Best of Forum (Albumy) vol. 2

Awatar użytkownika
Malkolit
Posty: 6483
Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
Ulubiony utwór: World in My Eyes
Lokalizacja: właściwa

Re:

Post 16 kwie 2023 22:06

stripped pisze:
16 kwie 2023 20:56
Melki podsumowuj powoli, wuja miał dojechać z Erpland i coś go nie ma. Rano puszczam Billie
Jutro podsumuję. A teraz, korzystając z okazji, zaczynam przygodę z Billie. :)
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 17 kwie 2023 08:12

Dobra Panowie, styka tego babrania się, puszczam następną kolejkę, każdy wie co ma robić.


Billie Eilish - Happier Than Ever

shodan pisze:
12 lut 2023 01:18
Billie Eilish - Happier Than Ever (2021)

No dobra panowie, czas zaje.bać z grubej rury. Oszczędzałem ten wyjątkowy album od początku zabawy i pewnie jeszcze chwilę bym odwlekał tę chwilę, gdyby paru członków tego forum nie wymusiło na mnie tej wrzutki. Nie wiem, skąd w ogóle byli tacy pewni, że chcę ją wrzucić. Pewnie śledzili mojego lasta i widzieli jak dużo tego słucham. Bo fazę na Billie mam potężną. Ale to nie może dziwić, jak ma się na dysku tak bardzo dobry album.
Bóg mi świadkiem, jak bardzo uwielbiam Billie Eilish. Poznałem w ogóle tę dziewczynę za sprawą córki jakieś 3 lata temu. Puszczała jej single często. Na początku podchodziłem nieufnie, ale Bad Guys i parę innych utworów z jej pierwszego albumu, między innymi genialne When I Was Older szybko mnie przekabaciły. Pierwszy album był bardzo dobry. Ale drugą płytą Happier Than Ever Billie po prostu rozwaliła mi konstrukcję. To jest muzyka tak bardzo dobra, że aż nie chce się wierzyć. Billie ma w tej muzyce duży wkład zapewne, ale nie można zapominać o jej bracie Finneasie. Mam wręcz wrażenie, ze to właśnie on może grać tu pierwsze skrzypce.
Billie wypracowała swój niepowtarzalny styl, zarówno jeżeli chodzi o wizerunek, jak i o wokal. Nie znam drugiej takiej wokalistki. Na pierwszej płycie głównie szeptała, mamrotała, śpiewała bardzo cicho, zachowawczo, choć i tak miało to swoją wymowę. Na Happier Than Ever dużo odważniej używa swojego głosu. I okazuje się, że ma czym zaimponować. Głos ma nie tylko potężny, ale jego barwa po prostu jest szokująco dobra. Jej styl śpiewania, jej maniery wokalne są niepowtarzalne. Ona ma w tej chwili zaledwie 22 lata, a już w moich oczach i pewnie nie tylko moich jest legendą.
Utwór z 2020r. do ostatniego filmu o agencie Bondzie to po prostu majstersztyk. Ta seria filmowa miała wiele świetnych tematów przewodnich, ale żaden nawet w jednej dziesiątej nie ruszał mnie jak numer Billie. Ona po prostu każde zadanie wykonuje perfekcyjnie. I numer z Bonda jest perfekcyjny i tak kurewsko dobry, że ciary latają stadami.
Przejdźmy wreszcie do albumu. Otwieracz jest bardzo dobry. Ale wraz z drugim utworem I Didn't Change My Number zaczyna się moja ekscytacja i mokre sny. Ten utwór jest tak niewiarygodnie dobry, że szok. Bardzo krótki, perfekcyjny strzał. Billie Bossa Nova bryluje świetnym basem. Właśnie bas jest jedną z głównych atrakcji tego albumu i jej znakiem rozpoznawczych. Świetna melodia w rytmie bossa nova i świetna Billie na wokalu.
Nie będę tu opisywał każdego utworu. Odkrywajcie je sobie sami. Wspomnę tylko o tych wyjątkowych. A że jest ich sporo, to inna sprawa.
GOLDWING wyrywa z kapci bez żadnego ale. Rzecz genialna po prostu. Zaraz potem cudne Lost Cause wydane na singlu.
Następnie jeden z moich absolutnych hajlajtów na albumie, czyli Halley's Comet. Nastrojowy i klimatyczny numer. Billie niezwykle zmysłowa, melodia niezwykle piękna. Ostatnia minuta utworu ma totalnie odmienny klimat.
Dalej taki po prostu przegadany szeptem utwór Not My Responsibility, ale jakże dobry! Klimat wylewa się wiadrami. Następny OverHeated ma bardzo podobny klimat, ale jest żywszy i jeszcze lepszy. Wreszcie dochodzimy do jednego z moich absolutnych ulubieńców, czyli Everybody Dies. Ten utwór jest nesamowicie piękny. Tylko Billie potrafi stworzyć tak niesamowity klimat. Dla takich utworów po prostu warto żyć.
NDA - singiel, który jest kolejnym z moich ulubieńców. Wyjątkowa kompozycja, świetne brzmienie. Końcówka z wokalem Billie rozbija bank. Potem singlowy Therefore I Am, którego nie sposób nie polubić. I wreszcie wisienka na torcie, czyli tytułowy Happier Than Ever. Utwór ze wszech miar genialny. Pierwsza część utworu bardzo spokojna. Piękna, ale spokojna z udziałem praktycznie tylko akustycznej gitary. Potem robi się gęsto, agresywne elektryczne gitary przejmują scenę. Billie pokazuje swoje prawdziwe wokalne możliwości. A i tak dużo bardziej wolę ten utwór słuchać w wersjach live.
Billie Eilish to taka gwiazda nowej generacji. Młodziutka, ale świecąca niesamowitym blaskiem. Prezentująca wraz ze swoim genialnym bratem niezwykle nowoczese brzmienie. Strach pomyśleć, co będzie w przyszłości. Bo że będzie dobrze, to nie mam wątpliwości.
Billie ponoć cierpi na syndrom Tourette’a, co objawia się u niej nerwowymi tikami. Nigdy tego u niej nie zauważyłem, ale coś być musi na rzeczy. Myślę, iż jest szansa, że kiedyś w bestce utworowej mogę wrzucić polskiego wykonawcę z takim syndromem.
God bless Billie!
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 17 kwie 2023 17:21

Ozric Tentacles – Erpland

Pierwszy raz przesłuchałem ten album jeszcze w zeszłym roku, gdy Melki wrzucał go po raz pierwszy. Posłuchałem go tak z ciekawości awansem, choć przed nim w kolejce czekały jeszcze inne płyty. I wtedy dosyć srogo się odbiłem. Długość albumu i samych utworów zrobiły swoje. Wszystko zlało mi się do kupy. Słuchałem czując coraz większy zawód i myśląc sobie „kurde, liczyłem na coś ciekawego, a tu dupa zbita”. Potem Melki nawiał na jakiś czas i chociaż mnie to zmartwiło, to jedocześnie byłem w tej sytuacji zadowolony, że mnie te Ozriki ominą. Że nie będę już musiał tego więcej słuchać. No ale co się odwlecze, to nie uciecze. Melki powrócił i jednak musiałem do Erpland powrócić. A tak bardzo nie miałem ochoty tego robić. W międzyczasie Melki wrzucił Mysticum arabicola w bestce utworowej i ten utwór jednak w oderwaniu od całego albumu zaskoczył mnie pozytywnie.
Pierwszy odsłuch po wielomiesięcznej przerwie nie różnił się zbytnio od tego zeszłorocznego. Mysticum arabicola było spoko, otwieracz też nawet zrobił dobre wrażenie, ale reszta znów mocno mnie zmęczyła. No ale shodan to nie jakiś leszcz, co się poddaje po dwóch odsłuchach. Wiem, że jestem z tym opisem ostatni (nawet za Mentosem!), ale wolę być ostatni i pisać z przekonaniem, niż pochopnie coś naskrobać twierdząc, że to nie dla mnie i w ogóle. Muzyka musi dostać szansę na jaką zasługuje. Tak więc odbyłem z Erpland jeszcze kilka seansów i za każdym razem album odkrywał przede mną coraz to nowe rzeczy. Na początku wydawało mi się, że płyta przytłacza ogromem gitarowego jazgotu. W sumie nie wiem czemu tak to odbierałem, bo chociaż gitary oczywiście są, to nie ma ich aż tyle, co myślałem. Za to jest mnóstwo elektroniki. I właśnie momenty elektroniczne podchodzą mi najbardziej, a te gitarowe nieco mniej. Album rzeczywiście bazuje na sekcji rytmicznej i gitarze basowej. I te dwa elementy obudowywane są w różne inne warstwy dźwiękowe.
Początek albumu w postaci Eternal wheel to mocna rzecz. Polubiłem ten utwór bardzo. Gitary nie ma tak dużo, za to jest masa efektownie brzmiącej elektroniki. To na pewno jeden z moich ulubieńców.
Toltec spring to pierwszy utwór o mocno orientalnym zabarwieniu. Be bębny i dźwięki brzmiące jak jakieś fujarki robią mi niesamowity klimat. Aż żałuję, że to jest tak skandalicznie krótkie. Mam przy tym utworze wrażenie, jakbym błądził gdzieś po zapomnianych dzikich rejonach Ameryki Południowej.
Tidal convergence to też dobra rzecz. Też ma świetny klimat. Może nie tyle orientalny, co taki jakiś bajkowy. Jak wjeżdżają gitary, to trochę mi zajeżdża to Porcupine Tree. A to miłe skojarzenie.
Jeszcze bardziej porkowe jest Sunscape. Po tym gitarowym początku mam wręcz wrażenie, jakby zaraz miał wjechać wokal Wilsona. Ale zamiast Wilsona wjeżdża jakiś flet, który wygrywa melodyjkę przenoszącą mnie od razu do Szkocji z czasów pokazanych w filmie Braveheart.
Mysticum arabicola chwaliłem w bestce utworowej, a po kilku kolejnych przesłuchaniach utwór sprawia na mnie jeszcze lepsze wrażenie. Orientalny klimat pełną parą. Ja się wcale nie dziwię Melkiemu, że akurat ten utwór wybrał do bestki, bo to jeden z najlepszych momentów na albumie. Podczas jego słuchania mam wrażenie, że chodzę po jakimś bazarze (suku) gdzieś w Kairze albo Damaszku.
Crackerblocks to taki senny, przymglony ambient. Podoba mi się, bo nie ma tu w ogóle gitar. Akurat sobie dzisiaj łaziłem bezludnym brzegiem morza i ten utwór świetnie w tych okolicznościach brzmiał.
Nie wiem, czy The throbbe to nie najlepszy utwór na albumie. Ten buczący bas i perkusja plus arabskie zaśpiewy mocno mnie jarają. Fantastyczna rzecz.
Tytułowy Erpland to pierwszy utwór, który mi się nie podoba. Gitarowa łupanka to nie jest coś, co mnie interesuje. Na szczęście wraz z Valley of a thousand thoughts robi się znowu ciekawiej. Klimat znowu jak z jakiegoś południowoamerykańskiego buszu lub tropikalnej wyspy rodem z FarCry.
Snakepit jest spoko. Znów kreuje fajny klmat, a to bardzo ważne w muzyce. Jeszcze ciekawiej robi się w przypadku reggae’owego Iscence. Buja ten utwór mocno. Bas pięknie buczy. Zaśpiewy robią robotę. Trochę mi się ten utwór chwilami kojarzy z jednym numerem The Disposable Heroes of Hiphoprisy.
No i na koniec ładne zwieńczenie albumu w postaci klimatycznego A gift of wings.
Długą i wyboistą drogę przeszła ta płyta u mnie. Od pierwszych przesłuchów się odbijałem, ale im dalej, tym było lepiej. Nawet teraz pisząc słucham opisywanych utworów po raz kolejny i znów podobają mi się bardziej niż poprzednio. Prawie każda piosenka ma jakiś fajny klimat. Dużo tu takich różnych orientalnych i etnicznych brzmień, a ja to bardzo lubię. Jedynie ten Erpland mi nie pasuje. Ale to tylko jeden utwór.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 19 kwie 2023 09:27

Melki widzę już wywalone na podsumowywanie Ozrików xd
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 19 kwie 2023 10:03

Jutro podsumuje xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 19 kwie 2023 11:04

No to ja wjeżdżam, bo czas ucieka, wieczność czeka.

Billie Eilish - Happier Than Ever

Wiem, że Hien zjedzie mnie za tę recenzję, a raczej za moje podejście, ale nic nie jestem w stanie na to poradzić. Czasem jest tak, że spotyka się na swojej drodze ludzi, których choćby nie wiem co się nie polubi. Ani trochę, coś w ich wyglądzie, głosie, sposobie bycia, sama twarz zasługuje na to, by ją trochę przerobić przy pomocy języka ciała. Czy są to owe mityczne uprzedzenia z dupy? Pewnie tak. Ale - jak to powiedział też sam Kuba, wielokrotnie zresztą - każdy ma w sobie małego hipokrytę, tutaj ten ze mnie wyłazi (bo ja jestem od uprzedzeń z dupy generalnie tak daleki, jak się tylko da). Nie polubię się z Billie Eilish, chyba byłbym w stanie przełknąć bardziej jakiś młodzieżowy gównorap. Drażni mnie jej osoba niesamowicie, a najbardziej napompowana wokół niej medialna bańka. Jaka to ona nie jest zajebista! "Billie Eilish to głos młodego pokolenia!", "Billie Eilish jest nieziemsko utalentowana i ma kolorowe włosy!", "Billie Eilish założyła szokującą kreację odsłaniającą ciało plus size!", "Billie Eilish bez makijażu!", "Billie Eilish nie robiła dziś kupy!", etc., etc. Był moment, że nie dało się otworzyć lodówki bez zobaczenia wzmianki o niej. Rzygać się chciało. Ja już się nasłuchałem, ale właściwie przestaję się jednej swojej cechy wstydzić - wciąż bywam edgy w określonych sytuacjach, chociaż ich lista ograniczyła się do właściwie jednej. Kiedy tylko coś staje się ekstremalnie popularne i właściwie nie sposób znaleźć osoby, która by z daną rzeczą/zjawiskiem/fenomenem nie miała do czynienia, ja staram się trzymać najdalej od tej rzeczy/zjawiska/fenomenu jak to tylko możliwe (wiem, jestem pier*olnięty, ale do dziś szczycę się tym, że właściwie nawet nie wiem, czym jest bubble tea i że nigdy w życiu nie jadłem ramenu). Wychodzi ze mnie teraz pretensjonalny buc? I BARDZO KUR*A DOBRZE.

Przejście przez ten album było dla mnie częściową męczarnią - dlaczego częściową, o tym zaraz. Pomijając już fakt, że nie lubię jej osoby (po prostu, odrzuca mnie od siebie niczym czerwoni hitlerowców spod Moskwy w 1943), to zwyczajnie nie pasuje mi jej maniera śpiewu. Ten pół-szepczący głos z lekką chrypą niby-dopiero-wstałam-i-naszło-mnie-na-śpiewanie, który w mojej opinii przeprowadza dość nieudolną mimikrę gwiazdek lat 40. i 50. (w My Future jest to najbardziej wyraźne), względnie jest w stylu miało-być-seksownie-wyszło-creepy (Oxytocin goddamnit). To nie jest tak, że nie dałem jej szansy - przesłuchałem całość trzykrotnie i naprawdę trzykrotnie się w dużej mierze odbiłem. Tak, zdaję sobie sprawę z tego, że wiele moich uprzedzeń (z dupy) jest tutaj zasilanych osobistą niechęcią do jej postaci, ale w moim odczuciu całość jest po prostu - pod w/w względami - słaba. Jeszcze teksty. Tutaj akurat jestem ułożony w stosunku 3/4-1/4, gdzie ta mniejsza część mówi "ej, nie jest tak źle". Z większości bije jakaś pretensjonalność, pseudopoetyka (TAK, zdaję sobie sprawę z tego DOSKONALE, że teksty, które ja piszę TEŻ mogą być tak odbierane, myślę, że dla artysty najważniejszym jest mieć opinie takich ludzi jak ja głęboko w poważaniu), parę zabiegów jest tanich jak pieczywo przed pandemią. Jednocześnie nie będę ukrywał, że to i owo mi się podobało. Billie Bossa Nova np., parę fragmentów zacząłem aż nucić pod nosem (czy to jest właśnie ten mały hipokryta, który w tej chwili znacznie wzrus?). Podobnie miałem z w/w Oxytocin (bardzo chwytliwe fragmenty, fajnie zorganizowany "refren". Numer tytułowy też zwrócił moją uwagę pod tym kątem (czego już nie dało się powiedzieć o samej piosence, zresztą, najlepsze było wejście, potem zrobiło się zbyt teenage-angstowo). Także no, teksty, muzyka...

Właśnie, muzyka. Co mam do powiedzenia na temat tejże? Przede wszystkim to, że jest... dobra. W większości. Nie wszędzie, nie w każdym utworze, ale nie będę bezmyślnie kontynuował rantu w sytuacji, w której nie jest to absolutnie niezbędne. Nie mam pojęcia, w jakim stopniu sama Eilish odpowiadała za aranżacje (podejrzewam, że takim sobie), ale sporo się ładnie udało. Przede wszystkim, lubię taką elektronikę, jaka jest w wielu kawałkach prezentowana - oszczędna, ale wpadająca w ucho, melodyjna, no naprawdę się fajnie klei. Miałem lekko mieszane uczucia przy otwieraczu, albowiem z dobrym tłem kłócił mi się nieco wnerwiający wokal Eilish (ale z kolei tekst mi się, kurde, podoba), potem było już z górki. Wspomniana już przeze mnie wcześniej Bossa Nova to jest naprawdę fajna piosenka pod każdym względem (niemal, bo do tej maniery śpiewu się chyba nie przekonam nigdy, Z JEDNYM JEDNAKOWOŻ WYJĄTKIEM, BEHOLD). Instrumentalnej wersji mógłbym słuchać godzinami, bicik jest fantastyczny, "motywik" (nie idzie nazwać tego inaczej chyba) w refrenie, lekkie pady w tle, no cud miód i orzeszki (mówię śmiertelnie poważnie). Potem - podobnie, już wymieniane - Oxytocin, które przypomina trochę późniejszą Gazelle Twin, lekko trip-hopowe Halley's Comet wpycha mnie w ramiona Radia RAM, a to już jest coś. Gitara z tyłu generuje we mnie bardzo interesujące odczucia, mocno melancholijne, ale na plus dla całej produkcji (a jeszcze ten nagły lo-fi twist na końcu, cudo). Dodam jeszcze, że w tej konkretnej piosence ta mimikra, nad którą pastwiłem się akapit wyżej RÓWNIEŻ wychodzi jak należy. Kupiły mnie również Everybody Dies (muzycznie ofc), Your Power (z zupełnie innej beczki), oraz NDA, gdzie bit jest absolutnie kapitalny. Parę rzeczy brzmi tam cheesy, ale nie będę cisnął, jak są rzeczy zasługujące na prejz, to go dostaną (no, przynajmniej się staram, naprawdę). Niestety, reszta nie była aż tak dobra, może aż do...

Tak, wiem, zaskakuję. Hien ostatnio stwierdził, że może ja mam po prostu bordera? xD Żaden z lekarzy, do których stawiałem się na diagnozy różnego rodzaju nie stwierdził, nie sugerował, nawet symptomów nie widział. Do czego zmierzam? Album zamyka utwór, który uważam za jedną z lepszych rzeczy, jakie w ciągu ostatnich paru miesięcy słyszałem. Male Fantasy jest wybitne wprost. Trafia do mnie od początku do końca - muzyka, odstająca przecież od reszty (ale nie jest tak, że nie ma jakichś anchorów, choćby Your Power), niemniej jednak jest super - ileż to rzeczy można wyczarować z gitarą, nawet, jeśli to, co tu słyszę, to słyszałem już z tysiąc razy (mam jakieś dziwne reminescencje związane z zapomnianą już trochę Fergie). Lubię akustyczne i smutne ballady, więc był to pewien handicap... no, ale tekst. Tekst jest świetny, nie ma w nim zbędnej rzeczy, niczego też nie brakuje. Minimalnie serowy refren jest serowy tak, jak serowa jest pizza cztery sery serwowana w Ciao a Tutti na warszawskim Mokotowie. A ta jest fantastyczna. A, to może wokal? Kurde, to samo, pasuje. To jest też dobrze zaśpiewana piosenka, głos Eilish naprawdę genialnie pasuje pod klimat tej piosenki. Właściwie to przesłuchałem ten krążek 4 razy. Tylko 3 razy zacząłem od początku, a za czwartym razem od końca. I w efekcie... Zmieniłem trochę zdanie na temat całości xD Jak to powiedział car Aleksander II do zgromadzonych warszawskich możnych, "żadnych marzeń, Panowie", więc nie jest, nie wiem, idealnie, wciąż mnie Billie Eilish zwyczajnie denerwuje, ale przestała odrzucać - a to już coś. Mój wewnętrzny mały hipokryta po urośnięciu do rozmiaru solidnej półciężarówki się właśnie mocno skurczył, i właściwie mnie to cieszy. Gdyby nie Wuja, nie sięgnąłbym za Chiny Ludowe po ten krążek. A tak zostałem zmuszony do zmierzenia się z własnymi kwasami mózgowymi i wyszło mi to na dobre. Powiem więcej - nie wykluczam, że posłucham sobie Happier Than Ever jeszcze kilkakrotnie, albowiem do kilku piosenek zacząłem wracać z przyjemnością. Widocznie potrzebowałem zamknięcia w postaci naprawdę przygnębiającego numeru głównie dlatego, że mogę się aż za bardzo odnieść do warstwy lirycznej. Well, everything comes at a price.

Werdykt? Jest dużo lepiej, niż myślałem, że będzie, acz wciąż nie jestem zachwycony nie wiadomo jak, plus artystka, która pod każdym innym względem nie jest dla mnie. Albo po prostu zaczął ze mnie wychodzić wewnętrzny boomer, bo jednak jestem jedną nogą w latach 80. (na akcie urodzenia mam jeszcze PRL lol), bo gdybym był, nie wiem, Dragonem, to mógłbym się zachwycać, a tak mam we łbie rozjazdy zamknięte na sponozamki i gdzieś zgubiłem klucze. Ten hipokryta wcale nie tak mały, ale też jak to śpiewał Kazik, "najbardziej mnie teraz wkur*ia u młodzieży to, że już więcej do niej nie należę". Howgh Wuja, dev is content.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
Malkolit
Posty: 6483
Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
Ulubiony utwór: World in My Eyes
Lokalizacja: właściwa

Post 19 kwie 2023 13:19

stripped pisze:
19 kwie 2023 09:27
Melki widzę już wywalone na podsumowywanie Ozrików xd
Oj, sorry, zapomniałem. Poniedziałek i wtorek spędziłem na oglądaniu mistrzostw Polski w szachach ;(. Wczoraj sobie przypomniałem o Ozrikach, ale była już północ i uznałem, że czas spać. Dziś wjadę z podsumowaniem.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 19 kwie 2023 14:38

Panowie, nie róbcie już większego śmietnika niż jest.

Billie Eilish – Happier Than Ever

Podchodów do tego albumu miałem kilka, bo generalnie fanem Eilish byłem już po debiucie. Może nie było to jakieś hardcorowe fanowanie, ale biorąc pod uwagę, że nie jestem wiekowo targetem tej muzy (a Wuja tym bardziej), to cieszyłem się, że mi się to podoba i mogę być na bieżąco z czymś, heh, bieżącym. Zaczęło się oczywiście od „bad guy”, od mema z Dudą, itd. Może bym nawet tego nie zauważył, ale na szczęście mam młodszą od siebie dziewczynę, która zwróciła moją uwagę na ten kawałek. Z początku wiadomo, zdziwienie, krzywienie się, potem olśnienie, że nie da się tego wyrzucić z głowy, itd. No i wyszła druga płyta, zmiana image’u, itd. W przeciwieństwie do Mentosa, nie miałem problemu z tym, że Billie przestała ubierać piżamy na koncerty, i wywaliła cycki, bo przeczytałem wywiad, w którym mówiła, że wcześniej miała kompleksy i bała się kobiecych atrybutów, ale dojrzała do tego żeby czuć się ze sobą dobrze. Kaman, jak można hejtować taki stan rzeczy. Zwłaszcza, że wcale nie wiązało się to z jakąś komercializacją jej twórczości, czy coś. Wręcz przeciwnie, ale dojdziemy do tego. „Happier Than Ever” miałem na telefonie w całości już w okolicach wyjazdu na urlop rok temu (czyli i tak rok po premierze). Popchnął mnie do tego serial „Resident Evil”, który obejrzałem w tamtym czasie na Netfliskie, i w którym usłyszałem dwa kawałki - „Oxytocin” oraz zaprezentowany już przez Wujasza w drugiej bestce, „When I Was Older”. Pomyślałem, że to jest naprawdę dobre i trzeba w końcu nadrobić zaległości. No, ale nie nadrobiłem, bo mnie wciągnęło co innego i tbh trochę beka, że ostatecznie zamiast Eilish, słuchałem na urlopie Papa Dance, jakiegoś post-rocka i „Porque Te Vas”, ale takie jest życie. Musiało minąć kolejne pół roku żebym w końcu się za to zabrał, a wpłynął na to Wuja, spamujący tym albumem na laście (zresztą robi to nadal).

Wokal Billie to coś, do czego musiałem się przyzwyczaić. Brzmi jednocześnie bardzo dobrze, ale też bardzo anemicznie, przez co odnosi się wrażenie, że słucha się osoby leżącej na łóżku szpitalnym, pod kroplówką, wychodzącą z jakiejś ciężkiej choroby. Trzeba się z tym oswoić, po jakimś czasie takie skojarzenia znikają i człowiek przestaje czuć się nieswojo. Muzyka, to inna sprawa. Finneas to gość, który nie ma problemu z obracaniem się w różnych rodzajach muzyki, potrafiąc nadać im brzmieniową spójność, która sprawia, że na „Happier Than Ever” Billie bez problemu trawersuje między gatunkami i nawet się tego nie zauważa. Facet jest jednym z tych, którzy tak naprawdę „nic nie robią”, a jednak „robią w siusiak”.

Jak wiecie, lubię się porządnie przygotowywać do tych recenzji i poszerzać background, więc w tym celu sięgnąłem po, jak dotąd jedyny, solowy album Finneasa pt. „Optimist”. Płyta jest bardzo dobra. Jest tu wiele z tego, co słychać na płytach Billie, ale w bardziej tradycyjnej, klasycznej oprawie. To chyba trochę tak jest, że Finneas to taki Frank Farian, który popularność zdobył dopiero pisząc dla innych (Boney M, Milli Vanilli), bo pomimo bycia wyjątkowo utalentowanym człowiekiem, sam nie miał tego „czegoś”, żeby się przebić. Jego wokal jest ok, ale też nie wyróżnia się w żaden sposób, to mógłby być każdy. Dobrze, że to działa trochę jak bumerang i sukces Eilish, w którym Finneas miał olbrzymi udział i nikt tego nie maskuje, sprawia że ludzie interesują się też tym, co robi solowo. „Optimist” to przyjemna płyta z dobrymi piosenkami i ją polecam, a tymczasem wracam do „Happier Than Ever”.

Płyta zaczyna się z buta. Co sprawia, że tak młoda osoba pisze tekst taki jak „Getting Older”? Dużo w tym vibe’u, którego oczekiwałbym od kogoś dużo starszego. Bardzo poważny i w sumie przez to, na swój sposób, niepokojąco podsumowawczy utwór. A może to umknąć kiedy się człowiek wciągnie w tę miłą melodię. To jest taki recurring motif na tej płycie. Potem już wjeżdża Billie w starszym stylu, ale to jednak zmyłka. Finneas fajne rzeczy zrobił w końcówce „I Didn’t Change My Number”, zawsze zwracam na to uwagę i chwalę w głowie, przypomina mi to fragment pewnego kawałka z soundtracku do Sonic 3D (a powiedzieć, że to komplement z mojej strony, to powiedzieć niewiele). Od utworu nr 3 zaczyna się seria prawdziwych, dla mnie, złotych strzałów na tej płycie. „Billie Bossa Nova”, to na ten moment jeden z moich ulubionych utworów tej laski. Ok, lubię bossa novę, to prawda, ale w tym wydaniu robi mi to nie tylko jako jakieś nawiązanie, kaprys, bo ten numer ma sens, ręce nogi i głowę. Piękny minimal w tle, dobry tekst, melodie, wokal. Billie Eilish przemyca tutaj coś, czego w sumie nie wiem, czy jej target wiekowy słucha, docenia. Nie wiem naprawdę, nie będę udawał, że nie jestem starszy i ogarniam to, co chodzi dwudziestolatkom po głowach. Piękny fragment, który już na tym etapie dużo mówi o całym albumie, i tym jak on siedzi w niewielkiej póki co dyskografii tej laski. No i fade out. Zapomniana trochę już piękna sztuka używania fade out’u. „my future” ma w sobie coś z barowych, sentymentalnych piosenek, które krążą gdzieś nad lepką od alkoholu ladą, razem z zapachem papierosów i półmrokiem zasłoniętych okien. W tle niemal ambient, który przypomina mi trochę pierwsze płyty Sinatry z lat 40-tych, kiedy muzyka była kompletnym tłem dla wokalu, ale tworzyło to wyjątkowy efekt. Potem wchodzi bit i robi się konwencjonalnie (no, na pewno konwencjonalniej). Może warto było pociągnąć to w całości tak jak na początku, ale nie chcę też się czepiać na siłę, bo i tak numer brzmi dobrze i nie traci jakoś gwałtownie polotu. Gdyby King Krule był kobietą, to niewykluczone, że to by był jego utwór. O „Oxytocin” wspominałem już we wstępie. Zaczyna się niemal jak „Chew Toy” Bloodhound Gang, ale potem wchodzi Eilish jaką pamiętam z debiutu. Fajny bit, minimalistyczna, nienachalna elektronika w tle i wokale. Atmosfera korzysta z rytmu i motoryczności podkładu, pierwszy raz na tym albumie pojawia się krzycząca Billie. Od razu widzę scenki z Residenta, w którym pierwszy raz to usłyszałem, to jest wspomnienie, którego nie będę w stanie się pozbyć (i nie mam zamiaru). Niby nic, ten utwór, a jednak coś. Intro do „Goldwing” uderzyło mnie w ryj dosyć mocno. Trochę to przypomina jakąś samotną kolędę i grupę kilku Billie Eilish śpiewających w mroku pod czyimś domem. Potem ten klimatyczny loop wokalny, wchodzi bit. Co tu się w ogóle dzieje. Są momenty na tej płycie, takie jak ten, które robią takie wrażenie na człowieku, że nic dziwnego, że ludziom zdarza się pisać mocno wyolbrzymione opinie na temat Billie, takie jakie przytoczył Porcupine Tree kolega Musiał. Ale czy te zachwyty są aż tak z dupy? Nie sądzę, ale to też zależy ile się wie, ile słyszało. „Lost Cause” wchodzi jak jakiś zapomniany hip-hopowy klasyk z dawnych czasów. W tle dużo się dzieje, i to w środowisku gałek (nagły reverb, zmiana mocy konkretnych brzmień). Całość ładnie płynie niesione przez bit. Zaczynam pisać trochę mętnie, jakbym koniecznie chciał coś napisać, ale nie wiedział co, ale i tak pisał (czasami Dragon tak brzmi xD), ale może po prostu to co słyszę podoba mi się tak bardzo, że bym chciał móc/umieć coś napisać, ale brakuje mi słów. W każdym razie jest to bardzo dobre, mimo że, ponownie niby nic, a jednak coś. Finneas, to dobry producent i to słychać. „Halley’s Comet”, pierwszy z kolejnych dwóch złotych strzałów. Nie będę nikogo przekonywał, że to jest jakieś wiekopomne, czy coś, ja po prostu jestem miękki na takie luźne, wolne numery. Po raz kolejny, oczarowują mnie rozwiązania czysto producenckie. Tło jest tak delikatne, tak ciche, a jednocześnie tak wyraźne, że wywołuje naprawdę wyjątkową atmosferę. Coda, czy w zasadzie coś co można nazwać małym muzycznym skitem doklejonym na końcu, równie piękna. Jest jakaś niepisana narracja w tym jak te utwory po sobie następują i jak działają na siebie nawzajem. „Not My Responsibility”, to kolejna rzecz, która uderza mocno swoim intrem. Klawisze jak ze snu, trochę przypominają mi klimatem Fever Ray (ale tylko trochę). Klimatyczny spoken word Billie. Haunting, jak by to powiedzieli zagranicą.
Jest coś wyjątkowego w tej pierwszej połowie „Happier Than Ever”, coś co już na pozostałej części albumu nie wraca, ale to nie znaczy, że do końca są już słabe kawałki. Ja uważam, że ten album nie ma słabych momentów. „OverHeated” brzmi trochę jakby kontynuował motyw z „Not My Responsibility”, ale w nieco innym opakowaniu. Hip-hopowy bit i niemal rapująca Billie w trakcie utworu, rave’ujące fragmenty w tle, ale nienachalne, jak to u Finneasa. „Everybody Dies”, nie chcę się powtarzać, ale te podkłady, jakby opakowane w koc, wytłumione, robią niezwykłą robotę na płycie. Czasami nie trzeba więcej niż po prostu ‘pomruk’ muzyki. Zdecydowanie bliżej mi obecnie do takiej filozofii, niż jakiegoś instrumentalnego, dźwiękowego bogactwa i rozmachu (nie chcę znowu wskazywać palcem na Alana, bo przecież nie tylko on ma skłonności do przesady). Zakończenie utworu zwala z nóg i tyle. „Your Power” powinno trochę wytrącić z równowagi, bo tu nagle gitary i to do tego bardzo wyraźne, a nie schowane w tle. Wspominałem jednak, że rodzeństwu udaje się skakać pomiędzy takimi stylistycznymi statementami w zaskakująco naturalny sposób, który żadnego zgrzytu nie powoduje. Jeden z ciekawszych kawałków na płycie jeśli chodzi o wokal. To już nie tylko anemiczne snucie opowieści, dzieje się tu zdecydowanie więcej, a melodie wkręcają na długo do głowy. Powracają „kolędowe” chórki w tle, dla mnie to jest po prostu piękne i tyle, siusiak, nie wymyślę nic bardziej wysublimowanego polskim językiem. Ja nie jestem człowiekiem, który potrafi emocje ładnie przełożyć na wypowiedzi, a to że słuchając tego kawałka pierwszy raz rzuciłem sobie „o prostytutka” w powietrze, nic Wam nie powie szczególnego.
„NDA” dobra rzecz, ale po takiej ilości kosmosu, która była wcześniej, wypada trochę blado, lepiej się tego słucha poza albumem. „Therefore I Am” też jeszcze trochę na tym cierpi, ale dobrze tu robi zmiana nastroju, bo Billie brzmi bardzo luźno, niemal kpiarsko, znowu klimaty debiutu. Słychać, że to już jest inna część tej opowieści i ostatnim rozdziałem (poniekąd) jest tytułowe „Happier Than Ever”. Wyjdę na pana marudę i niszczyciela światów, ale byłoby chyba lepiej gdyby ten kawałek szedł przez cały czas tak jak na początku, jako lo-fi ballada, która dochodzi gdzieś z brzęczącego w pobliżu głośnika usb za 30 zł. Fajne są te zagubione wokale w tle, które brzmią jakby ktoś sobie czegoś na yt nie wyłączył w tle. Potem wchodzi ten „ciężki”, lekko przerysowany riff i utwór wchodzi w drugą, rockową, hymnową fazę. No i trudno się tutaj dziwić, bo to na pewno na ludzi działa. Nie oglądałem filmików live, ale domyślam się, że to jest moment, na który fani na koncertach czekają, wszyscy śpiewają, itd. („just fucking leave me alone” to pewnie dla teenage angstowców, najlepszy moment płyty). Trudno się oprzeć posiadania takiego numeru, ale na mnie to nie robi wrażenia, nie zrywam się z krzesła, nie porywa mnie to, chociaż na papierze powinno. No, ale po tej recenzji widać też jakie fragmenty mnie tu biorą bardziej. Ostatni rozdział za nami, na końcu czeka epilog - „Male Fantasy”. Słodka piosenka, z dosyć ciężkim tekstem.

Przedziwna i zarazem piękna płyta, ośmielę się nawet rzucić wysranym zwrotem – wybitna. Za ten album już Grammy nie wleciało i myślę, że do pewnego stopnia też skończy się wychodzenie z lodówki. Tylko dla mnie to nie ma jakiegoś większego znaczenia, myślę samodzielnie i słucham muzyki, a nie otoczki. Myślę, że za ileś tam lat, o ile nie dekad, będzie się o „Happier Than Ever” mówiło w bardzo interesujący sposób, mając już pewien dystans i kolejne przemiany popkulturowe, jakie od tamtej pory zajdą. Na „gorąco” mogę powiedzieć to, co w zasadzie już napisałem, że to piękna, lekko zadymiona płytka. Całkiem ciekawa i bezkompromisowa druga płyta, a przecież te „drugie płyty” bywają bardzo niebezpieczne dla artystów. AVE Billie.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 19 kwie 2023 16:58

Jestem pod wrażeniem panowie. Bo że znający się na rzeczy Hien doceni album Billie, do wiedziałem. Ale że dev nieznoszący Billie napisze tyle dobrych rzeczy, to się zdziwiłem. Jeszcze ja go nauczę słuchać młodych gwiazdek zamiast tych najntisowych kiszonych ogórków. ;)
Hien pisze:
19 kwie 2023 14:38
Nie oglądałem filmików live, ale domyślam się, że to jest moment, na który fani na koncertach czekają, wszyscy śpiewają, itd.
Ten utwór live jest lepszy niż na albumie. Warto sprawdzić. Billie w drugiej części utworu wyraźnie pobudzona kroplówkami. :D
https://www.youtube.com/watch?v=H_hgw-V-wBI
devotional pisze:
19 kwie 2023 11:04
Drażni mnie jej osoba niesamowicie, a najbardziej napompowana wokół niej medialna bańka. Jaka to ona nie jest zajebista! "Billie Eilish to głos młodego pokolenia!", "Billie Eilish jest nieziemsko utalentowana i ma kolorowe włosy!", "Billie Eilish założyła szokującą kreację odsłaniającą ciało plus size!", "Billie Eilish bez makijażu!", "Billie Eilish nie robiła dziś kupy!", etc., etc. Był moment, że nie dało się otworzyć lodówki bez zobaczenia wzmianki o niej. Rzygać się chciało.
Ja z takimi rzeczami nie mam kompletnie problemu. Czy słucha czegoś cały świat, czy tylko ja sam - nie ma to znaczenia. Ważne żeby mi się podobało.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 20 kwie 2023 09:58

Nie słuchaj deva, znany jest z bycia PIRAMIDALNYM KRETYNEM przecież.


Billie Eilish - Happier Than Ever

O tym że Billie Eilish przeszła jakąś przemianę dowiedziałem się zdaje się przy okazji premiery singla Lost Cause, kiedy okazało się (dla mnie) że przefarbowała włosy na blond, pojawiły się też chyba artykuły o tym że płyta nadchodzi (albo już wyszła) i że Billie już nie chowa swojego ciała jak dawniej pod workowatymi ciuchami. Numer był spoko i chyba nawet mnie zaintrygował, potem gdzieś trafiłem na klip do Your Power i straciłem ochotę badać coś więcej. Na tym stanęło ale wuja, niezawodny nasz wujaszek Szwejk zmusił mnie do zbadania tego materiału a więc oto jestem, spóźniony o 2 lata i sprawdzam co to tam w trawie piszczało.

Album otwiera utwór Getting Older i jest to pierwsza zapowiedź zmian stylistycznych w muzyce Billie jak rozumiem bo to taka low key ballada śpiewana charakterystycznym zaspanym wokalem. Wszystko zrealizowane ładnie, pięknie, ale jak słucham tego śpiewu mam wrażenie że to musi być strasznie męczące i tym samym sam się męczę słuchając go. Specyficzny wybór na otwarcie płyty, powiedzmy dość odważne rozwiązanie bo w kontrze do typowych otwieraczy płyt takiego kalibru. Dopiero przy drugim utworze czyli I Didn't Change My Number mam wrażenie że album zaczyna się naprawdę. Bardzo fajny współczesny boom-bapowy bit, chwytliwy refren, jak dla mnie idealny numer do puszczenia na powolny objazd miasta przy opuszczonych szybach w letni wieczór.
Oxytocin polubiłem jako jeden z żywszych tempem numerów choć nadal jest ten ledwie żywy wokal, w refrenie szept się lepiej sprawdza no i w końcu trochę się potrafi Billie wydrzeć tu. A numer fajny, oślizgły, lubię takie. Goldwing to krótki specyficzny numer otwierający się natchnionym gospelowym chórkiem by przejść w bardziej luzacki podbity bitem (lol) kawałeczek. Po prostu spoko, fajna miniaturka. Lost Cause słyszałem wcześniej i to był pierwszy i jedyny numer Billie jaki lubiłem do tej pory bo to z kolei takie leniwe R&B zrobione na prostym ale skutecznym patencie. Not My Responsibility to jest fantastyczny minimal. Bardzo oszczędny podkład ale jednak z dużą mocą w sobie (coś jak Waiting For The Night dla mnie), niesamowity klimat, fajny monolog, numer o czymś istotnym dla Billie czyli o cieniach sławy, wątek który przewija się miejscami na tym albumie, lubię kiedy mam do czynienia z utworami które wiem że pisane były na bieżąco i wiem co artystę dotykało w danej chwili i że to jego numer a nie dowolny love song który mógłby być podrzucony byle gwiazdce popu. Lubię dobry spoken word, dobry monolog i tu go otrzymuję, jestem zdania że nie trzeba zawsze koniecznie silić się na śpiew, zwłaszcza kiedy liczy się przekaz co ja jako fan rapu zawsze sobie cenię. Zabawne ale dopiero za którymś razem załapałem że to raptem wstęp do OverHeated, czułem że to jakby kontynuacja ale tu faktycznie lecą te same synthy, tym samym mamy rozwinięcie klimatu i ubranie go w bardziej piosenkową formę, Billie tym razem jakby rapuje te wersy, wolę to niż jej typowe zaspane śpiewy. Ten duet utworów to zdecydowany highlight albumu. Everybody Dies to smutna balladka przy której nawet udzielają mi się te emocje. Trochę smutne dla mnie jest już samo w sobie to że tak młoda osoba myśli o takich sprawach, smuci mnie to bo przypomina mi ilu młodych ludzi w dzisiejszych czasach już zmaga się z depresją i zastanawia mnie na ile to znak czasów a na ile po prostu dziś więcej i głośniej się o tym mówi. Your Power początkowo mi nie wchodziło ale uleżało się, wokal jest ok, jest dla mnie bardziej zwiewny niż zaspany tutaj, tekst znów smutny i poruszający cięższe tematy, brzmi szczerze, porusza jakaś nutę we mnie, jest ok. NDA - kolejny numer o przykrych aspektach sławy - byłby całkiem fajny gdyby nie refren. Podobają mi się zwrotki i tekst ale gdy wjeżdża ten refren z efektem na wokalu czar pryska. Therefore I Am brzmi dla mnie jakby był jednym z pierwszych numerów nagranych ma płytę bo kojarzy się bardziej z tymi zabawnymi klimatami jak bad guy. Happier Than Ever to jeden z ciekawiej zbudowanych numerów na płycie, i o ile podoba mi się ten wstęp o brzmieniu jakiejś torch ballady z lat 50. o tyle do tej angstowej końcówki już nie mieszczę się w targecie raczej. Jarałbym się tym może będąc 20 lat młodszy. Male Fantasy wieńczy dzieło i jest to znów smutna akustyczna ballada o samotności i rozstaniu. Dobry numer, ładnie napisany, fajny klimat i takie trochę pandemiczne video do niego. Jednak jak widać tytuł albumu był przekorny.

Nie siliłem się na robienie track by track recenzji ze względu na fakt że po pierwsze - niestety częsty problem - płyta jest za długa i to już zniechęcało mnie na początku. Początkowo ledwie parę numerów skłaniało do powrotów, obecnie mamy ich bodajże 9 w tym ze 3-4 wzbudzających zachwyt, podziw, tudzież bujających mną mimo woli. Do tych bujających należą I Didn't Change My Number i Lost Cause, do zachwycających duet ze środka płyty o którym wspominałem w recenzji. Jest też kilka niezłych smutnych ballad, jest też sprośne Oxytocin ale i jest też połowa płyty która mnie ni grzeje ni ziębi śpiewana często tym zaspanym wokalem. Ogólny rezultat nie jest zły, powiedziałbym że szacunek utworów złych i dobrych jest podobny co na wrzucanym przez munlupa Tears For Fears, tamta płyta była krótsza a tu z kolei są jednak bardziej jarające mnie numery. Nadal nie jest to płyta którą słuchałoby mi się przyjemnie w całości a raczej gdzie wrócę do wybranych momentów a te są wszak jednymi z najlepszych momentów tej kolejki albumowej. Nie uważam żeby były tu jakieś złe numery, najsłabiej chyba oceniam Therefore I Am odstające jak dla mnie od klimatu reszty. Solidna wrzutka, jak na "śpiewające panie" ustawiłbym ją poziomem za Alicią Keys, może obok Susanne Sundfor, a może przed nią?
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 20 kwie 2023 10:22

stripped pisze:
20 kwie 2023 09:58
jak słucham tego śpiewu mam wrażenie że to musi być strasznie męczące i tym samym sam się męczę słuchając go
To jest dokładnie ten problem, który miałem z Eilish przez długi czas. Czułem ten wokal "fizycznie", musiałem brać głębokie oddechy przy słuchaniu, bo miałem wrażenie, że się duszę, że jest mi słabo i zaraz padnę na ziemię. To jest ciekawy temat sam w sobie, bo gdybym się mocniej zastanowił, to znalazłbym jeszcze kilku wykonawców, którzy tak na mnie działali.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 21 kwie 2023 13:06

Panowie może nieco naiwnie ale wierzę w Was że do końca weekendu uporamy się z Billie, zostanie tydzień na płytę mentosa i że w maju wjedziemy z drugą kolejką, tą jedziemy już ponad 2 miesiące...
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 21 kwie 2023 13:10

No, jeśli faktycznie mielibyśmy lecieć albumy po 2 tygodnie, tak jak Wuja pisał, że to niby jest ok, to by nam kolejka zajmowała 3 i pół miesiąca, czyli niecałe 4 kolejki rocznie. Nie przypominam sobie żeby nam to tyle zajmowało rok temu, nawet z mega opóźniającym Czezem. Czyżby zmęczenie materiału?

Ja to się pod tym kątek interesuję, bo nie wiem, czy następna kolejka jest jeszcze wiosenna, czy już będzie wakacyjna xD Od tego zależy, co będę wrzucał, więc obawy uzasadnione.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 21 kwie 2023 13:11

Lol rozstrzał duży, do niedawna problemy miałeś rzędu czy utrafisz na święta a teraz czy to będzie wiosna czy lato xdddd
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 21 kwie 2023 13:14

Niedługo będę się zastanawiał którego roku
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 21 kwie 2023 14:57

No może i rzeczywiście 2 tyg. na album to za dużo. Sam się muszę wziąć wreszcie w garść.
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 21 kwie 2023 15:55

Cztery dni dopiero, c'mon xDD
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 21 kwie 2023 16:18

Czas się liczy od wrzucania poprzedniej recenzji xd
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 21 kwie 2023 16:35

Dragon pisze:
21 kwie 2023 15:55
Cztery dni dopiero, c'mon xDD
No i chciałbym żeby wystarczyło nam 7
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 21 kwie 2023 18:21

Billie Eilish Happier Than Ever

O ile jeszcze w liceum docierały do mnie informacje na jej temat, tak po pewnym szumie związanym z debiutem przestałem śledzić i jakoś nie miałem potrzeby gonienia za zmianami. When I Was Older, numer do Bonda... to wszystko. Słuchając HTE z lapka byłem zaskoczony tym, jakie liczby wykręciła na Spotify. Setki milionów odsłuchów robią wrażenie, trudno wobec tego przejść obojętnie. Czy się tego chce czy nie to jedna z gwiazd współczesnego popu, imo przehajpowana, ale już ma na koncie parę istotnych przebojów, które jakieś tam zamieszanie zrobiły. Otoczka w ogóle mnie grzeje, więcej w tym marketingu niż życia, więc pozwalam sobie to zignorować. Z pozycji nie tak zorientowanego jak dawniej słuchacza staram się znaleźć na płycie coś ciekawego.

Pod względem formalnym całość dość zbliżona do poprzedniczki, tyle że zamiast młodzieńczego buntu i ekspresji wjeżdża coś w rodzaju trochę dojrzalszej, bardziej artystowskiej odsłony. Wystarczy dolać więcej ekstraktu ze schematycznych balladek, zachować nieznośnie dużo mamrotania, zamienić trapowe podkłady na coś bardziej organicznego i ewolucja wychodzi sprawnie. Tak jak poprzedniczka jest zbudowana na nijakich zapychaczach i paru udanych melodiach, dlatego znów wyjdzie delikatnie na plus. Znów, bo w 2019 roku już to przerabiałem. Ballady pokroju my future czy Halley's Comet przepływają przez uszy totalnie bezszelestnie. Są, bo są. Fajnie, że na kimś robią wrażenie. Na mnie nie robią w ogóle, bo słyszałem to setki razy. Różni się to specyficznie minimalistyczną produkcją, raz bardziej sztampowo, raz zdarza się wręcz latino pop w domu, wjeżdża coś atmosferycznego. Szeptanki porażająco słabe, ale w takim Oxytocin przynajmniej pojawia się w pewnym momencie konkretny zaśpiew. Not My Responsibility budzi śmiech, ale gryzę się w język, bo tło jest najlepsze spośród wszystkich aranży i miło, że OverHeated kontynuuje ten klimat. Gdzieś w tym momencie płyty zacznie się robić nudniej i bardziej nieciekawie, uwaga odchodzi, wracają różne refleksje na boku. Na pewno Billie wyróżnia się charakterystycznym wokalem i specyficzną oszczędnością dźwięków, ale co za dużo, to niezdrowo. Bardzo dobre są kawałki, które romansują na poważnie z r&b. Świetne refreny I Didnt Change My Number i Lost Cause, tutaj w tej oszczędności i trochę innym sposobie śpiewania jest metoda, bo niby nic, ale na bogatości. Ten pierwszy to buja na całego i aż szkoda, że potem już nic takiego się nie dzieje. Oxytocin jako nowe Bad Guy nie działa. Zero zmysłowości, bardziej pasuje mi tutaj bezradność. Podoba mi się jeszcze Your Power, jest zdrowy balans między mamrotaniem i czymś więcej, czuć w tym coś więcej, są emocje. Potem już tylko schemacik szybciej-wolniej wrażliwość-angst jak w przewidywalnym spektaklu. Numer tytułowy jakby zajumany z banku piosenek Lany odkopywanych i wrzucanych na SoundClouda.

Bardzo dobrze obliczony muzyczny produkt, w którym na szczęście są momenty. I to naprawdę solidne momenty, do których można uczciwie wracać, czerpać radochę ze słuchania. Szkoda, że tak mało, ale lepsze to niż nic.