Dragon pisze:21 cze 2023 20:53Junior Boys - Last Exit (2004)
Odpowiadam na ekspresowe powiadomienie, żeby złapać się dobrze w czasie i nie mieć potem wątpliwości. Właśnie myślałem o przygotowaniu sobie wcześniej kilku gotowych opisów... widzę, że trzeba szybciej działać xD Muszę też przeciwdziałać fali rockowo-dziaderskich wrzutek z poprzedniej kolejki. Wracamy do klimatu zapodanego juuż jakiś czas temu. Co ciekawe, w marcu zeszłego roku przewidywałem obecność Last Exit przed Marquee Moon, ale jednak Seba mnie uprzedził xD Choć wtedy pewnie myślałem, że sam wrzucę tutaj jedyną słuszną płytę Television. To propozycja raczej bez poważniejszego kontekstu osobistego. Moi znajomi raczej nie znają tego zespołu. Kawałki z tej płyty nie hulają na imprezach. Z drugiej strony trudno o coś takiego, choć z trzeciej to nie jest najbardziej domatorski electropop na świecie, nagrania są przesiąknięte do pewnego stopnia klubową atmosferą. Bardzo ciekawie zawieszony między Sex Shop Boys, Depeche Mode (ale nie w stylu mhocznych kopistów) i ciepłym housem z epoki. RYM trochę mnie zaskakuje, ale Last dostatecznie poważnie potwierdza, że Młodzi Chłopcy to odkrywka z końcówki liceum. Nie mają zbyt skomplikowanej dyskografii, ale moim zdaniem do trzeciej Begone Dull Care robi się coraz gorzej. Potem następuje poprawa formy, niestety nie na dystansie większych części płyt. Single z Waiting Game wydanego rok temu zniechęciły do sprawdzenia całości.
A tutaj przygoda dopiero się zaczyna. Do całości nie wracam za często, ale przynajmniej połowa hula na tyle regularnie, że odświeżający kontakt to tak naprawdę trzy poważniejsze przypominajki obok plejady hitów otrzaskanych w stopniu podobnym co klasyka Tangerine Dream, Żara czy 99% dyskografii Depeche Mode. Bardzo spójne, dość oszczędne brzmienia nie nudzą przede wszystkim za sprawą doskonałych pomysłów, urozmaicenia tempa, sposobu użycia określonych barw. Cała płyta osnuta jest w atmosferze przyjemnie spędzonego wieczoru, który dopiero się rozkręca. Poza Belloną, krótkim przerywnikiem Neon Rider i Under the Sun to muzyka cały czas obecna w moim życiu. Niektóre serie towarzyszą mi w prozaicznych sytuacjach, doskonale uzupełniają nastroje różne na przestrzeni tych czterech lat. Między prysznicem, goleniem, a spuszczaniem z tonu po intensywnych interakcjach lub podtrzymywaniem wysokich emocji niedługo po zakończeniu, już na odchodne. Najbardziej radiowy potencjał mają High Come Down i Birthday, chyba najmniej tutaj poszukiwań i momentów, w których to instrumentale wychodzą wyraźnie do przodu, dają się poznać w trochę dłuższym kontakcie. Najchętniej wracam do tych lekko przeciągniętych momentów. Już opener (More Than Real) robi dobrze przez specyficzny elektro mostek. Nigdy nie ma przegięcia z intensywnością, materiał nie rozsadza uszu nadmiarem zarówno basu jak i syntezatorowych grubszych tekstur. High Come Down wprowadza trochę bardziej duszącą atmosferę, a nadchodzący potem tytułowy kawałek to pierwszy poważniejszy przystanek, który po prostu roztapia człowieka w fotelu. Wszystkie teksty krążą wokół tematów relacji romantycznych, bywa czasem mniej optymistycznie, ale co to byłaby za płyta, gdyby opatrzono ją tylko jednym odcieniem szarości? Od zawsze moim ulubionym momentem jest finałowa trójeczka. Three Words kojarzy mi się najbardziej z Depeche Mode, ma coś z sobie z ducha violatorowego. Zanim wjedzie poznany przez Was finał, dla wzmocnienia efektu soczystego zwieńczenia muzycznej randki musi być moment najpoważniejszego napięcia, chwili przed ostatecznym oczyszczeniem głowy. Teach Me How To Fight było najbliżej bestki poza When Im Not Around. Lubię to narastanie wrażenia przed popisowym refrenem, przede wszystkim pod względem wokalnym. Ciekawe co będziecie mieli do powiedzenia o Under the Sun - dla mnie to jedyny powód, dla którego nie jest to doskonałość od początku do końca. Klimat lekko się rozmywa, moment gitarowy zupełnie niepotrzebny. Czas na wytchnienie lepiej realizuje wspomniane Three Words, nie odbiega tak bardzo od reszty.
Mam nadzieję, że tym razem już bez żadnych wątpliwości zachęcę do kontaktu z Chłopcami na dobre! Proponuję podstawkę, bo tylko w tym formacie Last Exit znam i wielbię. Dlatego też proponuję własną playlistę.
https://www.youtube.com/playlist?list=P ... bZMkIk-R66
Best of Forum (Albumy) vol. 2
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Otwieram kolejeczkę dla Last Exit od Junior Boys zatem
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Młodzi Chłopcy - Ostatnie Wyjście
No no no... Muszę przyznać, że nie spodziewałem się... właściwie to nie wiem, czego się spodziewałem xD Ale choć z reguły żyję zgodnie z zasadą "I expect nothing and I'm still let down", to tutaj zostałem bardzo przyjemnie zaskoczony. I to od pierwszych dźwięków, choć... no dobra, nie do końca, musiała minąć tak minuta pierwszego numeru, i wtedy mnie wciągnęło na dobre. Już opis Smoka nieco intrygował, albowiem muszę wyznać (a i tak już to chyba zrobiłem), że jakiekolwiek elektroniczne dźwięki - głównie przez niego zapodawane - zostały ostatnimi czasy moim najważniejszym soundtrackiem (zwłaszcza Jelinek, damn). Oczywiście, tutaj muzyka jest nieco inna, tzn. też elektronika, ale bardziej pop niż ambient, choć nie przeszkadza mi to w ogóle, przede wszystkim ze względu na minimalistyczny charakter zawartości krążka. Kojarzy się trochę z zapomnianym już przez wszystkich bandem Clor, albo z wczesnym Hot Chip (a jak się okazało, trochę z Was, PT Forumowicze, coś tam o Hot Chip wiedzą). Głos wokalisty Junior Boys mi się z kimś kojarzy... ale no nie mogę teraz odnaleźć w głowie, o kogo mi chodzi. Odrzucam to na razie i staram się zatopić w muzyce. Właściwie już samo More Than Real robi ze mnie fana reszty, i powiedziałem to sobie w głowie po tym, gdy MTR było jedyną jeszcze piosenką, jaką przesłuchałem z płyty xD Lekki automat w tle, fenomenalnie pulsujący basik (czy nawet dwa), jakieś tam elektroprzeszkadzajki, nieinwazyjny klawisz, generalnie to, co Musiały lubią w elektronice najbardziej. Dodajmy do tego obskjurowy zespół i rok 2004 (gdybym ja wtedy poznał ten album, o ludzie) i mamy doskonałą mieszankę. Nawet okładka mnie kupuje xD
No dobrze, ale tu o muzyce trzeba, vibe i feeling zostawię sobie na koniec. Gra More Than Real a ja mam poczucie mariażu Pye Corner Audio z Hot Chip w moich uszach, to byłoby świetne kolabo. Następnie wjeżdża to szurskie wydawnictwo od szurskich książek o tematyce militar... wróć, po prostu, druga piosenka o budzącym oczywiste skojarzenia tytule. I tutaj robi się bardziej... letnio? Bardziej synthpopowo, ale wciąż jakoś tak surowo, jakby celowo niedopracowanie (a przynajmniej nie do końca), co jednocześnie nie stanowi żadnej wady przy jakże minimalistycznej aranżacji. Piosenka do nucenia zarówno po seksie jak i po udarze (why not both?). Jak wchodzi refren to od razu przypomina mi się autorski OST do takiej ścigałki na peceta, co się nazywała Re-volt. Nie wiem, czy ktoś z Was, PT Forumowicze, kojarzy, ale back in the day zagrywałem się jak szalony. Co prawda numery tam były bardziej housem i to pozbawionym wokalu, to jakoś nie mogę się tych skojarzeń pozbyć. Niemniej jednak, Bellona wchodzi tak lekko, że mam ochotę się pierdutnąć na łóżku i niech sobie coś po prostu gra w tle, niby nie jest to ambient, żeby zasypianie nie było aż tak oczywiste, ale tak naprawdę zaraz odpłynę i hui xD Fajnie się tego słucha, choć przebojowości pierwszego numeru nie ma. I outro jest trooochę za długie. No to może trzeci? Hmm, znów mam niedosyt. W sensie, nie jest źle, ale póki co More Than Real wygrywał, czyli generalnie oceniłem album w zły sposób, spodziewając się może powtórki otwierającego bangera. Jednocześnie nie jestem zły, czy też nie wiem, rozczarowany (no, może TROSZKĘ), bo ciągle jest to mój klimat, tylko jakoś umiejscowić go dobrze nie mogę... powiedzmy, że ciągle jest lato, może jakaś piękna, zagraniczna lokalizacja, ale mamy jakieś takie leniwe popołudnie, niby gorąco, słonecznie, tylko że nie chce mi się ruszać z przestronnego pokoju hotelowego (ściany pomalowane na biało i designerskie meble), leżę rozwalony na sofie i gapię się w lekko tańczące na równie lekkim wietrzyku zasłony oddzielające mnie od obszernego tarasu z wyjściem na basen. Faktycznie, jest to High Come Down, wciąż chce mi się spać xD Sytuację nieco ratuje tytułowy, choć na pewno nie energią - jest tak samo rozkosznie rozwleczony i uspokajający. Co to ja napisałem o Jelinku na samym początku? Przecież z tego wystarczyłoby wywalić wokal i mamy jakieś Moire w wersji bare xD Względnie podkład do reklamy ekstremalnie nowoczesnych i drogich odkurzaczy z właśnie okolic jakiegoś 2004 roku. Prawdę mówiąc, zaczyna się robić trochę tripowo... Właściwie to teraz zastanawiam się, gdzie Dragonowski słyszy to Depeche Mode, minimalizm jest tutaj nazbyt... soczysty, nazbyt... oczywisty, i w ogóle fajny póki co układ utworów na płycie, albowiem od dość energicznego i żywego More Than Real aż po Neon Rider każdy utwór jest coraz bardziej wciskający w materac xD Jakby faza za szybko schodziła. No mówię, kapitalne nagranie pod popołudniową sjestę, ale bardziej w wyżej wspomnianym hotelu nad morzem niż na wsi. Kolejny kawałek jest tak krótki i przez to aż nieco od czapy, że przelatuje mi między uszami właściwie niezauważalnie (wrócę do niego jeszcze parę razy). Tylko odrobinę przywraca życie, może ruszyłem dupę z hotelu i wyszedłem wieczorem na miasto (jakie by tam ono nie było). Vibe trochę kraftwerkowy, trochę synthwave'owy, trochę Briana Eno, dla każdego coś miłego. Najlepsze są te pady w tle. Zajeżdżają mi też... Boards of Canada xD Szybko kończę ten spacer i zderzam się znów z pulsującym basikiem - wreszcie coś się dzieje. Numer mógłby lekką ręką mieć "bębny" dwa razy szybsze, albo w ogóle o nieco bardziej zaplanowanej strukturze, albowiem tam w tle dzieje się chyba wszystko, co tylko może (na szczęście ratuje mnie druga połowa piosenki). Zrobiło się melodyjnie, znów słyszę głos wokalisty, idziemy w jakimś kierunku. Robert w ogóle mówi o dość radiowym potencjale utworu tego i High Come Down, nie jestem w stanie się zgodzić z tym ostatnim, ale i w przypadku Birthday wygrywa mi z nim More Than Real, choć też lekką ręką Teach Me How to Fight. Under the Sun nie pozostaje daleko w tyle, Dragon ustawia się tutaj w pozycji lekko sceptycznej, ja zaś endorsuję na pełnej, równy, odpowiednio wzmocniony bit, "mhroczne" pady w tle, niepokojący pół-szept wokalisty, idealny numer do marszu zatłoczoną miejską ulicą w pełnym słońcu, kiedy wszyscy mijający Cię, Droga Osobo Słuchająca, ludzie, mogą chcieć pomyśleć - gdyby tylko zwrócili na Ciebie uwagę, jak to śpiewał Russel Mael w pewnej wrzutce od Mentosa - że pewno w bębenki uderza Formacja Nieżywych Schabuff ze swoim nieśmiertelnym Latem, albo przynajmniej jakiś Calvin Harris, a tu nie, siusiaka! Sprzedajemy sobie sezonową porcję mroku, w bardzo ładnym, elektronicznym stylu. Znów wyczuwam PCA, a Jenkins dobrym muzykiem jest i też takie fajne rzeczy tworzy, więc mam się na czym zahaczyć. Moment gitarowy? Perfect. Tylko znowu to takie o minutę-dwie za długie, jakby tak... przyciąć tak... delikatnie nawet, ale po co tego aż tyle, nie możnaby może jakoś się w edity pobawić? Dobrze, że po dłuższym momencie spokoju jeszcze wpada na raz całe instrumentarium. Fajne jest wygaszanie perki, podczas gdy cała reszta wciąż wybrzmiewa. Dla wielu cheesy zabieg, dla mnie super <3 Bo i kawałek bardzo klimatyczny. No i ok, właściwie aż nie zauważyłem, że oto mamy na pełnej drugą połowę krążka i wjeżdżają Dragonowe polecajki. Three Words faktycznie ma depeszowy feeling, aczkolwiek bardziej jakiegoś depeszowego dema (nasuwa mi się na myśl Clean), użyty w tle automat perkusyjny kojarzy mi się Truth od New Order (wsłuchajcie się mocno, mam na myśli wersję z sesji u Johna Peela, czy to nie jest zsamplowane aby? Jest jak byk kurdebele), trochę Fad Gadget, trochę John Foxx i Matematycy (Matematyki?). Najfajniejsze są klawisze w tle, między pomiędzy gdzieś basem a wokalem, który swoją drogą jest chyba najsłabszy tutaj na całym albumie - nieco sflaczały, bez werwy, niby taki "windy", a jakby śpiewający Jeremy Greenspan zwyczajnie umierał. Znowu fajne outro, takie w moim stylu, trochę lo-fi, trochę detune'a, fajnie jest. Znowu życie przywraca Teach Me How to Fight, które się bardzo ładnie rozkręca i znowu charakterem bitu stoi najbliżej Jelinka, jak się tutaj tylko da. Reszta jest aż nieco trip-hopowa, co wyraźnie odstaje na tle rzeszty płyty. Wyżej zresztą nadmieniłem, że ten numer też ma radiowy potencjał, refren jest pod to wprost stworzony. Klawisz w tymże wchodzi mi jak złoto. Kurde, to jest naprawdę bardzo letnia płyta będąca jednocześnie zimną. Też w jakiś sposób kusi, żeby zapoznać się z resztą ich twórczości, zwłaszcza, że Last Exit to debiut, a debiuty mają swój specyficzny charakter i potem może być dużo lepiej. Jak już wchodzi na momencik ta niemal gitara pod sam sam koniec piosenki, to mam wrażenie, jakbym słuchał jakiejś strony B od New Order z okolic Get Ready. When I'm Not Around... beka i lekkie nawiązanie do jednej z moich rzutek utworowych, a raczej takie meta-nawiązanie, albowiem intro do tego numeru brzmi niemal identycznie jak gitary otwierające kawałek pt. Brief Encounter od... Ancien prostytutka Régime xD Brief Encounter zresztą otwiera ich jedyny longplay, czyli The Position (polecam po raz kolejny cały krążek, ale też Brief Encounter to jeden z moich ulubionych od nich kawałków). Coś za dużo mam tutaj specyficznych skojarzeń, nie powiem (i dlatego właśnie mówię). Jako domknięcie płyty daje radę, znowu kupuje mnie elektroniczna perka, pady i pulsujący basik, wspominane już setki razy przeszkadzajki, Greenspan śpiewa oczywiście bardzo delikatnie, ale jest w nim teraz nieco więcej życia (albo mniej życia w samej piosence, co akurat bardzo do niej pasuje). Jest narastanie wrażenia, zgodzę się z Robertem, ale też czy ten refren taki popisowy? Chyba bym nie przesadzał, już wyraźniej podobał mi się ten nieco zaskakujący saksofon; niemniej jednak słucha się bardzo dobrze. No to... dojechaliśmy do końca I guess?
Ciekawa sprawa, przesłuchałem krążka 3 razy i za każdym ciupcianym zrazem już na samym początku łapała mnie potworna senność. To jest taki archetyp muzyki do puszczania w salonie piękności, hipsterskiej klubokawiarni w godzinach podawania śniadań albo w designerskim sklepie z rowerami. Albo sobie samemu, z ukrytego w ścianie głośnika, kiedy mimo pięknej pogody za oknem i ekstremalnie wysokiej temperatury, która zachęca do siedzenia nad wodą, ktoś woli jednak leżeć na kanapie i mieć wszystko bardzo, bardzo gdzieś. Jest fajnie, jest... bardziej "Jelinkowo" niż się tego spodziewałem, jest przede wszystkim nastrojowo, ale bardzo w kierunku, który opisałem wyżej. Czy żałuję? No, trochę tak, albowiem otwieracz nastawiał mnie na coś jednak innego xD To przypomina sytuację, hipotetyczną, w której zamawiam żarcie w fancy knajpie - żarcie o fancy nazwie, ma się rozumieć - i przynoszą mi coś, o czym nie pomyślałem, właściwie coś, na co może nawet nie do końca mam ochotę, ale i tak okazuje się być bardzo smaczne. Po prostu nie po to tutaj przyszedłem. Dobra, dość wybrzydzania. Puściłem sobie z ciekawości parę innych numerów Dżuniorbojsów z innych ich płyt i muszę przyznać, że mają na pewno żywsze rzeczy do zaoferowania, myślę, że się zapoznam. Zwłaszcza kupiło mnie Banana Ripple. Mają i życie w tym swoim synthpopie i nie stracili na lekkości. Więc lekką ręką daję Robertowi Musiałowy znak jakości!
No no no... Muszę przyznać, że nie spodziewałem się... właściwie to nie wiem, czego się spodziewałem xD Ale choć z reguły żyję zgodnie z zasadą "I expect nothing and I'm still let down", to tutaj zostałem bardzo przyjemnie zaskoczony. I to od pierwszych dźwięków, choć... no dobra, nie do końca, musiała minąć tak minuta pierwszego numeru, i wtedy mnie wciągnęło na dobre. Już opis Smoka nieco intrygował, albowiem muszę wyznać (a i tak już to chyba zrobiłem), że jakiekolwiek elektroniczne dźwięki - głównie przez niego zapodawane - zostały ostatnimi czasy moim najważniejszym soundtrackiem (zwłaszcza Jelinek, damn). Oczywiście, tutaj muzyka jest nieco inna, tzn. też elektronika, ale bardziej pop niż ambient, choć nie przeszkadza mi to w ogóle, przede wszystkim ze względu na minimalistyczny charakter zawartości krążka. Kojarzy się trochę z zapomnianym już przez wszystkich bandem Clor, albo z wczesnym Hot Chip (a jak się okazało, trochę z Was, PT Forumowicze, coś tam o Hot Chip wiedzą). Głos wokalisty Junior Boys mi się z kimś kojarzy... ale no nie mogę teraz odnaleźć w głowie, o kogo mi chodzi. Odrzucam to na razie i staram się zatopić w muzyce. Właściwie już samo More Than Real robi ze mnie fana reszty, i powiedziałem to sobie w głowie po tym, gdy MTR było jedyną jeszcze piosenką, jaką przesłuchałem z płyty xD Lekki automat w tle, fenomenalnie pulsujący basik (czy nawet dwa), jakieś tam elektroprzeszkadzajki, nieinwazyjny klawisz, generalnie to, co Musiały lubią w elektronice najbardziej. Dodajmy do tego obskjurowy zespół i rok 2004 (gdybym ja wtedy poznał ten album, o ludzie) i mamy doskonałą mieszankę. Nawet okładka mnie kupuje xD
No dobrze, ale tu o muzyce trzeba, vibe i feeling zostawię sobie na koniec. Gra More Than Real a ja mam poczucie mariażu Pye Corner Audio z Hot Chip w moich uszach, to byłoby świetne kolabo. Następnie wjeżdża to szurskie wydawnictwo od szurskich książek o tematyce militar... wróć, po prostu, druga piosenka o budzącym oczywiste skojarzenia tytule. I tutaj robi się bardziej... letnio? Bardziej synthpopowo, ale wciąż jakoś tak surowo, jakby celowo niedopracowanie (a przynajmniej nie do końca), co jednocześnie nie stanowi żadnej wady przy jakże minimalistycznej aranżacji. Piosenka do nucenia zarówno po seksie jak i po udarze (why not both?). Jak wchodzi refren to od razu przypomina mi się autorski OST do takiej ścigałki na peceta, co się nazywała Re-volt. Nie wiem, czy ktoś z Was, PT Forumowicze, kojarzy, ale back in the day zagrywałem się jak szalony. Co prawda numery tam były bardziej housem i to pozbawionym wokalu, to jakoś nie mogę się tych skojarzeń pozbyć. Niemniej jednak, Bellona wchodzi tak lekko, że mam ochotę się pierdutnąć na łóżku i niech sobie coś po prostu gra w tle, niby nie jest to ambient, żeby zasypianie nie było aż tak oczywiste, ale tak naprawdę zaraz odpłynę i hui xD Fajnie się tego słucha, choć przebojowości pierwszego numeru nie ma. I outro jest trooochę za długie. No to może trzeci? Hmm, znów mam niedosyt. W sensie, nie jest źle, ale póki co More Than Real wygrywał, czyli generalnie oceniłem album w zły sposób, spodziewając się może powtórki otwierającego bangera. Jednocześnie nie jestem zły, czy też nie wiem, rozczarowany (no, może TROSZKĘ), bo ciągle jest to mój klimat, tylko jakoś umiejscowić go dobrze nie mogę... powiedzmy, że ciągle jest lato, może jakaś piękna, zagraniczna lokalizacja, ale mamy jakieś takie leniwe popołudnie, niby gorąco, słonecznie, tylko że nie chce mi się ruszać z przestronnego pokoju hotelowego (ściany pomalowane na biało i designerskie meble), leżę rozwalony na sofie i gapię się w lekko tańczące na równie lekkim wietrzyku zasłony oddzielające mnie od obszernego tarasu z wyjściem na basen. Faktycznie, jest to High Come Down, wciąż chce mi się spać xD Sytuację nieco ratuje tytułowy, choć na pewno nie energią - jest tak samo rozkosznie rozwleczony i uspokajający. Co to ja napisałem o Jelinku na samym początku? Przecież z tego wystarczyłoby wywalić wokal i mamy jakieś Moire w wersji bare xD Względnie podkład do reklamy ekstremalnie nowoczesnych i drogich odkurzaczy z właśnie okolic jakiegoś 2004 roku. Prawdę mówiąc, zaczyna się robić trochę tripowo... Właściwie to teraz zastanawiam się, gdzie Dragonowski słyszy to Depeche Mode, minimalizm jest tutaj nazbyt... soczysty, nazbyt... oczywisty, i w ogóle fajny póki co układ utworów na płycie, albowiem od dość energicznego i żywego More Than Real aż po Neon Rider każdy utwór jest coraz bardziej wciskający w materac xD Jakby faza za szybko schodziła. No mówię, kapitalne nagranie pod popołudniową sjestę, ale bardziej w wyżej wspomnianym hotelu nad morzem niż na wsi. Kolejny kawałek jest tak krótki i przez to aż nieco od czapy, że przelatuje mi między uszami właściwie niezauważalnie (wrócę do niego jeszcze parę razy). Tylko odrobinę przywraca życie, może ruszyłem dupę z hotelu i wyszedłem wieczorem na miasto (jakie by tam ono nie było). Vibe trochę kraftwerkowy, trochę synthwave'owy, trochę Briana Eno, dla każdego coś miłego. Najlepsze są te pady w tle. Zajeżdżają mi też... Boards of Canada xD Szybko kończę ten spacer i zderzam się znów z pulsującym basikiem - wreszcie coś się dzieje. Numer mógłby lekką ręką mieć "bębny" dwa razy szybsze, albo w ogóle o nieco bardziej zaplanowanej strukturze, albowiem tam w tle dzieje się chyba wszystko, co tylko może (na szczęście ratuje mnie druga połowa piosenki). Zrobiło się melodyjnie, znów słyszę głos wokalisty, idziemy w jakimś kierunku. Robert w ogóle mówi o dość radiowym potencjale utworu tego i High Come Down, nie jestem w stanie się zgodzić z tym ostatnim, ale i w przypadku Birthday wygrywa mi z nim More Than Real, choć też lekką ręką Teach Me How to Fight. Under the Sun nie pozostaje daleko w tyle, Dragon ustawia się tutaj w pozycji lekko sceptycznej, ja zaś endorsuję na pełnej, równy, odpowiednio wzmocniony bit, "mhroczne" pady w tle, niepokojący pół-szept wokalisty, idealny numer do marszu zatłoczoną miejską ulicą w pełnym słońcu, kiedy wszyscy mijający Cię, Droga Osobo Słuchająca, ludzie, mogą chcieć pomyśleć - gdyby tylko zwrócili na Ciebie uwagę, jak to śpiewał Russel Mael w pewnej wrzutce od Mentosa - że pewno w bębenki uderza Formacja Nieżywych Schabuff ze swoim nieśmiertelnym Latem, albo przynajmniej jakiś Calvin Harris, a tu nie, siusiaka! Sprzedajemy sobie sezonową porcję mroku, w bardzo ładnym, elektronicznym stylu. Znów wyczuwam PCA, a Jenkins dobrym muzykiem jest i też takie fajne rzeczy tworzy, więc mam się na czym zahaczyć. Moment gitarowy? Perfect. Tylko znowu to takie o minutę-dwie za długie, jakby tak... przyciąć tak... delikatnie nawet, ale po co tego aż tyle, nie możnaby może jakoś się w edity pobawić? Dobrze, że po dłuższym momencie spokoju jeszcze wpada na raz całe instrumentarium. Fajne jest wygaszanie perki, podczas gdy cała reszta wciąż wybrzmiewa. Dla wielu cheesy zabieg, dla mnie super <3 Bo i kawałek bardzo klimatyczny. No i ok, właściwie aż nie zauważyłem, że oto mamy na pełnej drugą połowę krążka i wjeżdżają Dragonowe polecajki. Three Words faktycznie ma depeszowy feeling, aczkolwiek bardziej jakiegoś depeszowego dema (nasuwa mi się na myśl Clean), użyty w tle automat perkusyjny kojarzy mi się Truth od New Order (wsłuchajcie się mocno, mam na myśli wersję z sesji u Johna Peela, czy to nie jest zsamplowane aby? Jest jak byk kurdebele), trochę Fad Gadget, trochę John Foxx i Matematycy (Matematyki?). Najfajniejsze są klawisze w tle, między pomiędzy gdzieś basem a wokalem, który swoją drogą jest chyba najsłabszy tutaj na całym albumie - nieco sflaczały, bez werwy, niby taki "windy", a jakby śpiewający Jeremy Greenspan zwyczajnie umierał. Znowu fajne outro, takie w moim stylu, trochę lo-fi, trochę detune'a, fajnie jest. Znowu życie przywraca Teach Me How to Fight, które się bardzo ładnie rozkręca i znowu charakterem bitu stoi najbliżej Jelinka, jak się tutaj tylko da. Reszta jest aż nieco trip-hopowa, co wyraźnie odstaje na tle rzeszty płyty. Wyżej zresztą nadmieniłem, że ten numer też ma radiowy potencjał, refren jest pod to wprost stworzony. Klawisz w tymże wchodzi mi jak złoto. Kurde, to jest naprawdę bardzo letnia płyta będąca jednocześnie zimną. Też w jakiś sposób kusi, żeby zapoznać się z resztą ich twórczości, zwłaszcza, że Last Exit to debiut, a debiuty mają swój specyficzny charakter i potem może być dużo lepiej. Jak już wchodzi na momencik ta niemal gitara pod sam sam koniec piosenki, to mam wrażenie, jakbym słuchał jakiejś strony B od New Order z okolic Get Ready. When I'm Not Around... beka i lekkie nawiązanie do jednej z moich rzutek utworowych, a raczej takie meta-nawiązanie, albowiem intro do tego numeru brzmi niemal identycznie jak gitary otwierające kawałek pt. Brief Encounter od... Ancien prostytutka Régime xD Brief Encounter zresztą otwiera ich jedyny longplay, czyli The Position (polecam po raz kolejny cały krążek, ale też Brief Encounter to jeden z moich ulubionych od nich kawałków). Coś za dużo mam tutaj specyficznych skojarzeń, nie powiem (i dlatego właśnie mówię). Jako domknięcie płyty daje radę, znowu kupuje mnie elektroniczna perka, pady i pulsujący basik, wspominane już setki razy przeszkadzajki, Greenspan śpiewa oczywiście bardzo delikatnie, ale jest w nim teraz nieco więcej życia (albo mniej życia w samej piosence, co akurat bardzo do niej pasuje). Jest narastanie wrażenia, zgodzę się z Robertem, ale też czy ten refren taki popisowy? Chyba bym nie przesadzał, już wyraźniej podobał mi się ten nieco zaskakujący saksofon; niemniej jednak słucha się bardzo dobrze. No to... dojechaliśmy do końca I guess?
Ciekawa sprawa, przesłuchałem krążka 3 razy i za każdym ciupcianym zrazem już na samym początku łapała mnie potworna senność. To jest taki archetyp muzyki do puszczania w salonie piękności, hipsterskiej klubokawiarni w godzinach podawania śniadań albo w designerskim sklepie z rowerami. Albo sobie samemu, z ukrytego w ścianie głośnika, kiedy mimo pięknej pogody za oknem i ekstremalnie wysokiej temperatury, która zachęca do siedzenia nad wodą, ktoś woli jednak leżeć na kanapie i mieć wszystko bardzo, bardzo gdzieś. Jest fajnie, jest... bardziej "Jelinkowo" niż się tego spodziewałem, jest przede wszystkim nastrojowo, ale bardzo w kierunku, który opisałem wyżej. Czy żałuję? No, trochę tak, albowiem otwieracz nastawiał mnie na coś jednak innego xD To przypomina sytuację, hipotetyczną, w której zamawiam żarcie w fancy knajpie - żarcie o fancy nazwie, ma się rozumieć - i przynoszą mi coś, o czym nie pomyślałem, właściwie coś, na co może nawet nie do końca mam ochotę, ale i tak okazuje się być bardzo smaczne. Po prostu nie po to tutaj przyszedłem. Dobra, dość wybrzydzania. Puściłem sobie z ciekawości parę innych numerów Dżuniorbojsów z innych ich płyt i muszę przyznać, że mają na pewno żywsze rzeczy do zaoferowania, myślę, że się zapoznam. Zwłaszcza kupiło mnie Banana Ripple. Mają i życie w tym swoim synthpopie i nie stracili na lekkości. Więc lekką ręką daję Robertowi Musiałowy znak jakości!
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Junior Boys - Last Exit
Album Bobasków znam od jakichś 15 miesięcy. Wtedy to Dragon wrzucił w bestce utworowej When im not around, który z miejsca mi zaimponował. Na tyle, że natychmiast ściągnąłem cały album. Czasami się zdarza, że po jednym złotym strzale w bestce cały album jednak mocno zawodzi. Miałem już tutaj takie przypadki, ale nie tym razem. Last Exit od początku mi się spodobał. Posłuchałem parę razy. Potem jeszcze od czasu do czasu wróciłem do całości. I z czasem było jeszcze lepiej. Teraz za sprawą bestki albumowej powróciłem ponownie po pewnej przerwie. I teraz jest wręcz rewelacyjnie. Album ma bardzo spójne elektroniczne brzmienie. Kompozycje są bardzo dobre. Z rodzaju tych, które wgryzają się w świadomość słuchacza i nie mają zamiaru się znudzić. Do tego wrażenie robi dobrze przemyślana warstwa brzmieniowa. A jak muzyka wybija się w obu tych elementach, to musi być dobrze.
Już otwierający album More than real mocno zachęca do poznania reszty płyty. Długie instrumentalne intro z fajnie chodzącym automatem perkusyjnym i różnymi ciekawymi dźwiękami klawiszowymi. Potem perka zaczyna cykać rytmicznie i wchodzi wokal, który w pewnych momentach mocno kojarzy mi się z… Bownessem.
Dragon w swojej zapowiedzi lekko marudzi na trzy utwory, w tym Bellonę. I w sumie nie wiem czemu, bo to bardzo dobry utwór. Zagrywka klawiszowa świetna. Rytm jak należy, bas również. Niski na wpół szeptany wokal też w porządku. Chwilami ten utwór z kolei kojarzy mi się z czymś od Katy B. Najmniej podobają mi się te przekształcone wokale, ale to szczegół.
High come down to jeden z moich ulubieńców. Znowu podoba mi się praca sekcji rytmicznej (jak na całym albumie zresztą). Fajny refren. Tytułowy Last Exit zwalnia. Cudny klimat się wytwarza. Utwór idealny do nocnych seansów. Znowu mamy taki łamany rytm, który bardzo mi odpowiada. Głęboki bas. Refren to miód na moje serce. Jest pięknie i nastrojowo. Nie wyobrażam sobie kogoś innego na wokalu.
Neon rider to instrumentalny, tajemniczo brzmiący maluszek, który bardzo płynnie przechodzi w żywsze Birthday. Ten utwór albo mi się z czymś mocno kojarzy, ale sam w sobie jest taki charakterny, że tylko mi się wydaje, że się z czymś kojarzy. A tak naprawdę kojarzy mi się z samym sobą. Fajne te klawiszowe arpeggia. W połowie wchodzi rytm rodem z New Order. Świetny numer.
Under the sun to kolejny numer z czarnej listy Dragona. I tu już w ogóle nie jarzę o co mu chodzi, bo to jest kapitalny numer. Ma nieco inny charakter od dotychczasowych utworów, ale absolutnie nie odstaje. A może jest wręcz najlepszym utworem z dotychczasowych? Mimo swej długości przelatuje migiem. Dla mnie mógłby trwać nawet 20 minut i bym nie narzekał, tak jest hipnotyczny. I też mi się z czymś kojarzy. W ogóle ten album jest tak bogaty w różne motywy, że przez to pełen jest jakichś skojarzeń. W Three words naprawdę można się doszukać dalekiego echa DM. Te syntezatory bardziej mi zalatują Any Second Now niż Clean. Niezwykle klimatyczny i piękny utwór.
Już przy początkowych trzeszczących dźwiękach Teach me how to fight wiedziałem, że będzie dobrze. Potem jeszcze wchodzą iście vaporowo brzmiące klawisze. Melodia równie interesująca co samo brzmienie. Heh przy trzecim utworze napisałem, że to jeden z moich ulubieńców, a teraz sobie myślę, że co tym ulubieńcem właściwie tu nie jest? Właściwie od More than real każdy następny utwór jest coraz lepszy. Uwielbiam albumy, na których otwieracz robi duże wrażenie, a potem im dalej, tym jest lepiej aż do samego końca. Szkoda, że to Teach me how to fight nie zamyka albumu, bo idealnie się do tego nadaje.
When im not around już rok temu chwaliłem. To super utwór. A najlepsze jest tutaj to, że utwór z bestki, który mnie tak zachęcił do tego albumu, po zapoznaniu się z nim wcale nie jest moim ulubionym utworem. Wybrałbym na pewno ze 2-3, które robią na mnie większe wrażenie.
No i tak oto za sprawą Dragona przybyła mi do mojej biblioteki muzycznej rewelacyjna płyta, której bez naszej bestki zapewne bym nigdy nie poznał. Płyta, która z dragonowych propozycji może śmiało konkurować z rewelacyjnym DJ Spooky. Te nietuzinkowe kompozycje ubrane w rewelacyjne elektroniczne brzmienie dają mi mnóstwo satysfakcji. Nie sposób też pominąć wkładu wokalisty, którego głos jest wręcz stworzony do takiej muzyki.
Lekką ręką daję Robertowi shodanowy znak jakości!
Album Bobasków znam od jakichś 15 miesięcy. Wtedy to Dragon wrzucił w bestce utworowej When im not around, który z miejsca mi zaimponował. Na tyle, że natychmiast ściągnąłem cały album. Czasami się zdarza, że po jednym złotym strzale w bestce cały album jednak mocno zawodzi. Miałem już tutaj takie przypadki, ale nie tym razem. Last Exit od początku mi się spodobał. Posłuchałem parę razy. Potem jeszcze od czasu do czasu wróciłem do całości. I z czasem było jeszcze lepiej. Teraz za sprawą bestki albumowej powróciłem ponownie po pewnej przerwie. I teraz jest wręcz rewelacyjnie. Album ma bardzo spójne elektroniczne brzmienie. Kompozycje są bardzo dobre. Z rodzaju tych, które wgryzają się w świadomość słuchacza i nie mają zamiaru się znudzić. Do tego wrażenie robi dobrze przemyślana warstwa brzmieniowa. A jak muzyka wybija się w obu tych elementach, to musi być dobrze.
Już otwierający album More than real mocno zachęca do poznania reszty płyty. Długie instrumentalne intro z fajnie chodzącym automatem perkusyjnym i różnymi ciekawymi dźwiękami klawiszowymi. Potem perka zaczyna cykać rytmicznie i wchodzi wokal, który w pewnych momentach mocno kojarzy mi się z… Bownessem.
Dragon w swojej zapowiedzi lekko marudzi na trzy utwory, w tym Bellonę. I w sumie nie wiem czemu, bo to bardzo dobry utwór. Zagrywka klawiszowa świetna. Rytm jak należy, bas również. Niski na wpół szeptany wokal też w porządku. Chwilami ten utwór z kolei kojarzy mi się z czymś od Katy B. Najmniej podobają mi się te przekształcone wokale, ale to szczegół.
High come down to jeden z moich ulubieńców. Znowu podoba mi się praca sekcji rytmicznej (jak na całym albumie zresztą). Fajny refren. Tytułowy Last Exit zwalnia. Cudny klimat się wytwarza. Utwór idealny do nocnych seansów. Znowu mamy taki łamany rytm, który bardzo mi odpowiada. Głęboki bas. Refren to miód na moje serce. Jest pięknie i nastrojowo. Nie wyobrażam sobie kogoś innego na wokalu.
Neon rider to instrumentalny, tajemniczo brzmiący maluszek, który bardzo płynnie przechodzi w żywsze Birthday. Ten utwór albo mi się z czymś mocno kojarzy, ale sam w sobie jest taki charakterny, że tylko mi się wydaje, że się z czymś kojarzy. A tak naprawdę kojarzy mi się z samym sobą. Fajne te klawiszowe arpeggia. W połowie wchodzi rytm rodem z New Order. Świetny numer.
Under the sun to kolejny numer z czarnej listy Dragona. I tu już w ogóle nie jarzę o co mu chodzi, bo to jest kapitalny numer. Ma nieco inny charakter od dotychczasowych utworów, ale absolutnie nie odstaje. A może jest wręcz najlepszym utworem z dotychczasowych? Mimo swej długości przelatuje migiem. Dla mnie mógłby trwać nawet 20 minut i bym nie narzekał, tak jest hipnotyczny. I też mi się z czymś kojarzy. W ogóle ten album jest tak bogaty w różne motywy, że przez to pełen jest jakichś skojarzeń. W Three words naprawdę można się doszukać dalekiego echa DM. Te syntezatory bardziej mi zalatują Any Second Now niż Clean. Niezwykle klimatyczny i piękny utwór.
Już przy początkowych trzeszczących dźwiękach Teach me how to fight wiedziałem, że będzie dobrze. Potem jeszcze wchodzą iście vaporowo brzmiące klawisze. Melodia równie interesująca co samo brzmienie. Heh przy trzecim utworze napisałem, że to jeden z moich ulubieńców, a teraz sobie myślę, że co tym ulubieńcem właściwie tu nie jest? Właściwie od More than real każdy następny utwór jest coraz lepszy. Uwielbiam albumy, na których otwieracz robi duże wrażenie, a potem im dalej, tym jest lepiej aż do samego końca. Szkoda, że to Teach me how to fight nie zamyka albumu, bo idealnie się do tego nadaje.
When im not around już rok temu chwaliłem. To super utwór. A najlepsze jest tutaj to, że utwór z bestki, który mnie tak zachęcił do tego albumu, po zapoznaniu się z nim wcale nie jest moim ulubionym utworem. Wybrałbym na pewno ze 2-3, które robią na mnie większe wrażenie.
No i tak oto za sprawą Dragona przybyła mi do mojej biblioteki muzycznej rewelacyjna płyta, której bez naszej bestki zapewne bym nigdy nie poznał. Płyta, która z dragonowych propozycji może śmiało konkurować z rewelacyjnym DJ Spooky. Te nietuzinkowe kompozycje ubrane w rewelacyjne elektroniczne brzmienie dają mi mnóstwo satysfakcji. Nie sposób też pominąć wkładu wokalisty, którego głos jest wręcz stworzony do takiej muzyki.
Lekką ręką daję Robertowi shodanowy znak jakości!
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Junior Boys - Last Exit
Dragon zrobił fajne intro do tej płyty wrzutką utworową, zachęcił wystarczająco bym z ochotą zabierał się za odsłuch całego albumu. Ciekaw byłem czy reszta albo cokolwiek w ogóle będzie w stanie dorównać poziomem do tamtej pojedynczej wrzutki. Na całe szczęście płyta trzyma całkiem dobry poziom.
Przyznać muszę jednak że More Than Real to moim zdaniem takie średnie otwarcie tej płyty, raptem rzetelny numer który na jego nieszczęście jest też zdecydowanie za długi. Później za to robi się coraz lepiej.
Bellona już lepiej wchodzi, lżejszy jest ten rytm i fajnie baunsuje, choć numer też nieco przydługi. Śmieszne te wiewiórcze wokale, całość taka happy poppy.
High Come Down ma fajne połamane timbalandowe rytmy i podobne jak u niego kosmiczne synthy. Refren przyjemny dla ucha z tą melodią.
Słuchając Last Exit mam wrażenie jakbym słyszał werbel/rimshot rodem z FL Studio, sam takiego używałem. Numer jest spoko, zwalnia tempa na płycie, taki soundtrack pod leniwy wieczór we dwoje na sofie.
Neon Rider to w sumie tylko filler instrumental ale trzyma klimat i poziom płyty, nie marnuje czasu słuchacza IMO.
Birthday ma faktycznie chwytliwy refrenik z tymi klawiszami i specyficznymi umcyk umcyk hihatami. W zwrotkach pojawia się znowu trochę ta nieco timbalandowa perkusyjna sałatka. W mostku basowy synth leci ejtisowym italo disco.
Under The Sun faktycznie odstaje od reszty płyty w swoim brzmieniu. Jednocześnie najszybciej mnie kupił, choć początkowo wydawało mi się że nuży to jeszcze w trakcie tego samego pierwszego odsłuchu zmieniłem zdanie że jednak fajnie transuje i wkręca się. Taki midtempo housik, muzakowaty ale ciepły, przyjemny, senny, dokładnie taki jaki lubię. Proste ale sprawdzone 4/4 które trudno spieprzyć, świdrujący basowy synth, po wierzchu rozmyte synthy i gitara, powtarzający mantrę wokal, mi nic więcej nie potrzeba nad ten moment zawieszenia w czasie jak tu. To zdecydowanie mój faworyt z płyty. Wrzucam na nieistniejącą plejkę na leniwe słoneczne popołudnia.
Three Words atakuje cięższym klimatem, basowy synth zalatuje jakimś mrocznym elektro czy zimną falą, nad tym wszystkim unosi się cykająca chmara świerszczy. Zimniejszy od reszty albumu jest ten numer i kojarzy mi się bardziej z Edgeland od Karla Hyde'a.
Teach Me How To Fight powoli się rozkręca i z czeluści wyłania się ta epicka melodia. Potem wchodzą charakterystyczne na tej płycie bębny, dobra synkopa nie jest zła. Ten refren jakoś tak brzmi że przypomina mi Hurts. Gdzieś w necie wyczytałem określenie że muza Junior Boys to mieszanka ejtisowego synth popu z klubowymi rytmami UK Garage i to by się zgadzało gdyż - o czym nie każdy może wie - Timbaland właśnie z UK czerpał te swoje rytmy. Ten numer to najlepszy taki mariaż na tej płycie chyba.
Opisując When I'm Not Around mam z górki bo jest już bias i uwielbienie z bestki utworowej, znów te same wpływy czuć w warstwie rytmicznej połączone z przymulonymi synthami no i wisienką na torcie w postaci saksofonu, bardzo udane zwieńczenie albumu.
Kurczę baaardzo fajna ta płyta jest, może nie zachwyciłem się od A do Z ale jest tu spokojnie wielka trójka albo i wielka piątka utworów bardzo dobrych na pewno i to jest już solidna podstawa by wracać do albumu w całości bo mielizn tu nie zaznałem zbytnio. Junior Boys mają swoje własne brzmienie (przynajmniej po tej płycie tak to czuję), czerpią inspiracje z dobrych rzeczy i przerabiają te inspiracje na swoją modłę odpowiednio. Myślę że całkiem zgrabnie się zestarzała ta muza, choć może ja słuchając tego dziś trochę karmię się sentymentem do takich produkcji z tej ery. Ogółem jedna z lepszych wrzutek Dragona, chyba druga najlepsza po Arce więc nareszcie chłopak DOSTARCZYŁ.
P.S.
Bekę mam jak czytam o osiągnięciach tej płyty i na angielskiej Wiki czytam że
"The song "Teach Me How to Fight" ranked at number 57 on Porcys' list of the best singles of 2000-2004"
Dragon zrobił fajne intro do tej płyty wrzutką utworową, zachęcił wystarczająco bym z ochotą zabierał się za odsłuch całego albumu. Ciekaw byłem czy reszta albo cokolwiek w ogóle będzie w stanie dorównać poziomem do tamtej pojedynczej wrzutki. Na całe szczęście płyta trzyma całkiem dobry poziom.
Przyznać muszę jednak że More Than Real to moim zdaniem takie średnie otwarcie tej płyty, raptem rzetelny numer który na jego nieszczęście jest też zdecydowanie za długi. Później za to robi się coraz lepiej.
Bellona już lepiej wchodzi, lżejszy jest ten rytm i fajnie baunsuje, choć numer też nieco przydługi. Śmieszne te wiewiórcze wokale, całość taka happy poppy.
High Come Down ma fajne połamane timbalandowe rytmy i podobne jak u niego kosmiczne synthy. Refren przyjemny dla ucha z tą melodią.
Słuchając Last Exit mam wrażenie jakbym słyszał werbel/rimshot rodem z FL Studio, sam takiego używałem. Numer jest spoko, zwalnia tempa na płycie, taki soundtrack pod leniwy wieczór we dwoje na sofie.
Neon Rider to w sumie tylko filler instrumental ale trzyma klimat i poziom płyty, nie marnuje czasu słuchacza IMO.
Birthday ma faktycznie chwytliwy refrenik z tymi klawiszami i specyficznymi umcyk umcyk hihatami. W zwrotkach pojawia się znowu trochę ta nieco timbalandowa perkusyjna sałatka. W mostku basowy synth leci ejtisowym italo disco.
Under The Sun faktycznie odstaje od reszty płyty w swoim brzmieniu. Jednocześnie najszybciej mnie kupił, choć początkowo wydawało mi się że nuży to jeszcze w trakcie tego samego pierwszego odsłuchu zmieniłem zdanie że jednak fajnie transuje i wkręca się. Taki midtempo housik, muzakowaty ale ciepły, przyjemny, senny, dokładnie taki jaki lubię. Proste ale sprawdzone 4/4 które trudno spieprzyć, świdrujący basowy synth, po wierzchu rozmyte synthy i gitara, powtarzający mantrę wokal, mi nic więcej nie potrzeba nad ten moment zawieszenia w czasie jak tu. To zdecydowanie mój faworyt z płyty. Wrzucam na nieistniejącą plejkę na leniwe słoneczne popołudnia.
Three Words atakuje cięższym klimatem, basowy synth zalatuje jakimś mrocznym elektro czy zimną falą, nad tym wszystkim unosi się cykająca chmara świerszczy. Zimniejszy od reszty albumu jest ten numer i kojarzy mi się bardziej z Edgeland od Karla Hyde'a.
Teach Me How To Fight powoli się rozkręca i z czeluści wyłania się ta epicka melodia. Potem wchodzą charakterystyczne na tej płycie bębny, dobra synkopa nie jest zła. Ten refren jakoś tak brzmi że przypomina mi Hurts. Gdzieś w necie wyczytałem określenie że muza Junior Boys to mieszanka ejtisowego synth popu z klubowymi rytmami UK Garage i to by się zgadzało gdyż - o czym nie każdy może wie - Timbaland właśnie z UK czerpał te swoje rytmy. Ten numer to najlepszy taki mariaż na tej płycie chyba.
Opisując When I'm Not Around mam z górki bo jest już bias i uwielbienie z bestki utworowej, znów te same wpływy czuć w warstwie rytmicznej połączone z przymulonymi synthami no i wisienką na torcie w postaci saksofonu, bardzo udane zwieńczenie albumu.
Kurczę baaardzo fajna ta płyta jest, może nie zachwyciłem się od A do Z ale jest tu spokojnie wielka trójka albo i wielka piątka utworów bardzo dobrych na pewno i to jest już solidna podstawa by wracać do albumu w całości bo mielizn tu nie zaznałem zbytnio. Junior Boys mają swoje własne brzmienie (przynajmniej po tej płycie tak to czuję), czerpią inspiracje z dobrych rzeczy i przerabiają te inspiracje na swoją modłę odpowiednio. Myślę że całkiem zgrabnie się zestarzała ta muza, choć może ja słuchając tego dziś trochę karmię się sentymentem do takich produkcji z tej ery. Ogółem jedna z lepszych wrzutek Dragona, chyba druga najlepsza po Arce więc nareszcie chłopak DOSTARCZYŁ.
P.S.
Bekę mam jak czytam o osiągnięciach tej płyty i na angielskiej Wiki czytam że
"The song "Teach Me How to Fight" ranked at number 57 on Porcys' list of the best singles of 2000-2004"
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Junior Boys – Last Exit
Pierwsze wrażenie po odpaleniu płyty, że to by mogło być coś czym bym się od razu pojarał podczas moich blogspotowych poszukiwań w elektronice na początku 2009 r. Drugie spostrzeżenie, po obczajeniu lasta, że bardzo dużo moich znajomych słucha, lub chociaż sprawdzało Junior Boys, zwłaszcza ludzie z kręgu żakowego.
Nie wiem, czy spotkaliście się kiedyś z określeniem „połamana elektronika”. Nigdy nie rozumiałem tego zwrotu, wydawał mi się być jakimś wymyślonym przez hipsterów określeniem, które nic nie znaczy, ale fajnie brzmi. Po latach, w końcu mogę znaleźć jakieś zastosowanie dla niego, bo „Last Exit” to jest moim zdaniem właśnie taka „połamana” elektronika. Bity, jak i reszta muzyki, są porwane, tak jakby cięto je z różnych źródeł i montowaną w całość.
Płyta zaczyna się wariacją na temat muzyki 8-bitowej, co dziś już trochę śmieszy, ale w 2004 r. było jeszcze czymś totalnie „out there” i wtedy by zrobiło na mnie wrażenie. Miauczące synthy w tle, fajny basik i już wiem, że to mi coś przypomina i potem do tego wrócę. Na razie wiem, że jest to skojarzenie miłe i ta elektronika mi się podoba. Jest taka neutralna emocjonalnie, więc można do niej się cieszyć, smucić, jest strawna w słoneczny dzień, ale też w deszczu, itd., itd. „More Than Real” ma taki uniwersalny vibe, CHOCIAŻ, zdecydowanie bardziej znosi mnie to w kierunku jesiennym, i razem z rozwojem akcji na płycie, będzie to dla mnie coraz bardziej oczywiste.
„Bellona” pogłębia pewne skojarzenia (te urwane synthy). Podoba mi się jak bardzo ta muzyka polega na cyfrowej sekcji rytmicznej. Tak naprawdę nic by się nie stało gdyby zostawić w całym kawałku tylko automat z basem i wokal, ten numer nadal by się obronił. „High Come Down” ma podobny vibe, w zasadzie pierwsze przesłuchania są trochę brutalne dla tego kawałka (i paru innych), bo zlewa się zresztą, dopiero potem idzie wyróżnić jakieś unikalne momenty i przede wszystkim samą piosenkę (trochę jak na „Leśnych Kurwach” Jethro Tull).
„Last Exit” zaczyna się jak jakieś mellow dnb, nie wiem zbyt wiele o ludziach stojących za szyldem Junior Boys, ale może tego słuchali wcześniej. Kawałek jest długi, ale się wkręca, po jakimś czasie jest się już w takim transie, że te 6+ minut nie drażni w żaden sposób. Fajne melodie, fajne efekty na automacie perkusyjnym, po prostu fajna atmosfera.
„Neon Rider” to chyba mój ulubiony fragment płyty, szkoda że nie pociągnęli tego na maksa. Ten numer, jak nic innego na płycie, kojarzy mi się z przejściem lata w jesień, jakaś lekka mgiełka, coraz wcześniej zachodzące słońce, ale w powietrzu nadal jeszcze unoszące się resztki lata, ciepłego powietrza, itd. (ja wiem, że nie do końca da się to połączyć, ale są takie momenty).
Z zamyślenia wytrąca mnie „JEB” i wchodzi „Birthday”. Greenspan przemruczał już pół albumu, to tu w końcu otwiera bardziej buzie w refrenie i wszystko nabiera lekkich rumieńców. „Under the Sun” nawet nie wiem kiedy wchodzi i kiedy zlatuje, za każdym razem. Tutaj płyta zaczyna się robić powoli monotonna i kawałki słuchane pojedynczo, mogłyby wypaść odrobinę lepiej. Ten aktualny działa jako mantra, ale już nie tak efektywnie.
Początek „Three Words” faktycznie zapowiada jakieś DM, wręcz spodziewam się, że zaraz wjedzie bit i Gahan zacznie śpiewać „People Are Good”. W tym momencie, kawałek robi skręt w kompletnie innym kierunku i to jest bardzo przyjemne zasko, bo i klimat mi bardziej odpowiada. Ogólnie, podczas słuchania tego kawałka, dotarło do mnie jak bardzo mi się ta muza kojarzy z OSTami do niektórych gier video, zwłaszcza „Radiant Defense” (o którym przy jakiejś okazji już pisałem, i do którego piłem na początku recenzji) oraz takim jednym kawałkiem z „Super Mario Land 2”, który stanowi tło dla levelu, który dzieje się na księżycu. Siła skojarzeń, widzę teraz ludzi skaczących sobie po powierzchni księżyca, powolnie, na luzie, tak jak ten numer prowadzi. Jakiekolwiek skojarzenia z DM, jeśli były, to już dawno uleciały. Jeśli jeszcze miałbym na jakieś wskazać, to skojarzenia z „The Blue” Gilmoura, czy „Kalopsia” QOTSA, ale oba kawałki powstały później.
„Teach Me How To Fight” wprowadza odrobinę urozmaicenia, ale i tak płyta na tym etapie się ciągnie, 54 minuty to jednak za dużo na tak ascetyczne i monotonne brzmienie, zwłaszcza że piosenki, chociaż dobre, są do siebie mocno podobne, a melodie wokalu niemal identyczne w każdym kawałku. Na 40 minutach warto było zakończyć, ale nie będę się kopał z prawie 20letnią płytą. Jest jak jest. Wokalista jednak stara się mnie jeszcze przeciągnąć na swoją stronę, śpiewając trochę inaczej niż na całej płycie, pojawiają się jakieś gitary (LOL!) i generalnie im bardziej numer się rozwija, tym bardziej człowiek budzi się z lekkiego letargu, w który na tym etapie już zdążył wpaść. Świetny utwór.
Ostatni numer wali koszem niczym Timbaland. Mam wrażenie jakbym wracał na start, jakby to była wariacja na temat pierwszego kawałka. Podobna perkusja, bas, ozdobniki (pewnie mi się wydaje), zrobiliśmy ewidentnie kółko i zaraz wysiadamy z tego eleganckiego samochodu.
Wchodzi saksofonik, więc jakieś last minute dodatki wyróżniające się pojawiają. Ogólnie bardzo spoko. Przyznam, że mocno zapomniałem o istnieniu tego utworu, po tym jak go Dragon wrzucił do bestki rok temu, nie wracałem z jakiegoś powodu do niego zbyt często i świadomie. Aż sprawdziłem swoją recenzję, na pewno w ramach płyty kawałek robi lepsze wrażenie. Kisnę z tego porównania do dartej tektury, to faktycznie tak brzmi.
Fajna jest to płyta, na pewno jedna z najlepszych jakie Dragon wrzucił w tej zabawie. Na razie ją odkładam, ale wrócę do niej jesienią kiedy lepiej ona dla mnie zabrzmi.
W przeciwieństwie do Musiała, cieszę się, że nie poznałem tego w 2004 r., bo to był dosyć mieszany, z naciskiem na chujowy, okres w moim życiu i możliwe, że ten band trafiłby na czarną listę, bo by mi go ludzie po prostu zepsuli, nie wiem. Nie chce się nad tym zastanawiać, ciesze się, że obcuje z ta muzykę teraz.
Pierwsze wrażenie po odpaleniu płyty, że to by mogło być coś czym bym się od razu pojarał podczas moich blogspotowych poszukiwań w elektronice na początku 2009 r. Drugie spostrzeżenie, po obczajeniu lasta, że bardzo dużo moich znajomych słucha, lub chociaż sprawdzało Junior Boys, zwłaszcza ludzie z kręgu żakowego.
Nie wiem, czy spotkaliście się kiedyś z określeniem „połamana elektronika”. Nigdy nie rozumiałem tego zwrotu, wydawał mi się być jakimś wymyślonym przez hipsterów określeniem, które nic nie znaczy, ale fajnie brzmi. Po latach, w końcu mogę znaleźć jakieś zastosowanie dla niego, bo „Last Exit” to jest moim zdaniem właśnie taka „połamana” elektronika. Bity, jak i reszta muzyki, są porwane, tak jakby cięto je z różnych źródeł i montowaną w całość.
Płyta zaczyna się wariacją na temat muzyki 8-bitowej, co dziś już trochę śmieszy, ale w 2004 r. było jeszcze czymś totalnie „out there” i wtedy by zrobiło na mnie wrażenie. Miauczące synthy w tle, fajny basik i już wiem, że to mi coś przypomina i potem do tego wrócę. Na razie wiem, że jest to skojarzenie miłe i ta elektronika mi się podoba. Jest taka neutralna emocjonalnie, więc można do niej się cieszyć, smucić, jest strawna w słoneczny dzień, ale też w deszczu, itd., itd. „More Than Real” ma taki uniwersalny vibe, CHOCIAŻ, zdecydowanie bardziej znosi mnie to w kierunku jesiennym, i razem z rozwojem akcji na płycie, będzie to dla mnie coraz bardziej oczywiste.
„Bellona” pogłębia pewne skojarzenia (te urwane synthy). Podoba mi się jak bardzo ta muzyka polega na cyfrowej sekcji rytmicznej. Tak naprawdę nic by się nie stało gdyby zostawić w całym kawałku tylko automat z basem i wokal, ten numer nadal by się obronił. „High Come Down” ma podobny vibe, w zasadzie pierwsze przesłuchania są trochę brutalne dla tego kawałka (i paru innych), bo zlewa się zresztą, dopiero potem idzie wyróżnić jakieś unikalne momenty i przede wszystkim samą piosenkę (trochę jak na „Leśnych Kurwach” Jethro Tull).
„Last Exit” zaczyna się jak jakieś mellow dnb, nie wiem zbyt wiele o ludziach stojących za szyldem Junior Boys, ale może tego słuchali wcześniej. Kawałek jest długi, ale się wkręca, po jakimś czasie jest się już w takim transie, że te 6+ minut nie drażni w żaden sposób. Fajne melodie, fajne efekty na automacie perkusyjnym, po prostu fajna atmosfera.
„Neon Rider” to chyba mój ulubiony fragment płyty, szkoda że nie pociągnęli tego na maksa. Ten numer, jak nic innego na płycie, kojarzy mi się z przejściem lata w jesień, jakaś lekka mgiełka, coraz wcześniej zachodzące słońce, ale w powietrzu nadal jeszcze unoszące się resztki lata, ciepłego powietrza, itd. (ja wiem, że nie do końca da się to połączyć, ale są takie momenty).
Z zamyślenia wytrąca mnie „JEB” i wchodzi „Birthday”. Greenspan przemruczał już pół albumu, to tu w końcu otwiera bardziej buzie w refrenie i wszystko nabiera lekkich rumieńców. „Under the Sun” nawet nie wiem kiedy wchodzi i kiedy zlatuje, za każdym razem. Tutaj płyta zaczyna się robić powoli monotonna i kawałki słuchane pojedynczo, mogłyby wypaść odrobinę lepiej. Ten aktualny działa jako mantra, ale już nie tak efektywnie.
Początek „Three Words” faktycznie zapowiada jakieś DM, wręcz spodziewam się, że zaraz wjedzie bit i Gahan zacznie śpiewać „People Are Good”. W tym momencie, kawałek robi skręt w kompletnie innym kierunku i to jest bardzo przyjemne zasko, bo i klimat mi bardziej odpowiada. Ogólnie, podczas słuchania tego kawałka, dotarło do mnie jak bardzo mi się ta muza kojarzy z OSTami do niektórych gier video, zwłaszcza „Radiant Defense” (o którym przy jakiejś okazji już pisałem, i do którego piłem na początku recenzji) oraz takim jednym kawałkiem z „Super Mario Land 2”, który stanowi tło dla levelu, który dzieje się na księżycu. Siła skojarzeń, widzę teraz ludzi skaczących sobie po powierzchni księżyca, powolnie, na luzie, tak jak ten numer prowadzi. Jakiekolwiek skojarzenia z DM, jeśli były, to już dawno uleciały. Jeśli jeszcze miałbym na jakieś wskazać, to skojarzenia z „The Blue” Gilmoura, czy „Kalopsia” QOTSA, ale oba kawałki powstały później.
„Teach Me How To Fight” wprowadza odrobinę urozmaicenia, ale i tak płyta na tym etapie się ciągnie, 54 minuty to jednak za dużo na tak ascetyczne i monotonne brzmienie, zwłaszcza że piosenki, chociaż dobre, są do siebie mocno podobne, a melodie wokalu niemal identyczne w każdym kawałku. Na 40 minutach warto było zakończyć, ale nie będę się kopał z prawie 20letnią płytą. Jest jak jest. Wokalista jednak stara się mnie jeszcze przeciągnąć na swoją stronę, śpiewając trochę inaczej niż na całej płycie, pojawiają się jakieś gitary (LOL!) i generalnie im bardziej numer się rozwija, tym bardziej człowiek budzi się z lekkiego letargu, w który na tym etapie już zdążył wpaść. Świetny utwór.
Ostatni numer wali koszem niczym Timbaland. Mam wrażenie jakbym wracał na start, jakby to była wariacja na temat pierwszego kawałka. Podobna perkusja, bas, ozdobniki (pewnie mi się wydaje), zrobiliśmy ewidentnie kółko i zaraz wysiadamy z tego eleganckiego samochodu.
Wchodzi saksofonik, więc jakieś last minute dodatki wyróżniające się pojawiają. Ogólnie bardzo spoko. Przyznam, że mocno zapomniałem o istnieniu tego utworu, po tym jak go Dragon wrzucił do bestki rok temu, nie wracałem z jakiegoś powodu do niego zbyt często i świadomie. Aż sprawdziłem swoją recenzję, na pewno w ramach płyty kawałek robi lepsze wrażenie. Kisnę z tego porównania do dartej tektury, to faktycznie tak brzmi.
Fajna jest to płyta, na pewno jedna z najlepszych jakie Dragon wrzucił w tej zabawie. Na razie ją odkładam, ale wrócę do niej jesienią kiedy lepiej ona dla mnie zabrzmi.
W przeciwieństwie do Musiała, cieszę się, że nie poznałem tego w 2004 r., bo to był dosyć mieszany, z naciskiem na chujowy, okres w moim życiu i możliwe, że ten band trafiłby na czarną listę, bo by mi go ludzie po prostu zepsuli, nie wiem. Nie chce się nad tym zastanawiać, ciesze się, że obcuje z ta muzykę teraz.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Melki, mentos, pobudka Panowie
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Junior Boys - Last Exit
JUNIOR CHŁOPCY to zdecydowanie jeden z zespołów w dziejach muzyki. Jak przez mgłę pamiętam, że pojawili się w bestce utworowej gdzieś kiedyś i nawet z ciekawości postanowiłemżem sprawdzić cożem, u licha, na ich temat wypierdział. Generalnie nie napisałem nic ciekawego poza tym, że fajne, ma duszę i była mi ich poleciła jakoś sto lat temu - przytaczając to, od razu mam z głowy kwestię mojej dotychczasowej znajomości z tym zespołem, bo w sumie żadnej innej styczności za bardzo nie miałem.
No i tak generalnie to wam powiem, że płytę tę poznaję w jednocześnie dobrym i złym momencie. O tyle dobrym, że IMO idealnie pasuje na okres wakacyjnego lenistwa i zamuły, bo to trochę taki muzyczny ekwiwalent picia zimnej i niewygazowanej Coli (tu miało być pierwotnie piwo, ale bałem się że przyjedzie Jan Śpiewak na forum i mnie ugryzie w kostkę) w upalny dzień - może i nic szczególnie wyrafinowanego ani angażującego cokolwiek związanego z używaniem mózgu, ale od czasu do czasu jest spoko i w ogóle takie czemu nie. O tyle zły, że pewnie jakbym ten album poznał jeszcze dajmy na to w tym cholernym 2016, to bym pewnie go hajpował, prejzował i diabli wiedzą co, a teraz jestem już stary, zmurszały i karmię wnuczęta cukierkami z reklamy, więc ciężko wywołać u mnie zachwyt, zwłaszcza bez jakiejś nuty krejzolstwa, której tutaj jednak brakuje.
Mając świadomość tego, że mam do czynienia z blisko dwudziestoletnim (sic!) materiałem, coś mnie podkusiło i kazało sprawdzić, co o tym albumie napisał pewien portal na P, bo gdzieś tam po którymś odsłuchu w sumie zacząłem się nad tym zastanawiać. Generalnie to się nie zawiodłem już przy opisie pierwszego kawałka, dowiedziałem się o zimnym, wyrazistym, kraftwerkowym bicie (no dobra, w sumie jest TROCHĘ krafterkowy) i nadludzko czystym głosie Greenspana oraz jego tekściarskich skillach, przy których Tomasz Mann brzmi jak trzecioklasista piszący rozprawkę na ocenę 3=. Nie no, ja wiem, że ocenianie czegokolwiek przez pryzmat Porcysowego wodolejstwa to lekkie oszustwo (metawodolejstwo?), ale po prostu nie słyszę tu nic więcej poza sympatycznym otwarciem albumu. Jest to rzecz typu niezła, ale czegoś mi tu brakuje, bym mógł napisać o niej coś bardziej pozytywnego. Bellona... no z Belloną z grubsza mam to samo i w sumie mógłbym tutaj przekopiować opis poprzedniego kawałka, tylko musiałbym chyba usunąć informacje o byciu otwieraczem albumu z wiadomych przyczyn. Tyleż przyjemny, co zupełnie nieangażujący kawałek.
WYSOKI IDZIE DÓŁ faktycznie gdzieś tam może pobrzmiewać Inbalandem - wierzę wam wszystkim na słowo, bo ja go prawie w ogóle nie słuchałem w życiu. Podoba mi się ten kawałek, słyszę tu jakieś emocje, i to takie sprawiające wrażenie autentycznych nawet! Może i ma faktycznie radiowy potencjał, ja nie wiem, nie znam się, zarobiony jestem. Jest może i trochę za długi i generalnie to chciałem napisać, że to jest problem całej płyty, gdy nie wjechał tytułowy. W którym, to że jest się ciągnie to dla mnie zdecydowanie bardziej zaleta niż wada, bo jest to bardzo bliskie stanowi tej totalnej czilery i byczenia się pod drzewem w leniwe letnie popołudnie jak to dzisiaj.
Neon Rider kojarzy mi się z taką indie gierką, którą ogrywałem parę lat temu - NEO CAB, która z grubsza była tekstową przygodówką o lasce pracującej w firmie taksówkarskiej w cyberpunkowym mieście. Dobrze ją wspominam (muszę generalnie wrócić do ogrywania indyków), więc uznajmy, że siłą rzeczy przez to skojarzenie tenże skicik dostaje ode mnie plusik.
Birthday jest trochę śmieszne, bo łączy łzawy tekst z chwytliwym refrenem, hookami i jakąś neworderowską sieczką instrumentalna, a przy tym jest "letnio zamuliste" jak cała płyta. Powinienem tu napisać, że ta cała pozornie niepasująca mieszanka powinna świetnie do siebie pasować, ale nie napiszę tego, bo wcale tak nie uważam, jednocześnie też wcale nie uważając, że nie pasuje do siebie. Ujdzie, ale imo to jeden ze słabszych momentów.
Robert był ciekaw naszego zdania o Undas the sun i o ile się zgodzę z tym, że brzmieniowo odstaje od reszty albumu, tak jakościowo - ni cholery. "Krzyczący" sampel może i wybija z tej leniwej atmosfery, ale dla mnie to plus, bo ja to jednak nie lubię jak jest AŻ TAK jednostajnie. Synthy trochę jakby momentami antycypują zajawkę na synthwave xD, gitarki także mają taki okołonostalgiczny feeling. Fajne to, kupuję to - tradycyjnie też pewnie przyciąłbym całość gdybym jakimś cudem miał ten że album wydawać lub produkować, ale tego nie robię, a w ogóle to nie pomstuję na długość kawałków w tym przypadku jakoś bardzo, bo rozumiem, że pasuje do konwencji.
Zbliżamy się do końca, tj. finałowej trójki. Tej samej, którą kolega Robert uznał za hajlajt tej płyty, a ja nie do końca podzielam te zachwyty. Trzy słowa na temat utworu TRZY SŁOWA - faktycznie ma w sobie ducha Depeche Mode. Nie wiem, czy tego z epoki Violatora, chociaż słyszę tu echa Sweetest Perfection, acz bardziej mi się to kojarzy z czymś z okolic Excitera - szczerze mówiąc, momentami miałem wrazenie, że to jakiś cover I Am You czy coś w ten deseń. Przyjemne. Teach me how to fight jest po prostu POPRAWNE i nic więcej tu nie wymodzę, bo sam nie do końca racjonalnie umiem wyjaśnić to czemu ten kawałek jakoś dziwnie po mnie spływa. By nie było, że się zupełnie nie zgadzam z wrzucającym, to tylko dodam, że nadal podoba mi się When I'm Not Around, a może nawet i bardziej niźli kiedyś i myślę, że ten kawałek może zawędrować na jakieś moje playlisty czy gdzieś tam.
No i reasumując - kolega Robert DOSTARCZYŁ. Fajna muzyka na lato, nawet niekoniecznie 2008 ani 2004 ani jakiekolwiek w innym roku przestępnym, nie mam pojęcia czemu komuś może się kojarzyć z jesienią, ale ile ludziów, tyle opinionów na temat muzyki. Daję solidną okejkę, a kto wie co przyniesie przyszłość.
JUNIOR CHŁOPCY to zdecydowanie jeden z zespołów w dziejach muzyki. Jak przez mgłę pamiętam, że pojawili się w bestce utworowej gdzieś kiedyś i nawet z ciekawości postanowiłemżem sprawdzić cożem, u licha, na ich temat wypierdział. Generalnie nie napisałem nic ciekawego poza tym, że fajne, ma duszę i była mi ich poleciła jakoś sto lat temu - przytaczając to, od razu mam z głowy kwestię mojej dotychczasowej znajomości z tym zespołem, bo w sumie żadnej innej styczności za bardzo nie miałem.
No i tak generalnie to wam powiem, że płytę tę poznaję w jednocześnie dobrym i złym momencie. O tyle dobrym, że IMO idealnie pasuje na okres wakacyjnego lenistwa i zamuły, bo to trochę taki muzyczny ekwiwalent picia zimnej i niewygazowanej Coli (tu miało być pierwotnie piwo, ale bałem się że przyjedzie Jan Śpiewak na forum i mnie ugryzie w kostkę) w upalny dzień - może i nic szczególnie wyrafinowanego ani angażującego cokolwiek związanego z używaniem mózgu, ale od czasu do czasu jest spoko i w ogóle takie czemu nie. O tyle zły, że pewnie jakbym ten album poznał jeszcze dajmy na to w tym cholernym 2016, to bym pewnie go hajpował, prejzował i diabli wiedzą co, a teraz jestem już stary, zmurszały i karmię wnuczęta cukierkami z reklamy, więc ciężko wywołać u mnie zachwyt, zwłaszcza bez jakiejś nuty krejzolstwa, której tutaj jednak brakuje.
Mając świadomość tego, że mam do czynienia z blisko dwudziestoletnim (sic!) materiałem, coś mnie podkusiło i kazało sprawdzić, co o tym albumie napisał pewien portal na P, bo gdzieś tam po którymś odsłuchu w sumie zacząłem się nad tym zastanawiać. Generalnie to się nie zawiodłem już przy opisie pierwszego kawałka, dowiedziałem się o zimnym, wyrazistym, kraftwerkowym bicie (no dobra, w sumie jest TROCHĘ krafterkowy) i nadludzko czystym głosie Greenspana oraz jego tekściarskich skillach, przy których Tomasz Mann brzmi jak trzecioklasista piszący rozprawkę na ocenę 3=. Nie no, ja wiem, że ocenianie czegokolwiek przez pryzmat Porcysowego wodolejstwa to lekkie oszustwo (metawodolejstwo?), ale po prostu nie słyszę tu nic więcej poza sympatycznym otwarciem albumu. Jest to rzecz typu niezła, ale czegoś mi tu brakuje, bym mógł napisać o niej coś bardziej pozytywnego. Bellona... no z Belloną z grubsza mam to samo i w sumie mógłbym tutaj przekopiować opis poprzedniego kawałka, tylko musiałbym chyba usunąć informacje o byciu otwieraczem albumu z wiadomych przyczyn. Tyleż przyjemny, co zupełnie nieangażujący kawałek.
WYSOKI IDZIE DÓŁ faktycznie gdzieś tam może pobrzmiewać Inbalandem - wierzę wam wszystkim na słowo, bo ja go prawie w ogóle nie słuchałem w życiu. Podoba mi się ten kawałek, słyszę tu jakieś emocje, i to takie sprawiające wrażenie autentycznych nawet! Może i ma faktycznie radiowy potencjał, ja nie wiem, nie znam się, zarobiony jestem. Jest może i trochę za długi i generalnie to chciałem napisać, że to jest problem całej płyty, gdy nie wjechał tytułowy. W którym, to że jest się ciągnie to dla mnie zdecydowanie bardziej zaleta niż wada, bo jest to bardzo bliskie stanowi tej totalnej czilery i byczenia się pod drzewem w leniwe letnie popołudnie jak to dzisiaj.
Neon Rider kojarzy mi się z taką indie gierką, którą ogrywałem parę lat temu - NEO CAB, która z grubsza była tekstową przygodówką o lasce pracującej w firmie taksówkarskiej w cyberpunkowym mieście. Dobrze ją wspominam (muszę generalnie wrócić do ogrywania indyków), więc uznajmy, że siłą rzeczy przez to skojarzenie tenże skicik dostaje ode mnie plusik.
Birthday jest trochę śmieszne, bo łączy łzawy tekst z chwytliwym refrenem, hookami i jakąś neworderowską sieczką instrumentalna, a przy tym jest "letnio zamuliste" jak cała płyta. Powinienem tu napisać, że ta cała pozornie niepasująca mieszanka powinna świetnie do siebie pasować, ale nie napiszę tego, bo wcale tak nie uważam, jednocześnie też wcale nie uważając, że nie pasuje do siebie. Ujdzie, ale imo to jeden ze słabszych momentów.
Robert był ciekaw naszego zdania o Undas the sun i o ile się zgodzę z tym, że brzmieniowo odstaje od reszty albumu, tak jakościowo - ni cholery. "Krzyczący" sampel może i wybija z tej leniwej atmosfery, ale dla mnie to plus, bo ja to jednak nie lubię jak jest AŻ TAK jednostajnie. Synthy trochę jakby momentami antycypują zajawkę na synthwave xD, gitarki także mają taki okołonostalgiczny feeling. Fajne to, kupuję to - tradycyjnie też pewnie przyciąłbym całość gdybym jakimś cudem miał ten że album wydawać lub produkować, ale tego nie robię, a w ogóle to nie pomstuję na długość kawałków w tym przypadku jakoś bardzo, bo rozumiem, że pasuje do konwencji.
Zbliżamy się do końca, tj. finałowej trójki. Tej samej, którą kolega Robert uznał za hajlajt tej płyty, a ja nie do końca podzielam te zachwyty. Trzy słowa na temat utworu TRZY SŁOWA - faktycznie ma w sobie ducha Depeche Mode. Nie wiem, czy tego z epoki Violatora, chociaż słyszę tu echa Sweetest Perfection, acz bardziej mi się to kojarzy z czymś z okolic Excitera - szczerze mówiąc, momentami miałem wrazenie, że to jakiś cover I Am You czy coś w ten deseń. Przyjemne. Teach me how to fight jest po prostu POPRAWNE i nic więcej tu nie wymodzę, bo sam nie do końca racjonalnie umiem wyjaśnić to czemu ten kawałek jakoś dziwnie po mnie spływa. By nie było, że się zupełnie nie zgadzam z wrzucającym, to tylko dodam, że nadal podoba mi się When I'm Not Around, a może nawet i bardziej niźli kiedyś i myślę, że ten kawałek może zawędrować na jakieś moje playlisty czy gdzieś tam.
No i reasumując - kolega Robert DOSTARCZYŁ. Fajna muzyka na lato, nawet niekoniecznie 2008 ani 2004 ani jakiekolwiek w innym roku przestępnym, nie mam pojęcia czemu komuś może się kojarzyć z jesienią, ale ile ludziów, tyle opinionów na temat muzyki. Daję solidną okejkę, a kto wie co przyniesie przyszłość.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Kurde taka fajna i przystępna płyta by się zdawało a po 9 dniach czekamy jeszcze na Melczeta, oj nieładnie, bana na szachy trzeba dać :p
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Zakładam, że wszyscy ci, którzy wdusili już swoje recenzje młodych Boysów, słuchają już ostro Biggiego?
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
You're a funny guy 
Wiem że poza Tobą ewentualnie to wuja coś tam ciśnie, reszta zapewne na wyjebce jeszcze z tydzień xd
Wiem że poza Tobą ewentualnie to wuja coś tam ciśnie, reszta zapewne na wyjebce jeszcze z tydzień xd
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Junior Boys - Last Exit
To chyba jednak nie taka przystępna płyta, ja w każdym razie po pierwszych dwóch podejściach nie pamiętałem z niej za wiele poza elektronicznym brzmieniem i aurą sprzyjającą leżeniu do góry plackiem czy też brzuchem. Bit przytłumiony, muzyka klubowa, house'owa, z pozoru niewiele się dzieje, ale przy uważniejszym słuchaniu niemało można odkryć w tle. Brzmienie nowoczesne, elektroniczne. Wokalista ma średnio przyjemną barwę głosu, śpiewa trochę jakby wypluwał z siebie słowa na oddechu (też tak potrafię i raczej średnio mi się to podoba
). Nazwy nie znałem wcześniej. Przyznaję, że trochę brakuje mi tu takiego standardowego napięcia, które w jakiś sposób budowałoby płytę, trudno mi było na początku rozróżnić ścieżki i pewnie jeszcze trochę czasu to zajmie
. Z tego powodu trzeba do niej podejść trochę inaczej, album jest spokojny, tempa niezbyt szybkie, brzmienie całkiem ciepłe idące w stronę chill outu, coś innego od większości muzyki, której lubię słuchać, trochę spoza mojej bańki. Mnie jednak zazwyczaj pierwszy chwyta wokal. Taki letni bar z lemoniadą, ciepło jest, coś tam gra w tle, ludzie gadają przy ladzie, ktoś tańczy, ktoś się bawi i się śmieje.
More Than Real zaczyna się od stłumionego bitu i elektronicznej sekwencji, rozwija się bardzo powoli i nie wydaje mi się najlepszym kawałkiem na otwieracz. Prawdę mówiąc, płyta wydaje mi się na tyle jednorodna, że nie potrafiłbym z marszu określić jej struktury i tego, co się gdzie nadaje. Jest w tym coś rodem z klubowych remiksów przy chillowym pierwszym planie. Po wejściu wokalu zmienia się charakter utworu, zaczyna brzmieć jak nieco duszna piosenka miłosna, potem klimat się znów zmienia na bardziej przebojowy (czytaj: lżejszy) i na koniec nie pamiętam już, co było na początku.
Następna jest Bellona. Kawałek wchodzi bardzo lekko i pojawia się pytanie, czemu na początku płyty były 2 minuty More Than Real. Lekki, fajnie bujający, chillujący kawałek. Widać po kolejnych odsłuchach, że należało dać się jej porwać, czego ja z różnych przyczyn nie umiałem. Dobrze się tego słucha, fajny bit. Długie to, aż za bardzo (podobnie jak MTR).
High Come Down to kawałek, który jako pierwszy załapałem, pomogła mi na pewno ta figura rytmiczna i sposób śpiewania refrenu przez wokalistę. Buja trochę jak fala na jeziorze (albo bardziej: w parku wodnym), trochę się ruszamy, a trochę stoimy w miejscu. Ale na pewno jest to jeden z utworów stanowiących punkt zaczepienia. Dobra piosenka.
W tytułowym Last Exit napięcie spada, kawałek jest melancholijny, wycofany w głąb, śpiew wokalisty bardzo spokojny, wręcz zbliżony do szeptu, rytm wolny, jakby to było śpiewane przez samotnika zamkniętego w swoim pokoju, przeżywającego kolejny zawód. Średnie to, takie tło.
Neon Rider. Tak, jak pisał Dev, z każdym kolejnym utworem coraz bardziej chce się spać. Mnie to trudno nazwać przerywnikiem, bo jest logiczną konsekwencją ciągu poprzedników. Myślę, że spokojnie mogę go traktować tak, jak wielu fanów DM traktuje np. Lovetheme. Urywa się jakoś bez sensu.
Birthday. Bit nieco żywszy na początku, głos wokalisty nadal usypiający, kawałek bardziej przebojowy, całą energię pochłania to elektroniczne tło. Coś czuję, że to nie płyta dla mnie. Bit może nadawałby się do jakiegoś klubu, gdyby na pierwszym planie pojawiło się coś z życiem. To zwolnienie jest okropne - człowiek myśli, że utwór się skończył, a on wraca w tak samo anemicznej formie.
Przy Under The Sun mamy jakiś chórek w tle, bit narasta, dźwięk pseudo trąbki/syreny/czort wie, czego buduje napięcie, ale potem rytm znów zaczyna stać w miejscu i się nie rusza. Wokalista śpiewa jakby się dopiero co obudził. Ciekawe, jak by to brzmiało, gdyby wywalić wokale? Potem pojawia się pejzaż rodem z pobytu nad morzem czy jeziorem, ładny, nastrojowy. Długi ten spacer, płytę można by skrócić, bo te długości za wiele nie wnoszą.
Three Words przypomina następców Kraftwerku. Bit trochę mocniejszy niż dotąd, rodem z tych zimniejszych lat 80., dużo tego było. W tle jakiś buczący syntezator. Najbardziej specyficzny utwór na płycie.
Fajny rytm dodaje kolorytu Teach Me How To Fight, syntezatorowe tło jakby stało się żywsze, wokalista wchodzi w wyższe rejestry, brzmi to całkiem przebojowo - na ten moment, kiedy człowiek wraca z podróży i myśli już tylko o powrocie do domu. When I'm Not Around ma żywsze tło, żywszy bit, stanowi kontynuację dwóch udanych utworów wcześniejszych. Ale, żeby tu dojść, trzeba było przebrnąć przez tę zamułę na początku i w środku. Ale przyznaję, końcówka płyty mi się podoba. Nabiera energii. Pojawia się trochę od czapy saksofon, kawałek nabiera bardziej swojskiego wyrazu. Przyjemnie się to kończy.
Średnio się tej płyty słuchało, bardzo średnio. Mocno usypia i odbiera człowiekowi energię do działania. A może trafiła w zły moment? Mnie, przymulonemu nieco przez letnią aurę i alergię, nie jest za bardzo potrzebna muzyka, która dodatkowo zamula.
To chyba jednak nie taka przystępna płyta, ja w każdym razie po pierwszych dwóch podejściach nie pamiętałem z niej za wiele poza elektronicznym brzmieniem i aurą sprzyjającą leżeniu do góry plackiem czy też brzuchem. Bit przytłumiony, muzyka klubowa, house'owa, z pozoru niewiele się dzieje, ale przy uważniejszym słuchaniu niemało można odkryć w tle. Brzmienie nowoczesne, elektroniczne. Wokalista ma średnio przyjemną barwę głosu, śpiewa trochę jakby wypluwał z siebie słowa na oddechu (też tak potrafię i raczej średnio mi się to podoba
More Than Real zaczyna się od stłumionego bitu i elektronicznej sekwencji, rozwija się bardzo powoli i nie wydaje mi się najlepszym kawałkiem na otwieracz. Prawdę mówiąc, płyta wydaje mi się na tyle jednorodna, że nie potrafiłbym z marszu określić jej struktury i tego, co się gdzie nadaje. Jest w tym coś rodem z klubowych remiksów przy chillowym pierwszym planie. Po wejściu wokalu zmienia się charakter utworu, zaczyna brzmieć jak nieco duszna piosenka miłosna, potem klimat się znów zmienia na bardziej przebojowy (czytaj: lżejszy) i na koniec nie pamiętam już, co było na początku.
Następna jest Bellona. Kawałek wchodzi bardzo lekko i pojawia się pytanie, czemu na początku płyty były 2 minuty More Than Real. Lekki, fajnie bujający, chillujący kawałek. Widać po kolejnych odsłuchach, że należało dać się jej porwać, czego ja z różnych przyczyn nie umiałem. Dobrze się tego słucha, fajny bit. Długie to, aż za bardzo (podobnie jak MTR).
High Come Down to kawałek, który jako pierwszy załapałem, pomogła mi na pewno ta figura rytmiczna i sposób śpiewania refrenu przez wokalistę. Buja trochę jak fala na jeziorze (albo bardziej: w parku wodnym), trochę się ruszamy, a trochę stoimy w miejscu. Ale na pewno jest to jeden z utworów stanowiących punkt zaczepienia. Dobra piosenka.
W tytułowym Last Exit napięcie spada, kawałek jest melancholijny, wycofany w głąb, śpiew wokalisty bardzo spokojny, wręcz zbliżony do szeptu, rytm wolny, jakby to było śpiewane przez samotnika zamkniętego w swoim pokoju, przeżywającego kolejny zawód. Średnie to, takie tło.
Neon Rider. Tak, jak pisał Dev, z każdym kolejnym utworem coraz bardziej chce się spać. Mnie to trudno nazwać przerywnikiem, bo jest logiczną konsekwencją ciągu poprzedników. Myślę, że spokojnie mogę go traktować tak, jak wielu fanów DM traktuje np. Lovetheme. Urywa się jakoś bez sensu.
Birthday. Bit nieco żywszy na początku, głos wokalisty nadal usypiający, kawałek bardziej przebojowy, całą energię pochłania to elektroniczne tło. Coś czuję, że to nie płyta dla mnie. Bit może nadawałby się do jakiegoś klubu, gdyby na pierwszym planie pojawiło się coś z życiem. To zwolnienie jest okropne - człowiek myśli, że utwór się skończył, a on wraca w tak samo anemicznej formie.
Przy Under The Sun mamy jakiś chórek w tle, bit narasta, dźwięk pseudo trąbki/syreny/czort wie, czego buduje napięcie, ale potem rytm znów zaczyna stać w miejscu i się nie rusza. Wokalista śpiewa jakby się dopiero co obudził. Ciekawe, jak by to brzmiało, gdyby wywalić wokale? Potem pojawia się pejzaż rodem z pobytu nad morzem czy jeziorem, ładny, nastrojowy. Długi ten spacer, płytę można by skrócić, bo te długości za wiele nie wnoszą.
Three Words przypomina następców Kraftwerku. Bit trochę mocniejszy niż dotąd, rodem z tych zimniejszych lat 80., dużo tego było. W tle jakiś buczący syntezator. Najbardziej specyficzny utwór na płycie.
Fajny rytm dodaje kolorytu Teach Me How To Fight, syntezatorowe tło jakby stało się żywsze, wokalista wchodzi w wyższe rejestry, brzmi to całkiem przebojowo - na ten moment, kiedy człowiek wraca z podróży i myśli już tylko o powrocie do domu. When I'm Not Around ma żywsze tło, żywszy bit, stanowi kontynuację dwóch udanych utworów wcześniejszych. Ale, żeby tu dojść, trzeba było przebrnąć przez tę zamułę na początku i w środku. Ale przyznaję, końcówka płyty mi się podoba. Nabiera energii. Pojawia się trochę od czapy saksofon, kawałek nabiera bardziej swojskiego wyrazu. Przyjemnie się to kończy.
Średnio się tej płyty słuchało, bardzo średnio. Mocno usypia i odbiera człowiekowi energię do działania. A może trafiła w zły moment? Mnie, przymulonemu nieco przez letnią aurę i alergię, nie jest za bardzo potrzebna muzyka, która dodatkowo zamula.
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Straciłem umiejętność sensownego podsumowywania rzeczy, ale spróbuję napisać coś więcej. Generalnie pozytywny odbiór mnie nie dziwi, nawet gdy czasami płyta sprawia wrażenie specyficznie zamulającej. W gorszych momentach sama dziwnie zwalnia w głowie, wszystko brzmi specyficznie, każdy element odbieram osobno i wtedy raczej wolę odstawić niż dłużej się męczyć. Ta zabawa bywa naprawdę niewdzięczna pod tym względem, szczególnie gdy nie ma się tyle czasu na poważniejsze rozplanowanie odsłuchu. Zawsze można zakładać, że prędzej czy później samo zaskoczy w głowie, ale przerobiliśmy już tyle muzyki... w natłoku treści zdarzy się zapomnieć o czymś.
Będziemy się pięknie różnić w podejściu do Under the Sun. Mudżyn i Seba podrzucają bardzo sensowne skojarzenia, może przy którymś z kolei powrocie chwyci w stronę ni to hałsową, ni to proto synthwave na kiju. Melki proponuje ciekawe uwagi o wokaliście, w sumie o tym nigdy nie myślałem za bardzo. Pod tym względem najbardziej męczy mnie targanie za uszy zaawansowanych wiekowo wokalistów do studia i zmuszanie ich do śpiewania czegoś więcej, co kończy się jakimiś niesmacznymi efektami. Sprawdźcie sobie na przykład Horyzont, tytułowy kawałek z ostatniej płyty Krawczyka sprzed trzech lat (sic!). Brzmi to strasznie, wręcz budzi litość i niesmak.
No i to byłoby na tyle, czas wreszcie zacząć słuchać tych prawilnych rapsów x d
Będziemy się pięknie różnić w podejściu do Under the Sun. Mudżyn i Seba podrzucają bardzo sensowne skojarzenia, może przy którymś z kolei powrocie chwyci w stronę ni to hałsową, ni to proto synthwave na kiju. Melki proponuje ciekawe uwagi o wokaliście, w sumie o tym nigdy nie myślałem za bardzo. Pod tym względem najbardziej męczy mnie targanie za uszy zaawansowanych wiekowo wokalistów do studia i zmuszanie ich do śpiewania czegoś więcej, co kończy się jakimiś niesmacznymi efektami. Sprawdźcie sobie na przykład Horyzont, tytułowy kawałek z ostatniej płyty Krawczyka sprzed trzech lat (sic!). Brzmi to strasznie, wręcz budzi litość i niesmak.
No i to byłoby na tyle, czas wreszcie zacząć słuchać tych prawilnych rapsów x d
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Alleluja! Zatem oficjalnie przechodzimy do Life After Death od Notoriousa BIG
stripped pisze:21 cze 2023 22:26Ciężko będzie mi uciec od rapowych klimatów w drugiej dyszce jeśli mam szczerze dzielić się albumami dla mnie najważniejszymi i takimi które stawiam wśród najlepszych. Jeśli w pierwszej dyszce popełniłem jakiś błąd to ten że nie wrzuciłem tej płyty wtedy. Myślę że do tej pory wrzuciłem wszystkie najważniejsze "kamienie milowe" podczas mojej przygody z tym gatunkiem, pozostało jeszcze to co choć może lirycznie nie było tak bliskie to było po prostu najlepsze, best of Murzynz, czyli sam król...
The Notorious B.I.G. - Life After Death
(1997)
Biggie - król Nowego Jorku - nie tylko dlatego że ja tak twierdzę, to naprawdę był tytuł nadany mu przez muzyczną prasę w roku 1995, zaledwie rok po jego debiutanckim albumie! Koleś miał zaledwie 23 lata wtedy, potraficie to sobie wyobrazić? Zyskał tytuł który przedtem w ogóle nie funkcjonował w obiegu a o który po jego przedwczesnej śmierci walczyć będzie wielu innych. W międzyczasie on sam z drobnego przestępcy z ulic Brooklynu przeistoczył się w rapowego mafioza, ten nowy image wynikający ze zmieniających się trendów w rapie podkreślały jego drogie garnitury, kapelusz i laska - nieodłączny atrybut od czasu wypadku samochodowego w którym ucierpiała jego noga.
Do nagrywania Life After Death Biggie przystępował więc niejako z pozycji lidera, mając za plecami już komercyjny sukces debiutu i receptę na sukces zwiększył tylko nacisk na bardziej wypolerowaną produkcję muzyczną i zapragnął dostarczyć publice produkt równie dobry jak królujący wówczas w mainstreamie pochodzący z Kalifornii Dr Dre i Snoop Dogg. Stan zdrowia nie pozwalał jednak Biggiemu na długie stanie na nogach, zmuszony był więc wówczas nagrywać wokale na album siedząc na krześle w studio co też trochę wpłynęło na fakt że dostarcza teksty z mniejszą energią niż na debiucie, jego flow stało się spokojne i opanowane, na jego szczęście było to jednak spójne z tą nową sceniczną pozą.
Biggie był świadom tego że tworzy dzieło swego życia, mając dużo większe możliwości niż na debiucie sięgnął na tym albumie po całą śmietankę najlepszych producentów oraz gości z różnych stron USA. W efekcie powstał album wielki, być może nawet najlepszy jaki powstał w dziejach gatunku i będący potem wzorem dla wielu innych raperów marzących o sukcesie komercyjnym. Na warstwy tej płyty będącej czymś w rodzaju wypasionego tortu składają się zarówno bangery często gęsto oparte na samplach z lat 80. jak i bardziej uliczne opowiastki, przy których tym razem jednak twarde bity ustąpiły miejsca produkcjom nadającym im niemalże filmowy charakter.
Nie ma sensu bym próbował kawałek po kawałku przedstawić Wam wszystkie zalety tej płyty, zwłaszcza że to będzie kobyła jakiej tu jeszcze nie było dotąd - Life After Death jest bowiem albumem podwójnym tzn. nagranym na dwóch kompaktach tudzież 4 płytach winylowych, zawiera prawie dwie godziny muzyki, wiem że to może być wyzwanie dla niektórych, polecam zatem słuchać po 1 CD na raz. Z mojej strony mogę jedynie podkreślić garść ulubionych numerów. Kick In The Door (jeden z dwóch bitów DJ Premiera na albumie) uwielbiam za rozliczenie się z zazdrosnymi konkurentami z nowojorskiej sceny rapowej (w tym co zabawne pocisnął nawet samemu Premierowi na jego własnym bicie - Premo wyprodukował rok wcześniej bit na którym ich wspólny znajomy Jeru The Damaja dissował Puff Daddy'ego i Bad Boy Records). Sky's The Limit to klasyczny popowo brzmiący singiel będący opowieścią o drodze od zera do milionera na bardzo przyjemnym samplu. Notorious Thugs to legendarny numer z udziałem grupy Bone Thugs-N-Harmony, panowie dograli swoje zwrotki do numeru po czym Big zabrał kawałek do domu, przestudiował go i dopiero osobno dograł swoją zwrotkę starając się naśladować charakterystyczne szybkie flow swoich gości. Jako ostatni wyróżniłbym I Got A Story To Tell, numer który przez długie lata olewałem uważając że ma strasznie kijowy bit i tym samym nie dawałem sobie szansy wysłuchać co Big ma do powiedzenia w tym numerze a to storytelling najwyższej próby, do dziś trwa dyskusja nad tym ile prawdy było w tej opowieści no i do tego to outro, ten człowiek może wymyślał proste patenty ale wiele takich rzeczy robił jako pierwszy, zawsze był o krok przed resztą i gdyby żył obraz rapowej sceny byłby dziś nieco inny z pewnością.
Myślę że wystarczy Wam tego opisu, ta płyta jest już wystarczająco obszerna sama w sobie by niektórych przerazić ale mam nadzieję że zamiast iść się topić pójdziecie zatopić się w tych bitach i opowieściach sprzed 26 lat. Licząc na szybko widzę że Biggiego nie ma z nami już dłużej niż był na tym padole, dożył raptem 25 lat, nagrał dwie płyty za życia i z tak krótką dyskografią przerwaną tragiczną śmiercią został legendą. Jeden z niewielu raperów zasłynął tym że nigdy nie notował własnych tekstów, wszystkie tworzył i nawijał z głowy co oczywiście miało swoje minusy, jak sam mówił stracił przez to pewnie mnóstwo materiału którego starczyłoby na kilka płyt. Dla mnie był jedyny w swoim rodzaju, miał flow, poczucie humoru i charyzmę, miał to coś co elektryzuje i niewielu artystów to posiada.
https://youtube.com/playlist?list=PLhWN ... pMxZNdJBW-
CD1 kończy się na I Got A Story To Tell. Drugą płytę otwiera Notorius Thugs.
P.S. jest nawet lepsza IMO playlista - jako jeden ciągły film z tagami ale nie wiem jak Wam się to odpali czy nie w gdzieś w srodku, najwyżej przewińcie na start. Plus ma taki ten link że jak już odpalisz to zdaje się reklamy nie lecą między numerami potem:
https://youtu.be/rCyWFj0nLyk
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Ja się już zabrałem za The Notorious BIG-a, po pierwszym odsłuchu powiem, że dobrze wchodzi i dużo jest do odkrycia w tle, dobrze jest! Tylko długo!stripped pisze:10 lip 2023 10:27You're a funny guy
Wiem że poza Tobą ewentualnie to wuja coś tam ciśnie, reszta zapewne na wyjebce jeszcze z tydzień xd
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Długo, ale dla mnie to zlatuje jak normalna, godzinna płyta. Do tej pory za każdym razem słuchałem w całości, bez rozbijania na części i wchodzi doskonale.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Zgadzam się, flow znakomity.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
The Notorious B.I.G. - Life After Death
Powiem szczerze, nie wiem kiedy ostatni raz zdarzyło mi się słuchać albumu, który trwałby 2 godziny. Sprawdziłem najczęściej słuchane przeze mnie podwójne albumy z ostatnich lat, „Tales from Topographic Oceans” Yes i „Grace for Drowning” Wilsona, ale nawet one mają niewiele ponad 80 minut. Powiedziałbym, ze klasycznie dla hip-hopowców, Biggie wydał ile się dało zmieścić, ale aż tak nie zaszalał, bo biorąc pod uwagę format CD, mógł łącznie upchnąć na 2 CD nawet do 3 godzin xD
Moja dotychczasowa styczność z Biggiem, stworzyła mi w głowie obraz gościa, który żył w jakiejś przerażającej, gettowskiej bańce, w której faktycznie you’re nobody til somebody kills you. Facet wiedział, że umrze młodo i tragicznie, taki był pewnie plan. Czarny hip-hop (co podkreślam za każdym razem kiedy recenzuję jakiś album tego typu wrzucony przez Murzyna), naprawdę zacierał granicę między gangsterką, a muzyką. Jedno nie istniało bez drugiego dla niektórych wykonawców. Ktoś był gangolem i wyrażał się przez muzykę, dissowałał innych gangoli w piosenkach, wiedząc, że może to się skończyć bardzo źle, ale szacun na dzielni za trafny diss, był warty kulki w łeb (lub w wypadku Biggiego, kulki w wątrobę, nerkę, serce i płuco (jedna kula)). „Life After Death” to praktycznie album pośmiertny, bo facet zginął dwa tygodnie przez premierą.
O ile jest to przerażające, jest jednocześnie fascynujące, bo tworzy bardzo realny background dla tej muzyki, i inaczej się słucha albumu, który dosłownie kosztował kogoś życie. Ja jednak pochodzę z zupełnie innego świata, w którym muzyczne przepychanki nie mają i nigdy nie będą miały takiej wartości i wagi. Samo to, czyni dla mnie takie stricte gettowskie albumy totalną egzotyką.
Album jest bardzo muzyczny, tzn. chodzi mi o to, że bardzo mało jest na tej płycie skitowania, a nawet jeśli się takie pojawiają to są bardzo krótkie, służą raczej jako intra. Wyjątkiem jest kończący CD 1 ściągniętej przeze mnie wersji płyty „Biggy Speaks”, ponad 10minutowy wywiad, który w praktyce jest monologiem Biggiego. Niby dodatek, niby hidden track, niby coś z dupy, ale bardzo wpisuje się w konwencję tego albumu i IMO warto posłuchać co chłopak ma do powiedzenia. Zresztą stanowi to bardzo fajny podział między dwiema płytami, jakby w trakcie antraktu w spektaklu, ktoś wychodził żeby powiedzieć parę słów o nim.
Album zaczyna się tam gdzie zostawił nas późną jesienią zeszłego roku Murzyn, czyli w okolicach „Suicidal Thoughts”. Intro trochę melodramatyczne, przerysowane, jakby zaczynał się jakiś stary film noir, nie pasuje mi to kompletnie do czarnego-rapu, ale z drugiej strony, czemu nie? Ci goście dopiero polerowali zasady. Już teraz atakują nas lekko cringowe zabiegi (te szpitalne dźwięki, itd.), ale człowiek uczy się z tym żyć (hehe), zwłaszcza, że „Somebody’s Gotta Die” jeszcze bardziej brnie w rejony odgłosów przeładowania broni i tekstu stricte o porachunkach między gangami.
Czy się chce, czy nie, są to piosenki pisane od czarnych z getta, o czarnych z getta, dla czarnych z getta. Dla nich te wszystkie wystrzały z broni, odgłosy kruszonego szkła, itd., są jak poezja, a przynajmniej były w tamtym czasie. ALE, nie jest tak, że ja się tutaj nie mam czego złapać, bo jest ta tytułowa fraza. SAMBADYSGATTODAAA. Jak to się wkręca. Za to, między innymi, tak lubię Biggiego. Facet jest melodyjny przy zerowej melodyjności jego rapu. Jak on to robił? Po prostu robił.
Od tego momentu robi się tylko lepiej. „Hypnotize” to jeden z moich ulubionych utworów na albumie. Bit nietypowy. Ok, ja się generalnie na tym nie znam, ale z tego co zdążyłem przesłuchać z tych czasów, brzmi to zupełnie inaczej niż inne znane albumy czarnego hh z tamtych lat. Świetne żeńskie wokale. Bijajdżi faktycznie trochę na zwolnionych obrotach, ale w ogóle mi to nie przeszkadza. „Kick in the Door” klasyczniej, fajny klimat. Nawet taki laik jak ja, słyszy od razu, że to DJ Premier. Kisnę ostro z tego, że Biggy zdissował go na jego własnym bicie, za takie akcje uwielbiam hip-hop, bo to w żadnym innym gatunku by się przecież nie wydarzyło, CHOCIAŻ będę miał kiedyś, kiedyś utwór, który robi coś podobnego, a nie jest hip-hopowym kawałkiem.
„Fucking You Tonight” zaczyna się od loopa perkusyjnego, który wykorzystano w pewnym jednym numerze, który być może wjedzie ode mnie jeszcze w tym roku. W tle wokale jakby na feacie był R. Kelly. Sprawdzam z ciekawości, i to faktycznie jest R. Kelly xD JP, jak ten feat się źle zestarzał. Ja generalnie mam miłe wspomnienia z tym co R. Kelly wydawał w latach 90-tych („I Believe I Can Fly”, „Gotham City”), ale gość siedzi obecnie w pierdlu za rzeczy, o których nawet nie chcę tutaj pisać. Jak dobrze pójdzie, to wyjdzie za 20 lat, heh. Niestety, gangola z gangola nie wyciągniesz. Ale zabawnie się słucha, jak Kelly tym przeromantyzowanym rnb wokalem śpiewa „fakin ju tunaaajt”, jakby stał z gitarą i bukietem kwiatów po oknem laski. Przy Paf Dadi, Bijajdżi, bring dat ass tu mi, już prychłem na głos. „Last Day” ma pełno tych przejazdów po dzwonkach (zresztą cały album ma), taki bardzo klasyczny bit i numer (kojarzy mi się mocno z całą polską sceną podwórkowego hip-hopu z przełomu lat 90/00). Puff Daddy robił spoko rzeczy jako producent na tym albumie, tego gościa też miło wspominam z tamtych czasów.
„I Love the Dough” to jest coś czego się totalnie, podejrzewam, nikt nie spodziewa. Znowu mocna zmiana klimatu i, podobnie jak w „Hypnotize”, zaskakująco inny bit, bardziej czerpiący z lat 80, niż starych winyli z lat 50 i 60. Na feacie Jay-Z. Numer zrobił Easy Mo Bee, i tutaj muszę się zwrócić do Murzyna, czy ten gość miał po prostu taką stylówę w bitach? Klimaty takie bardzo mi podchodzą w kontekście czarnego hip-hopu. W tle piękne rnb wokale Angeli Winbush.
„What’s Beef” atakuje na dzień dobry tymi dzwoneczkami, ale klimat się nagle zmienia kiedy padają słowa „DO YOU KNOW WHAT BEEF IS?” i człowiek czuje, że shit got real (ok, trochę kekłem przy ASK YOURSELF, ale to szczegół). Nawet ciary przechodzą przy beef is when I see you guaranteed to be in ICU. Może i nadal poruszamy się na terenie klisz czarnego mob-hopu, ale heh, te klisze kiedyś musiały powstać. Zresztą Biggie tu nawija o prawdziwych beefach, przy których późniejsze przepychanki, np. Eminema z Limp Bizkit, czy w ogole Eminema z kimkolwiek, wydają się być śmieszne. Bit kojarzy mi się niemal z debiutem Portishead.
„Mo Money Mo Problems” robi WTF od początku ze względu na wykorzystanie „I’m Coming Out”. Człowiek myślał, że już go nie ma prawa na tej płycie nic zaskoczyć, a tu takie coś i UWAGA wcale nie wydaje się aż tak z dupy (chociaż na początku jednak trochę szokuje). W efekcie mamy Biggiego z gitarą Nile’a Rodgersa w tle, a tego nie da się przecenić. Co by dać trochę kontekstu starszym forumowiczom, ten numer (wydany jako singiel, już po śmierci Biggiego) zrzucił „Mietek Ciągle Chlał” Puff Daddy’ego z pierwszego miejsca listy przebojów. To był TEN czas, tylko o ile „I’ll Be Missing You” leciało w Polsce regularnie (nadal leci, to ten kawałek, za który Sting dostaje codziennie jakieś chore ilości pieniędzy), nie pamiętam żeby u nas ktokolwiek puszczał Biggiego.
„Niggas Bleed” z początku bawi tytułem, to trochę jakby na płycie metalowego zespołu był numer o tytule „Satan’s Blood”, czy jakieś „Sword of the Devil” lub „Church Burning in the Name of Goat”. Ale tekst jest zdecydowanie poważniejszy niż to. Bit monotonny, ale ma fajne przeszkadzajki i efekty w tle (np. ten jakby dzwonek). Po luźniejszym kawałku, tutaj wraca gangsta paradise, znowu sample wystrzałów i nawijanie o tym samym, no ale co. Biggie raczej miał wyrąbane, co będzie o tym sądził jakiś białas w 2023 r. Podejrzewam nawet, że brak takich sampli, byłby może w jego kręgu odebrany jako coś w złym guście.
Nie wiem, wjechał już „I Got a Story to Tell” i znowu luźniejszy bit i samplowany Al Green. Nie mogę się zgodzić z Murzynem, że ten bit jest chujowy. Powiem wręcz, że na tym etapie jestem już zmęczony typowymi bitami ala Premier i czuję się miło zaskoczony tym, co się tutaj dzieje. Od razu widzę zmianę w ekipie producentów i tu też by się musiał Murzyn szerzej wypowiedzieć. Mnie się podoba ten kawałek i ładnie kończy CD1, chociaż właśnie. Nie u mnie xD Bo ja mam dorzucony jako hidden track (ale wydzielony), trzynasty utwór - „wywiad”, którego Biggie udzielił jakiś miesiąc przed śmiercią (i wydaniem płyty). Niby wywiad, ale wszystkie pytania zostały powycinane, więc de facto, Biggie brzmi jakby gadał do siebie, ale jest to, tak jak pisałem na początku tego tekstu, coś co w wyjątkowo fajny sposób spaja dwie części tego albumu. Bo jest to album podwójny, a nie po prostu jeden album podzielony na pół, bo nie było miejsca na płytach.
„Notorious Thugs” otwiera drugą cześć w sposób unikalny. Rap rzeczywiście robi tu niesamowite wrażenie, nawet dzwoneczki tego nie psują. Jeden z najlepszych kawałków na płycie, doskonały wkręcający się bit i świetne wokale. „Miss U” znowu wprowadza nas w lżejsze rejony. Tutaj też by pasował R. Kelly, ale w zamian mamy 112, grupę rnb, która pasuje do tego podkładu perfekcyjnie. Generalnie Puff Daddy wszędzie tu pakuje artystów ze swojej stajni, co jest w sumie zrozumiałe i dosyć typowe. Co ciekawe, prawdopodobnie w przyszłym roku będę miał wrzutę zespołu powerpopowego (zero powiązań z hip-hopem), który był właśnie w labelu Bad Boy Records. Wracając do „Miss U”, jest tu silny vibe rzeczy w stylu „Until The End of Time” Timberlake’a, ale raczej bym się zdziwił, gdyby Timbo nie znał płyt Bijajdżi. „Another” znowu zaskakuje bitem. Wśród autorów widzę Lionela Richie, więc już wiem co się święci… a tu gówno, bo samplują numer Barbary Mason „Another Man” i nie znalazłem info jaki, o ile w ogóle, jest związek Lionela z tym numerem. Tymczasem w „Another” agresywny damski rap, najs. Wokal Biggiego ma taki lekko pijany vibe. „Goin Back to Cali” kontynuuje tę niecodzienną bitologię. O ile czarne płyty z tamtych czasów kojarzą mi się głównie z operowaniem jakimiś jazzowymi groovami w tle, Biggie idzie zdecydowanie bardziej w disco. I’m goin goin back back to Cali Cali, ponownie dobry motyw, który się mocno wkręca, pomimo tego, że nie ma żadnej melodii.
„Ten Track Commands” to jeden z moich ulubieńców na albumie, leci na bicie z Public Enemy, a to już dużo mówi. ERRATA, w miedzyczasie dowiedziałem się od Murzyna, że to nie bit był samplowany, tylko wokal Chucka D, który to zreszta sampl przysporzył producentom sporo problemów, bo nie dostali zgody na użycie tego odliczania i ostatecznie Chuck ich pozwał i wygrał jakieś 10k dolarów. Geneza tego numeru jest w ogóle jeszcze ciekawsza, ale to już by się musiał Murzyn wypowiedzieć, bo z mojej strony to by był trochę głuchy telefon (coś tam pamiętam, ale nie wszystko). „Playa Hater” totalnie zmienia klimat, jest smukło i wręcz bym powiedział, że zalatuje jakąś balladą Hayesa. Ogólnie ta druga płyta „LAD”, ma zdecydowanie bardziej soulowy charakter, niż bardziej sctricte hip-hopowa pierwsza. PLEEEJAAAAA się wkręca poważnie.
„Nasty Boy” znowu wpada w piękne klimaty rnb, wręcz czekam tu aż wejdzie Allyah, a tymczasem klasyczny rap, ale też jest super. Potem wjeżdża znowu jakieś budżetowe noir, jakby to był soundtrack do jakiejś gry z serii „Tex Murphy” (plus obligatoryjne dzwoneczki), a stąd prosto w bardzo wieczorny, bujający i po prostu piękny bit z „My Flame” Bobbyego Caldwella (polecam oryginał, bo jest świetny). To „Sky’s the Limit”, ponownie z udziałem 112 w fenomenalnym refrenie. Zdecydowanie jeden z hajlajtów płyty.
Nocne klimaty niesie ze sobą również „The World Is Filled...”. Carlton Thomas pięknie śpiewa od samego początku, a koledzy Too Short i sam Puff Daddy, dopełniają rapem. Klimat kawałka jest nie z tego świata. To jednak luz przed burzą, bo ostatnie trio to powrót na ziemię. Samo intro „My Downfall” od razu daje kopa po twarzy. Muzycznie, ponownie mam skojarzenia z „Dummy”, które to swoją droga, wyszło wcześniej. Ciekawe, czy Biggie szanował?
„Long Kiss Goodnight”, z tym klasycznie self-reference'owym tekstem, wprowadza jeszcze mroczniejszy klimat, i czuje się w powietrzu, że ta historia nie może skończyć się dobrze. Tak też jest. Na zakończenie, sakramentalne „You’re Nobody (Til Somebody Kills You)”. Wszystko najlepsze czego doświadczyliśmy na tej płycie, kulminuje się w tej kompozycji, zdecydowanie topowym numerze na „Life After Death”. Facet wiedział, że ten moment się zbliżał. Według własnego kodeksu, Biggie został zastrzelony chwilę przed premierą płyty. W jego kręgu był kimś, a „Life After Dev” stanowiło ukoronowanie jego zwycięstwa nad tymi wszystkimi, który życzyli mu śmierci. Dla mnie to nadal jest abstrakcja, że taka była rzeczywistość tych ludzi, kiedy nagrywali muzykę i wydawali płyty, jak wszyscy inni.
Powiem szczerze, pomimo ostrzeżeń Murzyna żeby lepiej tego słuchać na raty, za każdym razem słuchałem dwugodzinnej całości i nawet na moment nie czułem się zmęczony, przytłoczony, czy zniechęcony tą muzyką. Jestem naprawdę zaskoczony, bo generalnie tępię wykonawców za wydawanie za długich albumów, imo idealna płyta ma max 45 minut, a najlepiej 40 (chyba, że to jakiś ambient). No, ale to hip-hop, wiadomo, że czarni (zresztą nie tylko) raperzy i producenci nie schodzą poniżej godziny, CD dopycha się kolanem. Co ciekawe, większości dwupłytowych wydawnictw (nie tylko hh) jakich zdarzało mi się słuchać, brakowało zazwyczaj jakieś max 5-10 minut, żeby upchnąć album na jednym CD, ale nie tu. Biggie się nie szczypał z kontentem, ale szczerze mówiąc, rozumiem go, bo jeśli miałbym coś wywalić z LAD, to nie mam pojęcia co by to mogło być. Każdy kawałek jest dobry, każdy wydaje się mieć tu swoje miejsce i być integralną i istotną częścią opowieści snutej przez Bijajdżi (mimo, że to nie jest koncept album jako taki). Dla niego to był osobisty, ważny materiał, pewnie przeczuwał, a przynajmniej zdawał sobie sprawę z ewentualności, że to jego ostatni album i ostatni stejtment.
Myślę, że nie muszę dopisywać jakiegoś podsumowania, które zdradzi, że album mi się podoba. Z dotychczasowych wrzut tego typu, ta jest chyba najlepsza, przy czym poziom jest wyrównany, głównie ze względu na to, że te albumy nie są takie same. Muszę pochwalić Murzyna, że nawet w obrębie czarnego hip-hopu, serwuje nam za każdym razem płytę pod wieloma względami inną od pozostałych, w takim stopniu, że nawet nieosłuchani mocno z tym gatunkiem, potrafią te różnice zauważyć. Gang Starr było kompletnie inne od Nasa, A Tribe Called Quest byli kompletnie inni od tej dwójki, a Biggie również pokazuje nam zupełnie inne ujęcie czarnego hip-hopu. Myślę, że można spokojnie stwierdzić, że Jacek stał się najlepszym korepetytorem z tego grona, i o ile oczywiście bestka nie ma takich założeń, to jednak warto zauważyć, że Murzonowi najlepiej i najefektywniej wychodzi prezentowanie swojego core-u. Zresztą, te korki poszły o krok dalej.
W tygodniu słuchania Biggiego, wyskoczyło nam w kalendarzu pół-spontaniczne spotkanie z Murzynem w składzie Munlup-Musiał-Murzyn (3M) i oczywiście LAD było słuchane, i to w kilku dosyć komicznych sytuacjach (np. na parkingu pod Leclerkiem, z czego jest nawet wideo, ale nigdy nie wyjdzie ono poza nasze archiwum). Najlepsze było jednak jak w nocy odwoziliśmy Murzyna do domu i poleciało „Sky’s the Limit”. To było chyba najbliższe idealnego experience’u słuchania tej płyty, jadąc przez oświetlone latarniami osiedle, bujając głowami. Oczywiście, to nigdy nie będzie tak tru, jak słuchanie tego w kabriolecie, jadąc przez brooklyńske getto, ale podejrzewam, że trzech białasów, blastujących „You’re Nobody (Til Somebody Kills You)” na całą ulicę, na stricte czarnym, niezamożnym osiedlu, mogłoby już z tej ulicy nie wyjechać, nawet w dzisiejszych czasach.
Dobra, pora kończyć ten potok słów, ale jaka płyta, taka recenzja. Długa. Podsumowując podsumowanie, ponownie podkreślę, że niesamowicie przyjemnie mi się tego albumu słuchało, za każdym razem. Piekło zamarzło, ale da się siedzieć przy jednej hip-hopowej płycie bite dwie godziny i w skupieniu, na słuchawkach, tego słuchać, nie patrząc nerwowo na zegarek. Absolutny masterclass w hip-hopie. RIP Biggie.
Powiem szczerze, nie wiem kiedy ostatni raz zdarzyło mi się słuchać albumu, który trwałby 2 godziny. Sprawdziłem najczęściej słuchane przeze mnie podwójne albumy z ostatnich lat, „Tales from Topographic Oceans” Yes i „Grace for Drowning” Wilsona, ale nawet one mają niewiele ponad 80 minut. Powiedziałbym, ze klasycznie dla hip-hopowców, Biggie wydał ile się dało zmieścić, ale aż tak nie zaszalał, bo biorąc pod uwagę format CD, mógł łącznie upchnąć na 2 CD nawet do 3 godzin xD
Moja dotychczasowa styczność z Biggiem, stworzyła mi w głowie obraz gościa, który żył w jakiejś przerażającej, gettowskiej bańce, w której faktycznie you’re nobody til somebody kills you. Facet wiedział, że umrze młodo i tragicznie, taki był pewnie plan. Czarny hip-hop (co podkreślam za każdym razem kiedy recenzuję jakiś album tego typu wrzucony przez Murzyna), naprawdę zacierał granicę między gangsterką, a muzyką. Jedno nie istniało bez drugiego dla niektórych wykonawców. Ktoś był gangolem i wyrażał się przez muzykę, dissowałał innych gangoli w piosenkach, wiedząc, że może to się skończyć bardzo źle, ale szacun na dzielni za trafny diss, był warty kulki w łeb (lub w wypadku Biggiego, kulki w wątrobę, nerkę, serce i płuco (jedna kula)). „Life After Death” to praktycznie album pośmiertny, bo facet zginął dwa tygodnie przez premierą.
O ile jest to przerażające, jest jednocześnie fascynujące, bo tworzy bardzo realny background dla tej muzyki, i inaczej się słucha albumu, który dosłownie kosztował kogoś życie. Ja jednak pochodzę z zupełnie innego świata, w którym muzyczne przepychanki nie mają i nigdy nie będą miały takiej wartości i wagi. Samo to, czyni dla mnie takie stricte gettowskie albumy totalną egzotyką.
Album jest bardzo muzyczny, tzn. chodzi mi o to, że bardzo mało jest na tej płycie skitowania, a nawet jeśli się takie pojawiają to są bardzo krótkie, służą raczej jako intra. Wyjątkiem jest kończący CD 1 ściągniętej przeze mnie wersji płyty „Biggy Speaks”, ponad 10minutowy wywiad, który w praktyce jest monologiem Biggiego. Niby dodatek, niby hidden track, niby coś z dupy, ale bardzo wpisuje się w konwencję tego albumu i IMO warto posłuchać co chłopak ma do powiedzenia. Zresztą stanowi to bardzo fajny podział między dwiema płytami, jakby w trakcie antraktu w spektaklu, ktoś wychodził żeby powiedzieć parę słów o nim.
Album zaczyna się tam gdzie zostawił nas późną jesienią zeszłego roku Murzyn, czyli w okolicach „Suicidal Thoughts”. Intro trochę melodramatyczne, przerysowane, jakby zaczynał się jakiś stary film noir, nie pasuje mi to kompletnie do czarnego-rapu, ale z drugiej strony, czemu nie? Ci goście dopiero polerowali zasady. Już teraz atakują nas lekko cringowe zabiegi (te szpitalne dźwięki, itd.), ale człowiek uczy się z tym żyć (hehe), zwłaszcza, że „Somebody’s Gotta Die” jeszcze bardziej brnie w rejony odgłosów przeładowania broni i tekstu stricte o porachunkach między gangami.
Czy się chce, czy nie, są to piosenki pisane od czarnych z getta, o czarnych z getta, dla czarnych z getta. Dla nich te wszystkie wystrzały z broni, odgłosy kruszonego szkła, itd., są jak poezja, a przynajmniej były w tamtym czasie. ALE, nie jest tak, że ja się tutaj nie mam czego złapać, bo jest ta tytułowa fraza. SAMBADYSGATTODAAA. Jak to się wkręca. Za to, między innymi, tak lubię Biggiego. Facet jest melodyjny przy zerowej melodyjności jego rapu. Jak on to robił? Po prostu robił.
Od tego momentu robi się tylko lepiej. „Hypnotize” to jeden z moich ulubionych utworów na albumie. Bit nietypowy. Ok, ja się generalnie na tym nie znam, ale z tego co zdążyłem przesłuchać z tych czasów, brzmi to zupełnie inaczej niż inne znane albumy czarnego hh z tamtych lat. Świetne żeńskie wokale. Bijajdżi faktycznie trochę na zwolnionych obrotach, ale w ogóle mi to nie przeszkadza. „Kick in the Door” klasyczniej, fajny klimat. Nawet taki laik jak ja, słyszy od razu, że to DJ Premier. Kisnę ostro z tego, że Biggy zdissował go na jego własnym bicie, za takie akcje uwielbiam hip-hop, bo to w żadnym innym gatunku by się przecież nie wydarzyło, CHOCIAŻ będę miał kiedyś, kiedyś utwór, który robi coś podobnego, a nie jest hip-hopowym kawałkiem.
„Fucking You Tonight” zaczyna się od loopa perkusyjnego, który wykorzystano w pewnym jednym numerze, który być może wjedzie ode mnie jeszcze w tym roku. W tle wokale jakby na feacie był R. Kelly. Sprawdzam z ciekawości, i to faktycznie jest R. Kelly xD JP, jak ten feat się źle zestarzał. Ja generalnie mam miłe wspomnienia z tym co R. Kelly wydawał w latach 90-tych („I Believe I Can Fly”, „Gotham City”), ale gość siedzi obecnie w pierdlu za rzeczy, o których nawet nie chcę tutaj pisać. Jak dobrze pójdzie, to wyjdzie za 20 lat, heh. Niestety, gangola z gangola nie wyciągniesz. Ale zabawnie się słucha, jak Kelly tym przeromantyzowanym rnb wokalem śpiewa „fakin ju tunaaajt”, jakby stał z gitarą i bukietem kwiatów po oknem laski. Przy Paf Dadi, Bijajdżi, bring dat ass tu mi, już prychłem na głos. „Last Day” ma pełno tych przejazdów po dzwonkach (zresztą cały album ma), taki bardzo klasyczny bit i numer (kojarzy mi się mocno z całą polską sceną podwórkowego hip-hopu z przełomu lat 90/00). Puff Daddy robił spoko rzeczy jako producent na tym albumie, tego gościa też miło wspominam z tamtych czasów.
„I Love the Dough” to jest coś czego się totalnie, podejrzewam, nikt nie spodziewa. Znowu mocna zmiana klimatu i, podobnie jak w „Hypnotize”, zaskakująco inny bit, bardziej czerpiący z lat 80, niż starych winyli z lat 50 i 60. Na feacie Jay-Z. Numer zrobił Easy Mo Bee, i tutaj muszę się zwrócić do Murzyna, czy ten gość miał po prostu taką stylówę w bitach? Klimaty takie bardzo mi podchodzą w kontekście czarnego hip-hopu. W tle piękne rnb wokale Angeli Winbush.
„What’s Beef” atakuje na dzień dobry tymi dzwoneczkami, ale klimat się nagle zmienia kiedy padają słowa „DO YOU KNOW WHAT BEEF IS?” i człowiek czuje, że shit got real (ok, trochę kekłem przy ASK YOURSELF, ale to szczegół). Nawet ciary przechodzą przy beef is when I see you guaranteed to be in ICU. Może i nadal poruszamy się na terenie klisz czarnego mob-hopu, ale heh, te klisze kiedyś musiały powstać. Zresztą Biggie tu nawija o prawdziwych beefach, przy których późniejsze przepychanki, np. Eminema z Limp Bizkit, czy w ogole Eminema z kimkolwiek, wydają się być śmieszne. Bit kojarzy mi się niemal z debiutem Portishead.
„Mo Money Mo Problems” robi WTF od początku ze względu na wykorzystanie „I’m Coming Out”. Człowiek myślał, że już go nie ma prawa na tej płycie nic zaskoczyć, a tu takie coś i UWAGA wcale nie wydaje się aż tak z dupy (chociaż na początku jednak trochę szokuje). W efekcie mamy Biggiego z gitarą Nile’a Rodgersa w tle, a tego nie da się przecenić. Co by dać trochę kontekstu starszym forumowiczom, ten numer (wydany jako singiel, już po śmierci Biggiego) zrzucił „Mietek Ciągle Chlał” Puff Daddy’ego z pierwszego miejsca listy przebojów. To był TEN czas, tylko o ile „I’ll Be Missing You” leciało w Polsce regularnie (nadal leci, to ten kawałek, za który Sting dostaje codziennie jakieś chore ilości pieniędzy), nie pamiętam żeby u nas ktokolwiek puszczał Biggiego.
„Niggas Bleed” z początku bawi tytułem, to trochę jakby na płycie metalowego zespołu był numer o tytule „Satan’s Blood”, czy jakieś „Sword of the Devil” lub „Church Burning in the Name of Goat”. Ale tekst jest zdecydowanie poważniejszy niż to. Bit monotonny, ale ma fajne przeszkadzajki i efekty w tle (np. ten jakby dzwonek). Po luźniejszym kawałku, tutaj wraca gangsta paradise, znowu sample wystrzałów i nawijanie o tym samym, no ale co. Biggie raczej miał wyrąbane, co będzie o tym sądził jakiś białas w 2023 r. Podejrzewam nawet, że brak takich sampli, byłby może w jego kręgu odebrany jako coś w złym guście.
Nie wiem, wjechał już „I Got a Story to Tell” i znowu luźniejszy bit i samplowany Al Green. Nie mogę się zgodzić z Murzynem, że ten bit jest chujowy. Powiem wręcz, że na tym etapie jestem już zmęczony typowymi bitami ala Premier i czuję się miło zaskoczony tym, co się tutaj dzieje. Od razu widzę zmianę w ekipie producentów i tu też by się musiał Murzyn szerzej wypowiedzieć. Mnie się podoba ten kawałek i ładnie kończy CD1, chociaż właśnie. Nie u mnie xD Bo ja mam dorzucony jako hidden track (ale wydzielony), trzynasty utwór - „wywiad”, którego Biggie udzielił jakiś miesiąc przed śmiercią (i wydaniem płyty). Niby wywiad, ale wszystkie pytania zostały powycinane, więc de facto, Biggie brzmi jakby gadał do siebie, ale jest to, tak jak pisałem na początku tego tekstu, coś co w wyjątkowo fajny sposób spaja dwie części tego albumu. Bo jest to album podwójny, a nie po prostu jeden album podzielony na pół, bo nie było miejsca na płytach.
„Notorious Thugs” otwiera drugą cześć w sposób unikalny. Rap rzeczywiście robi tu niesamowite wrażenie, nawet dzwoneczki tego nie psują. Jeden z najlepszych kawałków na płycie, doskonały wkręcający się bit i świetne wokale. „Miss U” znowu wprowadza nas w lżejsze rejony. Tutaj też by pasował R. Kelly, ale w zamian mamy 112, grupę rnb, która pasuje do tego podkładu perfekcyjnie. Generalnie Puff Daddy wszędzie tu pakuje artystów ze swojej stajni, co jest w sumie zrozumiałe i dosyć typowe. Co ciekawe, prawdopodobnie w przyszłym roku będę miał wrzutę zespołu powerpopowego (zero powiązań z hip-hopem), który był właśnie w labelu Bad Boy Records. Wracając do „Miss U”, jest tu silny vibe rzeczy w stylu „Until The End of Time” Timberlake’a, ale raczej bym się zdziwił, gdyby Timbo nie znał płyt Bijajdżi. „Another” znowu zaskakuje bitem. Wśród autorów widzę Lionela Richie, więc już wiem co się święci… a tu gówno, bo samplują numer Barbary Mason „Another Man” i nie znalazłem info jaki, o ile w ogóle, jest związek Lionela z tym numerem. Tymczasem w „Another” agresywny damski rap, najs. Wokal Biggiego ma taki lekko pijany vibe. „Goin Back to Cali” kontynuuje tę niecodzienną bitologię. O ile czarne płyty z tamtych czasów kojarzą mi się głównie z operowaniem jakimiś jazzowymi groovami w tle, Biggie idzie zdecydowanie bardziej w disco. I’m goin goin back back to Cali Cali, ponownie dobry motyw, który się mocno wkręca, pomimo tego, że nie ma żadnej melodii.
„Ten Track Commands” to jeden z moich ulubieńców na albumie, leci na bicie z Public Enemy, a to już dużo mówi. ERRATA, w miedzyczasie dowiedziałem się od Murzyna, że to nie bit był samplowany, tylko wokal Chucka D, który to zreszta sampl przysporzył producentom sporo problemów, bo nie dostali zgody na użycie tego odliczania i ostatecznie Chuck ich pozwał i wygrał jakieś 10k dolarów. Geneza tego numeru jest w ogóle jeszcze ciekawsza, ale to już by się musiał Murzyn wypowiedzieć, bo z mojej strony to by był trochę głuchy telefon (coś tam pamiętam, ale nie wszystko). „Playa Hater” totalnie zmienia klimat, jest smukło i wręcz bym powiedział, że zalatuje jakąś balladą Hayesa. Ogólnie ta druga płyta „LAD”, ma zdecydowanie bardziej soulowy charakter, niż bardziej sctricte hip-hopowa pierwsza. PLEEEJAAAAA się wkręca poważnie.
„Nasty Boy” znowu wpada w piękne klimaty rnb, wręcz czekam tu aż wejdzie Allyah, a tymczasem klasyczny rap, ale też jest super. Potem wjeżdża znowu jakieś budżetowe noir, jakby to był soundtrack do jakiejś gry z serii „Tex Murphy” (plus obligatoryjne dzwoneczki), a stąd prosto w bardzo wieczorny, bujający i po prostu piękny bit z „My Flame” Bobbyego Caldwella (polecam oryginał, bo jest świetny). To „Sky’s the Limit”, ponownie z udziałem 112 w fenomenalnym refrenie. Zdecydowanie jeden z hajlajtów płyty.
Nocne klimaty niesie ze sobą również „The World Is Filled...”. Carlton Thomas pięknie śpiewa od samego początku, a koledzy Too Short i sam Puff Daddy, dopełniają rapem. Klimat kawałka jest nie z tego świata. To jednak luz przed burzą, bo ostatnie trio to powrót na ziemię. Samo intro „My Downfall” od razu daje kopa po twarzy. Muzycznie, ponownie mam skojarzenia z „Dummy”, które to swoją droga, wyszło wcześniej. Ciekawe, czy Biggie szanował?
„Long Kiss Goodnight”, z tym klasycznie self-reference'owym tekstem, wprowadza jeszcze mroczniejszy klimat, i czuje się w powietrzu, że ta historia nie może skończyć się dobrze. Tak też jest. Na zakończenie, sakramentalne „You’re Nobody (Til Somebody Kills You)”. Wszystko najlepsze czego doświadczyliśmy na tej płycie, kulminuje się w tej kompozycji, zdecydowanie topowym numerze na „Life After Death”. Facet wiedział, że ten moment się zbliżał. Według własnego kodeksu, Biggie został zastrzelony chwilę przed premierą płyty. W jego kręgu był kimś, a „Life After Dev” stanowiło ukoronowanie jego zwycięstwa nad tymi wszystkimi, który życzyli mu śmierci. Dla mnie to nadal jest abstrakcja, że taka była rzeczywistość tych ludzi, kiedy nagrywali muzykę i wydawali płyty, jak wszyscy inni.
Powiem szczerze, pomimo ostrzeżeń Murzyna żeby lepiej tego słuchać na raty, za każdym razem słuchałem dwugodzinnej całości i nawet na moment nie czułem się zmęczony, przytłoczony, czy zniechęcony tą muzyką. Jestem naprawdę zaskoczony, bo generalnie tępię wykonawców za wydawanie za długich albumów, imo idealna płyta ma max 45 minut, a najlepiej 40 (chyba, że to jakiś ambient). No, ale to hip-hop, wiadomo, że czarni (zresztą nie tylko) raperzy i producenci nie schodzą poniżej godziny, CD dopycha się kolanem. Co ciekawe, większości dwupłytowych wydawnictw (nie tylko hh) jakich zdarzało mi się słuchać, brakowało zazwyczaj jakieś max 5-10 minut, żeby upchnąć album na jednym CD, ale nie tu. Biggie się nie szczypał z kontentem, ale szczerze mówiąc, rozumiem go, bo jeśli miałbym coś wywalić z LAD, to nie mam pojęcia co by to mogło być. Każdy kawałek jest dobry, każdy wydaje się mieć tu swoje miejsce i być integralną i istotną częścią opowieści snutej przez Bijajdżi (mimo, że to nie jest koncept album jako taki). Dla niego to był osobisty, ważny materiał, pewnie przeczuwał, a przynajmniej zdawał sobie sprawę z ewentualności, że to jego ostatni album i ostatni stejtment.
Myślę, że nie muszę dopisywać jakiegoś podsumowania, które zdradzi, że album mi się podoba. Z dotychczasowych wrzut tego typu, ta jest chyba najlepsza, przy czym poziom jest wyrównany, głównie ze względu na to, że te albumy nie są takie same. Muszę pochwalić Murzyna, że nawet w obrębie czarnego hip-hopu, serwuje nam za każdym razem płytę pod wieloma względami inną od pozostałych, w takim stopniu, że nawet nieosłuchani mocno z tym gatunkiem, potrafią te różnice zauważyć. Gang Starr było kompletnie inne od Nasa, A Tribe Called Quest byli kompletnie inni od tej dwójki, a Biggie również pokazuje nam zupełnie inne ujęcie czarnego hip-hopu. Myślę, że można spokojnie stwierdzić, że Jacek stał się najlepszym korepetytorem z tego grona, i o ile oczywiście bestka nie ma takich założeń, to jednak warto zauważyć, że Murzonowi najlepiej i najefektywniej wychodzi prezentowanie swojego core-u. Zresztą, te korki poszły o krok dalej.
W tygodniu słuchania Biggiego, wyskoczyło nam w kalendarzu pół-spontaniczne spotkanie z Murzynem w składzie Munlup-Musiał-Murzyn (3M) i oczywiście LAD było słuchane, i to w kilku dosyć komicznych sytuacjach (np. na parkingu pod Leclerkiem, z czego jest nawet wideo, ale nigdy nie wyjdzie ono poza nasze archiwum). Najlepsze było jednak jak w nocy odwoziliśmy Murzyna do domu i poleciało „Sky’s the Limit”. To było chyba najbliższe idealnego experience’u słuchania tej płyty, jadąc przez oświetlone latarniami osiedle, bujając głowami. Oczywiście, to nigdy nie będzie tak tru, jak słuchanie tego w kabriolecie, jadąc przez brooklyńske getto, ale podejrzewam, że trzech białasów, blastujących „You’re Nobody (Til Somebody Kills You)” na całą ulicę, na stricte czarnym, niezamożnym osiedlu, mogłoby już z tej ulicy nie wyjechać, nawet w dzisiejszych czasach.
Dobra, pora kończyć ten potok słów, ale jaka płyta, taka recenzja. Długa. Podsumowując podsumowanie, ponownie podkreślę, że niesamowicie przyjemnie mi się tego albumu słuchało, za każdym razem. Piekło zamarzło, ale da się siedzieć przy jednej hip-hopowej płycie bite dwie godziny i w skupieniu, na słuchawkach, tego słuchać, nie patrząc nerwowo na zegarek. Absolutny masterclass w hip-hopie. RIP Biggie.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Ok, co by tu się odnieść...
Co do "Another" kolego bo mnie zaintrygowałeś tym Lionelem Richie to sprawa jest prosta akurat - źle zerknąłeś w tabelę z creditsami na Wiki, Lionel owszem jest ale wyżej przy Miss U ;-)
Co do Easy Mo Bee to przyznam że kiedy dość niedawno tak naprawdę odkryłem że robił bity do I Love The Dough i Going Back To Cali to nijak mi się to z nim nie kleiło, heh, znam parę jego produkcji, ma swój styl, bębny miał charakterystyczne wydaje mi się i nie skojarzyłem ich jakoś z tymi dwoma numerami (a może powinienem? Tu bębny też mocno walą raczej). Odnoszę wrażenie jakby trochę podkręcił swój mass appeal przy tych dwóch bitach, może te ejtisowe sample mnie tak zmyliły.
Co do długości albumu nie dopowiedziałem jednego, myślę że to nie była tylko fanaberia Biggiego ale też element swego rodzaju rywalizacji, wynikało to niejako z ducha tej rapowej gry a Biggie był graczem heh. Pierwszy w historii podwójny (2CD) rap album wydał rok wcześniej nie kto inny jak 2Pac, zatem tym bardziej Big nie mógł być gorszy i również na tym froncie podjął rękawicę.
Co do tego że w odróżnieniu od wielu innych raperów Biggie postawił na inne brzmienie bez tego jazzowego sznytu pod spodem - fakt, duża tu zapewne też zasługa Puff Daddy'ego bo on wprowadził na salony takie rap numery garściami czerpiące z lat 80. (czego kulminacją było wspomniane I'll Be Missing You). To on i jego artyści dokonali rewolucji na Wschodnim Wybrzeżu i z gęstych mrocznych bitów wyprowadzili tamtejsze rapsy ku bangerom z dużym potencjałem komercyjnym, tak narodził się ten cały tzw. "jiggy" styl, pojawił się luz, szpan, zabawa (najlepszy przykład to Mo Money Mo Problems). I z tym stylem wjeżdżali potem do radia inni raperzy, w tym Nas i Jay-Z. Co do Timbalanda to nawet myślałem sobie że aż dziw że jego brakło na tym albumie, on w tamtym czasie wszak już odnosił pierwsze sukcesy z Aaliyah a nawet remiksował choćby dla Snoop Dogga.
Fajnie że doceniłeś i zauważyłeś jednak że jakąś tam różnorodność staram się w tej mojej niszy zachować żeby jednak ten materiał Was tak nie męczył, przeważnie ciśnięcie jednym brzmieniem potrafi łatwo zabić temat i zgasić zapał, mieszam żeby każdemu dać szansę coś ugryźć z tych rapsów.
Cieszę się że udało mi się wtedy uchwycić ten moment jak poprosiłem o Sky's The Limit w aucie, to i ten Common lecący na początku naszego tripu to była świetna klamra tego wieczoru IMO, budowanie wspomnień z numerami na żywo, best of bestka.
To tak na gorąco ode mnie
Co do "Another" kolego bo mnie zaintrygowałeś tym Lionelem Richie to sprawa jest prosta akurat - źle zerknąłeś w tabelę z creditsami na Wiki, Lionel owszem jest ale wyżej przy Miss U ;-)
Co do Easy Mo Bee to przyznam że kiedy dość niedawno tak naprawdę odkryłem że robił bity do I Love The Dough i Going Back To Cali to nijak mi się to z nim nie kleiło, heh, znam parę jego produkcji, ma swój styl, bębny miał charakterystyczne wydaje mi się i nie skojarzyłem ich jakoś z tymi dwoma numerami (a może powinienem? Tu bębny też mocno walą raczej). Odnoszę wrażenie jakby trochę podkręcił swój mass appeal przy tych dwóch bitach, może te ejtisowe sample mnie tak zmyliły.
Co do długości albumu nie dopowiedziałem jednego, myślę że to nie była tylko fanaberia Biggiego ale też element swego rodzaju rywalizacji, wynikało to niejako z ducha tej rapowej gry a Biggie był graczem heh. Pierwszy w historii podwójny (2CD) rap album wydał rok wcześniej nie kto inny jak 2Pac, zatem tym bardziej Big nie mógł być gorszy i również na tym froncie podjął rękawicę.
Co do tego że w odróżnieniu od wielu innych raperów Biggie postawił na inne brzmienie bez tego jazzowego sznytu pod spodem - fakt, duża tu zapewne też zasługa Puff Daddy'ego bo on wprowadził na salony takie rap numery garściami czerpiące z lat 80. (czego kulminacją było wspomniane I'll Be Missing You). To on i jego artyści dokonali rewolucji na Wschodnim Wybrzeżu i z gęstych mrocznych bitów wyprowadzili tamtejsze rapsy ku bangerom z dużym potencjałem komercyjnym, tak narodził się ten cały tzw. "jiggy" styl, pojawił się luz, szpan, zabawa (najlepszy przykład to Mo Money Mo Problems). I z tym stylem wjeżdżali potem do radia inni raperzy, w tym Nas i Jay-Z. Co do Timbalanda to nawet myślałem sobie że aż dziw że jego brakło na tym albumie, on w tamtym czasie wszak już odnosił pierwsze sukcesy z Aaliyah a nawet remiksował choćby dla Snoop Dogga.
Fajnie że doceniłeś i zauważyłeś jednak że jakąś tam różnorodność staram się w tej mojej niszy zachować żeby jednak ten materiał Was tak nie męczył, przeważnie ciśnięcie jednym brzmieniem potrafi łatwo zabić temat i zgasić zapał, mieszam żeby każdemu dać szansę coś ugryźć z tych rapsów.
Cieszę się że udało mi się wtedy uchwycić ten moment jak poprosiłem o Sky's The Limit w aucie, to i ten Common lecący na początku naszego tripu to była świetna klamra tego wieczoru IMO, budowanie wspomnień z numerami na żywo, best of bestka.
To tak na gorąco ode mnie
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Odpisałem na wszystko ładnie na telefonie, po czym ten się zawiesił i wszystko się zesrało.
Ogólnie przykra sprawa z ta relacją Biggie/2Pac, ale też mnie to nie dziwi, oni musieli mieć już naprawdę zryte banie od oglądania się za siebie. Generalnie wkręcam się w Biggiego trochę od dupy strony, najpierw ostatnim numerem z debiutu i teraz całą ostatnią płytą. Jak tylko bedę miał wolną chwilę, to siadam do tego serialu o Lajfie. Szacun w ogóle, że ktoś coś takiego zrobił.
Heh, jak już Munlup czymś zaintrygował, to bullszajsem xDstripped pisze:14 lip 2023 21:20Co do "Another" kolego bo mnie zaintrygowałeś tym Lionelem Richie to sprawa jest prosta akurat - źle zerknąłeś w tabelę z creditsami na Wiki, Lionel owszem jest ale wyżej przy Miss U ;-)
Trochę na ostatnią chwilę sprawdziłem, że gość zrobił sporo kawałków na "Ready to Die", więc miał fach w łapie, a ja muszę się zabrać czym prędzej za ten album.stripped pisze:14 lip 2023 21:20Co do Easy Mo Bee to przyznam że kiedy dość niedawno tak naprawdę odkryłem że robił bity do I Love The Dough i Going Back To Cali to nijak mi się to z nim nie kleiło, heh, znam parę jego produkcji, ma swój styl, bębny miał charakterystyczne wydaje mi się i nie skojarzyłem ich jakoś z tymi dwoma numerami (a może powinienem? Tu bębny też mocno walą raczej). Odnoszę wrażenie jakby trochę podkręcił swój mass appeal przy tych dwóch bitach, może te ejtisowe sample mnie tak zmyliły.
To aż dziw, że się nie rzucił na 3CD. Wiadomo coś na temat sesji do "LAD", w sensie, czy Biggie użył wszystkiego, czy zostały jakieś odrzuty?stripped pisze:14 lip 2023 21:20Co do długości albumu nie dopowiedziałem jednego, myślę że to nie była tylko fanaberia Biggiego ale też element swego rodzaju rywalizacji, wynikało to niejako z ducha tej rapowej gry a Biggie był graczem heh. Pierwszy w historii podwójny (2CD) rap album wydał rok wcześniej nie kto inny jak 2Pac, zatem tym bardziej Big nie mógł być gorszy i również na tym froncie podjął rękawicę.
Nie znam w zasadzie niczego Timbo z lat 90-tych, więc nie wiem jaki miał styl wtedy, ale to co robił później, to jest baaardzo daleko od tego, co panowie robili na "LAD", więc może z tego to wynikało. A może chłop nie chciał się pakować w gangsterskie rejony, żeby nie skończyć jak 2Pac xDstripped pisze:14 lip 2023 21:20Co do Timbalanda to nawet myślałem sobie że aż dziw że jego brakło na tym albumie, on w tamtym czasie wszak już odnosił pierwsze sukcesy z Aaliyah a nawet remiksował choćby dla Snoop Dogga.
Ogólnie przykra sprawa z ta relacją Biggie/2Pac, ale też mnie to nie dziwi, oni musieli mieć już naprawdę zryte banie od oglądania się za siebie. Generalnie wkręcam się w Biggiego trochę od dupy strony, najpierw ostatnim numerem z debiutu i teraz całą ostatnią płytą. Jak tylko bedę miał wolną chwilę, to siadam do tego serialu o Lajfie. Szacun w ogóle, że ktoś coś takiego zrobił.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Wkręcasz się od dupy strony ale zarazem jeśli obczaisz kiedyś debiut to trochę zatoczysz koło w tej relacji z Biggiem bo skończysz w punkcie wyjścia, heh.
Nie ma żadnych odrzutów z LAD, tu wszystko raczej dopięte było na ostatni guzik.
Nie mów też że nie znasz NICZEGO Timbo z lat 90 - znasz już chociażby One In A Million wspomnianej Aaliyah które dawałem do bestki ;-)
Co do Easy Mo Bee jeszcze to właśnie bardziej go kojarzę z takimi bitami jak z Ready To Die i paroma innymi jak choćby dla Tupaka:
https://youtu.be/skg0w8DpEe4
czy dla Busty Rhymesa:
https://youtu.be/fd_HkV9zz84
(pozwalam sobie bo tego w żadne bestki nie zamierzam wrzucać i tym bardziej myślę nikt inny lol)
jak posłuchasz tego i kiedyś tego co weszło na Ready To Die to myślę będziesz miał jakiś obraz jego produkcji i może wychwycisz o co mi biega z tym jego stylem
Nie ma żadnych odrzutów z LAD, tu wszystko raczej dopięte było na ostatni guzik.
Nie mów też że nie znasz NICZEGO Timbo z lat 90 - znasz już chociażby One In A Million wspomnianej Aaliyah które dawałem do bestki ;-)
Co do Easy Mo Bee jeszcze to właśnie bardziej go kojarzę z takimi bitami jak z Ready To Die i paroma innymi jak choćby dla Tupaka:
https://youtu.be/skg0w8DpEe4
czy dla Busty Rhymesa:
https://youtu.be/fd_HkV9zz84
(pozwalam sobie bo tego w żadne bestki nie zamierzam wrzucać i tym bardziej myślę nikt inny lol)
jak posłuchasz tego i kiedyś tego co weszło na Ready To Die to myślę będziesz miał jakiś obraz jego produkcji i może wychwycisz o co mi biega z tym jego stylem
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup