkim stał niejaki Farian. I to on wpadł na ten szalony plan, który wcześniej czy później musiał runąć. Widziałem zdjęcia prawdziwych głosów MV i wcale nie uważam, żeby byli jacyś trędowaci. A przynajmniej byli autentyczni, bo wokal w MV nigdy mi jakoś nie pasował do żadnego ze zdemaskowanej dwójki. Tę aferę właściwie traktuję na równi z dopingiem w sporcie. Tam też niektórzy na skróty poprzez zwykłe oszustwo próbują się wybić ponad innych. Tylko że po dopingowej wpadce pozostaje tylko wstyd przed kibicami. Są przypadki, że taki sportowiec wraca i do czegoś dochodzi. Udowadnia, że jednak bez wspomagaczy też potrafi. Nawet odzyskuje łaskę kibiców. Dwójce Rob i Fab powrót nie wyszedł. I właściwie po zapoznaniu się z Do I się nie dziwię.
Common Sense - Nuthin' To Do
Murzyn atakuje czarnymi ze wszystkich stron bez opamiętania. A im więcej dostaje pochwał, tym jest zuchwalszy. Ale dopóki będzie trzymał poziom, to nie mam nic przeciwko. Nuthin’ To Do to bardzo porządny utwór, chociaż oczywiście nie aż tak dobry, jak ten z bestki klipowej. Bardzo lubię głos Commona. W wielu momentach nie do pomylenia z nikim innym., szczególnie jak rapuje trochę wyżej. Rytmiczny i bujający utwór. Fajnie wplecione zagrywki na saksofonie. Elegancko pogrywający bas. Do tego skrecze. Po prostu dobry numer.
Shpongle - Divine Moments of Truth
Najtrudniej mi było określić się w stosunku do tego utworu. Bo jest długi , zbudowany jakby z kilku segmentów. Sporo się dzieje. Klimat się zmienia kilkukrotnie. Nie byłem pewien, czy ten misz masz nie jest zbyt srogi. Nadal nie wiem, bo mamy tu klimaty orientalne, latynoskie, mongolskie, a nawet brazylijskie. Nie wiem, czy nie za dużo tego naraz. Czy nie za duży pierdolnik się zrobił. Jednocześnie fajne to muszę przyznać. Na pewno zaciekawiła mnie ta muzyka. Najlepszy jest pierwszy fragment. Jest bardzo tajemniczo i klimatycznie. Ten fragment rzeczywiście pachnie Banco de Gaią i jego albumem Maya. Klimaty orientalne mieszają się z jakimiś echami amazońskiej dżungli. Fajne zmiana na perkusji w okolicach 2:30. Środkowy segment też dobrze brzmi, choć zniekształcone wokale są niepotrzebne. Nie podobają mi się zbytnio. Można było lepiej. Trochę z dupy ostatni fragment w klimatach brazylijskiego karnawału. Nie pasuje to do całości. Wkurzają mnie też nieco te gwizdki.
Utwór może nie jest doskonały, ale na pewno ciekawy i fragmentami bardzo klimatyczny.
Rednex - Wish You Were Here
Rednex oczywiście znam od początku ich istnienia. Sam pewnie coś od nich kiedyś wrzucę. Wish You Were Here pochodzi z ich debiutu. Potem wokalistki się zmieniały. Ale z tego co słyszałem, to zespół wciąż poruszał się w podobnych klimatach. Klimatach country, klimatach „indiańskopodobnych”. Czyli klimatach do bólu amerykańskich. Nawet ich wszystkie teledyski, które widziałem są mocno osadzone w klimatach amerykańskich. Clip do Wish You Were Here nie jest wyjątkiem. Pokazuje członków zespołu jako amerykańskich żołnierzy z czasów wojny secesyjnej. Wszystko w bardzo pastelowych kolorach. Pomimo, że Rednex pochodzą z zimnej Skandynawii, to taki sobie wizerunek wymyślili. A ja bardzo lubię amerykańskie klimaty. Bo fajne to są klimaty. I fajna piosenka. Przyjemna ballada z ładną linią melodyczną. Rednex lubi stosować zabiegi z chórkami i filmowymi smykami, a ja je bardzo lubię. Jestem po prostu mało odporny na takie rzeczy.
DAAB - Ogrodu Serce
Z tym reggae to jest dziwna rzecz u mnie. Nie lubię gatunku jako takiego, choć wybrane rzeczy potrafią mi się podobać. Gdy jakiś wykonawca nie grający na co dzień reggae czasami zrobi dobry utwór w stylu reggae, to często mi się podoba. Fishmans grający w stylu reggae też mi się podoba. Ale typowych wykonawców reggae to raczej nie słucham. A już na pewno nie polskich. Polak pasuje do muzyki reggae równie dobrze, jak do rapu. Czyli w ogóle. Zespół DAAB kojarzę, słyszałem to i owo, a już na pewno wielokrotnie słyszałem Ogrodu serce. I nie powiem, żeby mnie brał jakiś nerw przy tym utworze, ale szczęśliwszy jestem, gdy tego nie słyszę. Zdecydowanie szczęśliwszy.
International Harvester - Sommarlåten
Dziwna nazwa zespołu i dziwna muzyka. Bardzo prosta w sumie piosenka z prostą melodią. I nic do tej melodii nie mam. Ale kurde mam problem z brzmieniem. Te gitary mają takie nieprzyjemne dla mnie brzmienie, że ciężko mi się tego w ogóle słucha. Wytwarzają jakąś taką psychodeliczną aurę, że człowiek po prostu ma ochotę iść się rzucić z klifu w przepaść. Coś podobnego czułem przy Późnym Królestwie. Tutaj może klimat nie jest aż tak niszczycielski, ale jednak zdecydowanie nieprzyjemny. Dobrze, że utwór jest taki krótki, to nie zdążyłem na szczęście dojść do tego klifu.
Bardzo dobrze wspominam zespół Milli Vanilli z czasów szkolnych. Chociaż kompletnie nie jarzę, po co była ta cała afera z podmienianiem prawdziwych muzyków na jakichś statystów, którzy mieli lepiej wyglądać. Hien pisze, że Rob i Fab poświęcili dwa lata na to, żeby udowodnić światu, iż potrafią śpiewać. Czy im to wyszło? No nie bardzo wg mnie. Co prawda brzmienie bardzo mocno bazuje na brzmieniu MV, ale nie dość, że jest to kilka lat później niż oryginał, to jeszcze sama kompozycja o kilka klas niżej od np. Girl U Know It’s True. Nie podoba mi się kompletnie. A co do samych wokalistów – dwa lata uczyli się śpiewać i zaśpiewali, ale do oryginalnych wokali MV nie mają nawet podchodu. Czyli właściwie nie udowodnili nic. Mnie szczerze mówiąc ta dwójka przestała interesować z chwilą, gdy prawda o oszustwie w Milli Vanilli wyszła na jaw. Nie lubię robienia z ludzi idiotów. Wiem, że za wszystkim stał niejaki Farian. I to on wpadł na ten szalony plan, który wcześniej czy później musiał runąć. Widziałem zdjęcia prawdziwych głosów MV i wcale nie uważam, żeby byli jacyś trędowaci. A przynajmniej byli autentyczni, bo wokal w MV nigdy mi jakoś nie pasował do żadnego ze zdemaskowanej dwójki. Tę aferę właściwie traktuję na równi z dopingiem w sporcie. Tam też niektórzy na skróty poprzez zwykłe oszustwo próbują się wybić ponad innych. Tylko że po dopingowej wpadce pozostaje tylko wstyd przed kibicami. Są przypadki, że taki sportowiec wraca i do czegoś dochodzi. Udowadnia, że jednak bez wspomagaczy też potrafi. Nawet odzyskuje łaskę kibiców. Dwójce Rob i Fab powrót nie wyszedł. I właściwie po zapoznaniu się z Do I się nie dziwię.
Common Sense - Nuthin' To Do
Murzyn atakuje czarnymi ze wszystkich stron bez opamiętania. A im więcej dostaje pochwał, tym jest zuchwalszy. Ale dopóki będzie trzymał poziom, to nie mam nic przeciwko. Nuthin’ To Do to bardzo porządny utwór, chociaż oczywiście nie aż tak dobry, jak ten z bestki klipowej. Bardzo lubię głos Commona. W wielu momentach nie do pomylenia z nikim innym., szczególnie jak rapuje trochę wyżej. Rytmiczny i bujający utwór. Fajnie wplecione zagrywki na saksofonie. Elegancko pogrywający bas. Do tego skrecze. Po prostu dobry numer.
Shpongle - Divine Moments of Truth
Najtrudniej mi było określić się w stosunku do tego utworu. Bo jest długi , zbudowany jakby z kilku segmentów. Sporo się dzieje. Klimat się zmienia kilkukrotnie. Nie byłem pewien, czy ten misz masz nie jest zbyt srogi. Nadal nie wiem, bo mamy tu klimaty orientalne, latynoskie, mongolskie, a nawet brazylijskie. Nie wiem, czy nie za dużo tego naraz. Czy nie za duży pierdolnik się zrobił. Jednocześnie fajne to muszę przyznać. Na pewno zaciekawiła mnie ta muzyka. Najlepszy jest pierwszy fragment. Jest bardzo tajemniczo i klimatycznie. Ten fragment rzeczywiście pachnie Banco de Gaią i jego albumem Maya. Klimaty orientalne mieszają się z jakimiś echami amazońskiej dżungli. Fajne zmiana na perkusji w okolicach 2:30. Środkowy segment też dobrze brzmi, choć zniekształcone wokale są niepotrzebne. Nie podobają mi się zbytnio. Można było lepiej. Trochę z dupy ostatni fragment w klimatach brazylijskiego karnawału. Nie pasuje to do całości. Wkurzają mnie też nieco te gwizdki.
Utwór może nie jest doskonały, ale na pewno ciekawy i fragmentami bardzo klimatyczny.
Rednex - Wish You Were Here
Rednex oczywiście znam od początku ich istnienia. Sam pewnie coś od nich kiedyś wrzucę. Wish You Were Here pochodzi z ich debiutu. Potem wokalistki się zmieniały. Ale z tego co słyszałem, to zespół wciąż poruszał się w podobnych klimatach. Klimatach country, klimatach „indiańskopodobnych”. Czyli klimatach do bólu amerykańskich. Nawet ich wszystkie teledyski, które widziałem są mocno osadzone w klimatach amerykańskich. Clip do Wish You Were Here nie jest wyjątkiem. Pokazuje członków zespołu jako amerykańskich żołnierzy z czasów wojny secesyjnej. Wszystko w bardzo pastelowych kolorach. Pomimo, że Rednex pochodzą z zimnej Skandynawii, to taki sobie wizerunek wymyślili. A ja bardzo lubię amerykańskie klimaty. Bo fajne to są klimaty. I fajna piosenka. Przyjemna ballada z ładną linią melodyczną. Rednex lubi stosować zabiegi z chórkami i filmowymi smykami, a ja je bardzo lubię. Jestem po prostu mało odporny na takie rzeczy.
DAAB - Ogrodu Serce
Z tym reggae to jest dziwna rzecz u mnie. Nie lubię gatunku jako takiego, choć wybrane rzeczy potrafią mi się podobać. Gdy jakiś wykonawca nie grający na co dzień reggae czasami zrobi dobry utwór w stylu reggae, to często mi się podoba. Fishmans grający w stylu reggae też mi się podoba. Ale typowych wykonawców reggae to raczej nie słucham. A już na pewno nie polskich. Polak pasuje do muzyki reggae równie dobrze, jak do rapu. Czyli w ogóle. Zespół DAAB kojarzę, słyszałem to i owo, a już na pewno wielokrotnie słyszałem Ogrodu serce. I nie powiem, żeby mnie brał jakiś nerw przy tym utworze, ale szczęśliwszy jestem, gdy tego nie słyszę. Zdecydowanie szczęśliwszy.
International Harvester - Sommarlåten
Dziwna nazwa zespołu i dziwna muzyka. Bardzo prosta w sumie piosenka z prostą melodią. I nic do tej melodii nie mam. Ale kurde mam problem z brzmieniem. Te gitary mają takie nieprzyjemne dla mnie brzmienie, że ciężko mi się tego w ogóle słucha. Wytwarzają jakąś taką psychodeliczną aurę, że człowiek po prostu ma ochotę iść się rzucić z klifu w przepaść. Coś podobnego czułem przy Późnym Królestwie. Tutaj może klimat nie jest aż tak niszczycielski, ale jednak zdecydowanie nieprzyjemny. Dobrze, że utwór jest taki krótki, to nie zdążyłem na szczęście dojść do tego klifu.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Sorry Wuja, ale pierdoIisz głupoty. Zarzucano im, że w ogóle nie potrafią śpiewać, a ostatecznie wyszło bardzo przyzwoicie, samo to, że nie wyszło lepiej od wytrenowanych wokalistów z wieloletnim doświadczeniem nie znaczy, że NICZEGO nie udowodnili. Zresztą oceniasz to na podstawie JEDNEGO utworu, który słyszałeś i paru singli MV, które znasz. Właśnie z powodu ludzi, którzy oceniają na szybko i na podstawie jakiejś drobnicy, życie tych chłopaków się posypało.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
W momencie, gdy Milli Vanilli święciło triumfy nie potrafili śpiewać. Więc tym bardziej nie rozumiem po co ich podstawiali za wytrenowanych wokalistów.
Ten hejt na nich pewnie i był przesadzony. Główną winę za wszystko ponosi Farian, który wymyślił to oszustwo, zamydlił młodym chłopakom oczy i naobiecywał złotych gór. No ale mniejsza z tym. Zarzucasz mi, że oceniam na podstawie jednego czy też kilku utworów. Cała ta bestka polega na ocenianiu pojedynczych utworów. Nikt nie przesłuchuje od razu całej dyskografii wykonawcy, żeby wydać opinię o wrzutce.
Ten hejt na nich pewnie i był przesadzony. Główną winę za wszystko ponosi Farian, który wymyślił to oszustwo, zamydlił młodym chłopakom oczy i naobiecywał złotych gór. No ale mniejsza z tym. Zarzucasz mi, że oceniam na podstawie jednego czy też kilku utworów. Cała ta bestka polega na ocenianiu pojedynczych utworów. Nikt nie przesłuchuje od razu całej dyskografii wykonawcy, żeby wydać opinię o wrzutce.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ale Ty się Wuja wymądrzasz na temat tego kto i co udowodnił. Można sobie wyrabiac opinie na temat kawałków, ale Ty już uznałeś, że panowie położyli cały comeback. Jeśli chodzi o umiejętności w trakcie sukcesu MV, potrafili śpiewać i duże fragmenty koncertów lecieli na żywo, własnymi głosami (o czym się z jakiegoś powodu nie mówi). A Ty już wszystko wiesz najlepiej. Skup się na utworze, który oceniasz i tyle.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Ok, zapomniałem dodać, że "moim zdaniem".
Masz na taki fragment jakiś namiar? To są tak różne głosy, że ciężko mi po prostu w to uwierzyć.Hien pisze:18 lip 2023 11:46Jeśli chodzi o umiejętności w trakcie sukcesu MV, potrafili śpiewać i duże fragmenty koncertów lecieli na żywo
He he i pomyśleć, że kiedyś miałeś do mnie pretensje, iż wykłócam się o swoje wrzutki. Nie zakazuj komuś robić rzeczy, które sam robisz. Sam wydajesz różne osądy o innych wykonawcach, często wychodząc poza ramy danego utworu, a tutaj nagle taki bulwers.Hien pisze:18 lip 2023 11:46A Ty już wszystko wiesz najlepiej. Skup się na utworze, który oceniasz i tyle.