Best of Forum III

Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 20 cze 2023 19:13

Howgh, oto jestem.

Kool & The Gang - Summer Madness
(1974)

Pierwotna myśl oczywiście była inna na wrzutę ale pogoda zdrowo dowaliła i każe zapomnieć o jakiejkolwiek wiośnie gdyż albowiem śmiało zaprasza na salony LATO. A skoro lato to słoneczko, woda, plaża, może to Mazury, może jakieś Miami a może... Vice City?

Tym razem bez wstydu posłużę się OSTem tejże znakomitej giery gdyż niejeden raz zaserwowała naprawdę doskonały background pod wakacyjne klimaty (Expansions już znacie). Przy okazji nareszcie mogę nawiązać do nurtu/nie nurtu o którym wspominałem parokrotnie już a mianowicie quiet storm. Był to taki format radiowy opracowany w USA swego czasu niejako wycelowany pod takie late night audycje z muzyką r&b, soulową, takie mocno pościelowe i nastrojowe rzeczy. Quiet storm to taki muzyczny odpowiednik przyczajonego tygrysa, z pozoru łagodna rzecz o naprawdę wielkiej mocy. Dużo w tym nurcie było ballad nieraz okraszonych emocjonalnymi solówkami na gitarze elektrycznej czy klawiszach, delikatne utwory pokazujące pazur ale w murzyńskim stylu bardziej.

Summer Madness to klasyczny przykład quiet storm, instrumentalne pościelowe r&b z lat 70., ciepła linia basu, delikatny taniec gitary i perkusji, rozmyte electric piano klawisze a wisienkę stanowią solowe popisy na syntezatorowych piszczałach. Numer który moim zdaniem idealnie oddaje zarówno klimat leniwego spalonego słońcem letniego dnia jak i ciepłego gwieździstego wieczoru spowitego morską bryzą. Zeszłoroczny Roy Ayers to było już trochę liźnięcie tego klimatu, tu trafiamy w samo sedno wspominanej przeze mnie łatki/szufladki. Myślę że trudno będzie o lepsze tło pod zaczynającą się właśnie zapowiadaną falę upałów. Uważajcie na siebie i rozpływajcie się w dźwiękach a nie w słońcu ;)

https://youtu.be/vQSI-rUUYqA
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Malkolit
Posty: 6483
Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
Ulubiony utwór: World in My Eyes
Lokalizacja: właściwa

Post 20 cze 2023 19:47

Słońce rzeczywiście mocno daje się dzisiaj we znaki. O ile mogę powiedzieć, że "czuję się lepiey, gdy jest ładna pogoda", to przy takim upale mózg zaczyna wariować. Budzi to też odpowiednie skojarzenia muzyczne: przypomniała mi się piosenka o spalonej krainie, a przy okazji taki wykonawca, który dawno już powinien być tu wrzucony i podsumowany. Mianowicie:

Bon Jovi - Something to Believe in

Bon Jovi poznałem mniej więcej na samym początku mojej przygody z muzyką popularną za sprawą radia, które często grało ich najsłynniejszy przebój, Livin' on a Prayer. A potem wyszło It's My Life (bodaj pierwsza piosenka, jaką pamiętam, która dodawała mi energii do życia w okresie, kiedy tę energię było bardzo trudno z siebie wykrzesać - co brzmi ciekawie, zważywszy na to, że miałem 11 lat; ale było wtedy bardzo ciężko, wielu rzeczy nie rozumiałem, pora roku mniej więcej taka, jak teraz). Jakiś czas później wyszło Have A Nice Day z okładką jak emotka, The Circle, a po jakimś czasie zacząłem się interesować grupą i jej całościowymi dokonaniami. Po solowym albumie Jona Blaze of Glory przyszła pora na Keep The Faith ('92) i These Days ('95) - dwa albumy wydane w latach 90., oba lepiej przyjęte w Europie niż w USA, zapewne ze względu na cięższy klimat i poważniejszą tematykę. Na tym pierwszym albumie mamy choćby piękny epik Dry County, hard rockowy If I Was Your Mother czy jajcarski I'll Sleep When I'm Dead. Na drugim? Single przyciągają uwagę, ale najlepszym fragmentem płyty jest nr 10 - Something to Believe in. Jak i inne niesinglowe numery grupy, nie należy do najbardziej popularnych (a wiele tego typu kawałków mają zwyczajnie nijakich, za to dużo takich wydanych), a traktuje o wątpliwościach związanych z wiarą: "w co mam wierzyć, skoro te i inne siły mnie zawiodły?"
Album nagrywano po wyrzuceniu z grupy basisty Aleca Johna Sucha (zmarł w zeszłym roku) i powstała ciekawa sytuacja, w której zespół rockowy (popowy? na tym polu kłótnie nigdy się nie kończą; w zasadzie fani mówią rockowy, wielu innych mówi o popie z ostrzejszym chwilami brzmieniem) nie miał w składzie basisty (dopiero kilka lat temu się to zmieniło). Mówi się, że These Days inspirowane było muzyką grunge, ale, jeśli tak, to raczej lekko (jak Dry County progiem, a właściwie grupami typu Marillion, bo to brzmi dość podobnie). Nie jestem do niego przekonany jako do całości, trochę się dłuży, będąc najspójniejszą chyba propozycją grupy będącej właściwie projektem Johna Bongioviego (muzyka o włoskich korzeniach). Wokalista zmienił sposób śpiewania, co dobrze tutaj słychać (ale potem zdarł sobie głos; facet z tego rocznika, co Gahan). Muzyka mniej pompatyczna niż takie New Jersey, dużo bardziej stonowane brzmienia czy to gitar, czy perkusji. Zaczyna się od uderzeń w bębny Tico Torresa, i od niby-chóralnych zaśpiewów (Sambory, z pochodzenia m.in. Polaka; które towarzyszą nam przez cały utwór i brzmią trochę jak zagrzewanie do akcji), po czym wchodzi stonowany śpiew Jona, który zrywa się gwałtownie w refrenie. To jak melancholijny spokój i silna burza. Kryzys i próba podniesienia się z niego.
To zagrzewanie do działania to typowy motyw w twórczości grupy i w gruncie rzeczy, mimo nie najweselszego tekstu, wybrzmiewa całkiem pozytywnie. Zauważyłem, że stanowi dla mnie pewną granicę między kawałkami radosnymi a melancholijnymi. Również na tle chórów utwór się powoli wycisza. Autorem, w przeciwieństwie do większości materiału stworzonego wspólnie z Richie'em Samborą, jest sam Jon Bon Jovi. Nie ma tu tak wyraźnego momentu kulminacyjnego jak w Bed of Roses czy Dry County, ale może właśnie przez to kawałek jest mocniejszy. Dobra rzecz. Swego czasu, koło roku 2012, These Days działało na mnie jak wcześniej It's My Life, ale takiego syfu dookoła siebie nie widziałem nigdy wcześniej i później. Trzeba było szukać siły poza sobą. Dawno już nosiłem się z zamiarem zamieszczenia czegoś w wykonaniu tej grupy z pogranicza rocka i popu (świetnie tu widać, jak trudno je oddzielić od siebie, kiedyś to chyba kształtowało mój obraz tej muzyki; no i standardowe dyskusje między paniami a panami o ich upodobaniach w przypadku tego zespołu, parę zresztą zagorzałych fanek poznałem, co ciekawe, jedna z nich lubuje się właśnie w takich kawałkach, jak ten - a nie Thank You For Loving Me itd. Wielu facetów zgrzyta zębami na myśl o takowych, ja nie), żeby gdzieś zakończyć rozdział z zespołem, który zszedł dość niepostrzeżenie w mojej głowie na dalszy plan, to wrzucam to zupełnie spontanicznie. Smacznego.

https://www.youtube.com/watch?v=vAMLbMSEoHE

Dla ciekawych dorzucę jeszcze znaną wersję akustyczną z albumu koncertowo-akustycznego One Wild Night:

https://www.youtube.com/watch?v=E3Pae-UvhjU
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 20 cze 2023 20:01

Mało podsumowanko, no powiem, że wyjątkowo jak mnie hejty nie ruszają, to tak trochę smutłem z reakcji na Think About Mutation, wydawało mi się, że mam coś na tyle ciekawego i różnorodnego, że powinno czymś kliknąć u wielu osób, a wyszło że tylko Musiał docenił (i to pewnie z litości, bo jest dobrym ziomem). Szkoda, "Machinery" nadal w moim sercu (i jeszcze będę czerpał z tej kompy, więc strzeżcie się). Tymczasem, młodszy, legitymujący się jeszcze zieloną studencką Munlup, w 2008 r, słuchał

Kent - Berlin

Kent poznałem jakoś na początku lat 00wych, nie chcę kłamać, ale chyba w audycji Piotra Kaczkowskiego. Skończyło się wtedy na jednym, dwóch numerach i chyba średnio udanym poszukiwaniu albumów w necie (to były wczesne czasy internetu u mnie w domu, do tego czasy tepsowego modemu i programu komputerowego „Bankrut”, którego nazwa mówi wszystko). Sprawa stanęła w miejscu do 2007 lub już nawet 2008 r., kiedy mój dobry znajomy i swego czasu muzyczny kolaborator z Łotwy – Kalvis – zaczął grać ze swoim zespołem cover Kent „Elefanter”. Spodobał mi się ten numer w ich wykonaniu, a że miałem już styczność z Kent, i była to styczność pozytywna, to sięgnąłem po dosyć świeży album, z którego „Elefanter” pochodzi, a wręcz który otwiera, czyli „Tillbaka till samtiden” (nie wspomniałem, ale zespół pochodzi ze Szwecji, trolololo). „Tillbaka” to płyta, która swego czasu wywołała niemałe poruszenie wśród fanów Kent (dotychczas zespołu stricte rockowego), bo była dosyć mocnym skrętem w stronę elektroniki. Ten i następny album „Rod”, są właśnie w tym stylu i stanowią mój ulubiony fragment dyskografii Kent (ten drugi na bank dostaniecie w całości). No więc słucham sobie tej „Tillbaki”, kończy się „Elefanter” i wjeżdża „Berlin”. To był dla mnie moment, który określa się jakimiś memami z podnoszącymi się włosami na ręce, itd. Samo intro należy do jakiegoś mojego nigdy nie spisanego topu wstępów w muzyce, zajebiście spodobał mi się ten mrok i połączenie gitary z syntezatorowym basem, który skojarzył mi się z wydanym w tym samym roku „Hourglass” Gahana (zwłaszcza z rzeczami ala „Deeper and Deeper” albo „Endless”), które od początku uważałem za fenomenalne. Do tego ten motyw klawiszowy, który cały czas zjeżdża w dół, jednocześnie grając to samo. Wokal Joakima Berga zawsze mi się podobał, a tekstów nie chciało mi się szczerze mówiąc tłumaczyć, zresztą Kent wydali swego czasu dwa albumy w wersji angielskiej i teksty nie były jakąś ich porażająco mocną stroną. Czerwcowe wieczory spędzone z tym utworem były niezapomniane, podobnie jak kilka okazji, kiedy „Berlin” przypominał mi się podczas jazdy autem w nocy.
Z bardziej życiowego landszaftu, ten kawałek mocno kojarzy mi się z letnimi wyjściami na piwo, które robiliśmy sobie ze znajomymi z grupy po zakończeniu semestru. Pamiętam jak dostawałem wieczorami spontaniczne smsy „widzimy się w Spadochronowej”, albo „zbieramy się w Bagdadzie”, brałem jakąś lekka kurtkę gdybym wracał późno, i wychodziłem na tramwaj, często słuchając „Berlin”, patrząc na wieczorne niebo i rozświetlone ulice Łodzi. Chodziłem na te spotkania chętnie, bo niejako kręciłem z koleżanką z grupy, a jednocześnie nie. Sytuacja wyglądała tak, że ona się mną interesowała wcześniej, a ja to nie do końca zauważyłem i trochę olałem, bo interesowałem się inną koleżanką z tej samej grupy. Od tej drugiej, po prawie 6 miesiącach, ostatecznie dostałem kosza (ta historia będzie opatrzona osobnymi wrzutkami, w przyszłym roku) i wtedy zorientowałem się, że ta pierwsza posyła mi od jakiegoś czasu znaczące uśmiechy. Wtedy ja zacząłem się interesować nią, ale okazało się, że już ciu lejt. Raz, siedząc po jakimś wypadzie, u niej w akademiku (już nieistniejącym, zburzonym podczas przebudowy Wydziału Prawa, na którym to, chyba nawet w tym samym czasie studiował niejaki Devotional) doszło do dosyć kuriozalnej sytuacji, kiedy jakaś koleżanka tej laski zaczęła pokazywać mnie palcem, a tamta do niej w chichocie „nie, no, już nie” i patrzą się na mnie, a ja siedzę obok z durną miną xD W każdym razie, ostatecznie nic z tego nie wyszło, zresztą dobrze, bo w tej lasce był koszmarnie zakochany inny gość z grupy, dobry ziom, o czym wszyscy wiedzieli, więc nie chciałem generować kwasów. Ale wspomnienia zostały, zresztą pamiętam wysyłanie badawczych smsów do tej dziewczyny, podczas słuchania „Berlin”, więc był to soundtrack do ciekawych czasów. Wątek lata 2008 r. będzie kontynuowany.

https://www.youtube.com/watch?v=IwEglbeVBhU
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 21 cze 2023 02:07

Kelela - Take Me Apart (2017)

W tym momencie wolę być po prostu aktualny. Wrzucanie czegoś dłużej znanego bez wyczucia odpowiedniego momentu nie ma sensu. Witamy pod koniec 2021 roku, gdzie wizyty we Wrocławiu oznaczały randki, spotkania czysto towarzyskie. Zajęć nie pamiętam za dobrze, ale raczej odbywały się z puszki, czyli zdalnie przez Teamsa. Tak się żyło między fikcją edukacji a inicjowaniem nowych znajomości. Zastanawiam się, skąd wtedy były na to pieniądze. Semestr zimowy, czyli raczej ćwiczenia później w ciągu dnia, do tego absurdalny angielski. Specyficzna aranżacja miejsca z którego byłem widoczny na kamerce wynikała ze średniego zaplanowania rodzinnego mieszkania w Wałbrzychu. Dla najmniej absurdalnego efektu (lub też często pojawiających się dodatkowych postaci za mną) siadałem na ziemi na poduszce, zasłaniałem okna, więc zasłony robiły za estetyczne tło. W tych warunkach praktycznie dziś nie do powtórzenia i tak rodziły się uczucia, głębsze emocje, płytkie pragnienia, konieczność kontaktu z drugą osobą twarzą w twarz.

Nie pamiętam już jak wpadłem na Take Me Apart. Najłatwiej zwalić na kręgi kolorowe, na płycie swoje produkcyjne trzy grosze dołożyła Arca i Kelela mogła się pojawić jako luźno rzucona rekomendacja. Z dnia na dzień stała się najistotniejszym muzycznym wydarzeniem końca roku. Byłem pod ogromnym wrażeniem tego, co właśnie do tej pory umykało mojej uwadze. Do następnej płyty, Raven, zbieram się jak Memcen do Ryszarda Petru, być może brakuje regularnego osłuchania, wtedy zawsze łatwiej sprawdzić coś więcej. Półtora roku temu TMA weszło bez najmniejszych problemów i choć obecnie wracam najczęściej tylko do dwóch numerów, to o całym pełnoprawnym longpleju myślę ciepło. Letni klimat coraz mocniej się udziela, więc idę w ten stan bezrefleksyjnie. Nieoczywisty bit zaskakuje rozwiązaniami, ale jak dobrze siada na nim wokal! Było kombinowane przy brzmieniach elektronicznych. Jest oczywiście moje ulubione wrażenie lekkiego rozmycia, jakoś to słowo pasuje mi najbardziej. Nie ma konkretnego uderzenia kickiem, jest bardzo zmyślne zaplanowana sałatka z różnych dźwięków, którą szkoda mi rozgrzebać. Jest upojnie, zmysłowo, gorąco. Na trzydzieści stopni za oknem mam wiele różnych sposobów. R&B uszyte na taką miarę polecam raczej wieczorową porą. Zaśpiewana opowieść tłumaczy się sama, wcale nie trzeba C1, by zrozumieć, o co chodzi.

https://www.youtube.com/watch?v=zNjQs66Ebx8
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 21 cze 2023 09:33

Marillion - Incommunicado (1987)

Śmiesznie, bo właśnie ogarnąłem, że dokładnie jutro minie 35 lat od premiery Clutching at Straws, albumu, z którego pochodzi moja wrzutka. Marillion to band, na temat którego chyba nie muszę się rozpisywać. Oczywiście, są dwa obozy. Ci, co uważają, że zarówno Fish jak i Hogarth mieli (ten ostatni wciąż ma) dobry wkład w twórczość zespołu, oraz ci, co twierdzą, iż Hogarth to pomyłka i po odejściu Fisha Marillion powinien się rozwiązać, albo przynajmniej zmienić nazwę, bo uderzające w pop rozwiązania MKII to obraza ROCKA PROGRESYWNEGO przez duże R i P, jaki miał być przez Marillion reprezentowany (ale w bardzo dystyngowany sposób, jak nie lubisz Script for a Jester's Tear to jesteś niewykształconym profanem, a jak lubisz, to na pewno studiujesz na MISHu). Tbh mam to w dupie, moje zdanie nt. rocka progresywnego znacie, ja po prostu lubię muzykę, którą lubię, nie obchodzą mnie za bardzo takie skomplikowane łatki, nie chce mi się odszyfrowywać znaczeń i ukrytych przekazów w przekombinowanych koncept albumach, w ogóle średnio lubię koncept albumy, bo wszystkiego trzeba się domyślać i pilnować narracji. Właściwie to Clutching at Straws przesłuchałem tylko raz w całości, nie ciągnie mnie do powtórek, ale to nieważne. Dlaczego? Nie wiem xD

Incommunicado to był singiel, oczywista sprawa, przy okazji z całkiem fajnym i powykręcanym wideo, a pierwszy raz usłyszałem go jakoś w latach 2003-2004, a raczej zobaczyłem, albowiem w mojej pamięci numer jest bezwzględnie powiązany z wideo. No bo wiecie, MTV Classic, te sprawy. Wcześniej znałem tylko Kayleigh, nie wiedząc właściwie ani jaki jest tytuł tej piosenki (miałem ją w wersji MIDI podpisaną jako "Do You Remember?"), ani kto jest wykonawcą. Oczywiście, podobała mi się (do dziś mam sentyment, ale bez przesady), aczkolwiek szybko przebiło ją Incommunicado. Minęło trochę czasu, nim zapoznałem się z tekstem i - co ważniejsze - zrozumiałem, o co w nim chodzi. Przyznam, że nie chce mi się tego teraz opisywać, zostawiam Wam wolną rękę w tym zakresie. Tl;dr, utwór traktuje o chaosie życiowym, braku możliwości porozumienia się, problemach w showbizie (jakby to ostatnie mnie dotyczyło lol), także bardzo pozytywny przekaz (ale za to w jaką pozytywną muzykę upakowany!). Właściwie kiedy latem 2008 zasysałem z neta bestkę Marillionu zrobiłem to dla dwóch piosenek - tej właśnie, i poznanej przypadkowo przez kompilację trójkową dodawaną do Dziennika No One Can, która była pierwszym dużym hiciorem z Hogarthem na wokalu. Właśnie, Hogarth, ja tam go lubię, zupełnie inna jakość i motywy twórcze, nie jestem pretensjonalnym bucem, który zamyka się w jakiejś epoce tylko dlatego, że POTEM TO NIE BYŁ PRAWDZIWY MARILLION HURR DURR. Marbles i Afraid of Sunlight to są dobre płyty. Tak samo, jak Incommunicado to jest dobry (a nawet świetny) numer, poczujcie energię, bo wiecie, tekst tekstem, ale muzycznie to jest banger jak skurwesyn. Te pasaże, arpeggia, bębny, solówki solóweczki, samo intro już świetnie buduje napięcie, potem to cudowne outro, przy którym mam ochotę tańczyć nayebany wokół ogniska (kumaci wiedzą, o co chodzi). Akurat zawsze słucham go w czerwcu/lipcu, więc timing idealny. IT'S THE ONLY WAY.

https://www.youtube.com/watch?v=ipEofd-E2_c
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 22 cze 2023 13:01

Peter Gabriel - Games Without Frontiers

Będzie raczej krótko, bo jest gorąco, nie wyspałem się, takie tam i w ogóle. Piotr Gabrielowicz to jeden z czołowych przedstawicieli gatunku, który roboczo nazwałem "Kiedyś może nie tyle, że nie przepadałem, co szanowałem, ale nie słuchałem, ale wróciłem do latach i jednak stwierdziłem, że zajebiste". Ten gatunek reprezentują tacy artyści jak Radiohead, Armia czy ww. piosenkarz. Bo ja generalnie z Piotrkiem znam się od początków poznawania muzyki, nie dało się wkręcić w słuchanie proga i nie poznać relatywnie szybko Genesis, a jak się usłyszało o Genesis w kontekście proga, to człowiek się dowiedział, że ten zespół liczył się tylko z Gabrielem na wokalu, bo wiadomix, że Collins to tylko jakieś popeliny nagrywał, a płytę z Wilsonem zna 5 osób w tym kraju (ja tam nie słuchałem, ale bojkotuję ją za to, że miałem w pracy z nim styczność i był dla mnie niemiły). No i miałem coś jak nwm, wy mieliście z Television - że niby przyznawałem, że to wielki artysta, ale nie słuchałem, nie rozumiałem, jego długograje wchodziły mi jednym uchem i wychodziły drugim.
Coś się jednak w tym chorym 2022 roku zaczęło zmieniać i prawdopodobnie przysiądę nad tym Piotrem w tym roku kiedyś tam na poważniej, gdy tylko czas pozwoli, bo najzwyczajniej w świecie zaczął mi wchodzić. Na ten moment jestem fanem jego trzeciej płyty. W sumie to logiczne, że ją bardzo lubię, bo wystarczy w sumie zobaczyć skład osobowy, w którym ją nagrywano - Kate Bush, Phil Collins, prawie całe "kolorowe" King Crimson. Czuję się trochę, jakbym trafił na imprezę ze znajomymi, których nie widziałem kilkanaście dobrych lat i na której okazało się, że dogaduje się z nimi tak samo jak przed laty. Bardzo satysfakcjonujące uczucie.
Wzmiankowana płyta zapewniła mi dwóch (słownie: 2) faworytów do wrzucenia do tej zabawy. Jeden kawałek odrzuciłem, gdyż bo tak, więc został ten. Lubię go za piękne chórki w wykonaniu wcześniej wspominanej Kate Bush, fakt, że tytuł i częściowo tekst nawiązuje do zapomnianego starego programu telewizyjnego, no i ten bardzo dziwny tekst, który niby wiki interpretuje jako komentarz (około)polityczny, ale ja go zawsze bardziej odbierałem jako coś dotyczącego relacji międzyludzkich. Może to dlatego, że w sumie to słuchałem go sporo jakoś jesienią tamtego roku, gdy uwikłałem się w szereg dziwnych i toksycznych znajomości, przez które długimi momentami czułem się niby jak na wojnie, ale zamiast armii i żołnierzy byli popierdoleńcy i schizofrenicy (jeden z wersów tego tekstu bardzo mocno do mnie trafia przez zbieżność z pewnym wydarzeniem, które miało miejsce jesienią tamtego roku, ale o tym może napiszę kiedyś i wyłącznie subskrybentom MINTAJ+].
It's a knockout! Bierzcie i słuchajcie tego.

https://www.youtube.com/watch?v=J4K4obX3wcs
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 22 cze 2023 13:06

Dziękować. Czekamy na Wuja do jutra i lecimy.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 22 cze 2023 22:38

The Cranberries – Dreams


Nie pamiętam już od kiedy znam ten irlardzki rockowy zespół, ale pewnie od początku ich istnienia, czyli 1993r. Ich teledyski bardzo często były ogrywane w stacjach muzycznych. Myślę, że każdy słyszał przynajmniej ich największy przebój Zombies. Ja nigdy się jakoś w ich muzykę nie wkręciłem, choć posiadałem i słuchałem swogo czasu jakiejś składanki.
Zawsze najbardziej ruszał mnie utwór Dreams. Myślę, że utwór można śmiało nazwać balladą, choć utrzymaną w dość żwawym jednak tempie. Pochodzi z ich debiutanckiej płyty Everybody Else Is Doing It, So Why Can’t We? Utwór ma naprawdę doskonałe brzmienie. Te gitary od pierwszej sekundy grają niesamowicie. Perkusja fantastycznie nadaje rytm. Linia melodyczna jest przepiękna, szczególnie w zwrotkach. No i Dolores znana ze swojego nietuzinkowego głosu śpiewa w Dreams tak cudownie miękko. Vibe utworu jest po prostu niespotykany. Po tylu latach wciąż miewam ciary słuchając Dreams.
Nadmienię jeszcze, że zespół rok po tragicznej śmierci wokalistki zakończył swoją muzyczną działalność.

https://www.youtube.com/watch?v=xc6ulrb2foQ
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 22 cze 2023 22:52

"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 23 cze 2023 11:18

Bon Jovi - Something To Believe In

Mając w pamięci wrzutkę ŻONA BONŻOWIEGO solo nie byłem przychylnie nastawiony ACZ wiedziałem że BJ samo nie było takie straszne IMO i nawet da się lubić. I na całe szczęście tak samo jest z tym kawałkiem. Melki zasadniczo rocka nie lubi (co ja i inni będziemy mu wytykać i wypominać teraz do usłanej śmierci, tak z czystej sympatii) ale powoli chyba rozgryzam jakiego rocka lubi. Tu akurat mamy balladę bardziej pop rockową, ale mając w pamięci wrzutkę Danzig powoli wysnułem wniosek że Melki to lubi po prostu takiego (za przeproszeniem) pozerskiego rocka. Ballady ale z pazurem niby, trochę hard rockiem podszywane, idąc tym tropem nie będę zaskoczony kiedy wjedzie ze strony Melczeta czy to November Rain albo The Unforgiven czy inne Nothing Else Matters. Co do samego numeru BJ to jest spoko choć to u mnie jest kategoria guilty pleasure bardziej, te okrzyki mnie trochę drażnią, bawi mnie jak JBJ chwilami drze się jakby właśnie chciał być Axlem Rose, trochę ironicznie ale okejkę daję.

Kent - Berlin

Hienu coś tam wspominał że Hourglass brzmienie nieco czy mi tam pisał że trochę takie DM ale synthy i gitara wiosny nie czynią. Na szczęście nie muszą, numer ma całkiem inny vibe i jest to klimat faktycznie trochę lata, generalnie wyczuwa się przy tym nadchodzącą przygodę, choćby to miało być tylko wieczorne wyjście z paczką znajomych na miasto. Jest pozytywnie, liryki nie zgłębiałem bo nie czułem potrzeby, bałem się że numer mnie nie przekona a bariera językowa dobije ten kawałek ale vibe mi wystarcza. Basik buczy, gitarka może faktycznie nieco plumken jak na PTA martinowe pitolenie miejscami ale ja to lubię. Refren i numer ogolnie jest z fajną energią, pasuje na obecny czas, propsik at last dla munlupa.

Kelela - Take Me Apart

O Panie, Kelelę kojarzę tak po ksywie, ogólnie to to alt r&b jakie moja bratowa mocno uwielbia i pewnie słuchała, ja nie zbadałem ale to bardzo dobry numer jest.
Lekki, zwiewny, SENSUALNY że tak napiszę a w refrenie bicik fajnie brejkuje. Takie wrzutki Dragona to ja sobie cenię, ja to sobie dopisuję do takiej nitki opisanej jako śpiewające Panie Dragona, ustawiam razem z Arką i czekam na kolejne odcinki takiej serii. W ogóle dawno chyba jakiś numer Dragona nie zebrał ode mnie takiego szczerego prejzu, Autobahn nie porównuję bo już znałem. W końcu po prostu dobry kawałek jakiego nie znałem.

Marillion - Incommunicado

Tu mi się kolejka trochę posypała bo po niezłym letnim klimacie wjechało znów DZIADERSTWO a myślę że można było tego nie schrzanić nawet wrzucając Marillion. Słuchałem tego i trochę nie dowierzałem bo znałem ich jedynie z TEGO HITU który większość pewnie zna i lubi a to tutaj wybrzmiewa całkiem inaczej. Mówię co to jest, miałem problem jak to ująć i nazwać, kojarzy mi się mocno z takim stadionowym rockiem, z jakimś Philem Collinsem i graniem na Live Aid, szukałem porównań i jeszcze mi to przypominało jakieś hair metalowe granie ale tu bardziej na synthach się Marillion brandzluje i dopiero kolega Hien mi wyjaśnił że no to jest niby właśnie neo-prog. Mocne refreny, solówki, intensywny wokal, dla mnie to też taki mocno pozerski rock tylko tym razem z ejtisów i jak dla mnie przegrywa z tym Bon Jovi w kolejce. Nie lubię, sora.

Peter Gabriel - Games Without Frontiers

Najbardziej bawi mnie tu nieco fakt że mentos katuje ostatnio No Self Control ale wrzucił jednak ten numer. Na wszelki wypadek posłuchałem obu numerów i jednak wolę Games. Ejtisowy art rock, prosta wyliczanka i porównanie politycznych rozgrywek do piaskownicy/placu zabaw dla dzieci, to mi przywodzi na myśli choćby Shouldn't Have Done That.
Podobają mi się synthy najbardziej oraz refren z Kate Bush, Gabriel zaś brzmi tutaj jak nie on. Bit w końcówce fajny. Całkiem udana wrzuta, może dzięki niej wrócę do osłuchania składanki Hit która kurzy mi się na półce.

The Cranberries - Dreams

Jeden z 4 przebojów tej grupy które w sumie znam i lubię wszystkie mniej lub bardziej. Moim ulubionym może kiedyś rzucę za 200 kolejek, no może za 100 bo mamy za sobą już prawie 75. Kurczę naprawdę niewiele mam do powiedzenia na temat tego numeru, jest spoko, stosunek mam neutralno-pozytywny od zawsze do niego, nie przeszkadza, miło się słucha choć może sam do niego nie wracam, powiedzmy że z tych 4 przebojów które kojarzę on leży wśród tych 2 które rzadziej słucham xD jedno co mi przyszło do głowy że ten delikatny wokal tym razem skojarzył mi się z Sinead O'Connor o czym nigdy wcześniej nie pomyślałem. Neutralna okejka?

Zasadniczo powiem że to była całkiem fajna kolejka, poza Marillionem reszty przyjemnie było posłuchać, udane powroty Hiena i Dragona do formy IMO, Melki nadal nie zawodzi co jest długą passą jak na niego w moich oczach, mentos dał radę, ten numer Gabriela się wkręca choć głównie dzięki Kate Bush xd wujek, hm, no niby ok a z drugiej strony trochę smutno że już wjechaliśmy na ten etap takich rekomendacji i numerów po prostu bez żadnych osobistych wspominek z nimi zwiazanych, to są takie rodzynki. Zastanawiam się czy wujek nie ma w zanadrzu jeszcze jakichś wykonawców którzy są jednak ważni dla niego, których słucha dużo i z których dyskografii mógłby coś wyciągnąć i zaprezentować :) coś co jednak wzbudza w nim jakąś większą ekscytację i o których może napisałby szerzej z pasją godną tru fana :)
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 23 cze 2023 11:25

Kool & The Gang - Summer Madness

O, wrócił Murzyn z moim ulubionym jego corem, czyli MURZYNY NA PEŁNEJ, ale w formie zadymionego, wieczornego rnb. Czy da się coś jeszcze więcej napisać o tego typu wrzutach poza tym, że są zajebiste? Ano spróbuję. Ten modulowany synth z początku od razu mi się skojarzył z Carpenterem. Reszta typowo chillowo Vice City. Tę nazwę „Kool and the Gang” znam od wieków, ale nigdy nie drążyłem sprawy, do tego stopnia, że nawet nie wiedziałem co grają, myślałem, że to coś w stylu „New Kids on the Block”, a tu TAKI lol xD Ale żeby nie było zbyt różowo, brakuje mi czegoś w tym kawałku i są to typowo murzyńskie wokale. Tak, Munlup narzeka na instrumentala, ale czasami się zdarza. Po prostu pod(czarno)skórnie, przy każdym odsłuchu czekam na to aż wejdzie jakiś nisko śpiewający czarnoskóry wokalista, albo chociaż typowo czarny chórek rnb, ale nic takiego się nie dzieje i zostaję trochę na lodzie. Pomimo tego, że ten utwór to w zasadzie trzy akordy grane w kółko i ozdobniki, mam wrażenie, że jego konstrukcja prosi się aż o jakieś smutne, wokalne przymurzynowanie. No, ale starczy już tego płakania nad tym czego nie ma, pozachwycajmy się tym co jest. Zespół robi piękny użytek z instrumentarium. Ten powtarzający się motyw na gitarze jest rewelacyjny, basik daje piękny groove. Świetny jest ten moment w 3:25, kiedy perkusista zmienia obręcz na werbel i wydaje się jakby wszystko nagle przyspieszyło, mimo że wcale nie przyspiesza, ale ten moment nadaje kawałkowi jakiegoś zrywu, który reszta instrumentów podchwytuje. Szkoda, że po tym zostaje niecała minuta utworu do końca, bo jak dla mnie, mógłby spokojnie drugie tyle trwać w tym muzycznym uniesieniu. Eh, kurde, ile razy chcę się zemścić na Murzynie za nieustanne mehanie na moje wrzuty, ten zapodaje coś czego nie mogę po prostu w żaden sposób zdissować, a już zwłaszcza nie kiedy wchodzi rnb z lat 70.

Bon Jovi - Something to Believe in

Jak zobaczyłem „Bon Jovi” to pomyślałem, że coś tu nie gra, przecież Melki już wrzucał Bon Joviego. No i wrzucał, ale solo. Well played, Melki. Nastawiłem się na jakiś generciowy, do bólu stylizowany, radiowy hard rock, a tu jednak zaskoczenie, bo to bardziej pop-rock w stylu Bryana Adamsa, a ja taki pop-rock bardzo lubię. Powiem więcej, ten numer brzmi niemal jak jakieś nowsze Simple Minds! Jovi śpiewa nawet momentami jak Jim Kerr, czyli obaj momentami brzmią jak Bono xD Ale serio, gdyby mi to ktoś zapodał jako numer Simple Minds, to ja bym to kupił. Naprawdę dobry kawałek, ok na swój sposób nadal bardzo genericowy, ale te melodie mnie chwytają i generalnie na lato ten numer jest jak znalazł. Jeśli coś mi się nie podoba to to darcie ryja „E E E E”, jakby ktoś nie mógł się wysrać. Poza tym wszystko gra i buczy jak trzeba, jestem w lekkim szoku, ale Melki, w świetnym stylu, dostarcza rasowego, wakacyjnego bangera.

ps. przesłuchałem tę live wersję, ale tbh nie wiem, w którym miejscu jest ona akustyczna.

Kelela - Take Me Apart

Ło, Panie, kolejka na wysokim poziomie. Zacząłem czytać po włączeniu utworu i od razu, muzycznie zaczęło się robić jakoś znajomo, ale nie potrafiłem powiedzieć czemu. Kiedy dotarłem w tekście do fragmentu, w którym Smoku zwraca uwagę na to, że w charakterze producenta na płycie pojawia się Arca, to wszystko mi się rozjaśniło. Ta elektronika jest nie do podrobienia. Wokal Keleli może nie wyróżnia się w żadnej sposób (jest bardzo dobry, po prostu się nie wyróżnia), to w tym opakowaniu, cały numer wydaje mi się czymś bardzo świeżym i unikalnym. Nie wiem, może za mało po prostu siedzę we współczesnej elektronice, a zwłaszcza w electro rnb, i pewnie dla osłuchanych to nie jest nic wielkiego, ale dla mnie jest to jakieś takie małe odkrycie. Produkcja tego kawałka jest na ekstremalnie wysokim poziomie. Można dać jakaś elektronikę do gara z uzdolnioną wokalistka i dobrze napisanym utworem, ale potrzeba jednak czegoś więcej żeby dojść do takiego efektu, jaki tutaj osiągnięto. Numer pasuje mi mocno z wizją jaką roztacza Dragon osobistym opisem, brzmi to zdecydowanie jak kawałek, który działa z takim tłem. Świetny kawałek.

Marillion - Incommunicado

Na wstępie, nie mogę się zgodzić z Porcupine Tree kolegą Musiałem, że numery z płyt stricte koncepcyjnych, wymuszają jakiegoś pilnowania narracji. Polacy przez całe lata 70 i 80 słuchali takich płyt bez znajomości angielskiego (zapytaj ojca) i jakoś potrafili docenić je za sama muzykę, wokal, itd. Dla mnie, konceptualność płyty zawsze była tylko opcją, z której można było skorzystać, ale nigdy nie czułem się przymuszony do tego, żeby nadążać za narracją całego albumu i pełnego rozumienia całej historii, ZWŁASZCZA w rocku progresywnym, gdzie treści uciekały czasami w jakiś epopeje ze świata elfów. Tak więc, IMO, takie gadanie to tylko tania wymówka żeby po prostu nie dawać pewnym albumom szansy, i tyle.

Jeśli chodzi o Marillion, jestem z tej pierwszej puli ceniącej obu wokalistów, ALE przecież nie tylko wokal się tym zespole zmieniał, ale muzyka, przez lata, również. Osobiście, zdecydowanie częściej wracam do Marillion z Hogarthem, takiego z późnych lat 90 i 00-wych (ale „Sounds That Can’t Be Made” z 2012 też bardzo lubię). Mój największy problem z Marillion fishowym, to niesamowita wręcz jarmarczność większości muzyki. Fisha samego w sobie bardzo lubię, przypomina Phila Collinsa z większą ilością testosteronu, gość jest bardzo fajny, jego solowe płyty są super, widziałem go trzy razy na żywo i za każdym razem było super. Muzycznie jednak, ejtisowe Marillion często miotało się między fajnie brzmiącymi kawałkami zalatującymi nawet późnym Japan, a takimi, które były po prostu festyniarskim neo-progiem. Niestety „Incommunicado” stoi w rozkroku między jednym, a drugim i zdecydowanie bardziej przechyla się na stronę jarmarku. Głównym winowajcą jest klawiszowiec, Mark Kelly, którego ogólnie średnio lubię jako człowieka (można odnieść wrażenie, że nie lubi zwierząt, a to już bliskie bycia nazistą), a do tego jego popisy parapetowe z wczesnego Marillion można określić jednym słowem - „cyrk”. Kiedy słyszę to jego napierdalanie po klawiszach, z wykorzystaniem tego samego od „Garden Party” brzmienia, to mam ochotę coś rozjebać. Sam numer brzmi trochę jak wannabe Genesis z lat 80-tych, zresztą zarzucano im to wielokrotnie w tamtym czasie. Nie wiem, dla mnie to jest po prostu taki wankerski prog, odrobinę bardziej zwarty kompozycyjnie, ale nadal zalatujący festynem. Najlepsza jest ta końcówka z powtarzaniem tytułu, tego nie spieprzyli, ale po tym jak następuje fade out, człowiek się zastanawia, czemu cały numer nie był tak dobry?

Ano jest to banger, ale ze średniej półki. Marillion mają do zaoferowania dużo lepsze rzeczy, ale „Incommunicado” niestety o tym nie świadczy. Daje rachityczną okejkę z sentymentu i za Fisha.

Ps. Właśnie sprawdziłem, że widziałem „Incommunicado” w wersji granej z h, podczas Marillion Weekend w 2017, o lol. Grali wtedy (prawie) całe CAS.

Peter Gabriel - Games Without Frontiers

Pozwolę sobie na jedną jedyną złośliwą uwagę na dzień dobry, mogłeś już wrzucać to „No Self Control” xD No, ale rozumiem wagę osobistych wydarzeń w tle, więc już sobie daruję więcej złośliwych uwag, np. taką, że z wyborem best Gabriela bym poczekał na przesłuchanie reszty dyskografii, ale siusiak już, w końcu z kim ja rozmawiam.

Cośtam pisałem o moim fanowaniu względem Petera Gabriela w mojej wrzucie z ul. Łaski, więc odsyłam doń, a tu dopowiem co trzeba. Pech chce, że nie było takiego momentu przez te 20+ lat bycia fanem Pitera, żebym się dał za „Games Without Frontiers” pokroić. Pierwsze cztery albumy Gabriela to kwaśna jazda, którą uwielbiam. Jeżeli można jego dyskografię podzielić na jakieś dwie części, to należy ciąć właśnie między czwórką, a „So”. Można tam pierniczyć, że wraz z sukcesem komercyjnym, Gabryś stracił edż, ale imo to po prostu wynik ewolucji, nabrania dojrzałości i sprawności w pisaniu dobrych piosenek, a nie tylko dziwnych, eksperymentalnych numerów. Co jednak w tej stylistyce naprodukował, to nasze i są to rzeczy doskonałe. W gąszczu tych doskonałości jest „Games Without Frontiers”. Nie powiem, że to jest słaby kawałek, bo absolutnie nie jest, ale jak na Gabriela to IMO jest półka bliższa środka. Ani wersja studyjna, ani ta przerobiona live, z fikuśną partią na dęte, nie powaliła mnie na kolana. Nie do końca mi odpowiada sposób w jaki Peter śpiewa zwrotki, takim kpiarskim gdakaniem, w refrenie zdecydowanie lepiej. Ja wiem, że to wcielanie się w konwencję wyliczanki, ale mnie to po prostu nie chwyta. Najlepsze są te falsetowe wstawki z udziałem Kate Bush, ale tak to jest, jak się zaprasza Kate Bush (z trzech kawałków, które razem zrobili, ten i tak jest najsłabszy). Muzycznie, to jest typowy Gabriel z tamtych czasów, mocno przesterowany, z lekko niechlujną i ciężką produkcją (perkusiści mieli chyba zakaz używania talerzy). Jest to z pewnością korzyść dla „Games Without Frontiers”, bo inaczej kawałek nie miałby tego creepy klimatu, jaki ma.

Pomimo tego mini rantu, daję temu okejke, bo kaman, to jest Peter Gabriel. Może nie jest to moje top jego twórczości, ale przez lata, siłą rzeczy, słyszałem tę piosenkę wielokrotnie, mam ją jakoś zakodowaną w głowie i tyle. Pewnie gdybym nie był takim fanem Petera, to bym tak nie grymasił, więc należy wziąć to pod uwagę. To jest po prostu newralgiczne terytorium.

The Cranberries – Dreams

Nigdy nie miałem ochoty wkręcać się w The Cranberries, hity mi jakoś średnio wchodziły (ok, ”Zombie” jest spoko), głos, a ściślej, śpiew Dolores doprowadzał mnie do szału. Nieraz miałem dać im szansę, pomimo uprzedzeniom, żeby być może się ich (uprzedzeń) pozbyć po poznaniu szerszego katalogu dzieł, ale nie dotarłem póki co do tego momentu. Do wrzuty Wuja podszedłem na świeżo. Generalnie, utwór jest dobry. Początek brzmi niemal jak jakiś dream popowy klasyk, wysokie wokale Dolores w zwrotkach mi się podobają, ale potem w refrenie wchodzi to jodłowanie i niestety, nadal jest to dla mnie nie do przeskoczenia. Szkoda, bo ogólnie laska potrafi śpiewać fajnie, ale umyślnie decyduje się na to pianie. Z drugiej strony, jest chyba jedyny element, który wyróżnia ich z tłumu, bo mało kto tak śpiewał, a muzycznie, no muzycznie nikt tu Ameryki nie odkrywa, wręcz ją zakopuje, ale to nie ważne. W zwrotkach, TC przypominają mi mocno Tribe, lub nawet jakieś Slowdive gdyby dodać ostrzejsze, monotonne gitary w tle. To są wszystko fajne skojarzenia, i generalnie uważam „Dreams” za ok kawałek. Minusy (w zasadzie jeden) nie przeważają nad plusami, więc uczciwie daję Wujowi okejkę za tę wrzutkę. BTW, czy Wam też zaczyna się wydawać, ze Wujowi wrzuty pisze Marek Sierocki?

Ogólnie bardzo fajna kolejka, nawet te słabsze momenty są słabsze głównie ze względu na to, że znam te numery (oraz tych wykonawców) od bardzo dawna.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 23 cze 2023 11:57

Hien pisze:
23 cze 2023 11:25
Kool & The Gang - Summer Madness

Po prostu pod(czarno)skórnie, przy każdym odsłuchu czekam na to aż wejdzie jakiś nisko śpiewający czarnoskóry wokalista, albo chociaż typowo czarny chórek rnb, ale nic takiego się nie dzieje i zostaję trochę na lodzie...


...Eh, kurde, ile razy chcę się zemścić na Murzynie za nieustanne mehanie na moje wrzuty, ten zapodaje coś czego nie mogę po prostu w żaden sposób zdissować, a już zwłaszcza nie kiedy wchodzi rnb z lat 70.
UROCZYŚCIE OBIECUJĘ dostarczyć Ci DOKŁADNIE taki numer, bo mam go w zanadrzu tylko proszę... znieś bana na duble w bestce :D bo numer wjedzie ale kiedy będzie zimno dopiero, więc jeśli ban nie zejdzie przed 100 wrzutą to numer wjedzie ale na Boże Narodzenie za rok xD

Kelela - Take Me Apart

Kiedy dotarłem w tekście do fragmentu, w którym Smoku zwraca uwagę na to, że w charakterze producenta na płycie pojawia się Arca, to wszystko mi się rozjaśniło.
Sroga beka, bo właśnie się kapnąłem że albo nie doczytałem albo nieuważnie czytałem wrzutę smoka a i tak skojarzenie z Arką przyszło samo do bani xD perdóname!

The Cranberries – Dreams

Początek brzmi niemal jak jakiś dream popowy klasyk
O, fakt, miałem wspomnieć i zapomniałem napisać że dream popowo brzmi!
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 25 cze 2023 07:08

Rzekłbym że wrzuta mentosa jest najlepszymi komentarzem do tego całego puczu heh

Yevgeniy goes for Moscow
Vladimir calls Alexander
and Alexander sends him back

XD
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 26 cze 2023 09:17

Jutro mija tydzień od rozpoczęcia kolejki, zapraszam do ruszenia dupy.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 26 cze 2023 11:21

Wszyscy wstrzymali oddech przez ten pucz na pewno ;(
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 26 cze 2023 11:30

prostytutka, już skończ z tym puczem, bo zaraz tutaj pucz będzie xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Malkolit
Posty: 6483
Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
Ulubiony utwór: World in My Eyes
Lokalizacja: właściwa

Post 26 cze 2023 12:56

Kool & The Gang - Summer Madness

Kolejka zaczyna się znakomicie, od chilloutowych keyboardów z delikatnym bitem i niespiesznym rytmem. Faktycznie, jest w tym coś słonecznego, na letnią, gorącą pogodę. Fajnie się to rozwija od 2:25, te "syntezatorowe piszczały" są jak lemoniada w gorący dzień. Nic, tylko słuchać. Fajny instrumental, aż dziw bierze, że tam nikt nie śpiewa. Ten zryw, o którym napisał Hien, rzeczywiście ożywia nieźle kawałek, on by się mógł ciągnąć i ciągnąć jak liczne dragonowe wrzutki. Śmieszne, ale jak pierwszy raz usłyszałem tę piszczałkę na końcu, to myślałem, że się woda gotuje w czajniku, choć tu przecież nie ma czajnika ;(. Tytuł kojarzy się z tym upałem, który staje się uciążliwy w przeciągu dwóch godzin po każdym deszczu. Jest w tym coś ciemnego, można by siedzieć przy tym w jakimś zaciemnionym klubie, przy stole (w pozycji Teclafita przed upadkiem) i odpłynąć. Fajna rzecz, duży plus dla Mudżyna.

Kent - Berlin

Something to Believe in zaskakująco dobrze pasuje do Summer Madness, a Berlin brzmi jak kolejny kawałek dobrze wpasowany w playlistę. Taki współczesny rock podbity elektroniką. I to chyba jeden z kawałków w tym stylu, które najbardziej mi przypasowały (może dlatego, że w tle mamy elektroniczną melancholię, a nie rockową złość na świat. W ogóle w pierwszej chwili myślałem, że zaraz wejdzie nieco przearanżowany John The Revelator. Ma dość podobny, rytmiczny ciąg. Pierwsza dekada XXI wieku - może nie PTA czy Hourglass, ale czuć, że to z podobnej krainy pochodzi. Wokalista ma fajny głos, niewysunięty do końca na pierwszy plan. Żywy, energiczny kawałek, bardzo melodyjny i pozytywny. Dobry, pulsujący bit. Gitara przyjemnie brzmi, trochę się z niej zrobił taki instrument tła, ale nie ma w tym nic złego, po prostu stonowane brzmienie. W sumie zabawne, że zespół szwedzki o angielskiej nazwie i z kawałkiem o niemieckim tytule. Ale to wszystko Germania. I w tym wydaniu mi się podoba.

Kelela - Take Me Apart (2017)

Zaczyna się nieco tajemniczo: ambientowe tło i niemal posągowy głos wokalistki. Brzmi to znakomicie i od razu wciąga w swój świat. Podszyte dość mocnymi emocjami, te chórki w tle, te dźwięki, no, Dragon odpalił niezłą bombę. Pierwszorzędna produkcja, aż się dziwię, że to nie Shodana, który lubi śpiewające panie ;). Te bity w tle trochę jak szarpiąca panią burza. Refren to coś, czego chyba dotąd nie zaznałem, bardzo intrygujący (a może zaznałem za sprawą Clementine'a, ale się nie wgłębiłem?) Potem kolejna zwrotka i kawałek niespodziewanie przyspiesza, jak słucham na spokojnie, to trudno mi ten moment uchwycić. Tło syntezatorowe jest bogatsze, duszniejszy klimat narasta, po 2:15 emocje pani wychodzą na pierwszy plan. A potem się lekkim tonem wycisza.
Swoją drogą, problemy, o których pisze Dragon, niemal zupełnie mnie ominęły. Edukację kończyłem w trybie tradycyjnym, a w 2020 i 2021 pracowałem stacjonarnie (ze względu na specyfikę pracy nie dało się inaczej; tzn. dało się podzielić sekcję na dwie sekcje i pracować co drugi dzień, ale w praktyce i tak siedziało się w biurze, komunikacja przez Teamsy, Zoomy i inne zupełnie mnie ominęła). Kompletnie nie mam takich doświadczeń jak ludzie, którzy tak żyli, jestem ciekaw, jakie są różnice między nimi a np. mną. Tak czy siak, wrzutka pierwszorzędna!

Marillion - Incommunicado (1987)

Brzmienie klawiszy na początku utworu w połączeniu z narastającym rytmem, pierwszą melodią i tym typowo progowym pasażem i wejściem Fisha sprawiają wrażenie, że słucham przedstawienia jakiegoś szaleńca. Fish akcentuje tytułową frazę w sposób groteskowy i nie wiem, czy śmiać się z tego czy płakać. Popisuje się swoim wokalem jak dla mnie. Niespecjalnie podoba mi się jego maniera wokalna i barwa głosu (podobna do panów z Genesis, których przez długie lata unikałem, jak mogłem). Ten keyboard jest okropny, brzmi to, jakbyśmy oglądali rewię mody, do której cały utwór pasuje jak pięść do nosa (zwłaszcza z tym wokalem). Syntezator wybija się na pierwszy plan muzycznie, Fish wokalnie (nie no, serio, jeśli on w ten sposób chciał przekazać coś ważnego, to się z tym całkiem rozminął, tego nie da się na poważnie słuchać), a reszta zespołu zostaje gdzieś tam w tle. Kuriozalna piosenka, do posłuchania, jak się ma głupawę. Sam się tak wygłupiałem, to wiem ;(.

Peter Gabriel - Games Without Frontiers

Peterem Gabrielem zacząłem się bardziej interesować w ostatnich miesiącach i to pod wpływem forumowych wrzutek, wcześniej byłem bardzo sceptyczny do wszystkiego, co wiązało się z Genesis - jakoś nigdy nie potrafiłem się do końca przekonać do wokali czy to Gabriela, czy to Collinsa czy nawet Rutherforda. Ale urokliwe Mercy Street, przypomnienie o Kate Bush, dzięki czemu wróciłem do Don't Give Up sprawiły, że zacząłem patrzeć na Gabriela przychylniej.
Brzmienie bardzo czyste, zaczyna się specyficzną perkusją, po której wchodzi śpiewająca po francusku Bushowa (też specyficzna postać, nie potrafię jej na 100% zaakceptować). Utrzymane swoiste, prawie nowofalowe napięcie, całość brzmi dość twardo, rwanie, średnio przyjemnie. Zabawne, ale raptem wczoraj czytałem tekst o III i tam Gabriel tłumaczył, że ta piosenka miała być na pierwszym planie jak pokój zabaw dla dzieci (ta wyliczanka imion!), a na dalszym podszyta przyczynami (poważnymi jak Waters), dla których się tam zgromadzili. Brzmi to średnio zabawnie, mniej niż o tym piszą (a może dla mnie Gabriel z tą barwą głosu po prostu brzmi bardzo poważnie?) Kawałek z tym bitem nieźle buja, brzmi przebojowo, perkusja w ogóle jest najmocniejszą jego stroną, a całość dość nerwowo, ale jednak, intryguje.
Tak w ogóle, Mentos, to z kim miałeś do czynienia w pracy? Z Wilsonem czy jego nagraniem? Kto i w jaki sposób był niemiły?

The Cranberries – Dreams

Na koniec Shodan zaserwował nam dobrze znany od lat przebój grupy, która się rozpadła nie tak dawno temu po śmierci wokalistki. Nie tak dawno temu? Siedem lat to dużo czy mało? W dzisiejszym, goniącym świecie pełnym sentymentów do minionego aż trudno stwierdzić. Piosenkę znam "od zawsze", głos O'Riordan wędruje tu od rejestrów wytrawnej wokalistki pop (w refrenie) po starą rockmankę (tam, gdzie śpiewa ostrzej). Gitary są ostre tylko fragmentami, wokal nieco chropowaty, perkusja mocno uderza, w sumie taki rock środka - przebojowy i drapieżny. W zwrotkach Dolores się wycisza, ale czuć w tym wielką energię, uspokojenie jest tylko pozorne. Znałem kiedyś gościa, który był wielkim fanem Cranberries (kontakt dawno się urwał). Co myślę, że teraz będzie spokojniej, utwór znów przyspiesza, zaostrza się, by zaraz zwolnić i uspokoić się. Taka mieszanka nastrojów. Myślę, że udana mieszanka (jak krakowska). Czy mi się zdaje, czy końcówka jest przeciągnięta? Wcześniej jej zupełnie nie znałem (coś, co już było przy Circle In The Sand). Czasem lubię do tego kawałka wracać, lubię, jak se leci w tle. Dobra wrzutka.

Bardzo udana kolejka (poza groteskowym Marillionem). Czekam na opinie innych.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 26 cze 2023 13:18

Malkolit pisze:
26 cze 2023 12:56
Tak w ogóle, Mentos, to z kim miałeś do czynienia w pracy? Z Wilsonem czy jego nagraniem? Kto i w jaki sposób był niemiły?
Jeżeli nagranie było niemiłe, to jestem pewien, że Mentos je wyprosił.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 26 cze 2023 13:36

Malkolit pisze:
26 cze 2023 12:56
on by się mógł ciągnąć i ciągnąć jak liczne dragonowe wrzutki
A dziękuje, dziękuje ;)
Kompletnie nie mam takich doświadczeń jak ludzie, którzy tak żyli, jestem ciekaw, jakie są różnice między nimi a np. mną.
Może na świeżo po tamtych wydarzeniach w jakimś społecznym obyciu byłoby różnie, ale teraz, już po wielu miesiącach raczej bez większych negatywnych konsekwencji. Nie licząc bardziej zdyszanego laptopa i telefonu, oczywiście
Hien pisze:
26 cze 2023 09:17
Jutro mija tydzień od rozpoczęcia kolejki, zapraszam do ruszenia dupy.
Na czas wałbrzysko-dragonowski to dopiero cztery dni, ale dzisiaj wleci i recka Jetix Truj oraz kolejnej kolejeczki tutaj.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 26 cze 2023 13:41

W dużych miastach ludzie żyją szybciej :D
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup