Post
23 cze 2023 11:25
Kool & The Gang - Summer Madness
O, wrócił Murzyn z moim ulubionym jego corem, czyli MURZYNY NA PEŁNEJ, ale w formie zadymionego, wieczornego rnb. Czy da się coś jeszcze więcej napisać o tego typu wrzutach poza tym, że są zajebiste? Ano spróbuję. Ten modulowany synth z początku od razu mi się skojarzył z Carpenterem. Reszta typowo chillowo Vice City. Tę nazwę „Kool and the Gang” znam od wieków, ale nigdy nie drążyłem sprawy, do tego stopnia, że nawet nie wiedziałem co grają, myślałem, że to coś w stylu „New Kids on the Block”, a tu TAKI lol xD Ale żeby nie było zbyt różowo, brakuje mi czegoś w tym kawałku i są to typowo murzyńskie wokale. Tak, Munlup narzeka na instrumentala, ale czasami się zdarza. Po prostu pod(czarno)skórnie, przy każdym odsłuchu czekam na to aż wejdzie jakiś nisko śpiewający czarnoskóry wokalista, albo chociaż typowo czarny chórek rnb, ale nic takiego się nie dzieje i zostaję trochę na lodzie. Pomimo tego, że ten utwór to w zasadzie trzy akordy grane w kółko i ozdobniki, mam wrażenie, że jego konstrukcja prosi się aż o jakieś smutne, wokalne przymurzynowanie. No, ale starczy już tego płakania nad tym czego nie ma, pozachwycajmy się tym co jest. Zespół robi piękny użytek z instrumentarium. Ten powtarzający się motyw na gitarze jest rewelacyjny, basik daje piękny groove. Świetny jest ten moment w 3:25, kiedy perkusista zmienia obręcz na werbel i wydaje się jakby wszystko nagle przyspieszyło, mimo że wcale nie przyspiesza, ale ten moment nadaje kawałkowi jakiegoś zrywu, który reszta instrumentów podchwytuje. Szkoda, że po tym zostaje niecała minuta utworu do końca, bo jak dla mnie, mógłby spokojnie drugie tyle trwać w tym muzycznym uniesieniu. Eh, kurde, ile razy chcę się zemścić na Murzynie za nieustanne mehanie na moje wrzuty, ten zapodaje coś czego nie mogę po prostu w żaden sposób zdissować, a już zwłaszcza nie kiedy wchodzi rnb z lat 70.
Bon Jovi - Something to Believe in
Jak zobaczyłem „Bon Jovi” to pomyślałem, że coś tu nie gra, przecież Melki już wrzucał Bon Joviego. No i wrzucał, ale solo. Well played, Melki. Nastawiłem się na jakiś generciowy, do bólu stylizowany, radiowy hard rock, a tu jednak zaskoczenie, bo to bardziej pop-rock w stylu Bryana Adamsa, a ja taki pop-rock bardzo lubię. Powiem więcej, ten numer brzmi niemal jak jakieś nowsze Simple Minds! Jovi śpiewa nawet momentami jak Jim Kerr, czyli obaj momentami brzmią jak Bono xD Ale serio, gdyby mi to ktoś zapodał jako numer Simple Minds, to ja bym to kupił. Naprawdę dobry kawałek, ok na swój sposób nadal bardzo genericowy, ale te melodie mnie chwytają i generalnie na lato ten numer jest jak znalazł. Jeśli coś mi się nie podoba to to darcie ryja „E E E E”, jakby ktoś nie mógł się wysrać. Poza tym wszystko gra i buczy jak trzeba, jestem w lekkim szoku, ale Melki, w świetnym stylu, dostarcza rasowego, wakacyjnego bangera.
ps. przesłuchałem tę live wersję, ale tbh nie wiem, w którym miejscu jest ona akustyczna.
Kelela - Take Me Apart
Ło, Panie, kolejka na wysokim poziomie. Zacząłem czytać po włączeniu utworu i od razu, muzycznie zaczęło się robić jakoś znajomo, ale nie potrafiłem powiedzieć czemu. Kiedy dotarłem w tekście do fragmentu, w którym Smoku zwraca uwagę na to, że w charakterze producenta na płycie pojawia się Arca, to wszystko mi się rozjaśniło. Ta elektronika jest nie do podrobienia. Wokal Keleli może nie wyróżnia się w żadnej sposób (jest bardzo dobry, po prostu się nie wyróżnia), to w tym opakowaniu, cały numer wydaje mi się czymś bardzo świeżym i unikalnym. Nie wiem, może za mało po prostu siedzę we współczesnej elektronice, a zwłaszcza w electro rnb, i pewnie dla osłuchanych to nie jest nic wielkiego, ale dla mnie jest to jakieś takie małe odkrycie. Produkcja tego kawałka jest na ekstremalnie wysokim poziomie. Można dać jakaś elektronikę do gara z uzdolnioną wokalistka i dobrze napisanym utworem, ale potrzeba jednak czegoś więcej żeby dojść do takiego efektu, jaki tutaj osiągnięto. Numer pasuje mi mocno z wizją jaką roztacza Dragon osobistym opisem, brzmi to zdecydowanie jak kawałek, który działa z takim tłem. Świetny kawałek.
Marillion - Incommunicado
Na wstępie, nie mogę się zgodzić z Porcupine Tree kolegą Musiałem, że numery z płyt stricte koncepcyjnych, wymuszają jakiegoś pilnowania narracji. Polacy przez całe lata 70 i 80 słuchali takich płyt bez znajomości angielskiego (zapytaj ojca) i jakoś potrafili docenić je za sama muzykę, wokal, itd. Dla mnie, konceptualność płyty zawsze była tylko opcją, z której można było skorzystać, ale nigdy nie czułem się przymuszony do tego, żeby nadążać za narracją całego albumu i pełnego rozumienia całej historii, ZWŁASZCZA w rocku progresywnym, gdzie treści uciekały czasami w jakiś epopeje ze świata elfów. Tak więc, IMO, takie gadanie to tylko tania wymówka żeby po prostu nie dawać pewnym albumom szansy, i tyle.
Jeśli chodzi o Marillion, jestem z tej pierwszej puli ceniącej obu wokalistów, ALE przecież nie tylko wokal się tym zespole zmieniał, ale muzyka, przez lata, również. Osobiście, zdecydowanie częściej wracam do Marillion z Hogarthem, takiego z późnych lat 90 i 00-wych (ale „Sounds That Can’t Be Made” z 2012 też bardzo lubię). Mój największy problem z Marillion fishowym, to niesamowita wręcz jarmarczność większości muzyki. Fisha samego w sobie bardzo lubię, przypomina Phila Collinsa z większą ilością testosteronu, gość jest bardzo fajny, jego solowe płyty są super, widziałem go trzy razy na żywo i za każdym razem było super. Muzycznie jednak, ejtisowe Marillion często miotało się między fajnie brzmiącymi kawałkami zalatującymi nawet późnym Japan, a takimi, które były po prostu festyniarskim neo-progiem. Niestety „Incommunicado” stoi w rozkroku między jednym, a drugim i zdecydowanie bardziej przechyla się na stronę jarmarku. Głównym winowajcą jest klawiszowiec, Mark Kelly, którego ogólnie średnio lubię jako człowieka (można odnieść wrażenie, że nie lubi zwierząt, a to już bliskie bycia nazistą), a do tego jego popisy parapetowe z wczesnego Marillion można określić jednym słowem - „cyrk”. Kiedy słyszę to jego napierdalanie po klawiszach, z wykorzystaniem tego samego od „Garden Party” brzmienia, to mam ochotę coś rozjebać. Sam numer brzmi trochę jak wannabe Genesis z lat 80-tych, zresztą zarzucano im to wielokrotnie w tamtym czasie. Nie wiem, dla mnie to jest po prostu taki wankerski prog, odrobinę bardziej zwarty kompozycyjnie, ale nadal zalatujący festynem. Najlepsza jest ta końcówka z powtarzaniem tytułu, tego nie spieprzyli, ale po tym jak następuje fade out, człowiek się zastanawia, czemu cały numer nie był tak dobry?
Ano jest to banger, ale ze średniej półki. Marillion mają do zaoferowania dużo lepsze rzeczy, ale „Incommunicado” niestety o tym nie świadczy. Daje rachityczną okejkę z sentymentu i za Fisha.
Ps. Właśnie sprawdziłem, że widziałem „Incommunicado” w wersji granej z h, podczas Marillion Weekend w 2017, o lol. Grali wtedy (prawie) całe CAS.
Peter Gabriel - Games Without Frontiers
Pozwolę sobie na jedną jedyną złośliwą uwagę na dzień dobry, mogłeś już wrzucać to „No Self Control” xD No, ale rozumiem wagę osobistych wydarzeń w tle, więc już sobie daruję więcej złośliwych uwag, np. taką, że z wyborem best Gabriela bym poczekał na przesłuchanie reszty dyskografii, ale siusiak już, w końcu z kim ja rozmawiam.
Cośtam pisałem o moim fanowaniu względem Petera Gabriela w mojej wrzucie z ul. Łaski, więc odsyłam doń, a tu dopowiem co trzeba. Pech chce, że nie było takiego momentu przez te 20+ lat bycia fanem Pitera, żebym się dał za „Games Without Frontiers” pokroić. Pierwsze cztery albumy Gabriela to kwaśna jazda, którą uwielbiam. Jeżeli można jego dyskografię podzielić na jakieś dwie części, to należy ciąć właśnie między czwórką, a „So”. Można tam pierniczyć, że wraz z sukcesem komercyjnym, Gabryś stracił edż, ale imo to po prostu wynik ewolucji, nabrania dojrzałości i sprawności w pisaniu dobrych piosenek, a nie tylko dziwnych, eksperymentalnych numerów. Co jednak w tej stylistyce naprodukował, to nasze i są to rzeczy doskonałe. W gąszczu tych doskonałości jest „Games Without Frontiers”. Nie powiem, że to jest słaby kawałek, bo absolutnie nie jest, ale jak na Gabriela to IMO jest półka bliższa środka. Ani wersja studyjna, ani ta przerobiona live, z fikuśną partią na dęte, nie powaliła mnie na kolana. Nie do końca mi odpowiada sposób w jaki Peter śpiewa zwrotki, takim kpiarskim gdakaniem, w refrenie zdecydowanie lepiej. Ja wiem, że to wcielanie się w konwencję wyliczanki, ale mnie to po prostu nie chwyta. Najlepsze są te falsetowe wstawki z udziałem Kate Bush, ale tak to jest, jak się zaprasza Kate Bush (z trzech kawałków, które razem zrobili, ten i tak jest najsłabszy). Muzycznie, to jest typowy Gabriel z tamtych czasów, mocno przesterowany, z lekko niechlujną i ciężką produkcją (perkusiści mieli chyba zakaz używania talerzy). Jest to z pewnością korzyść dla „Games Without Frontiers”, bo inaczej kawałek nie miałby tego creepy klimatu, jaki ma.
Pomimo tego mini rantu, daję temu okejke, bo kaman, to jest Peter Gabriel. Może nie jest to moje top jego twórczości, ale przez lata, siłą rzeczy, słyszałem tę piosenkę wielokrotnie, mam ją jakoś zakodowaną w głowie i tyle. Pewnie gdybym nie był takim fanem Petera, to bym tak nie grymasił, więc należy wziąć to pod uwagę. To jest po prostu newralgiczne terytorium.
The Cranberries – Dreams
Nigdy nie miałem ochoty wkręcać się w The Cranberries, hity mi jakoś średnio wchodziły (ok, ”Zombie” jest spoko), głos, a ściślej, śpiew Dolores doprowadzał mnie do szału. Nieraz miałem dać im szansę, pomimo uprzedzeniom, żeby być może się ich (uprzedzeń) pozbyć po poznaniu szerszego katalogu dzieł, ale nie dotarłem póki co do tego momentu. Do wrzuty Wuja podszedłem na świeżo. Generalnie, utwór jest dobry. Początek brzmi niemal jak jakiś dream popowy klasyk, wysokie wokale Dolores w zwrotkach mi się podobają, ale potem w refrenie wchodzi to jodłowanie i niestety, nadal jest to dla mnie nie do przeskoczenia. Szkoda, bo ogólnie laska potrafi śpiewać fajnie, ale umyślnie decyduje się na to pianie. Z drugiej strony, jest chyba jedyny element, który wyróżnia ich z tłumu, bo mało kto tak śpiewał, a muzycznie, no muzycznie nikt tu Ameryki nie odkrywa, wręcz ją zakopuje, ale to nie ważne. W zwrotkach, TC przypominają mi mocno Tribe, lub nawet jakieś Slowdive gdyby dodać ostrzejsze, monotonne gitary w tle. To są wszystko fajne skojarzenia, i generalnie uważam „Dreams” za ok kawałek. Minusy (w zasadzie jeden) nie przeważają nad plusami, więc uczciwie daję Wujowi okejkę za tę wrzutkę. BTW, czy Wam też zaczyna się wydawać, ze Wujowi wrzuty pisze Marek Sierocki?
Ogólnie bardzo fajna kolejka, nawet te słabsze momenty są słabsze głównie ze względu na to, że znam te numery (oraz tych wykonawców) od bardzo dawna.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn