Best of Forum (Edycja albumowa)
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Nie jestem specem w tej materii ale jednakowo na pierwszy rzut uchem uznałem Nonsuch za pop rock i tyle. Pod względem budowy numerów nie czuję tu takiego podróżowania czy teatralności z jakim kojarzy mi się prog rock. Ornamentacja ok, miejscami taka barokowość się wkrada i z tym się zgodzę.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Aż tak gorliwy nie byłem, ale Thick, Heavy Horses, właśnie Aqualung... wszystko mi mówi, że to muzyka kompletnie nie dla mnie skrojona.Malkolit pisze:13 kwie 2022 16:49@Dragon który Tull? Bo ten z pierwszych płyt nie jest jakiś bardzo trudny - potem czasami robi się dziwnie (po Aqualungu).
PRZEPRASZAM, mam w domu TRZY numery Lizarda, 28-30.
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Rany, ja tylko nawiązałem do tematu, a niektórzy się rzucają. Mam dodawać wszędzie emotkę, że się śmieję i mrugam okiem?
Tak, wiem, prog się wywodzi od rocka psychodelicznego, zawsze też podają Beatlesów jako inspirację, potem były grupy typu Moody Blues...
Dragon, tak, ja wiem, Tull jest dość specyficzny; ale wolę go zdecydowanie od paru innych przedstawicieli nurtu, lubię manierę Andersona
Tak, wiem, prog się wywodzi od rocka psychodelicznego, zawsze też podają Beatlesów jako inspirację, potem były grupy typu Moody Blues...
Dragon, tak, ja wiem, Tull jest dość specyficzny; ale wolę go zdecydowanie od paru innych przedstawicieli nurtu, lubię manierę Andersona
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Wystarczy, że regularnie ryczysz xd
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
XTC - Nonsuch
Hien to jest typ, który mówi, że słucha bardzo różnorodnej muzyki, ale jeśli nie pozna się go bliżej, to można odnieść wrażenie, że jest zgoła odwrotnie. Ale jeśli nie chce się poznać osoby (może nie ma sposobności, bywa), to wystarczy bliżej poznać samą muzykę, i nawet tylko przy tym okazuje się, że to powyższe to bullshit. Bo nawet jeśli te rzeczy mają gdzieś jakiś wspólny mianownik (albo chociaż zakres tychże), to i tak są wbrew pozorom bardzo różne i - cóż więcej powiedzieć - świetne. To jeden z tych albumów, które mnie srogo zaskoczyły w trakcie tej zabawy od samego jej początku. XTC znałem wcześniej z jednej płyty (legendarnej już Drums And Wires, nie porwała mnie tbh) a wcześniej z jednej piosenki (Making Plans for Nigel z w/w albumu), no i cóż, odbiór nie był na tyle spoko, bym zainteresował się szerzej (a próbowałem przy swoim wielkim 80s Revivalu(TM) jesienią 2018). Najwyraźniej zacząłem od złego krążka, by nie powiedzieć z dupy strony xD Bo Nonsuch jest absolutnie świetne. Już od pierwszych dźwięków The Ballad of Peter Pumpkinhead (swoją drogą numer ma zaje*isty background) wiedziałęm, że się polubię z tą płytą. Co jest dość ciekawe, bo ja aż tak bardzo w tego typu muzykę, która generalnie ma dla mnie więcej wspólnego z rockiem psychodelicznym niż podnoszonym tutaj przez towarzystwo progiem, nigdy za bardzo nie szedłem i nie przepadałem. Czuję tutaj ELO, czuję McCartneya, gdzieś momentami Partridge brzmi mi w ogóle niczym Orzabal zmieszany ze Smithem (generalnie Orzabal brzmi jakby zmieszali go ze Smithem i vice versa), harmonie faktycznie - jak pisał Dragon - ciągną Wilsonem i jego ekipą, gitary ciągną Wire, a słuchając początku The Smartest Monkeys miałem wrażenie, że to Scritti Politti. W ogóle na całej płycie gitary niesamowicie robią robotę, są świetnie zaaranżowane i zagrane, reszta (w szczególności bębny) genialnie z nimi współgra. Czysta przyjemność w odsłuchu, choć paroma momentami można nabrać wrażenia, że album jest nieco przeprodukowany, że można było DELIKATNIE lżej (nawet jeśli na pierwszy rzut ucha niektóre numery brzmią dość oszczędnie; atmosfera się jednak zagęszcza, nie mam nic przeciwko). Zdecydowany minus, rzecz, do której muszę się przypie*dolić to jest długość płyty. Znaczy no, mam parę ulubionych albumów, które są potwornie długie (ta nie jest nawet blisko potwornej długości), ale spokojnie mogłoby to być 45-50 minut, a nie ponad godzina. Troszkę mnie to odstraszyło, ale tylko na moment. Na razie moi faworyci to otwieracz, My Bird Performs (tytuł jest niepokojący), Humble Daisy, The Smartest Monkeys, The Disappointed (czuję tutaj The Smiths mocno) i War Dance. Najbardziej denerwującym kawałkiem (jednocześnie absurdalnie pasującym do reszty płyty) było dla mnie Holly Up On Poppy. Do tego raczej nie będę wracał xD Crocodile też nie skradł jakoś mojego serca (chociaż ma super bębny). Ale naprawdę, cała reszta to niesamowicie pozytywne zaskoczenie po tym, jak dawno temu trochę scancellowałem tę grupę, bo nie porwał mnie ich najbardziej znany singiel xD pod tym względem nigdy nie byłem specjalnie ogarnięty. Naprawiam swój błąd i zasysam to wydawnictwo. Warto, zdecydowanie warto. Z drugiej strony, nigdy nie twierdziłem, że Hienałcze słucha kiepskiej muzyki. A jak twierdziłem to mnie do niej przekonywał, znowu się typowi udało
Hien to jest typ, który mówi, że słucha bardzo różnorodnej muzyki, ale jeśli nie pozna się go bliżej, to można odnieść wrażenie, że jest zgoła odwrotnie. Ale jeśli nie chce się poznać osoby (może nie ma sposobności, bywa), to wystarczy bliżej poznać samą muzykę, i nawet tylko przy tym okazuje się, że to powyższe to bullshit. Bo nawet jeśli te rzeczy mają gdzieś jakiś wspólny mianownik (albo chociaż zakres tychże), to i tak są wbrew pozorom bardzo różne i - cóż więcej powiedzieć - świetne. To jeden z tych albumów, które mnie srogo zaskoczyły w trakcie tej zabawy od samego jej początku. XTC znałem wcześniej z jednej płyty (legendarnej już Drums And Wires, nie porwała mnie tbh) a wcześniej z jednej piosenki (Making Plans for Nigel z w/w albumu), no i cóż, odbiór nie był na tyle spoko, bym zainteresował się szerzej (a próbowałem przy swoim wielkim 80s Revivalu(TM) jesienią 2018). Najwyraźniej zacząłem od złego krążka, by nie powiedzieć z dupy strony xD Bo Nonsuch jest absolutnie świetne. Już od pierwszych dźwięków The Ballad of Peter Pumpkinhead (swoją drogą numer ma zaje*isty background) wiedziałęm, że się polubię z tą płytą. Co jest dość ciekawe, bo ja aż tak bardzo w tego typu muzykę, która generalnie ma dla mnie więcej wspólnego z rockiem psychodelicznym niż podnoszonym tutaj przez towarzystwo progiem, nigdy za bardzo nie szedłem i nie przepadałem. Czuję tutaj ELO, czuję McCartneya, gdzieś momentami Partridge brzmi mi w ogóle niczym Orzabal zmieszany ze Smithem (generalnie Orzabal brzmi jakby zmieszali go ze Smithem i vice versa), harmonie faktycznie - jak pisał Dragon - ciągną Wilsonem i jego ekipą, gitary ciągną Wire, a słuchając początku The Smartest Monkeys miałem wrażenie, że to Scritti Politti. W ogóle na całej płycie gitary niesamowicie robią robotę, są świetnie zaaranżowane i zagrane, reszta (w szczególności bębny) genialnie z nimi współgra. Czysta przyjemność w odsłuchu, choć paroma momentami można nabrać wrażenia, że album jest nieco przeprodukowany, że można było DELIKATNIE lżej (nawet jeśli na pierwszy rzut ucha niektóre numery brzmią dość oszczędnie; atmosfera się jednak zagęszcza, nie mam nic przeciwko). Zdecydowany minus, rzecz, do której muszę się przypie*dolić to jest długość płyty. Znaczy no, mam parę ulubionych albumów, które są potwornie długie (ta nie jest nawet blisko potwornej długości), ale spokojnie mogłoby to być 45-50 minut, a nie ponad godzina. Troszkę mnie to odstraszyło, ale tylko na moment. Na razie moi faworyci to otwieracz, My Bird Performs (tytuł jest niepokojący), Humble Daisy, The Smartest Monkeys, The Disappointed (czuję tutaj The Smiths mocno) i War Dance. Najbardziej denerwującym kawałkiem (jednocześnie absurdalnie pasującym do reszty płyty) było dla mnie Holly Up On Poppy. Do tego raczej nie będę wracał xD Crocodile też nie skradł jakoś mojego serca (chociaż ma super bębny). Ale naprawdę, cała reszta to niesamowicie pozytywne zaskoczenie po tym, jak dawno temu trochę scancellowałem tę grupę, bo nie porwał mnie ich najbardziej znany singiel xD pod tym względem nigdy nie byłem specjalnie ogarnięty. Naprawiam swój błąd i zasysam to wydawnictwo. Warto, zdecydowanie warto. Z drugiej strony, nigdy nie twierdziłem, że Hienałcze słucha kiepskiej muzyki. A jak twierdziłem to mnie do niej przekonywał, znowu się typowi udało
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
A kłamałeś mi, że Ci się Drums and Wires podobało xd
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Poważnie tak powiedziałem? xD jak można traktować mnie poważnie

Lub inaczej - jakbym teraz wrócił do Drums and Wires odbiór mógłby być inny, ale i tak przegrałby w starciu z Nonsuch. Dlaczego ten album nigdy nie trafił w moje ręce w trakcie NASZYCH wymian xD
Lub inaczej - jakbym teraz wrócił do Drums and Wires odbiór mógłby być inny, ale i tak przegrałby w starciu z Nonsuch. Dlaczego ten album nigdy nie trafił w moje ręce w trakcie NASZYCH wymian xD
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Bo się zafiksowalismy na jesieni, a po drugie Ty się zafiksowałes na latach przed 2010, bo twierdziłeś, że później to juz nic nie masz xd
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Później mam hipsterskie rzeczy xD tutaj też będą xD
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
XTC - Nonsuch
Tak jak pisałem już wcześniej, przy pierwszym odsłuchu miałem poczucie, że tego jest bardzo dużo i nie będzie łatwo ogarnąć ten materiał szybko. Tym bardziej jeszcze, że to jest gęsta muzyka, chociaż lekka, aż zdumiewająco lekka (serio, myślałem, że XTC to jeden z tych zespołów alternatywno-rockowych - co za durna nazwa, tak swoją drogą - które chcą koniecznie być niekomunikatywne i trzymałem się od tego jak najdalej i widzę teraz, że chyba niesłusznie).
Dev rzucił nazwą, której mi tu w porównaniach brakowało - Electric Light Orchestra - to właśnie tego typu grupa przypominająca tych muzyków, bogate aranżacje zgrabnych piosenek, bardzo chwytliwe, przyjazne dla ucha. Album jest znakomity, co tu dużo mówić, do wielokrotnego odsłuchu, ale jeszcze paru trzeba będzie, żeby powyłapywać różne smaczki i mniej więcej określić, które piosenki najbardziej zyskały, a które pozostały w cieniu faworytem.
Podobają mi się elementy jajcarskie na płycie, takie jak chociażby w Crocodile, Humble Daisy też mi się wydaje być śpiewaną z dużym przymrużeniem oka, bo linia wokalna jest nieco przerysowana, a zresztą, już bujająca Ballad of Peter Pumpkinhead (Piotr Dyniogłowy
) wprawia w dobry nastrój na początek odsłuchu. Fajnie ci ludzie śpiewają, przyjemna barwa głosu, dużo energii, wręcz z każdym kolejnym podejściem jest coraz lepiej. Ciekawe brzmienie - niby czuć, że to ma już swoje lata, a jednak brzmi świeżo (może dlatego, że goście nie zamulają, tylko cieszą się tym, że grają i śpiewają). Bardzo to bezpośrednie. I ta gitara elektryczna bez efektów jak startujący samolot czy jacyś zadymiarze - tylko gitara - podoba mi się.
My Bird Performs coś mi przypomina, coś bardzo fajnego, ale w tej chwili nie umiem sobie przypomnieć, co. Coś, czego kiedyś bardzo dużo słuchałem. Dear Madam Barnum też na plus. Wszystko to jakby stare piosenki w unowocześnionym stylu, który bardzo mi się podoba. Może nie ma sensu opisywanie każdej piosenki z osobna, generalnie moim zdaniem nie ma tu pudła. Te gęste aranże powodują, że nie jest to płyta na każdą okazję, ale przecież aura się zmienia.
Hien, duży plus ode mnie.
Tak jak pisałem już wcześniej, przy pierwszym odsłuchu miałem poczucie, że tego jest bardzo dużo i nie będzie łatwo ogarnąć ten materiał szybko. Tym bardziej jeszcze, że to jest gęsta muzyka, chociaż lekka, aż zdumiewająco lekka (serio, myślałem, że XTC to jeden z tych zespołów alternatywno-rockowych - co za durna nazwa, tak swoją drogą - które chcą koniecznie być niekomunikatywne i trzymałem się od tego jak najdalej i widzę teraz, że chyba niesłusznie).
Dev rzucił nazwą, której mi tu w porównaniach brakowało - Electric Light Orchestra - to właśnie tego typu grupa przypominająca tych muzyków, bogate aranżacje zgrabnych piosenek, bardzo chwytliwe, przyjazne dla ucha. Album jest znakomity, co tu dużo mówić, do wielokrotnego odsłuchu, ale jeszcze paru trzeba będzie, żeby powyłapywać różne smaczki i mniej więcej określić, które piosenki najbardziej zyskały, a które pozostały w cieniu faworytem.
Podobają mi się elementy jajcarskie na płycie, takie jak chociażby w Crocodile, Humble Daisy też mi się wydaje być śpiewaną z dużym przymrużeniem oka, bo linia wokalna jest nieco przerysowana, a zresztą, już bujająca Ballad of Peter Pumpkinhead (Piotr Dyniogłowy
My Bird Performs coś mi przypomina, coś bardzo fajnego, ale w tej chwili nie umiem sobie przypomnieć, co. Coś, czego kiedyś bardzo dużo słuchałem. Dear Madam Barnum też na plus. Wszystko to jakby stare piosenki w unowocześnionym stylu, który bardzo mi się podoba. Może nie ma sensu opisywanie każdej piosenki z osobna, generalnie moim zdaniem nie ma tu pudła. Te gęste aranże powodują, że nie jest to płyta na każdą okazję, ale przecież aura się zmienia.
Hien, duży plus ode mnie.
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
XTC - Nonsuch
Mam jakiś dziwny problem z tym zespołem. To nawet nie jest kwestia bycia kolejnym zespołem, który ma wszystko, bym ich lubił, bo jak jeszcze raz użyję tego zwrotu, to pewnie mnie Czez za to zje, a zanim to zrobi to ja zacznę kwestionować to, czy mam w ogóle jakikolwiek gust xD Mam po prostu bardzo normicki stosunek, bo moje ulubione piosenki to dwa największe hity, a najsłynniejsze albumy, ze Skylarking na czele, po prostu po mnie spływają.
Płyta jest taka se o. Ani jakaś dobra, ani zła, aczkolwiek no nie zmieniła mojego stosunku do XTC, tak jak byli dla mnie neutralni jak Szwajcaria dla reszty świata, tak nadal są. Możliwe, że myślałbym o niej ciut przychylniej, gdyby trwała ciut krócej, bo godzina z hakiem to taki limit akceptowalności z mojej strony dla takiego grania, ale raczej nie sądzę. Te piosenki po prostu po mnie w znakomitej większości spłynęły i tyle.
Może po prostu wymienię to, co mi siadło, będzie szybciej xD To tak:
Ballad of Peter Pumpkinhead - typowy grower, po pierwszym odsłuchu miałem to samo co Hieniałke gdy słuchał tej płyty poraz pierwszy, strasznie wydało mi się to przedobrzone i przekombinowane, ale za kolejnym nawet chwyciło; Humble Daisy, Rook i Bungalow - te wszystkie trzy brzmią tak beatelsowsko, że myślałem przez chwilę, że coś jest nie tak z wersją którą ściągnąłem (po czym się okazalo, że słuchałem na tidalu); Wrapped in Grey bo jest UROCZE.
Może też potrzebuje jakiegoś wstrząsu czy wersji live, by zmienić swoje zdanie nie wiem. Nie wiem też gdzie tu melczet słyszał proga, może to faktycznie brzmi ciut DADersko, ale jakoś nie natknąłem się na półgodzinną suite o bogu słońcu Saturna pełną solówek na keyboardzie
A może po prostu nie jestem jeszcze forumowym DADem i potrzebuję paru lat, by tu wrócić i odszczekać wszystko? Któż wie, któż wie....
Mam jakiś dziwny problem z tym zespołem. To nawet nie jest kwestia bycia kolejnym zespołem, który ma wszystko, bym ich lubił, bo jak jeszcze raz użyję tego zwrotu, to pewnie mnie Czez za to zje, a zanim to zrobi to ja zacznę kwestionować to, czy mam w ogóle jakikolwiek gust xD Mam po prostu bardzo normicki stosunek, bo moje ulubione piosenki to dwa największe hity, a najsłynniejsze albumy, ze Skylarking na czele, po prostu po mnie spływają.
Płyta jest taka se o. Ani jakaś dobra, ani zła, aczkolwiek no nie zmieniła mojego stosunku do XTC, tak jak byli dla mnie neutralni jak Szwajcaria dla reszty świata, tak nadal są. Możliwe, że myślałbym o niej ciut przychylniej, gdyby trwała ciut krócej, bo godzina z hakiem to taki limit akceptowalności z mojej strony dla takiego grania, ale raczej nie sądzę. Te piosenki po prostu po mnie w znakomitej większości spłynęły i tyle.
Może po prostu wymienię to, co mi siadło, będzie szybciej xD To tak:
Ballad of Peter Pumpkinhead - typowy grower, po pierwszym odsłuchu miałem to samo co Hieniałke gdy słuchał tej płyty poraz pierwszy, strasznie wydało mi się to przedobrzone i przekombinowane, ale za kolejnym nawet chwyciło; Humble Daisy, Rook i Bungalow - te wszystkie trzy brzmią tak beatelsowsko, że myślałem przez chwilę, że coś jest nie tak z wersją którą ściągnąłem (po czym się okazalo, że słuchałem na tidalu); Wrapped in Grey bo jest UROCZE.
Może też potrzebuje jakiegoś wstrząsu czy wersji live, by zmienić swoje zdanie nie wiem. Nie wiem też gdzie tu melczet słyszał proga, może to faktycznie brzmi ciut DADersko, ale jakoś nie natknąłem się na półgodzinną suite o bogu słońcu Saturna pełną solówek na keyboardzie
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Faktycznie, dobrze piszesz, Mentos, jest w tym wiele z Beatlesów (a wzmiankowane przeze mnie ELO rozmiłowało się w tej estetyce).
Ja nie tyle czuję proga, ile zauważam podobieństwo w złożoności aranżacji. Ale może nie wracajmy do tematu, bo mnie zjedzą.
Co jest niedobrego w solówce na keyboardzie? Jest gorsza od solówek gitarzystów? Co prawda i tak najgorsze bywają sola perkusistów, kiedy się ich tylko słucha, a nie ogląda. Ale po prostu ciekawi mnie to.
Rook faktycznie jest cudna, wręcz jeszcze bardziej miękka od wcześniejszych utworów, mniej krzykliwa, a jakże urocza.
War Dance jest w dechę, miałem już nie pisać o poszczególnych składowych, ale to tak bardzo - w pozytywnym sensie - porywa, że trudno się nie uśmiechnąć.
Ja nie tyle czuję proga, ile zauważam podobieństwo w złożoności aranżacji. Ale może nie wracajmy do tematu, bo mnie zjedzą.
Co jest niedobrego w solówce na keyboardzie? Jest gorsza od solówek gitarzystów? Co prawda i tak najgorsze bywają sola perkusistów, kiedy się ich tylko słucha, a nie ogląda. Ale po prostu ciekawi mnie to.
Rook faktycznie jest cudna, wręcz jeszcze bardziej miękka od wcześniejszych utworów, mniej krzykliwa, a jakże urocza.
War Dance jest w dechę, miałem już nie pisać o poszczególnych składowych, ale to tak bardzo - w pozytywnym sensie - porywa, że trudno się nie uśmiechnąć.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
No, Mentos, trzydziestka wjeżdża, więc zaczniesz doceniać takie rzeczy już niedługo. Jeśli nie, to znaczy, że łapie Cie kryzys wieku średniego.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
XTC - Nonsuch
"Od czego ja bym zaczął... wiecie co, ja chyba zacznę od tego..."
Ucieszyłem się kiedy Hien wrzucił XTC bo zespół ten znałem dotąd zaledwie z ich starszego przeboju Making Plans For Nigel, później w rozmowie Hien napomknął że może ta płyta brzmieć trochę beatlesowsko momentami więc nastawiłem się na kawałek fajnego pop rocka i w sumie go dostałem. Nie będę szczegółowo opisywał wrażeń po każdym odsłuchu, dość powiedzieć że w momencie pisania zalążka tej recenzji jestem po trzech odsłuchach, finalne wrażenia niektórych utworów poniżej napisane zostaną dopiero po czwartym a ogólnie postulowałbym nawet o wydłużenie czasu na reakcje do dwóch tygodni w przypadku takich double LP, bo choć płyta trwa 63 minuty jest naprawdę napakowaną i bogatą cegłą że tak pozwolę sobie użyć takiego sformułowania kojarzonego z książkami raczej. W każdym razie już przy pierwszym odsłuchu momentami popadałem w zachwyt bo w końcu otrzymałem jakąś normalną MUZYKĘ do słuchania, proste popowe piosenki choć faktycznie z bogatą aranżacją nieraz. Myślę tak sobie teraz że zespół był chyba świadomy ogromu i bogactwa tej muzyki bo trafnie nazwał ten album Nonsuch (z ang. nonesuch czyli jedyny w swoim rodzaju, niepowtarzalny) a do tego opakował go wizerunkiem pięknego, bogato zdobionego Nonsuch Palace będącego symbolem siły i wielkości dynastii Tudorów (tak wyczytałem z Wikipedii ale fakt że w ogóle tam sięgnąłem już świadczy o jakimś moim ZAINTERESOWANIU tym albumem). Dla niektórych to może szczegół ale dla mnie istotne bo pięknie komponuje się to w logiczną całość. Na płycie dzieje się dość sporo, ma ona kilka wyróżniających się momentów i choć każdy jest na inną modłę tak instrumentarium i produkcja spaja to wszystko w całość. Dużo mamy tej dźwięcznej jangle popowej gitary która przewodzi ale okraszona jest różnymi innymi instrumentami, jest harmonijka ustna, trąbka, skrzypce, organy, syntezatory czasem udające żywe instrumenty.
Podstawę albumy stanowią raczej standardowe pop rockowe numery, wśród nich wymieniłbym opener Ballad of Peter Pumpkinhead (który dla mnie paradoksalnie brzmi mocno amerykańsko), The Smartest Monkeys (kurczę dla mnie murowany materiał na singiel, i dobry groove i dobry tekst) czy zamykający Books Are Burning (na swój sposób podoba mi się to że płyta po wielu zakrętach po drodze wraca do punktu wyjścia, tj. takiego brzmienia jakim się zaczyna mniej więcej). Przy My Bird Performs już zrozumiałem (albo tylko tak mi się zdaje) dlaczego Hien celował tym albumem w Wielkanoc. Ten numer ma zajebistą lekkość w sobie, która w niewytłumaczalny sposób kojarzy mi się z zapachem świeżo wypranych firan w domu przed świętami, a z drugiej strony jeszcze ten piękny flugelhorn (bo zdaje się jest tu flugelhorn a nie trąbka akurat, rekonesans w tych brzmieniach robiłem przy okazji innego numeru z plyty) który pobrzmiewa pozytywnie niczym przyroda budząca się do życia wiosną. Przy Dear Madam Burnum robi się faktycznie beatlesowsko, jangly gitarka, chórki i jeszcze tamburyn, lata 60. pełną gębą. Kontynuacja klimatu tamtych lat choć w innym wydaniu jest i w Humble Daisy które od progu zachwyciło mnie brzmieniem nie wiem organów lub syntezatora. A potem wchodzą dzwoneczki i tu od razu przypomina mi się beatlesowski młotek z Maxwell's Silver Hammer, tudzież inny numer innego zespołu z lat 60. (na fazie Nonsuch aż sobie odświeżyłem pewien ich album ale to wrócimy do tego myślę). Początkowo rozczarowanie dla mnie przyszło wraz z numerem The Disappointed (lol), ale przegryzł mi się i uleżał jako kolejny gitarowy typowy pop rock tej płyty. Holly Up On Poppy oraz Crocodile zwłaszcza słabo widzę, męczy mnie ten wokal w refrenie. Rook było przemiłym zaskoczeniem, fortepian i trąbka bądź znów flugelhorn, lirycznie ten numer mi brzmi i momentalnie poczułem się jakbym słuchał Turnaua i było to miłe skojarzenie. Podobnie lirycznie odbieram Bungalow. Omnibus przeładowany, chaotyczny i melodie takie jarmarczne jak to mawiam, ze średniowiecza jakby xD That Wave brzmi mi mocno amerykańsko altrockowo, ba, nawet jak ballada grunge'owa nieco. War Dance od początku mi się podobał tą charakterystyczną melodią... czegoś. Myślałem że to jakiś klarnet czy coś ale po creditsach nizc takiego nie widzę więc jest tu chyba syntezatorowe naśladownictwo i później nawet słyszę jakby produkcję jak u Badalamentiego przez podobne pseudo instrumenty żywe. The Ugly Underneath zaczyna się jak numer z USA ale wchodzą harmonie wokalne i z powrotem czuję się na Wyspach. Then She Appeared pominąłem w recenzji, oj - znowu beatlemania a przez tytuł miałem od razu skojarzenie z There She Goes od grupy LA's. Wrapped In Gray jest po prostu piękne a bonusowe Didn't Hurt a Bit - didn't hurt a bit przy odsłuchu, lekkostrawny bis z fajną gitarą elektryczną, może być, nie musi.
Ogólnie rzecz biorąc uważam że płyta jest świetna i będę do niej wracał na pewno bo złapałem fazę i jest to wg mnie najlepsza wrzutka w naszej grze do tej pory. Najchętniej słuchałbym aż znałbym na pamięć i dopiero pisał reckę ale nie mamy tyle czasu na to, mimo wszystko siadło pięknie i zamierzam smakować dalej. Ten album serio jest nonesuch, niepowtarzalny i wątpię czy ktokolwiek w tej kolejce będzie w stanie dorównać tej płycie.
"Od czego ja bym zaczął... wiecie co, ja chyba zacznę od tego..."
Ucieszyłem się kiedy Hien wrzucił XTC bo zespół ten znałem dotąd zaledwie z ich starszego przeboju Making Plans For Nigel, później w rozmowie Hien napomknął że może ta płyta brzmieć trochę beatlesowsko momentami więc nastawiłem się na kawałek fajnego pop rocka i w sumie go dostałem. Nie będę szczegółowo opisywał wrażeń po każdym odsłuchu, dość powiedzieć że w momencie pisania zalążka tej recenzji jestem po trzech odsłuchach, finalne wrażenia niektórych utworów poniżej napisane zostaną dopiero po czwartym a ogólnie postulowałbym nawet o wydłużenie czasu na reakcje do dwóch tygodni w przypadku takich double LP, bo choć płyta trwa 63 minuty jest naprawdę napakowaną i bogatą cegłą że tak pozwolę sobie użyć takiego sformułowania kojarzonego z książkami raczej. W każdym razie już przy pierwszym odsłuchu momentami popadałem w zachwyt bo w końcu otrzymałem jakąś normalną MUZYKĘ do słuchania, proste popowe piosenki choć faktycznie z bogatą aranżacją nieraz. Myślę tak sobie teraz że zespół był chyba świadomy ogromu i bogactwa tej muzyki bo trafnie nazwał ten album Nonsuch (z ang. nonesuch czyli jedyny w swoim rodzaju, niepowtarzalny) a do tego opakował go wizerunkiem pięknego, bogato zdobionego Nonsuch Palace będącego symbolem siły i wielkości dynastii Tudorów (tak wyczytałem z Wikipedii ale fakt że w ogóle tam sięgnąłem już świadczy o jakimś moim ZAINTERESOWANIU tym albumem). Dla niektórych to może szczegół ale dla mnie istotne bo pięknie komponuje się to w logiczną całość. Na płycie dzieje się dość sporo, ma ona kilka wyróżniających się momentów i choć każdy jest na inną modłę tak instrumentarium i produkcja spaja to wszystko w całość. Dużo mamy tej dźwięcznej jangle popowej gitary która przewodzi ale okraszona jest różnymi innymi instrumentami, jest harmonijka ustna, trąbka, skrzypce, organy, syntezatory czasem udające żywe instrumenty.
Podstawę albumy stanowią raczej standardowe pop rockowe numery, wśród nich wymieniłbym opener Ballad of Peter Pumpkinhead (który dla mnie paradoksalnie brzmi mocno amerykańsko), The Smartest Monkeys (kurczę dla mnie murowany materiał na singiel, i dobry groove i dobry tekst) czy zamykający Books Are Burning (na swój sposób podoba mi się to że płyta po wielu zakrętach po drodze wraca do punktu wyjścia, tj. takiego brzmienia jakim się zaczyna mniej więcej). Przy My Bird Performs już zrozumiałem (albo tylko tak mi się zdaje) dlaczego Hien celował tym albumem w Wielkanoc. Ten numer ma zajebistą lekkość w sobie, która w niewytłumaczalny sposób kojarzy mi się z zapachem świeżo wypranych firan w domu przed świętami, a z drugiej strony jeszcze ten piękny flugelhorn (bo zdaje się jest tu flugelhorn a nie trąbka akurat, rekonesans w tych brzmieniach robiłem przy okazji innego numeru z plyty) który pobrzmiewa pozytywnie niczym przyroda budząca się do życia wiosną. Przy Dear Madam Burnum robi się faktycznie beatlesowsko, jangly gitarka, chórki i jeszcze tamburyn, lata 60. pełną gębą. Kontynuacja klimatu tamtych lat choć w innym wydaniu jest i w Humble Daisy które od progu zachwyciło mnie brzmieniem nie wiem organów lub syntezatora. A potem wchodzą dzwoneczki i tu od razu przypomina mi się beatlesowski młotek z Maxwell's Silver Hammer, tudzież inny numer innego zespołu z lat 60. (na fazie Nonsuch aż sobie odświeżyłem pewien ich album ale to wrócimy do tego myślę). Początkowo rozczarowanie dla mnie przyszło wraz z numerem The Disappointed (lol), ale przegryzł mi się i uleżał jako kolejny gitarowy typowy pop rock tej płyty. Holly Up On Poppy oraz Crocodile zwłaszcza słabo widzę, męczy mnie ten wokal w refrenie. Rook było przemiłym zaskoczeniem, fortepian i trąbka bądź znów flugelhorn, lirycznie ten numer mi brzmi i momentalnie poczułem się jakbym słuchał Turnaua i było to miłe skojarzenie. Podobnie lirycznie odbieram Bungalow. Omnibus przeładowany, chaotyczny i melodie takie jarmarczne jak to mawiam, ze średniowiecza jakby xD That Wave brzmi mi mocno amerykańsko altrockowo, ba, nawet jak ballada grunge'owa nieco. War Dance od początku mi się podobał tą charakterystyczną melodią... czegoś. Myślałem że to jakiś klarnet czy coś ale po creditsach nizc takiego nie widzę więc jest tu chyba syntezatorowe naśladownictwo i później nawet słyszę jakby produkcję jak u Badalamentiego przez podobne pseudo instrumenty żywe. The Ugly Underneath zaczyna się jak numer z USA ale wchodzą harmonie wokalne i z powrotem czuję się na Wyspach. Then She Appeared pominąłem w recenzji, oj - znowu beatlemania a przez tytuł miałem od razu skojarzenie z There She Goes od grupy LA's. Wrapped In Gray jest po prostu piękne a bonusowe Didn't Hurt a Bit - didn't hurt a bit przy odsłuchu, lekkostrawny bis z fajną gitarą elektryczną, może być, nie musi.
Ogólnie rzecz biorąc uważam że płyta jest świetna i będę do niej wracał na pewno bo złapałem fazę i jest to wg mnie najlepsza wrzutka w naszej grze do tej pory. Najchętniej słuchałbym aż znałbym na pamięć i dopiero pisał reckę ale nie mamy tyle czasu na to, mimo wszystko siadło pięknie i zamierzam smakować dalej. Ten album serio jest nonesuch, niepowtarzalny i wątpię czy ktokolwiek w tej kolejce będzie w stanie dorównać tej płycie.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Miałem nadzieję, że dolecimy z tym albumem do Wielkanocy, ale nie będę przeciągał, a w sumie jest już wielki piątek i tak xD
Podsumuję krótko, cieszę się, że niektórzy (zwłaszcza Murzyn, ryzykując pozycję ostatniego) poświęcili temu albumowi odpowiednią ilość czasu żeby wszystko się w miarę poukładało. To jest i tak mało, więc jestem ciekaw co powiecie o Nonsuch za rok od teraz, czy ktoś wróci do tego albumu sam z siebie, zmieni opinię o utworach, itd. Dla mnie, oświecenie w zw. z tym albumem, to było jedno z istotniejszych doświadczeń muzycznych w życiu. dowodem na to jaki ja i moje opinie, jesteśmy mali w obliczu muzyki. Może dlatego, większość moich recenzji w tym i bliźniaczym temacie, jest raczej pozytywnych, bo zawsze staram się pamiętać, że coś w tych kawałkach musi być jeśli to Wasze best of. Nawet jeśli sam tego nie słyszę. Lecimy z Wyattem.
Podsumuję krótko, cieszę się, że niektórzy (zwłaszcza Murzyn, ryzykując pozycję ostatniego) poświęcili temu albumowi odpowiednią ilość czasu żeby wszystko się w miarę poukładało. To jest i tak mało, więc jestem ciekaw co powiecie o Nonsuch za rok od teraz, czy ktoś wróci do tego albumu sam z siebie, zmieni opinię o utworach, itd. Dla mnie, oświecenie w zw. z tym albumem, to było jedno z istotniejszych doświadczeń muzycznych w życiu. dowodem na to jaki ja i moje opinie, jesteśmy mali w obliczu muzyki. Może dlatego, większość moich recenzji w tym i bliźniaczym temacie, jest raczej pozytywnych, bo zawsze staram się pamiętać, że coś w tych kawałkach musi być jeśli to Wasze best of. Nawet jeśli sam tego nie słyszę. Lecimy z Wyattem.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Ave.
Zapraszam do omawiania albumu Rock Bottom od Roberta Wyatta.
Zapraszam do omawiania albumu Rock Bottom od Roberta Wyatta.
mintaj pisze:06 kwie 2022 21:57Robert Wyatt - Rock Bottom
Poważnie się zastanawiałem co by tu wam wrzucić w tej kolejce. Uznałem, że JESZCZE nie będę was katować "swoim" progiem ani nawet post-punkiem. Po konsultacji sam ze sobą postanowiłem, że wybiorę coś relatywnie przystępnego, a przy tym klimatycznego i po prostu ładnego. Wyselekcjonowałem dwie płyty, o tym, że akurat teraz wrzucam tę zdecydował zwykły rzut monetą (acz druga propozycja się tu pojawi, i to prędzej niż później).
W sumie to na swój sposób (wcale) zabawne, że zdecydował o tym przypadek, bo to przypadek też jest odpowiedzialny za brzmienie tej płyty. I nie chodzi tu bynajmniej o film Kieślowskiego - w trakcie sesji nagraniowej doszlo do lekko niefortunnej sytuacji, gdzie to pijany Wyatt spadł z wysokości trzeciego piętra podczas mocno zakrapianej imprezy. Konsekwencją tego był paraliż dolnej części ciała, a co to znaczy dla perkusisty - chyba nie trzeba pisać.
Ale tak to czasem się zdarza, że pozornie tragiczna sytuacja potrafi być czyimś wybawieniem. Tak było u Wyatta, który porzucił tzw. Rockowy tryb życia (czyt. Przestał chlać) i w trakcie długotrwałej rehabilitacji nagrał to DZIEŁO.
Szczerze mówiąc, nadal mi się wydaje, żę nie umiem pisać o muzyce, a te moje notki to brzmią jak Dejnarowicz na lekkiej bani. Nawet nie chce podejmować się próby jakiegoś opisu zawartości muzycznej tego albumu, bo tbh czuje się na to zbyt krótki, a wszelkie określenia jakie przychodzą mi do głowy brzmią banalnie. Ta płyta jest po prostu PIĘKNA i basta. A że jest w dodatku krótka to nie ma że boli. Ja ją znam od jakichś wakacji 2013 i to jest naprawdę rzadki przypadek albumu, który sieknąl prosto w moje uczucia i mój gust od pierwszego odsłuchu, a z każdym kolejnym tylko rósł. Nie ma zbyt wiele takiej muzyki.
https://www.youtube.com/playlist?list=P ... MM_ivXGmgJ
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Dobrze prawisz. Tu nie ma złych albumów, tylko czasami coś może być nie w czyimś typie.Hien pisze:15 kwie 2022 10:26Miałem nadzieję, że dolecimy z tym albumem do Wielkanocy, ale nie będę przeciągał, a w sumie jest już wielki piątek i tak xD
Podsumuję krótko, cieszę się, że niektórzy (zwłaszcza Murzyn, ryzykując pozycję ostatniego) poświęcili temu albumowi odpowiednią ilość czasu żeby wszystko się w miarę poukładało. To jest i tak mało, więc jestem ciekaw co powiecie o Nonsuch za rok od teraz, czy ktoś wróci do tego albumu sam z siebie, zmieni opinię o utworach, itd. Dla mnie, oświecenie w zw. z tym albumem, to było jedno z istotniejszych doświadczeń muzycznych w życiu. dowodem na to jaki ja i moje opinie, jesteśmy mali w obliczu muzyki. Może dlatego, większość moich recenzji w tym i bliźniaczym temacie, jest raczej pozytywnych, bo zawsze staram się pamiętać, że coś w tych kawałkach musi być jeśli to Wasze best of. Nawet jeśli sam tego nie słyszę. Lecimy z Wyattem.
Już sobie myślałem ostatnio, żeby np. po 10 kolejkah zrobić sobie mały przegląd, które Wasze albumy zostały na stałe w mojej bibliotece. Ciekawe, jaki to będzie odsetek.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Spokojnie, będzie czas na większe podsumowania po 10 albumach i po 25 utworach zdaje się też
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Tak, zaraz zresztą poruszę ten temat w sąsiednim temacie.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Robert Wyatt – Rock Bottom
Aż kilka razy sprawdzałem, czy przy tym albumie nie robił Robert Fripp, bo bardzo kojarzy mi się z jego solo „Exposure” i pierwszym albumem Gabriela. No, ale nie ma takiej konotacji. Wyatta znam głównie z późniejszych rzeczy i gościnnych występów. Soft Machine nigdy się nie zainteresowałem (mimo, że znam tę nazwę i wiem, że gra tam teraz Theo Travis), podobnie solówkami, więc jestem wdzięczny Mentosowi za tę, może trochę spóźnioną, ale lekcję z klasyki.
Background historyczny istotny, a zwłaszcza fakt, że Wyatt układał sobie w głowie ten album leżąc w szpitalu, zapewne będąc na tęgich środkach przeciwbólowych, co by tłumaczyło psychodeliczną oprawę. Jest tu walka między treścią, a formą, kompozycjami, a zwykłym excercisem instrumentalnym. Ponownie, trzeba pamiętać, że to wszystko było dla wykonawców ekscytujące w latach 70, jeszcze nie każdy muzyczny środek stylistyczny został odkryty i kompletnie wydojony.
Oczywiście, dzisiaj fragmenty tego albumu wydają się zbitkiem free jazzu, rocka, folku i jakiegoś proto-ambientu, ale potrafię sobie wyobrazić jakie to musiało robić wtedy wrażenie. Trzeba to jednak docenić i mieć na uwadze. Wyatt był w sytuacji, w której nie miał już nic do stracenia, a ryzyko się opłaciło. Jest to mega kwaśna płyta, ale słucha mi się jej wyjątkowo przyjemnie. Obsada jest tu całkiem gwiazdorska jak na tamte czasy, ok może trochę śmieszy Mason jako producent, ale jeśli to jest faktycznie świadectwo jego pracy (a nie świecenie nazwiskiem), to nie ma czego się wstydzić. Mike Oldfield po raz kolejny pokazuje, że jest w absolutnym top 5, o ile nie top 3, gitarzystów o najbardziej charakterystycznym brzmieniu. Do dziś się zastanawiam, jak on to robi.
Nie będę opisywał poszczególnych utworów, bo słuchając nie patrzyłem nawet kiedy się kończy, a kiedy zaczyna następny kawałek, a czasami te przejścia była płynne i już sam nie wiem czego kiedy słuchałem xD To jest całość i wręcz powinna być podzielona jedynie na dwie części winyla, tak jak „Dzwony Rurowe”. Niemniej, takich rzeczy jak Alifib, musieli słuchać Thom Yorke i Johnny Greenwood.
Sam nie wiem, czy będę do tego wracał, u mnie w planach playlistowych jest dosyć ciasno i to nie jest żadna obelga w stronę płyt, do których nie wracam. Po prostu na coś się trzeba zdecydować, a czasu jest coraz mniej na to. Z drugiej strony, potrafią mnie takie albumy napaść z zaskoczenia, więc kto wie. Tak czy inaczej daję okejkę.
Aż kilka razy sprawdzałem, czy przy tym albumie nie robił Robert Fripp, bo bardzo kojarzy mi się z jego solo „Exposure” i pierwszym albumem Gabriela. No, ale nie ma takiej konotacji. Wyatta znam głównie z późniejszych rzeczy i gościnnych występów. Soft Machine nigdy się nie zainteresowałem (mimo, że znam tę nazwę i wiem, że gra tam teraz Theo Travis), podobnie solówkami, więc jestem wdzięczny Mentosowi za tę, może trochę spóźnioną, ale lekcję z klasyki.
Background historyczny istotny, a zwłaszcza fakt, że Wyatt układał sobie w głowie ten album leżąc w szpitalu, zapewne będąc na tęgich środkach przeciwbólowych, co by tłumaczyło psychodeliczną oprawę. Jest tu walka między treścią, a formą, kompozycjami, a zwykłym excercisem instrumentalnym. Ponownie, trzeba pamiętać, że to wszystko było dla wykonawców ekscytujące w latach 70, jeszcze nie każdy muzyczny środek stylistyczny został odkryty i kompletnie wydojony.
Oczywiście, dzisiaj fragmenty tego albumu wydają się zbitkiem free jazzu, rocka, folku i jakiegoś proto-ambientu, ale potrafię sobie wyobrazić jakie to musiało robić wtedy wrażenie. Trzeba to jednak docenić i mieć na uwadze. Wyatt był w sytuacji, w której nie miał już nic do stracenia, a ryzyko się opłaciło. Jest to mega kwaśna płyta, ale słucha mi się jej wyjątkowo przyjemnie. Obsada jest tu całkiem gwiazdorska jak na tamte czasy, ok może trochę śmieszy Mason jako producent, ale jeśli to jest faktycznie świadectwo jego pracy (a nie świecenie nazwiskiem), to nie ma czego się wstydzić. Mike Oldfield po raz kolejny pokazuje, że jest w absolutnym top 5, o ile nie top 3, gitarzystów o najbardziej charakterystycznym brzmieniu. Do dziś się zastanawiam, jak on to robi.
Nie będę opisywał poszczególnych utworów, bo słuchając nie patrzyłem nawet kiedy się kończy, a kiedy zaczyna następny kawałek, a czasami te przejścia była płynne i już sam nie wiem czego kiedy słuchałem xD To jest całość i wręcz powinna być podzielona jedynie na dwie części winyla, tak jak „Dzwony Rurowe”. Niemniej, takich rzeczy jak Alifib, musieli słuchać Thom Yorke i Johnny Greenwood.
Sam nie wiem, czy będę do tego wracał, u mnie w planach playlistowych jest dosyć ciasno i to nie jest żadna obelga w stronę płyt, do których nie wracam. Po prostu na coś się trzeba zdecydować, a czasu jest coraz mniej na to. Z drugiej strony, potrafią mnie takie albumy napaść z zaskoczenia, więc kto wie. Tak czy inaczej daję okejkę.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn