Powiem tak – utwór jako taki mi się podoba. Fajnie buja, naprawdę słuchając gibałem się na krześle. Nie jest to dla mnie muzyka pierwszego wyboru, na pewno nie chciałbym tego posłuchać 163 razy w ciągu 7 dni, ale jest ok. Bas, perkusja, trąbki, a nawet gitara robią fajny klimat. Jest tylko jeden zgrzyt i tu się zgadzam z Dragonem – ten syntezator jest koszmarny i nic go nie tłumaczy. Szczególnie jak gra wyżej to aż zęby bolą. I z tego powodu nie da się jednak utworu odratować. To znaczy w tej wersji, bo Murzyn wspominał o innej bez syntezatora. Nie słyszałem, ale musi być o niebo lepsza.
Queen - I'm Going Slightly Mad
Oj jak ja dawno tego nie słuchałem. Miałem kiedyś płytę Innuendo i lubiłem jej słuchać (zresztą dalej mam, ale się kurzy). W 1991 roku i chwilę wcześniej wyszło naprawdę sporo dobrych albumów. Mimo sympatii do Innuendo jakoś się w zespole Queen nie zanurzyłem. Nie ciągnęło mnie do poznawania innych albumów.
Dawno dawno nie słuchałem Queen, ale ten utwór to był miły powrót. Utwór pomimo upływu lat wciąż brzmi bardzo dobrze. Ta przewodnia klawiszowa zagrywka jest super. Mercury miał dobry i charakterystyczny głos, więc i wokalnie jest dobrze. Nawet gitarowe wygibasy w środku są ok i mi nie przeszkadzają.
Fink – Truth Begins
Jak nawet Murzyn chwali melancholijną balladę, to znaczy, że coś jest na rzeczy. I ja tym bardziej mogę jedynie pochwalić. I to mocno. Hien pisze, że to Hien-core do kwadratu. I ja się z tym zgadzam. To też w dużej mierze mój core, bo ja uwielbiam takie klimaty. Piękna kompozycja. Gitara jest po prostu świetna, szczególnie w refrenie. Utwór zaczyna się bardzo spokojnie i minimalistycznie, żeby potem pięknie rosnąć w siłę. Uwielbiam tak zbudowane numery. Pod koniec drugiej minuty wchodzi świetny bit. Rzeczywiście ten reverb perki jest niezwykle efektowny. No i do tego naprawdę bardzo dobry wokal. Kolegę deva utwór znowu zdołował. Bo to taka smutna i melancholijna piosenka. Ale takie są najlepsze. Mnie takie klimaty wprawiają też w melancholijny nastrój. Ale nie jestem zdołowany, bo na szczęście od dawna nie mam żadnych powodów do smutków i zmartwień. A jak kiedyś takie miałem, to było to bardzo dawno, że już tego nawet nie pamiętam.
Touch and Go - Would You...?
Ani tytuł ani nazwa zespołu nic mi nie mówiła, ale po pierwszych sekundach już wiedziałem, co to za numer. Bo kto by tego nie znał? Rozumiem Hiena, że tak przyatakował ten utwór, bo jak się przez lata czuje do czegoś wstręt i niechęć, to się nic na to nie poradzi. Ja też mam takie utwory, ale Would You…? do tego grona akurat nie należy. Nie, żebym się nim jarał albo chciał go mieć w playerze, ale również nie mogę powiedzieć, że mnie drażni. Po prostu zwyczajny utworek zarzynany wszędzie, gdzie się dało: w radio, w reklamach, w sklepach, galeriach handlowych. I w sumie się nie dziwię, bo idealnie się do takich miejsc nadaje. Powiem nawet, że jak go teraz słuchałem, to mimowolnie bujałem się w fotelu. Ten bas grany chyba na kontrabasie jest super, trąbka też daje radę. A tekst jak zwykle mam gdzieś.
Yellow Magic Orchestra - 1000 Knives
Przyznam, że na początku mi się zbytnio nie podobało, bo wydawało mi się to zbytnio chaotyczne i hałaśliwe. Ale potem się przegryzło i nawet spodobało. Nie umiem za bardzo pisać o takiej muzyce, ale wywołuje we mnie w różnych momentach pewne skojarzenia. To momentami brzmi jak soundtrack do jakiejś starej platformówki. Może i byłbym skłonny nawet uwierzyć, że Japończycy w jakimś stopniu inspirowali się Kraftwerk. Ich muzyka też jest mocno syntetyczna. Same syntezatory i automaty. A naparzają zdrowo i bardzo fajnie. Ten motoryczny rytm wprowadza słuchacza w niezły trans. Dobry utwór, ale muszę przyznać, że po trzech odsłuchach z rzędu miałem już dosyć tej intensywności dźwięków, hałasu. Nie wiem czy wytrzymałbym cały album w takim tempie. Może jakbym słuchał cichutko?
Tears for Fears - Shout
No i na koniec hiciorek, który chyba zna każdy średnio rozgarnięty miłośnik muzyki. Nigdy zespół Tears of Fears mnie nie kupił na tyle, żebym chciał ich słuchać. Ale wiele było takich zespołów i wykonawców. Teraz już tym bardziej nie mam ochoty nadrabiać zaległości z czasów szkolnych. Jakoś bardziej mnie ciągnie do nowszej muzyki. Ale utwór Shout oczywiście lubię i cenię. Bo to bardzo dobry utwór. Nawet dziś brzmi niezwykle przyjemnie. Właściwie nigdy wcześniej nie wnikałem w warstwę brzmieniową, bo nigdy tego nawet nie słyszałem w słuchawkach. A już na pewno w latach 80’ czy 90’ nie dysponowałem takim sprzętem jak dzisiaj. Walkman podpięty pod radio Śnieżnik musiał wystarczyć. Dlatego teraz utwór robi na mnie lepsze wrażenie, niż kiedyś. Sporo fajnych rzeczy się dzieje. Te instrumentalne partie robią najmniejsze wrażenie, za to powtarzany wielokrotnie refren to coś, co bardzo lubię w muzyce.