mintaj pisze:28 kwie 2023 12:48Television - Marquee Moon
Żarty się skończyły. A może nigdy się nie zaczęły. A może były tak czerstwe, że ciężko było je zaklasyfikować jako żart. Mniejsza z tym. Czas na klasykę przez wielkie A, arcydzieło przez wielkie K, kolejnego przedstawiciela 1001 albumów, które należy poznać przed śmiercią, rzecz wielką, wybitną, wspaniałą i KROPKA. Może i tym albumem nie zerwę z gębą angst punkowca, bo jakby nie było klasyfikuje się go jako album punkowy i wrzucacza klasyki klasyk, a nawet wręcz przeciwnie, ale obawiam się że musimy z tym żyć.
Television w którejś bestce się już przewinęło, akurat nie z mojej przyczyny, czemu trochę sam się dziwie. Trochę dziwie się też, że nie znalazłem dlań miejsca do tej pory, ale teraz trochę już lipa. xD BYWA I TAK. Ogólny zarys z czym się ten zespół je więc pewnie już macie, ale gwoli formalności tylko przypomnę, że jest to zespół wywodzący się ze nowojorskiej sceny punkowej związanej z klubem CBGB, która była RZECZĄ gdzieś na początku lat 70. Zaryzykowałbym tezę, że to dość ważne miejsce na muzycznej mapie USA, a nawet może i nie tylko USA, bo to klub, w którym pierwsze kroki stawiał zespół Ramones, w którym występowała Patti Smith i przez który przewinęli się takie tam zespoliki pokroju Talking Heads lub Blondie - nie wiem, może kiedyś słyszeliście. Generalnie to ówczesny Nowy Jork był interesującym miejscem, może nie będę tutaj się rozpisywać o stricte samym, ale muzycznie działo się tam mnóstwo ciekawego, te wszystkie no wave'y, proto-post-punki i inne cuda wianki na kiju to rzecz warta opisania kogoś, kto zna się muzyce lepiej niż ja (czyli kogokolwiek), ja tylko ze swojej strony mogę wam zarekomendować poszperanie w tych rejonach w wolnych chwilach. Znajdziecie tam dużo ciekawych rzeczy oraz Swans.
Wracając do tematu, ale jednocześnie nie zbaczając jakoś daleko od powyższej dygresji, powiem wam tyle, że o ile WBREW POZOROM nigdy nie byłem w stanie traktować punk rocka jakoś szczególnie poważnie, tak z post-punkiem była zupełnie inna bajka. Powód jest prosty, o ile bunt, kontestowanie rzeczywistości oraz walenie w mainstream zawsze były dla mnie spoko, gdyż zatrzymałem się mentalnie w rozwoju w wieku 13 lat, tak jednak o wiele bardziej przekonuje mnie robienie tego w ciut bardziej wyrafinowany sposób. Lubię czasem prymitywną, wulgarną siłę punka (ale to naprawdę od święta i rzadko kiedy w tzw warunkach domowych), ale jednak zawsze wolałem ciut subtelniejsze metody walki z estabilishmentem. Tak działam w życiu, tak działam w muzyce, aż szok, że znalazłem jakąś spójną płaszczyznę w jakiejkolwiek materii.
Wywód powyższy może i jest bełkotem, ale mimo wszystko nie jest AŻ TAK odklejony. Zmierzam do tego, że Television to w sumie idealny przykład tezy, którą opisuję. To jest jedna z największych rzeczy w okolicach punku i właściwie szeroko pojętej muzyki rozrywkowej. Tak, znowu popadam w ten cholerny patos i egzaltację, ale tutaj ciężko tego mi nie robić - to jest naprawdę arcygenialna płyta i nawet ktoś taki jak ja nie potrzebował zbyt wiele czasu, by to dostrzec. Murzyn napisał, że składam się z samych sprzeczności i moja laurka dla tego albumu tak wygląda - to album jednocześnie cholernie punkowy, ale i cholernie inteligentny, bardzo przystępny, a jednocześnie wyrafinowany i bez fałszywej nuty ni grosza banału.
Sprawdzicie to zresztą sami - mam nadzieję, że tego lata/jesienią 2025, gdy dojdziemy do tej płyty zrozumiecie chociaż po części skąd ta egzaltacja. Lub nie. W każdym razie, jeśli nie przekona was urok "See No Evil", dojmujące i przejmujące "Torn Curtain" czy te wszystkie cudowne i magiczne rzeczy dziejące się w tytułowym, to ja... NIE WIEM. Liczę na to, że to nie nastąpi, bo feedback z bestki utworowej był raczej pozytywny, ale czas pokaże. BIERZCIE I SŁUCHAJCIE TEGO
https://youtube.com/playlist?list=PLOJW ... w6O0u281Yh
Best of Forum (Albumy) vol. 2
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Zatem alleluja i do przodu jak to mówią. Przechodzimy do omawiania albumu Marquee Moon grupy Television.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ja nie wiem o co chodzi, ale chcę wiedzieć o co chodzi.mintaj pisze:15 cze 2023 00:25na którejś kasecie Bayer Full znalazł się kawałek brzmiący jak jakieś Swans - ta bardziej zmemizowana część z was pewnie będzie wiedzieć o co mi chodzi.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Bayer Full to takie guano, że Seba najpewniej sam wymyślił ten zacny dowcip
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
okurdeblaszka.jpg
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
:Marian:
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Obawiam się melczet, że chyba nie kumam tego inside joke'a z twojego szachowego discorda 
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ja te wszystkie komentarze traktuję jako recenzje Television, i cieszę się, że tak żwawo to idzie.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
No trochę dziwne że zrecenzjowalem własną plyte
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Faktycznie, chodziło mi o emotkę Marianczella rodem z trzeciej fotografii od góry, która znaczy tyle, co: "jak oni mogli na to wpaść", że w bardzo oględnej formie to ujmęmintaj pisze:15 cze 2023 12:36Obawiam się melczet, że chyba nie kumam tego inside joke'a z twojego szachowego discorda![]()
https://gazetaolsztynska.pl/mragowo/571 ... ZMOWA.html
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Wcale nie. Jak czasami czytam wrzuty Wuja, to odnoszę wrażenie, że najszczęśliwszy by był, gdyby mógł recenzować własne płyty.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
I to by były jedyne słuszne recenzje.
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Raz na rok miło otworzyć zabawę
Television - Marquee Moon
Seba w natchnionym szale uniesień w ramach opisu do płyty dzieli się wrażeniami, które i ja poniekąd odczuwam w związku z Marquee Moon. Zastanawia mnie to, czemu dziwi go wcześniejsze wypłynięcie Television w bestkach. Sam przecież podrzuca wystarczająco dobry pretekst dla poznania tego materiału jakieś X lat temu. To była druga połowa liceum. Wcześniej bawiłem się w bardzo drobiazgowe poszukiwania na RYMie, które dla żartu (i trochę na poważnie) nazywałem edukacją muzyczną. Wypisywałem po zeszytach ogromne listy płyt do poznania, przemieliłem tysiące stron. Efekt widzicie dość rzadko, bo okres najpoważniejszej fascynacji tego typu muzyką już dawno minął, ale wtedy tak było. Czułem wyższą potrzebę stopniowego odkrywania świata rocka, bardziej wyszukanego punku, generalnie tego wszystkiego, co wydawało mi się bazową podstawą, a w oczywisty sposób kierowało w stronę lat 70'. Sama idea encyklopedii, nie wiem, wydawnictw pokroju "1001 płyt" robiła na mnie wrażenie, choć wtedy średnio rozumiałem kryteria doboru i radykalnie ograniczoną ilość elektronicznych propozycji w takich zestawieniach. Trochę czasu minęło i teraz preferuję poważniejsze zanurzenia w epoce, w kontekście, jeśli już planuję zabrać się za uznane marki i nagrania traktowane pomnikowo. To ważne szczególnie wtedy, gdy do tej pory nigdy nie miałem do czynienia z daną rzeczą albo ewentualne wcześniejsze kontakty nie wzbudziły we mnie większych emocji, jakichkolwiek wrażeń na plus. Marquee Moon trafiło na podatny grunt. Z jednej strony jest dla mnie ostatecznie nieuchwytne gatunkowo tak w stu procentach. Z drugiej zawiera wiele rewelacyjnie napisanych kawałków, które po prostu doskonale oddają niektóre odczuwane emocje. Jedynym wyzwaniem w ramach odświeżającego odsłuchu jest to, czy tak jak w przypadku Masakry odblokuję mózg na to wszystko, co do tej pory dziwnym trafem pomijałem, uważałem za znacznie gorsze.
Przypominam sobie pewne zajęcia w okolicach drugiej czy trzeciej klasy liceum. Historia rozszerzona. Nauczyciel prowadzący to dość przyjazny człowiek, ale tylko z pewnego dystansu. Na pozór pozytywny niestety korwinuje dość mocno i przy gorszym nastroju jest bardziej opryskliwy niż asertywny. Nie pamiętam już dokładnie, czy to było podczas jakiegoś sprawdzianu, może zwyczajna lekcja? Mniejsza, chodzi o to, że w pewnym momencie dyskusja przeszła na tematy muzyczne. Pretekstem było lecące w innej stali wiadomo czyje Starless. Jeszcze wtedy byłem do pewnego stopnia fanem progresyfu, więc nazwy King Crimson, Pink Floyd czy Yes to nie było żadne odkrycie. W pewnym momencie padła jednak nazwa Television ze szczególnym wyróżnieniem tytułowego kawałka z Marquee Moon i to już mnie zaskoczyło dość poważnie. Pan historyk wyrażał się o nim z wielkim uznaniem. Do tamtego momentu liczyły się dla mnie tylko See No Evil, Elevation i wrzucane jakiś czas temu Guiding Light. Od tamtej pory całości słuchałem kilka razy, ale nie wiele się zmieniło. Przekonajmy się, jak pójdzie tym razem.
See No Evil było najbliżej zastąpienia GL w pierwszej bestce. Od zawsze rajcuje mnie obecny tutaj pozytywny, pocieszny klimacik. Gęsto od gitarowej pracy, ale przychylam się do zdania Seby z zeszłego roku NIEIRONICZNIE, gdy ten mówi "nie boomerskie, lecz szlachetne". Łatwo mówić o starociach, że są stare i śmierdzą sandałem, bo zresztą w większości przypadków tak jest, ALE... tutaj wcale nie. Spokojny rytm, lecz nie usypia, a nawet pobudza do ruchu. Specyficzna ekspresja wokalna niespecjalnie przypomina cokolwiek innego, nikt tego nie robi(ł) tak jak Verlaine. Rockowa, gitarowa podkładka napisana, zaaranżowana, wykonana bardzo subtelnie, w przemyślany sposób. Bez epatowania technicznym onanizmem, z naturalnym wyczuciem tego pokroju, który sprawia, że człowiek zaczyna bełkotać. Rewelacyjny start płyty. Venus jest trochę bardziej toporne i drewniane, ale to tylko pozorny leniwego początku, bo kolejny raz zwrotki rozwijają się w małe piękności. Co u Norwegów było konwencjonalnym drewnem, tutaj jest bardziej organiczne, żywe, z pozytywnie zaskakującym rozwinięciem. Friction pierwszym numerem wyraźnie stojącym w cieniu poprzedników. Mimo to i tu dzieją się momentami ciekawe rzeczy, lubię te przyduszone wariacje między zwrotkami. Jeśli tu gdzieś jeszcze zostały duchowe ślady punku, to na ten temat niech się wypowiadają fachowcy - dla mnie to naprawdę poważny materiał, gdzie nawet chwile szaleństwa są poważne, zaplanowane metodycznie. Podane jak dla ludzi w garniturkach, którzy tylko na moment luzują krawat. Tytułowy kolos dowodzi tego, że nigdy do końca nie poczuję tej muzyki. Doceniam kompozycję, ładne dialogi gitarowo-klawiszowe, ale to wszystko potrafi się czasem nieznośnie dłużyć. Nie ma chyba tak długiej solówki gitarowej, która mogłaby mnie od początku do końca chwycić. Ostatecznie warto czasem wytrwać dla narastającego niepokoju i kojącego finału części instrumentalnej.
Duet Elevation-Guiding Light to idealne zestawienie dwóch różnych napięć. Smutne, a może i dołujące tony, które za parę minut przejdą w przyjemnie senną, zawieszoną w czasie balladę. Chyba kwestia najbardziej szkatułkowej kompozycji z przeciągniętym, przetrzymanym finałem zaważyła na moim ostatecznym wyborze. Jedno i drugie trwa dostatecznie długo, żeby czerpać z nich równie silną satysfakcję. Na smutki, które czasem nachodzą, lubię przygotowywać sobie podobne zestawy. Jest chwila poważniejszego zjazdu, ale na horyzoncie zawsze czeka światełko, nawet jeśli przychodzi je odbierać ze łzami w oczach. Elevation ma niezbyt wyhuśtaną solówkę - w tym momencie sprawdza się znakomicie. Guiding Light to z kolei znowu wyraźniejsze klawisze... i soczyście pływający bas. Wyczucie górą. Plus ta jakby szeptana tytułowa fraza, cud miód malina. Prove It robi za podobny przystanek jak Friction na stronie A. Po dotychczas doświadczonych wrażeniach kiedyś musi być oddech, ale i tutaj też refren nie daje o sobie zapomnieć. Najpewniej do tego kawałka wracałem najrzadziej, a i tak pamiętałem, jak to się ostatecznie rozwija. Niepozorne, lecz nie do pominięcia. Na szczęście finał znowu dostarcza poważniejsze wrażenia. Tu dopiero zrobi się pościelowo, rzewnie i specyficznie marszowo. Sugestywne pochody gitarowe robią jednak tylko za tło przy wokalnych popisach. Słodko-gorzkie zakończenie, majstersztyk. Razem za "tears, tears" pięknie zawyje gitara i mamy naprawdę dobrą klamrę. Albo się wejdzie w tę lekko flegmatyczną aurę albo zanudzi. Niby można to drugie, ale trochę współczuję xD
Mnie Seba nie musi przekonywać. Miło było wrócić do całości, duże serducho dla połowy. Przekonałem się trochę bardziej do tytułowego potwora i Venus. Reszta dostaje okejkę słusznej wielkości.
Television - Marquee Moon
Seba w natchnionym szale uniesień w ramach opisu do płyty dzieli się wrażeniami, które i ja poniekąd odczuwam w związku z Marquee Moon. Zastanawia mnie to, czemu dziwi go wcześniejsze wypłynięcie Television w bestkach. Sam przecież podrzuca wystarczająco dobry pretekst dla poznania tego materiału jakieś X lat temu. To była druga połowa liceum. Wcześniej bawiłem się w bardzo drobiazgowe poszukiwania na RYMie, które dla żartu (i trochę na poważnie) nazywałem edukacją muzyczną. Wypisywałem po zeszytach ogromne listy płyt do poznania, przemieliłem tysiące stron. Efekt widzicie dość rzadko, bo okres najpoważniejszej fascynacji tego typu muzyką już dawno minął, ale wtedy tak było. Czułem wyższą potrzebę stopniowego odkrywania świata rocka, bardziej wyszukanego punku, generalnie tego wszystkiego, co wydawało mi się bazową podstawą, a w oczywisty sposób kierowało w stronę lat 70'. Sama idea encyklopedii, nie wiem, wydawnictw pokroju "1001 płyt" robiła na mnie wrażenie, choć wtedy średnio rozumiałem kryteria doboru i radykalnie ograniczoną ilość elektronicznych propozycji w takich zestawieniach. Trochę czasu minęło i teraz preferuję poważniejsze zanurzenia w epoce, w kontekście, jeśli już planuję zabrać się za uznane marki i nagrania traktowane pomnikowo. To ważne szczególnie wtedy, gdy do tej pory nigdy nie miałem do czynienia z daną rzeczą albo ewentualne wcześniejsze kontakty nie wzbudziły we mnie większych emocji, jakichkolwiek wrażeń na plus. Marquee Moon trafiło na podatny grunt. Z jednej strony jest dla mnie ostatecznie nieuchwytne gatunkowo tak w stu procentach. Z drugiej zawiera wiele rewelacyjnie napisanych kawałków, które po prostu doskonale oddają niektóre odczuwane emocje. Jedynym wyzwaniem w ramach odświeżającego odsłuchu jest to, czy tak jak w przypadku Masakry odblokuję mózg na to wszystko, co do tej pory dziwnym trafem pomijałem, uważałem za znacznie gorsze.
Przypominam sobie pewne zajęcia w okolicach drugiej czy trzeciej klasy liceum. Historia rozszerzona. Nauczyciel prowadzący to dość przyjazny człowiek, ale tylko z pewnego dystansu. Na pozór pozytywny niestety korwinuje dość mocno i przy gorszym nastroju jest bardziej opryskliwy niż asertywny. Nie pamiętam już dokładnie, czy to było podczas jakiegoś sprawdzianu, może zwyczajna lekcja? Mniejsza, chodzi o to, że w pewnym momencie dyskusja przeszła na tematy muzyczne. Pretekstem było lecące w innej stali wiadomo czyje Starless. Jeszcze wtedy byłem do pewnego stopnia fanem progresyfu, więc nazwy King Crimson, Pink Floyd czy Yes to nie było żadne odkrycie. W pewnym momencie padła jednak nazwa Television ze szczególnym wyróżnieniem tytułowego kawałka z Marquee Moon i to już mnie zaskoczyło dość poważnie. Pan historyk wyrażał się o nim z wielkim uznaniem. Do tamtego momentu liczyły się dla mnie tylko See No Evil, Elevation i wrzucane jakiś czas temu Guiding Light. Od tamtej pory całości słuchałem kilka razy, ale nie wiele się zmieniło. Przekonajmy się, jak pójdzie tym razem.
See No Evil było najbliżej zastąpienia GL w pierwszej bestce. Od zawsze rajcuje mnie obecny tutaj pozytywny, pocieszny klimacik. Gęsto od gitarowej pracy, ale przychylam się do zdania Seby z zeszłego roku NIEIRONICZNIE, gdy ten mówi "nie boomerskie, lecz szlachetne". Łatwo mówić o starociach, że są stare i śmierdzą sandałem, bo zresztą w większości przypadków tak jest, ALE... tutaj wcale nie. Spokojny rytm, lecz nie usypia, a nawet pobudza do ruchu. Specyficzna ekspresja wokalna niespecjalnie przypomina cokolwiek innego, nikt tego nie robi(ł) tak jak Verlaine. Rockowa, gitarowa podkładka napisana, zaaranżowana, wykonana bardzo subtelnie, w przemyślany sposób. Bez epatowania technicznym onanizmem, z naturalnym wyczuciem tego pokroju, który sprawia, że człowiek zaczyna bełkotać. Rewelacyjny start płyty. Venus jest trochę bardziej toporne i drewniane, ale to tylko pozorny leniwego początku, bo kolejny raz zwrotki rozwijają się w małe piękności. Co u Norwegów było konwencjonalnym drewnem, tutaj jest bardziej organiczne, żywe, z pozytywnie zaskakującym rozwinięciem. Friction pierwszym numerem wyraźnie stojącym w cieniu poprzedników. Mimo to i tu dzieją się momentami ciekawe rzeczy, lubię te przyduszone wariacje między zwrotkami. Jeśli tu gdzieś jeszcze zostały duchowe ślady punku, to na ten temat niech się wypowiadają fachowcy - dla mnie to naprawdę poważny materiał, gdzie nawet chwile szaleństwa są poważne, zaplanowane metodycznie. Podane jak dla ludzi w garniturkach, którzy tylko na moment luzują krawat. Tytułowy kolos dowodzi tego, że nigdy do końca nie poczuję tej muzyki. Doceniam kompozycję, ładne dialogi gitarowo-klawiszowe, ale to wszystko potrafi się czasem nieznośnie dłużyć. Nie ma chyba tak długiej solówki gitarowej, która mogłaby mnie od początku do końca chwycić. Ostatecznie warto czasem wytrwać dla narastającego niepokoju i kojącego finału części instrumentalnej.
Duet Elevation-Guiding Light to idealne zestawienie dwóch różnych napięć. Smutne, a może i dołujące tony, które za parę minut przejdą w przyjemnie senną, zawieszoną w czasie balladę. Chyba kwestia najbardziej szkatułkowej kompozycji z przeciągniętym, przetrzymanym finałem zaważyła na moim ostatecznym wyborze. Jedno i drugie trwa dostatecznie długo, żeby czerpać z nich równie silną satysfakcję. Na smutki, które czasem nachodzą, lubię przygotowywać sobie podobne zestawy. Jest chwila poważniejszego zjazdu, ale na horyzoncie zawsze czeka światełko, nawet jeśli przychodzi je odbierać ze łzami w oczach. Elevation ma niezbyt wyhuśtaną solówkę - w tym momencie sprawdza się znakomicie. Guiding Light to z kolei znowu wyraźniejsze klawisze... i soczyście pływający bas. Wyczucie górą. Plus ta jakby szeptana tytułowa fraza, cud miód malina. Prove It robi za podobny przystanek jak Friction na stronie A. Po dotychczas doświadczonych wrażeniach kiedyś musi być oddech, ale i tutaj też refren nie daje o sobie zapomnieć. Najpewniej do tego kawałka wracałem najrzadziej, a i tak pamiętałem, jak to się ostatecznie rozwija. Niepozorne, lecz nie do pominięcia. Na szczęście finał znowu dostarcza poważniejsze wrażenia. Tu dopiero zrobi się pościelowo, rzewnie i specyficznie marszowo. Sugestywne pochody gitarowe robią jednak tylko za tło przy wokalnych popisach. Słodko-gorzkie zakończenie, majstersztyk. Razem za "tears, tears" pięknie zawyje gitara i mamy naprawdę dobrą klamrę. Albo się wejdzie w tę lekko flegmatyczną aurę albo zanudzi. Niby można to drugie, ale trochę współczuję xD
Mnie Seba nie musi przekonywać. Miło było wrócić do całości, duże serducho dla połowy. Przekonałem się trochę bardziej do tytułowego potwora i Venus. Reszta dostaje okejkę słusznej wielkości.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Television - Marquee Moon
Television, to jeden z tych klasycznych rockowych zespołów (może bardziej legendarnych by tu lepiej pasowało), w które jakoś nie potrafię / nie chce mi się wkręcać. Mentos, sorry, Dragon zrobił nam tease tej płyty w ubiegłym roku i aż wróciłem do swojej recenzji „Guiding Light” żeby potem nie było, że wtedy pisałem to, a teraz sro. Jedno wiem, o dziwo muzyka Television (przynajmniej z tej płyty) wchodzi lepiej kiedy słucha się albumu w całości.
W taki też sposób można nastawić się inaczej do tych fragmentów, które wcześniej nie robiły żadnego wrażenia.
Przy pierwszym przesłuchaniu, pierwsze trzy kawałki wchodziły jak ja w spodnie z liceum. Wylatywały drugim uchem szybciej niż wleciały do pierwszego (podobno stąd już blisko do manipulacji czasoprzestrzenią) i w ogóle zauważyłem, że mi włosy zaczynają siwieć od tej muzyki.
Ale tak to jest jak człowiek, chcąc nie chcąc (a ja zawsze staram się nie chcieć), zaczyna słuchanie z jakimś odgórnym założeniem, że muza jest taka, a nie inna, czyt. na podstawie „Guiding Light”, i z niemal wyrobioną już opinią. Przychodzi jednak na tym albumie moment, o którym wspomnę w odpowiednim czasie, że odbiór się zmienia, i po tym te pierwsze parę numerów też zaczyna inaczej brzmieć.
„See No Evil” to jest taki sobie pomysł na otwarcie albumu. Zespół nie pokazuje się tu z najlepszej strony, od żadnej strony, powiem wręcz że przynudza. Po kilku przesłuchaniach całej płyty, jestem w stanie go docenić znacznie bardziej, choćby za fajne, proste solo koło 2 minuty i za luźny vibe, który trochę przypomina… pop punk! Green Day mają takich rzeczy na pęczki, podejrzewam że musieli słuchać Television na jakimś etapie. Im bardziej numer się rozkręca tym lepiej się robi i pod koniec nie pamiętam już nawet za co złorzeczyłem.
„Venus” ma klimat niektórych wczesnych, wolniejszych kawałków Blondie, czy The Smiths z debiutu. Groove oparty o gitarowe arpeggia, bujający bas i całkiem niezły Tom Verlaine na wokalu i z doskonałą, pomysłową solówką. Za pierwszym razem, kompletnie mi ten numer przeleciał koło uszu i słuchając go teraz, nie wiem jak to się mogło stać (nastawienie, proszę Państwa).
„Friction” od razu chwyta tą zajebistą zagrywką. Ten kawałek, to ładny pokaz tego, jak można w dziecinnie prosty, ale przemyślany sposób zrobić coś z niczego. Refren może trochę przynudza, ale na szczęście reszta nadrabia. Rytmicznie, ten numer ma najwięcej do powiedzenia. Billy Ficca (perkusja) ma ciekawe pomysły na to, jak sparować się z Fredem Smithem (bas), słychać że ci goście się rozumieli bez słów. Nie wiem co dokładnie robi w tym numerze Richard Lloyd (druga gitara), ale on będzie miał swój moment za chwilę.
Kiedy słuchałem płyty po raz pierwszy, tu nastąpił moment kiedy pomyślałem, że album w końcu wchodzi w ciekawsze rejony razem z „Marquee Moon”. Powiem wręcz, że zrobiło się wybitnie. Tę śmieszną zagrywkę gitarową, cytowali lata później Datarock, wiedziałem że skądś to znam. Dzieją się tu genialne rzeczy pod kątem nawet tak podstawowym, jak chwytanie odpowiednich miejsc na progu gitary. Jednocześnie całość zagrana w tym, jakże obligatoryjnym i miło widzianym na albumach tego typu, niechlujnym stylu, być może nawet na setkę, w jednym tejku (OK, sprawdziłem, ten album faktycznie tak był nagrywany, a omawiany kawałek to nagranie próby przed nagraniem, którego w końcu nie było, bo zespół uznał, że nie ma takiej potrzeby). Ocierająca się o wankerstwo druga połowa, wyjątkowo mnie nie odrzuca, bo w tak fajny sposób kontynuuje tę bardziej zwartą część pierwszą, że czepianie się byłoby jednak trochę głupie. Startujące po 9 minucie zakończenie, a raczej powrót do piosenkowej części, jest jednocześnie nieoczekiwane, a z drugiej strony ma stopro sensu. Dziesięciominutowy punk, żeby w ogóle miał prawo istnieć, a nie być zrzucony ze skarpy, jak spartańskie dzieci z astmą, musi jednak mieć coś w sobie, no i tytułowy ma to coś.
O dziwo, poziom nie spada drastycznie z następnym kawałkiem, to nie jest ta sytuacja, że kończy się jakiś monolit i potem wszystko inne wydaje się gówniane. „Elevation” jest naprawdę dobre. Klimat trochę bardziej posępny, ale wszystko tu fajnie ze sobą płynie, wejście ostrzejszych gitar robi robotę.
„Guiding Light” wypada na tle poprzednich dwóch numerów naprawdę blado, chociaż i tak dużo lepiej niż soloo soloo w utworowej. Wracamy tu do świata dziadowania na lekkim haju, miałem nadzieję, że bardziej ten utwór wystrzeli w otoczeniu reszty, ale nie, jak szału nie było, tak szału nie ma, najsłabszy moment płyty, tylko taka lekka okejka.
„Prove It” przypomina mi „Runaway” Dela Shannona, z tym śmiesznym rytmem gitary. Dobry kawałek, który z jakiegoś powodu pachnie mi (znowu) trochę vibem The Smiths (to może nie mieć dla was sensu, ale dla mnie ma). Moze trochę przegięte, ale szczere i emocjonalne solo.
„Torn Curtain” z początku poraża kompletnie niepotrzebnym pianinem, ale potem już jest tylko lepiej. Fajna jest ta płacząca gitara wchodząca gdzieś w połowie, no generalnie jest bardzo spoko.
Koniec, końców, kolejna płyta, której się bałem, ale może niepotrzebnie. Tzn. zwalam winę na to „Guiding Light”, jeden z gorszych momentów na albumie, że mnie tak nastroiło, ale kaman, no jest to surowe brzmienie, które lubię, a i piosenki oraz wykonania są w większości naprawdę bardzo dobre. Dla mnie ta płyta jest bardzo pobieżnie punkowa, tzn. ja wiem dlaczego tak się ją określa, bo w brzmieniu i wykonaniu jest coś niezaprzeczalnie i bezwzględnie punkowego, ale ogólnie to jest rockowy album. Jak widzę na Wikipedii śmieszne zwroty w stylu art-punk, czy coś, to mi się śmiać chce. Mentos rzuca niepotrzebnie słowem „wyrafinowana”, bo ta muzyka wcale nie jest wyrafinowana i chwała za to, bo jeszcze prostytutka brakuje żeby punk, czy nawet cokolwiek z nim związanego miało być wyrafinowane. Miejmy rigcz, na siusiaka! Myślę, że specyficzne brzmienie wynika głównie z ciekawego i różnorodnego backgroundu muzyków (między innymi rock and roll i jazz), ale angst, angst jest taki jak u standardowych wykolejeńców z ulicy, którzy przez przypadek zamiast pały, chwycili za gitarę. Tutaj wyłazi ten punk, że nawet grając coś wolnego, pogodnego, czy bardzie skomplikowanego niż dwa akordy darcie mordy, instrumenty iskrzą od tego CZEGOŚ, co albo się słyszy i czuje, albo się tego po prostu nie chwyta.
Szkoda, że słuchamy tej płyty w obliczu kolejnego nagrobka, który wyrósł w tym roku w świecie muzycznym. Jeśli nagle bym złapał chęć zobaczenia tego zespołu na żywo, to przepadło. RIP Tom Verlaine.
Zachęcony, ściągnąłem sobie wersję z dodatkowymi utworami i alternatywnymi wersjami, i w ogóle jestem naprawdę zadowolony, że ostatecznie ta płyta mi weszła. No, bo jednak trudno mówić o sobie, że się jest fanem post-punka (i punka w ogóle), ale gardzić Television. To tak jakby mówić, ze się lubi dobrą muzykę, ale dissować no-man.
Television, to jeden z tych klasycznych rockowych zespołów (może bardziej legendarnych by tu lepiej pasowało), w które jakoś nie potrafię / nie chce mi się wkręcać. Mentos, sorry, Dragon zrobił nam tease tej płyty w ubiegłym roku i aż wróciłem do swojej recenzji „Guiding Light” żeby potem nie było, że wtedy pisałem to, a teraz sro. Jedno wiem, o dziwo muzyka Television (przynajmniej z tej płyty) wchodzi lepiej kiedy słucha się albumu w całości.
W taki też sposób można nastawić się inaczej do tych fragmentów, które wcześniej nie robiły żadnego wrażenia.
Przy pierwszym przesłuchaniu, pierwsze trzy kawałki wchodziły jak ja w spodnie z liceum. Wylatywały drugim uchem szybciej niż wleciały do pierwszego (podobno stąd już blisko do manipulacji czasoprzestrzenią) i w ogóle zauważyłem, że mi włosy zaczynają siwieć od tej muzyki.
Ale tak to jest jak człowiek, chcąc nie chcąc (a ja zawsze staram się nie chcieć), zaczyna słuchanie z jakimś odgórnym założeniem, że muza jest taka, a nie inna, czyt. na podstawie „Guiding Light”, i z niemal wyrobioną już opinią. Przychodzi jednak na tym albumie moment, o którym wspomnę w odpowiednim czasie, że odbiór się zmienia, i po tym te pierwsze parę numerów też zaczyna inaczej brzmieć.
„See No Evil” to jest taki sobie pomysł na otwarcie albumu. Zespół nie pokazuje się tu z najlepszej strony, od żadnej strony, powiem wręcz że przynudza. Po kilku przesłuchaniach całej płyty, jestem w stanie go docenić znacznie bardziej, choćby za fajne, proste solo koło 2 minuty i za luźny vibe, który trochę przypomina… pop punk! Green Day mają takich rzeczy na pęczki, podejrzewam że musieli słuchać Television na jakimś etapie. Im bardziej numer się rozkręca tym lepiej się robi i pod koniec nie pamiętam już nawet za co złorzeczyłem.
„Venus” ma klimat niektórych wczesnych, wolniejszych kawałków Blondie, czy The Smiths z debiutu. Groove oparty o gitarowe arpeggia, bujający bas i całkiem niezły Tom Verlaine na wokalu i z doskonałą, pomysłową solówką. Za pierwszym razem, kompletnie mi ten numer przeleciał koło uszu i słuchając go teraz, nie wiem jak to się mogło stać (nastawienie, proszę Państwa).
„Friction” od razu chwyta tą zajebistą zagrywką. Ten kawałek, to ładny pokaz tego, jak można w dziecinnie prosty, ale przemyślany sposób zrobić coś z niczego. Refren może trochę przynudza, ale na szczęście reszta nadrabia. Rytmicznie, ten numer ma najwięcej do powiedzenia. Billy Ficca (perkusja) ma ciekawe pomysły na to, jak sparować się z Fredem Smithem (bas), słychać że ci goście się rozumieli bez słów. Nie wiem co dokładnie robi w tym numerze Richard Lloyd (druga gitara), ale on będzie miał swój moment za chwilę.
Kiedy słuchałem płyty po raz pierwszy, tu nastąpił moment kiedy pomyślałem, że album w końcu wchodzi w ciekawsze rejony razem z „Marquee Moon”. Powiem wręcz, że zrobiło się wybitnie. Tę śmieszną zagrywkę gitarową, cytowali lata później Datarock, wiedziałem że skądś to znam. Dzieją się tu genialne rzeczy pod kątem nawet tak podstawowym, jak chwytanie odpowiednich miejsc na progu gitary. Jednocześnie całość zagrana w tym, jakże obligatoryjnym i miło widzianym na albumach tego typu, niechlujnym stylu, być może nawet na setkę, w jednym tejku (OK, sprawdziłem, ten album faktycznie tak był nagrywany, a omawiany kawałek to nagranie próby przed nagraniem, którego w końcu nie było, bo zespół uznał, że nie ma takiej potrzeby). Ocierająca się o wankerstwo druga połowa, wyjątkowo mnie nie odrzuca, bo w tak fajny sposób kontynuuje tę bardziej zwartą część pierwszą, że czepianie się byłoby jednak trochę głupie. Startujące po 9 minucie zakończenie, a raczej powrót do piosenkowej części, jest jednocześnie nieoczekiwane, a z drugiej strony ma stopro sensu. Dziesięciominutowy punk, żeby w ogóle miał prawo istnieć, a nie być zrzucony ze skarpy, jak spartańskie dzieci z astmą, musi jednak mieć coś w sobie, no i tytułowy ma to coś.
O dziwo, poziom nie spada drastycznie z następnym kawałkiem, to nie jest ta sytuacja, że kończy się jakiś monolit i potem wszystko inne wydaje się gówniane. „Elevation” jest naprawdę dobre. Klimat trochę bardziej posępny, ale wszystko tu fajnie ze sobą płynie, wejście ostrzejszych gitar robi robotę.
„Guiding Light” wypada na tle poprzednich dwóch numerów naprawdę blado, chociaż i tak dużo lepiej niż soloo soloo w utworowej. Wracamy tu do świata dziadowania na lekkim haju, miałem nadzieję, że bardziej ten utwór wystrzeli w otoczeniu reszty, ale nie, jak szału nie było, tak szału nie ma, najsłabszy moment płyty, tylko taka lekka okejka.
„Prove It” przypomina mi „Runaway” Dela Shannona, z tym śmiesznym rytmem gitary. Dobry kawałek, który z jakiegoś powodu pachnie mi (znowu) trochę vibem The Smiths (to może nie mieć dla was sensu, ale dla mnie ma). Moze trochę przegięte, ale szczere i emocjonalne solo.
„Torn Curtain” z początku poraża kompletnie niepotrzebnym pianinem, ale potem już jest tylko lepiej. Fajna jest ta płacząca gitara wchodząca gdzieś w połowie, no generalnie jest bardzo spoko.
Koniec, końców, kolejna płyta, której się bałem, ale może niepotrzebnie. Tzn. zwalam winę na to „Guiding Light”, jeden z gorszych momentów na albumie, że mnie tak nastroiło, ale kaman, no jest to surowe brzmienie, które lubię, a i piosenki oraz wykonania są w większości naprawdę bardzo dobre. Dla mnie ta płyta jest bardzo pobieżnie punkowa, tzn. ja wiem dlaczego tak się ją określa, bo w brzmieniu i wykonaniu jest coś niezaprzeczalnie i bezwzględnie punkowego, ale ogólnie to jest rockowy album. Jak widzę na Wikipedii śmieszne zwroty w stylu art-punk, czy coś, to mi się śmiać chce. Mentos rzuca niepotrzebnie słowem „wyrafinowana”, bo ta muzyka wcale nie jest wyrafinowana i chwała za to, bo jeszcze prostytutka brakuje żeby punk, czy nawet cokolwiek z nim związanego miało być wyrafinowane. Miejmy rigcz, na siusiaka! Myślę, że specyficzne brzmienie wynika głównie z ciekawego i różnorodnego backgroundu muzyków (między innymi rock and roll i jazz), ale angst, angst jest taki jak u standardowych wykolejeńców z ulicy, którzy przez przypadek zamiast pały, chwycili za gitarę. Tutaj wyłazi ten punk, że nawet grając coś wolnego, pogodnego, czy bardzie skomplikowanego niż dwa akordy darcie mordy, instrumenty iskrzą od tego CZEGOŚ, co albo się słyszy i czuje, albo się tego po prostu nie chwyta.
Szkoda, że słuchamy tej płyty w obliczu kolejnego nagrobka, który wyrósł w tym roku w świecie muzycznym. Jeśli nagle bym złapał chęć zobaczenia tego zespołu na żywo, to przepadło. RIP Tom Verlaine.
Zachęcony, ściągnąłem sobie wersję z dodatkowymi utworami i alternatywnymi wersjami, i w ogóle jestem naprawdę zadowolony, że ostatecznie ta płyta mi weszła. No, bo jednak trudno mówić o sobie, że się jest fanem post-punka (i punka w ogóle), ale gardzić Television. To tak jakby mówić, ze się lubi dobrą muzykę, ale dissować no-man.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Television - Marquee Moon
Mentos standardowo zaczyna od suchara i od kontekstu kulturowego, od egzaltacji a la Porcys i od pisania o tym, że nie wie, jak opisać coś, co jest oczywiste
. Nieważne. Typowy Mentos. Zacznę może od tego, że od poprzedniej wrzutki Television nie tknąłem tego zespołu, moje zainteresowania skierowały się w innym kierunku (czy to typowo melancholijnym Hiena, czy to ciemnym i tanecznym Mudżyna, czy to elektronicznym), dość surowe, gitarowe brzmienie to chyba nie to, czego szukam w muzyce (tak, setny raz to piszę w różnej formie, wiem
). Wiem już, że pojedynczy kawałek nie wchodził tak dobrze, jak całość, chociaż po tych paru przesłuchaniach nadal się z tym albumem do końca nie oswoiłem. Im dłużej słucham, tym bardziej wydaje mi się monochromatyczny, te brzmienia są dla mnie bardzo typowe w tym sensie, że mózg i ucho starają się od nich uciec. I natarczywe, a nie wkręcające się. Słuchałem przy okazji Blondie i od razu przypomniał mi się człowiek, który zagęszczał fakturę utworów tej grupy - był to Jimmy Destri ze swoimi syntezatorami. W sumie kilka kawałków Jimmy'ego należy do mojego topu. A tu jednak mamy przede wszystkim gitarę na pierwszym planie. Dość czysto brzmiącą (a nie jak odkurzacz, samolot czy młot pneumatyczny bądź piła), melodyjną, długie frazy, a nie rąbanka.
Nie zagłębiałem się w tamtą scenę, może czas na nią? Generalnie szkoda, że poznawałem rocka za pośrednictwem fanatycznych wielbicieli prog- i hard rocka czy innego rocka sprzed 1975, to właściwie ograniczało światopogląd do tego, co oni wielbili, bo wiadomo, co myśleli i myślą o wszystkim innym. A i obce jest mi myślenie o "trącaniu sandałem" itp. Lubię muzykę z czasów młodości moich rodziców, nawet wcześniejszą.
Do hasła walka z systemem itp. mam ambiwalentny stosunek. Z jednej strony - dużo jest rzeczy, które mi się nie podobają, które moim zdaniem należałoby zmienić, a do tego trzeba dużo zaparcia, nierzadko radykalnych środków i dużo energii (także kumulowanej w gniewie). Z drugiej - muzycy/piosenkarze, których zwykle nie określa się jako "kontestatorów", nie są przecież spokojnymi duchami, walczyli o swoje miejsce na scenie bardzo zawzięcie, a i zwykli ludzie też przecież mają swoje problemy, które osłabiają w praktyce wymowę tego hasła. No i wreszcie - ze mnie żaden aktywista, bojownik czy uczestnik demonstracji. Nie ten temperament, forma i przekonania. Itp., itd.
Dobrze, ale może czas w końcu napisać coś o muzyce. See No Evil wchodzi przez drzwi wejściowe do salonu. Verlaine ma taki chłopięcy, łobuzerski wokal, przez co kawałek wydaje się łagodniejszy niż naprawdę jest. Przypomina spoko gościa w paskudnej robocie. Ten monochromatyzm dość szybko zaczyna przeszkadzać, już przy Venus czuję, że przez to będzie ciężko przebrnąć przez płytę, trudno będzie rozróżnić piosenki od siebie. Ale samo See No Evil całkiem zgrabne, w refrenie nieco bardziej zadziorne, solówka przyjemna. Pozytywny kawałek.
Venus przynudza, niestety, takie wolne i bez wyrazu, jest w tym faktycznie coś jak najstarsze Blondie (w ogóle, Hien, słuchałeś Against The Odds?), jakieś, nie wiem, Man Overboard czy Little Girl Lies. Friction podobnie. To przyzwoite, rzetelne granie, Verlaine'a nieźle się słucha, rytmicznie na pewno jest dobrze, fajna jest ta figura (o której na pewno zaraz zapomnę), jest ok. Czyli na razie mamy sporo solidności, ale takiej, której pewnie bez tych paru odsłuchów, bez polecenia mógłbym nie wyłapać i nie zatrzymać się nad nią. Co w sumie o niczym nie świadczy, Stand Up, Exciter czy The Hunter, żeby pozostać w strefie wpływów nowojorskich, też dopasowywały mi się do uszu dość długo.
Najdłuższy na albumie jest utwór tytułowy. Zaczyna się od fajnych, gitarowych zagrywek, potem mamy część piosenkową, długą instrumentalną część i na końcu powrót do piosenki (dobry powrót). I, moim zdaniem, to się broni, utwór jest spójny, nieprzesadzony, a wokal Verlaine'a mi się coraz bardziej podoba - gość miał w sobie taką pozytywną bezczelność, werwę, dużo energii i, pewnie celowo, jakby śpiewał lekko niedbale. Może tam i ówdzie można by ten Marquee Moon przykrócić, ale generalnie dobrze się tego słucha i broni się jako całość. A to już coś. Choć pewnie nie na każdą okazję.
Po takim gigancie Elevation powinno, wydawałoby się, zdawać się małe, tymczasem jest po prostu rzetelne (może ten wyśpiewywany tytuł mniej). Jest trochę ostrzej, ale tylko trochę. Potem mamy Guiding Light, które Dragon kiedyś już wrzucał. Napisałem kiedyś, że ten kawałek jest pogodnie melancholijny. I tak, rzeczywiście, jest, może nawet aż za spokojnie, a może za długo już słucham? Dla mnie trochę jest to problemem, że to brzmi rzetelnie, ale, że nigdy nie zbliżałem do gitary, to nie potrafię ocenić, na ile jest to łatwe/trudne, interesujące/typowe itd. A mnie to nadal nie interesuje. Prove It też jest raczej bezbarwne, kolejny taki kawałek to już za wiele dla Malkolita. Ładne solo. Torn Curtain na koniec jest inaczej zaśpiewane - bardziej emocjonalnie niż łobuzersko. Średnio mi to pasuje do takiej estetyki. Z początku wydawało mi się, że kawałek stał się przez to efekciarski, ale takie poszerzenie palety środków wyrazu było chyba wskazane. Trudno ich jednak podejrzewać o wyrafinowanie.
Generalnie stwierdzić muszę, że po paru odsłuchach, wielu powrotach przegryzł mi się nieco ten album, zacząłem nawet doceniać pewne jego składowe (wokal Verlaine'a, zadziorność, pewne konstrukcje, razi natomiast dość uboga faktura, to, że cały czas na pierwszym planie jest to wokal, to momentami irytująca gitara, trochę mało środków wyrazu. Jeśli takie było założenie, to muszę się zdystansować do konwencji. Nie było jednak źle, jest po prostu rzetelnie. Ale warto było poznać. Warto poszerzać wiedzę o świecie.
Mentos standardowo zaczyna od suchara i od kontekstu kulturowego, od egzaltacji a la Porcys i od pisania o tym, że nie wie, jak opisać coś, co jest oczywiste
Nie zagłębiałem się w tamtą scenę, może czas na nią? Generalnie szkoda, że poznawałem rocka za pośrednictwem fanatycznych wielbicieli prog- i hard rocka czy innego rocka sprzed 1975, to właściwie ograniczało światopogląd do tego, co oni wielbili, bo wiadomo, co myśleli i myślą o wszystkim innym. A i obce jest mi myślenie o "trącaniu sandałem" itp. Lubię muzykę z czasów młodości moich rodziców, nawet wcześniejszą.
Do hasła walka z systemem itp. mam ambiwalentny stosunek. Z jednej strony - dużo jest rzeczy, które mi się nie podobają, które moim zdaniem należałoby zmienić, a do tego trzeba dużo zaparcia, nierzadko radykalnych środków i dużo energii (także kumulowanej w gniewie). Z drugiej - muzycy/piosenkarze, których zwykle nie określa się jako "kontestatorów", nie są przecież spokojnymi duchami, walczyli o swoje miejsce na scenie bardzo zawzięcie, a i zwykli ludzie też przecież mają swoje problemy, które osłabiają w praktyce wymowę tego hasła. No i wreszcie - ze mnie żaden aktywista, bojownik czy uczestnik demonstracji. Nie ten temperament, forma i przekonania. Itp., itd.
Dobrze, ale może czas w końcu napisać coś o muzyce. See No Evil wchodzi przez drzwi wejściowe do salonu. Verlaine ma taki chłopięcy, łobuzerski wokal, przez co kawałek wydaje się łagodniejszy niż naprawdę jest. Przypomina spoko gościa w paskudnej robocie. Ten monochromatyzm dość szybko zaczyna przeszkadzać, już przy Venus czuję, że przez to będzie ciężko przebrnąć przez płytę, trudno będzie rozróżnić piosenki od siebie. Ale samo See No Evil całkiem zgrabne, w refrenie nieco bardziej zadziorne, solówka przyjemna. Pozytywny kawałek.
Venus przynudza, niestety, takie wolne i bez wyrazu, jest w tym faktycznie coś jak najstarsze Blondie (w ogóle, Hien, słuchałeś Against The Odds?), jakieś, nie wiem, Man Overboard czy Little Girl Lies. Friction podobnie. To przyzwoite, rzetelne granie, Verlaine'a nieźle się słucha, rytmicznie na pewno jest dobrze, fajna jest ta figura (o której na pewno zaraz zapomnę), jest ok. Czyli na razie mamy sporo solidności, ale takiej, której pewnie bez tych paru odsłuchów, bez polecenia mógłbym nie wyłapać i nie zatrzymać się nad nią. Co w sumie o niczym nie świadczy, Stand Up, Exciter czy The Hunter, żeby pozostać w strefie wpływów nowojorskich, też dopasowywały mi się do uszu dość długo.
Najdłuższy na albumie jest utwór tytułowy. Zaczyna się od fajnych, gitarowych zagrywek, potem mamy część piosenkową, długą instrumentalną część i na końcu powrót do piosenki (dobry powrót). I, moim zdaniem, to się broni, utwór jest spójny, nieprzesadzony, a wokal Verlaine'a mi się coraz bardziej podoba - gość miał w sobie taką pozytywną bezczelność, werwę, dużo energii i, pewnie celowo, jakby śpiewał lekko niedbale. Może tam i ówdzie można by ten Marquee Moon przykrócić, ale generalnie dobrze się tego słucha i broni się jako całość. A to już coś. Choć pewnie nie na każdą okazję.
Po takim gigancie Elevation powinno, wydawałoby się, zdawać się małe, tymczasem jest po prostu rzetelne (może ten wyśpiewywany tytuł mniej). Jest trochę ostrzej, ale tylko trochę. Potem mamy Guiding Light, które Dragon kiedyś już wrzucał. Napisałem kiedyś, że ten kawałek jest pogodnie melancholijny. I tak, rzeczywiście, jest, może nawet aż za spokojnie, a może za długo już słucham? Dla mnie trochę jest to problemem, że to brzmi rzetelnie, ale, że nigdy nie zbliżałem do gitary, to nie potrafię ocenić, na ile jest to łatwe/trudne, interesujące/typowe itd. A mnie to nadal nie interesuje. Prove It też jest raczej bezbarwne, kolejny taki kawałek to już za wiele dla Malkolita. Ładne solo. Torn Curtain na koniec jest inaczej zaśpiewane - bardziej emocjonalnie niż łobuzersko. Średnio mi to pasuje do takiej estetyki. Z początku wydawało mi się, że kawałek stał się przez to efekciarski, ale takie poszerzenie palety środków wyrazu było chyba wskazane. Trudno ich jednak podejrzewać o wyrafinowanie.
Generalnie stwierdzić muszę, że po paru odsłuchach, wielu powrotach przegryzł mi się nieco ten album, zacząłem nawet doceniać pewne jego składowe (wokal Verlaine'a, zadziorność, pewne konstrukcje, razi natomiast dość uboga faktura, to, że cały czas na pierwszym planie jest to wokal, to momentami irytująca gitara, trochę mało środków wyrazu. Jeśli takie było założenie, to muszę się zdystansować do konwencji. Nie było jednak źle, jest po prostu rzetelnie. Ale warto było poznać. Warto poszerzać wiedzę o świecie.
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
faktycznie materiał dość pospolity
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Słuchałem, ale pobieżnie, skupiając się bardziej na wcześniej niedostępnych demach, miksach, itd. W sumie miałem do tego wrócić, ale zapomniałem i teraz mi przypomniałeś.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Television - Marquee Moon
Do kolejnego spotkania z Television podchodziłem - niestety - pełen obaw i uprzedzeń będąc mocno zniechęconym po kontakcie z Guiding Light w bestce utworowej. Tamten numer strasznie się wlókł a nieco jęczący wokal Verlaine'a wcale nie pomagał. Później gdy weszła wrzutka albumowa coś rzuciłem uchem po łebkach na kilka numerów i się skrzywiłem, czułem że zwłaszcza z wokalem będę miał tu ciężką przeprawę i od tego czy on się przegryzie wszystko może zależeć.
Właściwe, rzetelne przysiądnięcie nad tą płytą pokazało jednak że da się tej muzy słuchać i nawet czerpać z niej jakąś przyjemność. Pierwszy odsłuch był nienajgorszy a z każdym kolejnym album rósł i zyskiwał, słuchałem więc dalej i dalej powoli przekonując się do kolejnych numerów. I teraz dopiero siadam do tej recenzji kiedy mam już poczucie że należycie się przysłuchałem i polubiłem z tymi kawałkami.
Album otwiera See No Evil i jak dla mnie to świetne rozpoczęcie płyty. Żwawy, bujający rock z lat 70. z bardzo chwytliwym refrenem. Ten rytm łatwo budzi we mnie moje ukryte zwierzę sceniczne i sprawił że słuchając tego numeru musiałem się bujać albo tańczyć i koniecznie śpiewać ten refren (jak ktoś oglądał film Ryzykowny Interes z lat 80. to może skojarzyć to ze sceną tańczącego Toma Cruise'a do muzyki Boba Segera, heh). Pamiętam że przy wrzucie utworowej porównywałem Verlaine'a do Jaggera i nadal wyczuwam to podobieństwo w tym niechlujnym wokalu, do miksu dorzucił bym jeszcze szczyptę Iggy'ego Popa, wszystko się mi zgadza w głowie - niechlujne wokale i sceniczne zwierzęta, jeśli to były inspiracje to godne pochwały.
Venus to taki klasyczny nr 2 na albumie - po żywym wstępie redukujemy bieg delikatnie ale wciąż jest w miarę żwawo. Numer jest po prostu spoko ale najbardziej podoba mi się solówka która mi jakoś kojarzy się z Frusciante z ery Californication/By The Way. Friction zgodnie z logiką wraca na żywsze tempa, sekcja rytmiczna znów buduje smaczny groove pod spodem, gitarowa zagrywka ładnie ciągnie słuchacza a ja znowu się gibię jak naćpany Jagger. Znów najmocniejszym punktem kawałka jest gitarowe solo pod koniec, tym razem bardziej mięsiste, idące chwilami w niższe tony.
Nadchodzi tytułowy kolos będący gwoździem programu, znów prosta acz chwytliwa zagrywka na gitarze, tłusty bas, dobra perkusja. Przypomina mi to moje własne przeświadczenie jakiego nabrałem przed laty słuchając pewnej innej rockowej płyty z lat 70. że OOO WTEDY TO BYŁA MUZYKA I BYLI MUZYCY, że w ejtisach to samouki klikali w synthy a tu trza było UMIĆ GRAĆ i mam ten moment kiedy słuchając czegoś z lat 70. mam poczucie że wszystko ale to WSZYSTKO jest na swoim miejscu, każdy dźwięk, uderzenie w talerze czy brzdąknięcie gitary, po prostu muzyka wy-bit-na. Co mnie zaskoczyło w tytułowym to jego budowa, widząc 10 minutowy numer nie spodziewałem się że połowa to jednak będzie "normalny" utwór po którym wejdzie solo i na koniec wrócimy do początku, tzn. może formuła nie była takim zaskoczeniem jak te proporcje. Spodziewałem się albo długich progowych wycieczek instrumentalnych czy długiej ballady budzącej się pod koniec albo ewidentej małej klamerki z długim środkiem (jak w The Look of Love u mojego Hayesa). Niemniej jest to utwór doskonały i co ja Wam będę tłumaczył, highlight płyty. Gdyby takie coś wleciało w utworową to z miejsca myślę byłyby japy zamknięte - tudzież odwrotnie - rozdziawione i zbierane z ziemi. Aha, byłbym zapomniał - cudne są te kwilące gitary wieńczące gitarowe solo! No a potem dalej ten tłuściutki groove mmm...
Najlepsze jest to o czym wspomniał Hien że na szczęście płyta po tej kulminacji nie traci od razu na jakości bo wchodzi Elevation i dla mnie to trzeci i zamykający podium albumu utwór (po tytułowym i otwieraczu). Kiedy tylko się zaczął myślałem że to leci Lovefool grupy The Cardigans, ta gitarka znów prosta a jakże chwytliwa. Początkowo nie wiedziałem co myśleć o tym specyficznym łamanym rytmie w refrenie ale z czasem siadło, to jest tak inne że zwraca uwagę ale jednak nie tak źle wyegzekwowane jak choćby w depeszowym You Move. Specyficzna gra talerzy (chyba?), fajny ten grzechotnik w każdym razie. Refren wrzyna się w czachę, E LE WEJ SZON DONT GOŁ TU MAJ HED. Znowu cudowne mięsiste solo na gitarze, fantastyczny numer madafaka.
No i w końcu ponowne zetknięcie z Guiding Light które tak mnie odrzucało. Ale jednak, odsłuchy kolejne, czwarty, piąty i co, siadło. Polubiłem się z tym numerem nawet, mamy końcówkę płyty więc pozwala złapać oddech ta ballada. Tym razem skojarzenia mam z Davidem Bowie, bas i pianinko robią tu fajną robotę, Verlaine ciut bardziej żałosny w swym śpiewie ale kupuję to, kiedy wchodzi solo robi się tak fajnie sielsko anielsko. To naprawdę specyficzny wybór do bestki utworowej ale nie pamiętam już, czy był tam jakiś osobisty kontekst dla Dragona. Dla mnie w każdym razie to trochę tak jakby sprzedawać komuś Violatora poprzez Sweetest Perfection, numer zasadniczo jest spoko ale w oderwaniu od reszty to trochę nie ma takiej mocy (podejrzewam że nie chciał jednak Dragon płyty sprzedawać wtedy i sam by ją w końcu wrzucił, może po prostu rzucił numerem do którego potrzeba odrobiny wtajemniczenia w płytę by go docenić, tak to widzę).
Prove It próbuje jeszcze resztkami wrócić do tego bardziej żwawego, rytmicznego grania z początku płyty choć nie ma to takiej mocy. Ten rytm jest spoko i jakoś buja ale trochę nic tu poza nim nie ma i ten kawałek robi się trochę za długi IMO. No, ta końcówka dopiero coś urozmaica ale jest już trochę za późno i "this case is closed".
Na koniec płyty zwrot w jeszcze inne rejony nieco, znów ballada ale tu już postawiono na mocno teatralny i dramatyczny finisz, gdy dochodzimy do refrenu tu całkowicie już mam vibe jakbym słuchał Bowiego. Gdyby nie dostateczne osłuchanie tej płyty możliwe że znów wokal by mnie tu zmęczył, trochę się wlecze ten numer, sytuację ratuje nabudowanie napięcia pod koniec utworu i wielki finał który ostatecznie rozmywa się fade outem ale pozostawia całkiem dobre wrażenie po takim no ok jedynie kawałku.
Przebrnąłem! Ba, nawet wielokrotnie przebrnąłem przez ten album bo to grower był naprawdę duży dla mnie i dzięki temu wracałem chętniej z każdym odsłuchem do tej płyty. Ogromne zaskoczenie jaką drogę można przejść z danym wykonawcą od jednego utworu do albumu i jak tenże utwór też potrafi zyskać w zależności od kontekstu w jakim zaistnieje. Samo Guiding Light oceniam naprawdę pozytywnie po przygodzie z tą płytą, możliwe nawet że umieściłbym go tuż za podium. Najsłabsza końcówka gdzie trochę świeżości zabrakło już a i Verlaine lepiej się prezentuje w żywszym repertuarze, ballady są dla bardziej wytrwałych i wtajemniczonych chyba. Naprawdę mocarny tercet na podium albumu, całość dość dobra by wracać do niej bez rozbierania na części, naprawdę spoko płyta. Mentos sam sobie poprzeczkę wysoko wiesza ale podejrzewam że to dzieło przypadku i po prostu wszedł na te rozdziały w swej książce o najlepszych płytach świata gdzie możemy mieć do czynienia z rzeczami dobrymi ale mniej znanymi, bo jednak bądźmy szczerzy Pink Floyd czy Bowie choć świetni to było takie easy money i łatwy prejz. Tu jest wykonawca którego dopiero poznałem w bestkach i z którym przy okazji długą drogę przeszedłem od meha do prejzu i to się ceni. Dobry album, szybko rósł w uszach, obecnie możliwe że najlepsza pozycja tej drugiej dychy albumowej na razie, przy no-man bywały momenty pozostawiające mnie obojętnym, wrzutki mentosa są bardziej wyraziste a ja takie rzeczy preferuję zazwyczaj, są JAKIEŚ, często wzbudzają skrajne emocje. Ogółem była to naprawdę udana lekcja skapciałego rocka he he.
Do kolejnego spotkania z Television podchodziłem - niestety - pełen obaw i uprzedzeń będąc mocno zniechęconym po kontakcie z Guiding Light w bestce utworowej. Tamten numer strasznie się wlókł a nieco jęczący wokal Verlaine'a wcale nie pomagał. Później gdy weszła wrzutka albumowa coś rzuciłem uchem po łebkach na kilka numerów i się skrzywiłem, czułem że zwłaszcza z wokalem będę miał tu ciężką przeprawę i od tego czy on się przegryzie wszystko może zależeć.
Właściwe, rzetelne przysiądnięcie nad tą płytą pokazało jednak że da się tej muzy słuchać i nawet czerpać z niej jakąś przyjemność. Pierwszy odsłuch był nienajgorszy a z każdym kolejnym album rósł i zyskiwał, słuchałem więc dalej i dalej powoli przekonując się do kolejnych numerów. I teraz dopiero siadam do tej recenzji kiedy mam już poczucie że należycie się przysłuchałem i polubiłem z tymi kawałkami.
Album otwiera See No Evil i jak dla mnie to świetne rozpoczęcie płyty. Żwawy, bujający rock z lat 70. z bardzo chwytliwym refrenem. Ten rytm łatwo budzi we mnie moje ukryte zwierzę sceniczne i sprawił że słuchając tego numeru musiałem się bujać albo tańczyć i koniecznie śpiewać ten refren (jak ktoś oglądał film Ryzykowny Interes z lat 80. to może skojarzyć to ze sceną tańczącego Toma Cruise'a do muzyki Boba Segera, heh). Pamiętam że przy wrzucie utworowej porównywałem Verlaine'a do Jaggera i nadal wyczuwam to podobieństwo w tym niechlujnym wokalu, do miksu dorzucił bym jeszcze szczyptę Iggy'ego Popa, wszystko się mi zgadza w głowie - niechlujne wokale i sceniczne zwierzęta, jeśli to były inspiracje to godne pochwały.
Venus to taki klasyczny nr 2 na albumie - po żywym wstępie redukujemy bieg delikatnie ale wciąż jest w miarę żwawo. Numer jest po prostu spoko ale najbardziej podoba mi się solówka która mi jakoś kojarzy się z Frusciante z ery Californication/By The Way. Friction zgodnie z logiką wraca na żywsze tempa, sekcja rytmiczna znów buduje smaczny groove pod spodem, gitarowa zagrywka ładnie ciągnie słuchacza a ja znowu się gibię jak naćpany Jagger. Znów najmocniejszym punktem kawałka jest gitarowe solo pod koniec, tym razem bardziej mięsiste, idące chwilami w niższe tony.
Nadchodzi tytułowy kolos będący gwoździem programu, znów prosta acz chwytliwa zagrywka na gitarze, tłusty bas, dobra perkusja. Przypomina mi to moje własne przeświadczenie jakiego nabrałem przed laty słuchając pewnej innej rockowej płyty z lat 70. że OOO WTEDY TO BYŁA MUZYKA I BYLI MUZYCY, że w ejtisach to samouki klikali w synthy a tu trza było UMIĆ GRAĆ i mam ten moment kiedy słuchając czegoś z lat 70. mam poczucie że wszystko ale to WSZYSTKO jest na swoim miejscu, każdy dźwięk, uderzenie w talerze czy brzdąknięcie gitary, po prostu muzyka wy-bit-na. Co mnie zaskoczyło w tytułowym to jego budowa, widząc 10 minutowy numer nie spodziewałem się że połowa to jednak będzie "normalny" utwór po którym wejdzie solo i na koniec wrócimy do początku, tzn. może formuła nie była takim zaskoczeniem jak te proporcje. Spodziewałem się albo długich progowych wycieczek instrumentalnych czy długiej ballady budzącej się pod koniec albo ewidentej małej klamerki z długim środkiem (jak w The Look of Love u mojego Hayesa). Niemniej jest to utwór doskonały i co ja Wam będę tłumaczył, highlight płyty. Gdyby takie coś wleciało w utworową to z miejsca myślę byłyby japy zamknięte - tudzież odwrotnie - rozdziawione i zbierane z ziemi. Aha, byłbym zapomniał - cudne są te kwilące gitary wieńczące gitarowe solo! No a potem dalej ten tłuściutki groove mmm...
Najlepsze jest to o czym wspomniał Hien że na szczęście płyta po tej kulminacji nie traci od razu na jakości bo wchodzi Elevation i dla mnie to trzeci i zamykający podium albumu utwór (po tytułowym i otwieraczu). Kiedy tylko się zaczął myślałem że to leci Lovefool grupy The Cardigans, ta gitarka znów prosta a jakże chwytliwa. Początkowo nie wiedziałem co myśleć o tym specyficznym łamanym rytmie w refrenie ale z czasem siadło, to jest tak inne że zwraca uwagę ale jednak nie tak źle wyegzekwowane jak choćby w depeszowym You Move. Specyficzna gra talerzy (chyba?), fajny ten grzechotnik w każdym razie. Refren wrzyna się w czachę, E LE WEJ SZON DONT GOŁ TU MAJ HED. Znowu cudowne mięsiste solo na gitarze, fantastyczny numer madafaka.
No i w końcu ponowne zetknięcie z Guiding Light które tak mnie odrzucało. Ale jednak, odsłuchy kolejne, czwarty, piąty i co, siadło. Polubiłem się z tym numerem nawet, mamy końcówkę płyty więc pozwala złapać oddech ta ballada. Tym razem skojarzenia mam z Davidem Bowie, bas i pianinko robią tu fajną robotę, Verlaine ciut bardziej żałosny w swym śpiewie ale kupuję to, kiedy wchodzi solo robi się tak fajnie sielsko anielsko. To naprawdę specyficzny wybór do bestki utworowej ale nie pamiętam już, czy był tam jakiś osobisty kontekst dla Dragona. Dla mnie w każdym razie to trochę tak jakby sprzedawać komuś Violatora poprzez Sweetest Perfection, numer zasadniczo jest spoko ale w oderwaniu od reszty to trochę nie ma takiej mocy (podejrzewam że nie chciał jednak Dragon płyty sprzedawać wtedy i sam by ją w końcu wrzucił, może po prostu rzucił numerem do którego potrzeba odrobiny wtajemniczenia w płytę by go docenić, tak to widzę).
Prove It próbuje jeszcze resztkami wrócić do tego bardziej żwawego, rytmicznego grania z początku płyty choć nie ma to takiej mocy. Ten rytm jest spoko i jakoś buja ale trochę nic tu poza nim nie ma i ten kawałek robi się trochę za długi IMO. No, ta końcówka dopiero coś urozmaica ale jest już trochę za późno i "this case is closed".
Na koniec płyty zwrot w jeszcze inne rejony nieco, znów ballada ale tu już postawiono na mocno teatralny i dramatyczny finisz, gdy dochodzimy do refrenu tu całkowicie już mam vibe jakbym słuchał Bowiego. Gdyby nie dostateczne osłuchanie tej płyty możliwe że znów wokal by mnie tu zmęczył, trochę się wlecze ten numer, sytuację ratuje nabudowanie napięcia pod koniec utworu i wielki finał który ostatecznie rozmywa się fade outem ale pozostawia całkiem dobre wrażenie po takim no ok jedynie kawałku.
Przebrnąłem! Ba, nawet wielokrotnie przebrnąłem przez ten album bo to grower był naprawdę duży dla mnie i dzięki temu wracałem chętniej z każdym odsłuchem do tej płyty. Ogromne zaskoczenie jaką drogę można przejść z danym wykonawcą od jednego utworu do albumu i jak tenże utwór też potrafi zyskać w zależności od kontekstu w jakim zaistnieje. Samo Guiding Light oceniam naprawdę pozytywnie po przygodzie z tą płytą, możliwe nawet że umieściłbym go tuż za podium. Najsłabsza końcówka gdzie trochę świeżości zabrakło już a i Verlaine lepiej się prezentuje w żywszym repertuarze, ballady są dla bardziej wytrwałych i wtajemniczonych chyba. Naprawdę mocarny tercet na podium albumu, całość dość dobra by wracać do niej bez rozbierania na części, naprawdę spoko płyta. Mentos sam sobie poprzeczkę wysoko wiesza ale podejrzewam że to dzieło przypadku i po prostu wszedł na te rozdziały w swej książce o najlepszych płytach świata gdzie możemy mieć do czynienia z rzeczami dobrymi ale mniej znanymi, bo jednak bądźmy szczerzy Pink Floyd czy Bowie choć świetni to było takie easy money i łatwy prejz. Tu jest wykonawca którego dopiero poznałem w bestkach i z którym przy okazji długą drogę przeszedłem od meha do prejzu i to się ceni. Dobry album, szybko rósł w uszach, obecnie możliwe że najlepsza pozycja tej drugiej dychy albumowej na razie, przy no-man bywały momenty pozostawiające mnie obojętnym, wrzutki mentosa są bardziej wyraziste a ja takie rzeczy preferuję zazwyczaj, są JAKIEŚ, często wzbudzają skrajne emocje. Ogółem była to naprawdę udana lekcja skapciałego rocka he he.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Television - Marquee Moon
Jak zobaczyłem końcówkę tej kolejki albumowej, to mina mi zrzedła. Bo pamiętam, że zarówno wrzutka utworowa Television od Dragona jak i Jethro Tull od Malkolita srogo mnie odrzuciły. W przypadku albumu Marquee Moon dotknęło mnie to samo, co Hiena, czyli uprzedzenia, odgórne założenia, że będzie tak a nie inaczej. Wróciłem do mojej wypowiedzi utworu Television w bestce utworowej i jej ton nie pozostawiał wątpliwości, że mi się nie podobało. Nie pamiętałem samego utworu, ale w tabelce (kiedy jeszcze chciało mi się to robić) oceniłem ten utwór najgorzej z całej kolejki. Dodatkowo poznałem okładkę albumu myśląc sobie, że mam z nią złe wspomnienia. Tak więc pierwszy odsłuch odbywał się jakiś czas temu przyznaję na odwal z wrogim nastawieniem. Odsłuch ten jeszcze bardziej utwierdził mnie w przekonaniu, że to niebywałe dziadostwo. Potem nie wracałem do płyty dopóty, dopóki nie było to absolutnie konieczne. Czyli do momentu omawiania jej.
Mówię Wam ludzie, nie oceniajcie niczego z góry ani po krótkim kontakcie, bo to ogromny błąd i można się przez swoją ignorancję pozbawić poznania dobrej muzyki. Przeciwko temu albumowi przemawiało wszystko – nieudany pierwszy kontakt w bestce utworowej, nieudany pierwszy odsłuch, czas powstania albumu, rodzaj muzyki. Dosłownie wszystko. A jednak teraz stwierdzam z pełną odpowiedzialnością, że to bardzo dobry album. A wystarczyło, że przy drugim czy trzecim odsłuchu tu i ówdzie dostrzegłem pozytywne rzeczy. Na początku małe, ale jednak dosyć istotne. Potem tych dobrych elementów zaczęło przybywać lawinowo. Lepiej poznałem utwory, które z początkowej kupy hałasu zaczęły się przeistaczać w całkiem melodyjne i fajne piosenki. Tak więc Mentos drugi raz z rzędu zafundował mi podobne przygody – od totalnej niechęci do uznania. Bo przecież w poprzedniej kolejce z Big Black była podobna historia. Te dwa albumy pokazały mi, że w muzyce prawie nie ma rzeczy niemożliwych. Twierdzenie typu „to muzyka nie dla mnie, nie z mojej bajki” często są tylko wymówką, kiedy nam się nie chce czegoś poznawać, bo przecież mamy z góry wyrobione zdanie. Oczywiście są przypadki, kiedy nie da się przez coś przebrnąć mimo starań, ale to są rzadkie przypadki. Jestem pewien, że i mnie się zdarzyło w tych albumowych bestkach gdzieś tam pokpić sprawę, choć myślę, że i tak bardzo wiele razy przekonywałem się do czegoś, czemu na początku nie dawałem żadnych szans.
Album Marquee Moon ma właściwie jedną zasadniczą jak dla mnie wadę. Jest to wokal. Od początku mnie odrzucał. Mocno kojarzył mi się właśnie z Jaggerem. No ale trochę już przywykłem i nie jest to na tyle duża wada, żeby miała przekreślić całą płytę.
See No Evil świetnie otwiera album. Dynamiczna i ładna kompozycja, w której pierwszoplanowe role odgrywają gitary. Nie jakieś rzężące bez ładu byle robić hałas, ale naprawdę przyciągające uwagę. Szczególnie ta gitara w lewym kanale robi robotę. Właśnie te gitarowe zagrywki zwróciły jako pierwsze moją uwagę na tym albumie. Nawet krótka solówka w środku jest spoko. No i końcówka z LALALALALA efektowna.
Venus trochę zwalnia, ale znowu gitary brylują. Te zagrywki w drugiej części zwrotki są świetne. Solówka znowu daje radę. Bas też dobry, perkusja ładnie cyka.
Friction od pierwszych sekund zadziwia gitarową rewelacyjną zagrywką. Ta zagrywka od razu mi się z czymś skojarzyła. Potem zajarzyłem, że Bomfunk Mc’s mieli w jednym utworze bardzo podobną zarówno w brzmieniu jak i konstrukcji. Pozostałe gitarowe harce też bardzo dobre. Szczególnie w refrenie. Warto też zwrócić uwagę na świetną pracę perkusji. Możliwe, że to mój ulubiony utwór z albumu.
Tytułowy Marquee Moon to utwór, który mógł na początku straszyć długością. Ale okazało się z czasem, że jest na tyle dobry, że nie nudzi ani przez moment. Chociaż część wokalna podoba mi się bardziej. Podoba mi się, że gitary znowu grają w każdym kanale co innego. Zagrywek jest sporo i są ucztą dla ucha. Bas też dotrzymuje kroku.
Evevation nie tylko nie odstaje poziomem, ale jest dla mnie nawet jeszcze lepszy od poprzednika. Gitary są naprawdę niezwykle satysfakcjonujące. Solówka świetna. Klimatyczny utwór.
Guiding Light już kiedyś słuchaliśmy, ale teraz się czuję, jakbym wtedy słuchał zupełnie innego utworu. Nie wiem czemu tak narzekałem. To jest przecież bardzo ładna balladka. Połączenie gitarowych delikatnych zagrywek z pianinem naprawdę piękne. Gitarowa przewodnia zagrywka buja mocno słuchacza. Te krótkie pojedyncze uderzenia w struny w zwrotkach w innym kanale też działają cuda. Może to i prosty, dziadujący utwór, ale bardzo przyjemny. Dragon więc otrzymuje po czasie spóźnioną, ale szczerą i zasłużoną okejkę z mojej strony.
Prove It ma rytm i vibe jak u jakiegoś Shakina Stevensa. Mocno mi się to kojarzy z jego jednym singlem i mocno podoba. W ogóle ten album zaczyna z dobrego poziomu, a potem z utworu na utwór jest coraz lepszy. A to sztuka utrzymać wysoki poziom przez cały dystans.
Torn Curtain nic nie traci z jakości i ładnie kończy album. Ładna kompozycja, ładne gitary i pianino, super tempo. Miaucząca gitara jest w dechę (kolega w pracy pytał, co to za kot miauczy?). Wspaniałe wyciszające się outro. Świetne zwieńczenie tej naprawdę dobrej płyty. Płyty, której się ogromnie bałem z powodów, o których pisałem wyżej.
Po kolejnych dzisiejszych 4 odsłuchach już nawet do wokalu przywykłem na tyle, że mi nie przeszkadza. Tym bardziej, że w sumie pasuje do tej muzyki.
Mam nadzieję, że jeszcze wiele razy się tutaj miło „rozczaruję”. Oby już w następnej kolejce za sprawą Jethro Tull.
Jak zobaczyłem końcówkę tej kolejki albumowej, to mina mi zrzedła. Bo pamiętam, że zarówno wrzutka utworowa Television od Dragona jak i Jethro Tull od Malkolita srogo mnie odrzuciły. W przypadku albumu Marquee Moon dotknęło mnie to samo, co Hiena, czyli uprzedzenia, odgórne założenia, że będzie tak a nie inaczej. Wróciłem do mojej wypowiedzi utworu Television w bestce utworowej i jej ton nie pozostawiał wątpliwości, że mi się nie podobało. Nie pamiętałem samego utworu, ale w tabelce (kiedy jeszcze chciało mi się to robić) oceniłem ten utwór najgorzej z całej kolejki. Dodatkowo poznałem okładkę albumu myśląc sobie, że mam z nią złe wspomnienia. Tak więc pierwszy odsłuch odbywał się jakiś czas temu przyznaję na odwal z wrogim nastawieniem. Odsłuch ten jeszcze bardziej utwierdził mnie w przekonaniu, że to niebywałe dziadostwo. Potem nie wracałem do płyty dopóty, dopóki nie było to absolutnie konieczne. Czyli do momentu omawiania jej.
Mówię Wam ludzie, nie oceniajcie niczego z góry ani po krótkim kontakcie, bo to ogromny błąd i można się przez swoją ignorancję pozbawić poznania dobrej muzyki. Przeciwko temu albumowi przemawiało wszystko – nieudany pierwszy kontakt w bestce utworowej, nieudany pierwszy odsłuch, czas powstania albumu, rodzaj muzyki. Dosłownie wszystko. A jednak teraz stwierdzam z pełną odpowiedzialnością, że to bardzo dobry album. A wystarczyło, że przy drugim czy trzecim odsłuchu tu i ówdzie dostrzegłem pozytywne rzeczy. Na początku małe, ale jednak dosyć istotne. Potem tych dobrych elementów zaczęło przybywać lawinowo. Lepiej poznałem utwory, które z początkowej kupy hałasu zaczęły się przeistaczać w całkiem melodyjne i fajne piosenki. Tak więc Mentos drugi raz z rzędu zafundował mi podobne przygody – od totalnej niechęci do uznania. Bo przecież w poprzedniej kolejce z Big Black była podobna historia. Te dwa albumy pokazały mi, że w muzyce prawie nie ma rzeczy niemożliwych. Twierdzenie typu „to muzyka nie dla mnie, nie z mojej bajki” często są tylko wymówką, kiedy nam się nie chce czegoś poznawać, bo przecież mamy z góry wyrobione zdanie. Oczywiście są przypadki, kiedy nie da się przez coś przebrnąć mimo starań, ale to są rzadkie przypadki. Jestem pewien, że i mnie się zdarzyło w tych albumowych bestkach gdzieś tam pokpić sprawę, choć myślę, że i tak bardzo wiele razy przekonywałem się do czegoś, czemu na początku nie dawałem żadnych szans.
Album Marquee Moon ma właściwie jedną zasadniczą jak dla mnie wadę. Jest to wokal. Od początku mnie odrzucał. Mocno kojarzył mi się właśnie z Jaggerem. No ale trochę już przywykłem i nie jest to na tyle duża wada, żeby miała przekreślić całą płytę.
See No Evil świetnie otwiera album. Dynamiczna i ładna kompozycja, w której pierwszoplanowe role odgrywają gitary. Nie jakieś rzężące bez ładu byle robić hałas, ale naprawdę przyciągające uwagę. Szczególnie ta gitara w lewym kanale robi robotę. Właśnie te gitarowe zagrywki zwróciły jako pierwsze moją uwagę na tym albumie. Nawet krótka solówka w środku jest spoko. No i końcówka z LALALALALA efektowna.
Venus trochę zwalnia, ale znowu gitary brylują. Te zagrywki w drugiej części zwrotki są świetne. Solówka znowu daje radę. Bas też dobry, perkusja ładnie cyka.
Friction od pierwszych sekund zadziwia gitarową rewelacyjną zagrywką. Ta zagrywka od razu mi się z czymś skojarzyła. Potem zajarzyłem, że Bomfunk Mc’s mieli w jednym utworze bardzo podobną zarówno w brzmieniu jak i konstrukcji. Pozostałe gitarowe harce też bardzo dobre. Szczególnie w refrenie. Warto też zwrócić uwagę na świetną pracę perkusji. Możliwe, że to mój ulubiony utwór z albumu.
Tytułowy Marquee Moon to utwór, który mógł na początku straszyć długością. Ale okazało się z czasem, że jest na tyle dobry, że nie nudzi ani przez moment. Chociaż część wokalna podoba mi się bardziej. Podoba mi się, że gitary znowu grają w każdym kanale co innego. Zagrywek jest sporo i są ucztą dla ucha. Bas też dotrzymuje kroku.
Evevation nie tylko nie odstaje poziomem, ale jest dla mnie nawet jeszcze lepszy od poprzednika. Gitary są naprawdę niezwykle satysfakcjonujące. Solówka świetna. Klimatyczny utwór.
Guiding Light już kiedyś słuchaliśmy, ale teraz się czuję, jakbym wtedy słuchał zupełnie innego utworu. Nie wiem czemu tak narzekałem. To jest przecież bardzo ładna balladka. Połączenie gitarowych delikatnych zagrywek z pianinem naprawdę piękne. Gitarowa przewodnia zagrywka buja mocno słuchacza. Te krótkie pojedyncze uderzenia w struny w zwrotkach w innym kanale też działają cuda. Może to i prosty, dziadujący utwór, ale bardzo przyjemny. Dragon więc otrzymuje po czasie spóźnioną, ale szczerą i zasłużoną okejkę z mojej strony.
Prove It ma rytm i vibe jak u jakiegoś Shakina Stevensa. Mocno mi się to kojarzy z jego jednym singlem i mocno podoba. W ogóle ten album zaczyna z dobrego poziomu, a potem z utworu na utwór jest coraz lepszy. A to sztuka utrzymać wysoki poziom przez cały dystans.
Torn Curtain nic nie traci z jakości i ładnie kończy album. Ładna kompozycja, ładne gitary i pianino, super tempo. Miaucząca gitara jest w dechę (kolega w pracy pytał, co to za kot miauczy?). Wspaniałe wyciszające się outro. Świetne zwieńczenie tej naprawdę dobrej płyty. Płyty, której się ogromnie bałem z powodów, o których pisałem wyżej.
Po kolejnych dzisiejszych 4 odsłuchach już nawet do wokalu przywykłem na tyle, że mi nie przeszkadza. Tym bardziej, że w sumie pasuje do tej muzyki.
Mam nadzieję, że jeszcze wiele razy się tutaj miło „rozczaruję”. Oby już w następnej kolejce za sprawą Jethro Tull.
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Shodan wraca do grona ludzi o złotym serduszku