Jestem, ledwo żyję, ale jestem.
ESG - UFO
Kurde, gdyby nie to, że to nie jazz, to mógłby być jazz. Tzn. to byłby idealny jazz - dokładnie taka dawka chaosu, jaką idzie znaleźć w niektórych podgatunkach muzyki dla snobów, którą lubię, choć snobem nie jestem (nawet, gdybym się tak traktował, nikt inny by nie traktował tak mnie). Świetna porcja muzyki, trochę vibe podobny do tego, o którym napisał Hien, trochę generalnie jakaś ucieczka, pościg, to mógłby być b-side pewnego numeru NAoP xD (gdyby ten numer miał być singlem). Bębny świetne, post-punkowe, jeszcze brzmienie przypominało mi Morrisa z czasów Joy Division. Efekty dźwiękowe w tle faktycznie nasuwały skojarzenia z jakimiś kosmitami, ale bardziej z uniwersum Pana Kleksa w Kosmosie niż Aliena. Wciąż super rzecz. GDYBYM TYLKO NIE MIAŁ TAK, JAK MENTOS Z POZNAWANIEM MUZYKI. Życie byłoby ciekawsze i brzmiałoby lepiej

ale może brzmieć teraz. Złoto!
Front 242 - U-Men
Jest staro. Jest trochę plastikowo, a trochę w ogóle, jest dynamicznie a jednocześnie jest po prostu więcej tego samego (co nie powinno mi w sumie przeszkadzać, a jednak, jakoś tak, no nie wiem, NIE WIEM). Jest niby synthpop, ale nie do końca, takie brakujące ogniwo pomiędzy wczesnym Depeche Mode a, nie wiem (NIE WIEM), Covenantem? Albo mariaż tychże, z którego powstał Cabaret Voltaire. Ni ziębi ni grzeje. Lata temu (czyli w takim 2005) jarałbym się niemożebnie, bo szukałem doppelgangerów DM, ale teraz trochę meham. Ciekawe o tyle, że czezowy Covenant siadł. Ale to jednak inne czasy były i inne... wszystko było inne. Teraz? NIE WIEM. Nie siedzi tak, jak bym się tego mógł może spodziewać (zobaczyłem nazwę Front 242 i trochę pojarka), ale pewnie po tylu latach i Bartiniemu - naczelnemu fanu Frontu na tym forum - by nie siadło. NIE WIEM.
King Crimson - Easy Money
Ajjj, oczywiście znam ten kawałek jak i płytę, z której pochodzi, ale nie słuchałem jej bardzo, bardzo długo. Nie czuję teraz potrzeby powrotu do niej, ale kawałek był przyjemnym "snippetem". Ot, po prostu KC w swojej okazałości. To jest taki utwór, który jednocześnie aż krzyczy "King Crimson to tak naprawdę brat bliźniak Pink Floyd", choć spotkałem w życiu masę ludzi, którzy daliby mi w łeb za takie stwierdzenie. Zwłaszcza drugie pół numeru do mnie mocno przemawia i faktycznie, można nabrać wrażenia, że lepszy by był w formie stricte instrumentalnej. Gitary, bębny, jak zwykle złoto, właściwie nie wiem, co więcej mogę napisać. Adam Mickiewicz wielkim poetą był i tyle xD Srebro wlatuje proszę państwa.
Sister Machine Gun - Burn
Spodziewałem się, że Hien prędzej czy później wrzuci tutaj SMG, zresztą, najlepiej by wrzucił to jesienią, no i jest jesień, tak więc... ciekawe, że płyta jest generalnie dobra, ale ten numer jest średni. Tutaj się niewiele dzieje, wokal jest taki sobie, bębny idą przyjemnie co prawda (trochę trip-hopowo), ale reszta... no nie porywa. Po kilku odsłuchach pamiętam dosłownie jeden fragment melodii wokalu. Jeden. I nic więcej nie siada. Być może jest to też spowodowane tym, że ja słuchałem tej płyty jako całości i zupełnie inne kawałki utknęły mi w głowie na tyle, żeby je odpalać często. Reszta nie. Burn należy do tej drugiej grupy, więc siłą rzeczy. Dodam jedynie, że drugie pół utworu brzmi, jakby to był numer z OSTu do jakiejś najntisowej ścigałki. W takim kontekście byłoby spoko, tak jest TYLKO spoko. Muszę całą płytę znów machnąć po prostu, ewidentnie.
Selah Sue - Right Where I Want You
O Selah Sue słyszałem tyle, że słyszałem to nazwisko. Nic więcej. Oto shodan zapodaje totalnym klasykiem w swoim wykonaniu, czyli śpiewającą panią. Czego innego można się było spodziewać? xD Z czym mamy do czynienia? Przede wszystkim, kapitalny otwieracz w postaci tego elektrobitu, potem wchodzi jej głos, nieco przytłumiony. Faktycznie jest trochę soulowo, szkoda tylko, że numer nieco nazbyt chaotyczny dla mnie. W sensie połowę zagrywek i efektów - zwłaszcza w refrenie - możnaby wywalić i wciąż byłoby super. Nie, że teraz jest bardzo źle, o nie. Utwór ma mocno sensualny charakter, jest duszno i nieco obezwładniająco, ale mogłoby być spokojniej. A to szarpanie w 3:05 to już w ogóle mogłoby być darowane. Ale nie cierpię bardzo, wręcz przeciwnie. Nie wiem, czy zainteresuję się czymś jeszcze, na razie to mi wystarczy i jest fajnie. Brązik.
John Cale - Paris 1919
Niewiele wiem o Cale'u, poza tym, że istnieje. I że nagrywał kiedyś różne muzyczne cuda, a jedno z nich stworzył z Brian Eno w postaci płyty Wrong Way Up. Stąd też gościa znam, ale nie sięgnąłem po nic solowego. Tak więc jest to moje pierwsze z nim spotkanie w taki sposób, i muszę powiedzieć, że jest... dziwacznie. Tzn. nie wiem, jak mam się czuć słuchając tego. Podoba mi się dość mocny i solidnie wyśpiewywany refren, smyki generalnie też są spoko, faktycznie roznosi się klimat niby dwudziestolecia międzywojennego we Francji albo gdzieś w tamtej części Europy, jest bardzo hmm klasycznie? Nie przychodzą mi inne określenia do głowy. Podsumowując, nie jest źle, ale czy wrócę do tego? Jak będę chciał poczuć nieco francuskości puszczę sobie Joe Dassina. Tutaj daję najwyżej ok.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl