Wróć na lekcje matmy lepiej
Best of Forum IV
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Nie bądź taki aptekarz. 
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
A jak mówiłem że to powinno być best of 3,5-minutowe single to nikt nie słuchał
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Kiedy słuchać halloweenowej kolejki jak nie w Halloween?
Biosphere - Corona
Damn, Dragon umie w soczyste, doprawione jakimś onirycznym darkłejwem ambienty. Coś pomiędzy DJem Spooky, murzyńską Sensoramą a latającymi tu wcześniej wynalazkami w stylu Fuck Buttons. Nawet Recoil gdzieś słyszę w tle. A może to Cate Brooks? Nieee, chyba zbyt "wypolerowane" produkcyjnie. Ale robi wrażenie, jest gęsto, zimno, zimowo, aż mi się The Thing przypomina (swoją drogą, filmowa to jeszcze żyje czy co?). W przeciwieństwie do innych numerów tej kolejki (zwłasza No, znaczy, khm, Yes), ten mi się w ogóle mimo swego czasu trwania nie dłuży. Dobre to, soundtrackowe, nieprzekombinowane mimo bogactwa różnych ciekawych dźwięków i przeszkadzajek. Tzw. Milion Godzin Tego Samego<TM>, ale autentycznie daje ten klimat, o którym wspomniał Smoku. Filmowe to ostro, potrafię sobie nawet wyobrazić sceny do takiego filmu, ale nie będę Was tym już zanudzał (a i też niespecjalnie chce mi się teraz pisać o tym). Dobrze mi pasuje do aury za oknem, gdzie po krótkotrwałym ataku polskiej złotej jesieni przyszła skrajnie szara postpunkowa jesień. Ciekawe, jakby to weszło zimą właściwą? Aż zmarzłem. Dobra robota, dobry kawał muzyki <3
Grupa Murzynów<TM> - Hit 'Em High
Jeśli chodzi o Kosmiczny Mecz, to to jest tak, że jarałem się tym filmem niemożebnie będąc dzieciakiem, ba! nawet kiedyś marzyłem, że będę grał w kosza, ale mój stary i kolejni nauczyciele wuefu skutecznie mnie z tego wyleczyli (stary, zapalony koszykarz, oczekiwał genialnych rezultatów z miejsca, zaś wuefiści woleli inwestować uwagę... również w tych, którzy rokują od razu, a nie, że trzeba nad nimi siedzieć i coś tam robić albo NIE DAJ BOŻE UCZYĆ). Potem zapomniałem o tym filmie, a potem przypomniała mi go była partnerka, która go uwielbiała. To był taki nasz comfort movie, w sam raz na zamówienie tony sushi, opróżnienie przynajmniej 2 butelek wina a potem choć jednego pudełka lodów Ben&Jerry's. I co mogę powiedzieć... źle się imho zestarzał xD Tzn. dopiero teraz, z perspektywy, widzę, że te oceny krytyków (niskie) nie były do końca wzięte z tyłka. Więcej polotu miał w sobie John Barnes "śpiewając" w World In Motion New Order (WE'RE PLAYING FOR ENGLAND, IN-GER-LAND!!!!11!!!111oneoneone; na marginesie, gardziłem tym kawałkiem przez lata) niż Michael Jordan robiący za aktora. ALE ALE ALE, wspomnienia są. Chyba jednak niezbyt silne, z OSTu utknęły mi w głowie oczywiście przede wszystkim Seal i R(apist). Kelly (niech zdycha), tego... nie pamiętałem, dopóki nie wszedł refren. A i tak nie do końca pamiętam nawet, w jakiej scenie to było xD Co nie zmienia faktu, że nawet dla takiego rapowego laika to jest jakiś przekaz, po pierwsze, całość pachnie najntisami na sto kilometrów, bit jest dobry, flow drużyny jest również dobry, poza tym co to za drużyna, bodaj największe nazwiska tamtego czasu (a do Cypress Hill mam wyjątkowy stosunek <3). Więc powiem tyle, podoba mi się, jeszcze ten delikatnie mroczny i agresywny klimat kawałka... gdyby każdy rap tak brzmiał, jarałbym się zawsze i dziś chodziłbym w szerokich spodniach i jeszcze szerszych bluzach. A tak sam tylko jestem szeroki.
Peter Murphy - Hollow Hills
Nie chce mi się już reprodukować tej historii z perspektywy swojej, albowiem kol. Hien wszystko doskonale opisał xD Potwierdzę jedynie, że wieczór był wyśmienity, czekałem na Murphy'ego z niecierpliwością, choć faktycznie chwilę mi zajęło przeprocesowanie tego, kto to w ogóle był (o swojej znajomości Bauhausu pisałem przy okazji swojej Bauhausowej wrzuty). Wybierałem się tam przede wszystkim na Eno, i w ogóle to mam teraz takie przebitki, że ja chyba przyjechałem prosto z Warszawy i to pod krawatem, bo takie były wymogi dress code'owe w moim poprzednim korpo (mimo braku jakiegokolwiek kontaktu z jakimkolwiek klientem). Na pewno byłem niemal pod krawatem na koncercie The Cure później tego samego roku (nawet są foty lol). Ale tak, to był konkret wieczór, dobre whisky, Brian fucking Eno, potem nasza olewka wobec obecnej supergwiazdy (która zresztą na scenie jest de facto od dzieciaka), no a pote, Murphy, który faktycznie jechał do Łodzi taryfą, kisnęliśmy z tego niemożebnie. I zasypialiśmy pod koniec, to również prawda. Ja Murphy'ego solo znałem wtedy tylko jeden numer (tzn. co do jednego byłem pewny, że to on), a Bauhausu może ze 3 (w tym Bela Lugosi's Dead), więc koncert wgniótł mnie w ziemię swoją świeżością i jeszcze ta semi-unplugged forma, Murphy'emu towarzyszyło dwóch typów, z czego jeden wyglądał jak kochanek Doktor Quinn. Najbardziej coś kliknęło w mojej głowie jak usłyszałem zapodaną "stripped" wersję A Strange Kind of Love (to właśnie ten numer, który znałem), a która była absolutnie wybitna (te skrzypce na koniec, nosz ja pier*olę), poleciało parę numerów Bauhausu także (w tym Hollow Hills), zachwycony następnego dnia - po tym, jak się na mnie kol. Hien wys... zdefekował, teraz już wiem czemu DZIĘKI STARY CHCIAŁEM ZOBACZYĆ TĘ INSTALACJĘ ENO MA JAKIŚ MILIARD LAT W TYM MOMENCIE I W KAŻDEJ CHWILI MOŻE UMRZEĆ TAK SAMO JAK I JA BO NIE WIDZIAŁEM THE SHIP - zassałem bestkę Bauhausu i... niemal całą dyskografię Murphy'ego, no i do tej dyskografii się dosiadłem na niemal całą jesień, bestka Bauhausu wjechała na pełnej dopiero w styczniu/lutym 2017, a Bauhausowe albumy dopiero w styczniu/lutym 2021, 4 lata później xD (w ogóle, jak ten czas leci, god damn it...). No co mogę powiedzieć, Hollow Hills mi się przepotwornie spodobało od razu, klimatyczny, mroczny i gotycki kawałek, wokal Murphy'ego świetny (nawet po tak wielu latach, ten typ nawet zawodzić potrafi), ta linia basu, na której wszystko jest oparte jest świetna absolutnie, słuchanie tego w tamtych okolicznościach było wielkim przeżyciem. Tym bardziej mi smutno, że jesienią 2019 kupiłem sobie i ówczesnej partnerce (tej od Kosmicznego Meczu) bilety na koncert Murphy'ego ze spółką, tym razem całkiem nie unplugged, który miał się odbyć w maju 2020 roku w Warszawie, ALE W MARCU PRZYSZŁA PANDEMIA I ZABRAŁA MI TO I PET SHOP BOYS JESZCZE CHYBA JEDNAK UMIERAM.
DB/GW/MA - Pickman St. Street
Shodan dostarcza numer z gry, bo padła bestka z grami. Nie no, żartuję, spodziewałem się trochę, że na Halloween żadnej creepy śpiewającej pani mieć nie będzie. Więc raczy nas typowo (dla mnie przynajmniej) grosoundtrackowo brzmiącym numerem. W sensie, nawet ta gitara na początku sufluje mi jeden z numerów ze (skądinąd świetnego) soundtracku do Raymana 2 (kto grał, ten wie). Nie ma tutaj jakiejś wybitnej produkcji, jest sporo rozwleczenia takiego, żeby w akcie desperacji wypełnić wolną i cichą przestrzeń na konkretnym poziomie gry (nie no, żartuję, chociaż nie do końca). To "rozkręcenie" brzmi trochę tanio, w ogóle mam wrażenie (może to kwestia YT, zapewne na pewno), że całość jest parszywie skompresowana, do jakichś 96 kbps, przez co wrażenia słuchowe są cokolwiek dziwaczne (ale też pasuje to trochę do takiej muzy, w sensie tych konkretnych dźwięków, bo dosłownie ma się wrażenie, że coś skrzypi za ścianą, coś drapie w sufit, a może mnie za uchem, no trudno powiedzieć w tej chwili). Mhrok jest, ale trochę tańszy, ewidentnie budżetowy. Dodać do tego dziwacznie brzmiący wokal i mamy jakieś superpierwotne demo NIN z czasów, kiedy Reznor jeszcze grał na klawiszu w zespole synthpopowym (POLECAM SWOJĄ DROGĄ). Nie wiem, chcę mehać, ale trochę nie mogę, więc trochę meham, a trochę nie.
No, tfu, Yes - Close to the Edge
Ehh, Mentos postanowił pójść ostro w to Halloween i zapodał prawdziwy koszmar - nie dość, że jeden z tych progowych gigantów, których naprawdę nie trawię (poza ich późniejszą, bardziej "radio friendly" fazą, albowiem TAK, LUBIĘ OWNER OF A LONELY HEART), to jeszcze zostałem skazany na słuchanie prawie 20 minut utworu (tak, wiem, składa się z segmentów, ale te składają się na JEDEN KUR*A NUMER KTO NA TO POZWOLIŁ GDZIE BYLI LUDZIE Z A&R ICH WYTWÓRNI DO CH*JA WAFLA), co w odpowiednich okolicznościach by mi pewnie nie przeszkadzało, ale tutaj... tutaj się zmęczyłem. Serio. Ja po prostu nie jestem szyty pod prog, wiem, rozumiem, każdemu jego porno, ten słucha tego, tamten tamtego, ja mam dziwne wybory muzyczne, ale do takiego, powiedzmy, "typowego" i "klasycznego" prog rocka ja się po prostu nie przekonam. Ewidentnie moim safe space'em w tym wypadku jest NAJWYŻEJ Porcupine Tree i DO PEWNEGO STOPNIA, nie wiem, Jethro Tull, King Crimson to nieco zupełnie inna bajka (i tych bardzo cenię, ale też nie zawsze, co pokazał przykład bestki albumowej), a w ogóle to jeszcze Genesis, ale tutaj też wolę ich popową odsłonę, NO CO JA PORADZĘ NAZWIJCIE MNIE NORMIKIEM. Żeby ogarnąć, co się tutaj w ogóle dzieje, musiałem słuchać tego kawałka 3 razy, co przełożyło się na niemal godzinę z tym samym. I mogę napisać jedynie, że najbardziej podobają mi się ambientowo-oniryczne klimaty zaczynające się w okolicach 9-tej minuty, którym do 14 minuty towarzyszą później najpierw pianino, a potem organy. I tam kawałek powinien się kończyć, no ale oczywiście, takie były czasy, taka moda, taki koncept zespołu (może i albumu, nie wiem, mam to gdzieś), trzeba się było pofleksować umiejętnościami grania trwającej 10 minut solówki, inaczej nie szło w Londynie zaruchać, przepraszam, tak, wiem, jestem uprzedzony, nic nie poradzę. Po prostu nie mam do tego grania siły, może akurat przez ostatnie parę dni, może przez całe życie. Tym razem Musiał disapproves (ale ten "ambiencik" naprawdę spoko).
Biosphere - Corona
Damn, Dragon umie w soczyste, doprawione jakimś onirycznym darkłejwem ambienty. Coś pomiędzy DJem Spooky, murzyńską Sensoramą a latającymi tu wcześniej wynalazkami w stylu Fuck Buttons. Nawet Recoil gdzieś słyszę w tle. A może to Cate Brooks? Nieee, chyba zbyt "wypolerowane" produkcyjnie. Ale robi wrażenie, jest gęsto, zimno, zimowo, aż mi się The Thing przypomina (swoją drogą, filmowa to jeszcze żyje czy co?). W przeciwieństwie do innych numerów tej kolejki (zwłasza No, znaczy, khm, Yes), ten mi się w ogóle mimo swego czasu trwania nie dłuży. Dobre to, soundtrackowe, nieprzekombinowane mimo bogactwa różnych ciekawych dźwięków i przeszkadzajek. Tzw. Milion Godzin Tego Samego<TM>, ale autentycznie daje ten klimat, o którym wspomniał Smoku. Filmowe to ostro, potrafię sobie nawet wyobrazić sceny do takiego filmu, ale nie będę Was tym już zanudzał (a i też niespecjalnie chce mi się teraz pisać o tym). Dobrze mi pasuje do aury za oknem, gdzie po krótkotrwałym ataku polskiej złotej jesieni przyszła skrajnie szara postpunkowa jesień. Ciekawe, jakby to weszło zimą właściwą? Aż zmarzłem. Dobra robota, dobry kawał muzyki <3
Grupa Murzynów<TM> - Hit 'Em High
Jeśli chodzi o Kosmiczny Mecz, to to jest tak, że jarałem się tym filmem niemożebnie będąc dzieciakiem, ba! nawet kiedyś marzyłem, że będę grał w kosza, ale mój stary i kolejni nauczyciele wuefu skutecznie mnie z tego wyleczyli (stary, zapalony koszykarz, oczekiwał genialnych rezultatów z miejsca, zaś wuefiści woleli inwestować uwagę... również w tych, którzy rokują od razu, a nie, że trzeba nad nimi siedzieć i coś tam robić albo NIE DAJ BOŻE UCZYĆ). Potem zapomniałem o tym filmie, a potem przypomniała mi go była partnerka, która go uwielbiała. To był taki nasz comfort movie, w sam raz na zamówienie tony sushi, opróżnienie przynajmniej 2 butelek wina a potem choć jednego pudełka lodów Ben&Jerry's. I co mogę powiedzieć... źle się imho zestarzał xD Tzn. dopiero teraz, z perspektywy, widzę, że te oceny krytyków (niskie) nie były do końca wzięte z tyłka. Więcej polotu miał w sobie John Barnes "śpiewając" w World In Motion New Order (WE'RE PLAYING FOR ENGLAND, IN-GER-LAND!!!!11!!!111oneoneone; na marginesie, gardziłem tym kawałkiem przez lata) niż Michael Jordan robiący za aktora. ALE ALE ALE, wspomnienia są. Chyba jednak niezbyt silne, z OSTu utknęły mi w głowie oczywiście przede wszystkim Seal i R(apist). Kelly (niech zdycha), tego... nie pamiętałem, dopóki nie wszedł refren. A i tak nie do końca pamiętam nawet, w jakiej scenie to było xD Co nie zmienia faktu, że nawet dla takiego rapowego laika to jest jakiś przekaz, po pierwsze, całość pachnie najntisami na sto kilometrów, bit jest dobry, flow drużyny jest również dobry, poza tym co to za drużyna, bodaj największe nazwiska tamtego czasu (a do Cypress Hill mam wyjątkowy stosunek <3). Więc powiem tyle, podoba mi się, jeszcze ten delikatnie mroczny i agresywny klimat kawałka... gdyby każdy rap tak brzmiał, jarałbym się zawsze i dziś chodziłbym w szerokich spodniach i jeszcze szerszych bluzach. A tak sam tylko jestem szeroki.
Peter Murphy - Hollow Hills
Nie chce mi się już reprodukować tej historii z perspektywy swojej, albowiem kol. Hien wszystko doskonale opisał xD Potwierdzę jedynie, że wieczór był wyśmienity, czekałem na Murphy'ego z niecierpliwością, choć faktycznie chwilę mi zajęło przeprocesowanie tego, kto to w ogóle był (o swojej znajomości Bauhausu pisałem przy okazji swojej Bauhausowej wrzuty). Wybierałem się tam przede wszystkim na Eno, i w ogóle to mam teraz takie przebitki, że ja chyba przyjechałem prosto z Warszawy i to pod krawatem, bo takie były wymogi dress code'owe w moim poprzednim korpo (mimo braku jakiegokolwiek kontaktu z jakimkolwiek klientem). Na pewno byłem niemal pod krawatem na koncercie The Cure później tego samego roku (nawet są foty lol). Ale tak, to był konkret wieczór, dobre whisky, Brian fucking Eno, potem nasza olewka wobec obecnej supergwiazdy (która zresztą na scenie jest de facto od dzieciaka), no a pote, Murphy, który faktycznie jechał do Łodzi taryfą, kisnęliśmy z tego niemożebnie. I zasypialiśmy pod koniec, to również prawda. Ja Murphy'ego solo znałem wtedy tylko jeden numer (tzn. co do jednego byłem pewny, że to on), a Bauhausu może ze 3 (w tym Bela Lugosi's Dead), więc koncert wgniótł mnie w ziemię swoją świeżością i jeszcze ta semi-unplugged forma, Murphy'emu towarzyszyło dwóch typów, z czego jeden wyglądał jak kochanek Doktor Quinn. Najbardziej coś kliknęło w mojej głowie jak usłyszałem zapodaną "stripped" wersję A Strange Kind of Love (to właśnie ten numer, który znałem), a która była absolutnie wybitna (te skrzypce na koniec, nosz ja pier*olę), poleciało parę numerów Bauhausu także (w tym Hollow Hills), zachwycony następnego dnia - po tym, jak się na mnie kol. Hien wys... zdefekował, teraz już wiem czemu DZIĘKI STARY CHCIAŁEM ZOBACZYĆ TĘ INSTALACJĘ ENO MA JAKIŚ MILIARD LAT W TYM MOMENCIE I W KAŻDEJ CHWILI MOŻE UMRZEĆ TAK SAMO JAK I JA BO NIE WIDZIAŁEM THE SHIP - zassałem bestkę Bauhausu i... niemal całą dyskografię Murphy'ego, no i do tej dyskografii się dosiadłem na niemal całą jesień, bestka Bauhausu wjechała na pełnej dopiero w styczniu/lutym 2017, a Bauhausowe albumy dopiero w styczniu/lutym 2021, 4 lata później xD (w ogóle, jak ten czas leci, god damn it...). No co mogę powiedzieć, Hollow Hills mi się przepotwornie spodobało od razu, klimatyczny, mroczny i gotycki kawałek, wokal Murphy'ego świetny (nawet po tak wielu latach, ten typ nawet zawodzić potrafi), ta linia basu, na której wszystko jest oparte jest świetna absolutnie, słuchanie tego w tamtych okolicznościach było wielkim przeżyciem. Tym bardziej mi smutno, że jesienią 2019 kupiłem sobie i ówczesnej partnerce (tej od Kosmicznego Meczu) bilety na koncert Murphy'ego ze spółką, tym razem całkiem nie unplugged, który miał się odbyć w maju 2020 roku w Warszawie, ALE W MARCU PRZYSZŁA PANDEMIA I ZABRAŁA MI TO I PET SHOP BOYS JESZCZE CHYBA JEDNAK UMIERAM.
DB/GW/MA - Pickman St. Street
Shodan dostarcza numer z gry, bo padła bestka z grami. Nie no, żartuję, spodziewałem się trochę, że na Halloween żadnej creepy śpiewającej pani mieć nie będzie. Więc raczy nas typowo (dla mnie przynajmniej) grosoundtrackowo brzmiącym numerem. W sensie, nawet ta gitara na początku sufluje mi jeden z numerów ze (skądinąd świetnego) soundtracku do Raymana 2 (kto grał, ten wie). Nie ma tutaj jakiejś wybitnej produkcji, jest sporo rozwleczenia takiego, żeby w akcie desperacji wypełnić wolną i cichą przestrzeń na konkretnym poziomie gry (nie no, żartuję, chociaż nie do końca). To "rozkręcenie" brzmi trochę tanio, w ogóle mam wrażenie (może to kwestia YT, zapewne na pewno), że całość jest parszywie skompresowana, do jakichś 96 kbps, przez co wrażenia słuchowe są cokolwiek dziwaczne (ale też pasuje to trochę do takiej muzy, w sensie tych konkretnych dźwięków, bo dosłownie ma się wrażenie, że coś skrzypi za ścianą, coś drapie w sufit, a może mnie za uchem, no trudno powiedzieć w tej chwili). Mhrok jest, ale trochę tańszy, ewidentnie budżetowy. Dodać do tego dziwacznie brzmiący wokal i mamy jakieś superpierwotne demo NIN z czasów, kiedy Reznor jeszcze grał na klawiszu w zespole synthpopowym (POLECAM SWOJĄ DROGĄ). Nie wiem, chcę mehać, ale trochę nie mogę, więc trochę meham, a trochę nie.
No, tfu, Yes - Close to the Edge
Ehh, Mentos postanowił pójść ostro w to Halloween i zapodał prawdziwy koszmar - nie dość, że jeden z tych progowych gigantów, których naprawdę nie trawię (poza ich późniejszą, bardziej "radio friendly" fazą, albowiem TAK, LUBIĘ OWNER OF A LONELY HEART), to jeszcze zostałem skazany na słuchanie prawie 20 minut utworu (tak, wiem, składa się z segmentów, ale te składają się na JEDEN KUR*A NUMER KTO NA TO POZWOLIŁ GDZIE BYLI LUDZIE Z A&R ICH WYTWÓRNI DO CH*JA WAFLA), co w odpowiednich okolicznościach by mi pewnie nie przeszkadzało, ale tutaj... tutaj się zmęczyłem. Serio. Ja po prostu nie jestem szyty pod prog, wiem, rozumiem, każdemu jego porno, ten słucha tego, tamten tamtego, ja mam dziwne wybory muzyczne, ale do takiego, powiedzmy, "typowego" i "klasycznego" prog rocka ja się po prostu nie przekonam. Ewidentnie moim safe space'em w tym wypadku jest NAJWYŻEJ Porcupine Tree i DO PEWNEGO STOPNIA, nie wiem, Jethro Tull, King Crimson to nieco zupełnie inna bajka (i tych bardzo cenię, ale też nie zawsze, co pokazał przykład bestki albumowej), a w ogóle to jeszcze Genesis, ale tutaj też wolę ich popową odsłonę, NO CO JA PORADZĘ NAZWIJCIE MNIE NORMIKIEM. Żeby ogarnąć, co się tutaj w ogóle dzieje, musiałem słuchać tego kawałka 3 razy, co przełożyło się na niemal godzinę z tym samym. I mogę napisać jedynie, że najbardziej podobają mi się ambientowo-oniryczne klimaty zaczynające się w okolicach 9-tej minuty, którym do 14 minuty towarzyszą później najpierw pianino, a potem organy. I tam kawałek powinien się kończyć, no ale oczywiście, takie były czasy, taka moda, taki koncept zespołu (może i albumu, nie wiem, mam to gdzieś), trzeba się było pofleksować umiejętnościami grania trwającej 10 minut solówki, inaczej nie szło w Londynie zaruchać, przepraszam, tak, wiem, jestem uprzedzony, nic nie poradzę. Po prostu nie mam do tego grania siły, może akurat przez ostatnie parę dni, może przez całe życie. Tym razem Musiał disapproves (ale ten "ambiencik" naprawdę spoko).
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Kolejny raz przerabiam temat, że po pierwszy odsłuchu jestem gotów mehać na wszystko pisząc, że to najgorsza kolejka w historii. Potem się to jednak zmienia w miarę kolejnych odsłuchów. Jak będzie tym razem?
Biosphere & Higher Intelligence Agency - Corona
Dragon zapodaje rzeczywiście taki dosyć dziwny utwór. Przez całą długość czekałem, aż numer rozwinie skrzydła. Wszystko wskazywało na to, że wejdzie wreszcie tłusty bit, soczysta perkusja. Nic takiego nie jednak nastąpiło. Przy pierwszym odsłuchu odczułem w związku z tym pewne rozczarowanie. Ale potem, w miarę kolejnych odsłuchów poczytałem to jako główną zaletę. Coś podobnego pamiętam miałem w przypadku In Chains. Spodziewałem się mocnego pierdolnięcia, które nie nastąpiło. I w sumie dobrze się stało (owo pierdolnięcie było dopiero w remixie Wildera).
Od początku tworzy się super klimat. Te dźwięki w intro i sample głosów są bardzo klimatyczne. Potem się zagęszcza, choć w sumie przez większość utworu leci to samo. Ale to jest dobre. Mieliście tu różne skojarzenia – z lodowcami, z deszczową metropolią. I w sumie ja się poddałem tym sugestiom. Bez problemu widzę tutaj śnieg i lód. Nawet czytałem kilka książek moich ulubionych pisarzy Preston & Child, którzy osadzali akcje swoich klimatycznych i mrocznych powieści gdzieś na skutym lodem biegunie północnym czy również skutym lodem zimnym morzu. Bez problemu też potrafię akcję tego utworu osadzić gdzieś pośrodku deszczowego Tokio czy innej japońskiej metropolii jak to było w przypadku innych vaporowych propozycji od Dragona. W każdym razie jest dobrze. Jest klimatycznie. No I zaafrowała mnie sama końcówka. Brzmi to tak, jakby to był wstęp do jakiegoś zajebistego kolejnego utworu na albumie, z którym Corona się płynnie łączy. Nie wiem, czy tak rzeczywiście jest, ale korci mnie, żeby to sprawdzić.
B-Real, Coolio, Method Man, LL Cool J & Busta Rhymes - Hit 'em High (The Monstars' Anthem)
Już chciałem narzekać po pierwszym odsłuchu, że może Murzyn jednak ostatnio przesadza z hip-hopem. Że co za dużo to nie zdrowo. Ale zaraz potem musiałem sam przed sobą przyznać, że nie mogę narzekać, bo pan Jacek jest naprawdę wyjątkowo dobrym selekcjonerem hip-hopu. Najpierw Common w bestce albumowej, a teraz to. Hip-hop to wciąż nie jest dla mnie muzyka pierwszego wyboru. I prawdopodobnie nigdy nie będzie. Ale jednak jest dla mnie coraz ważniejsza. Krok po kroku. Już absolutnie nie wstydzę się puszczać tego w pracy. Często nawet czuję, że mogę u ludzi tą muzyką niejako zabłysnąć.
Mamy tu kilka znanych ksywek, które robią robotę. Nie wiem, czy Murzyn z uwagi na na Hallowen specjalnie zamieścił ten numer, ale ten podkład ma w sobie naprawdę jakieś niepokojące brzmienia. Świetne wokale, świetny podkład. Po prostu fantastyczny utwór. Niesamowity klimat.
Będzie czym szpanować w robocie. A co.
Andy Prieboy - No Reason
Pierwszy odsłuch wydawał mi się koszmarnie nudny. Ale często bywa, że coś, co się mi na początku niby nie podoba potem okazuje się czymś dobrym, a nawet wyjątkowym. Mam tak nawet z niektórymi moimi ulubionymi wykonawcami. Ktoś dla mnie ważny wydaje nowy album, ja go słucham i myślę „eee może i nie najgorsze, ale to już nie to, co kiedyś”. Taki stan potrafi czasem trwać tygodnie, a nawet miesiące, aż wreszcie muzyka nagle zatrybi i okazuje się, że to najlepsza rzecz tego artysty ever. Tutaj mnie olśniło dopiero, jak posłuchałem w domu na słuchawkach (pierwsze dwa odsłuchy były w pracy na głośnikach). Warunki oraz sprzęt, na którym się słucha potrafi mieć jednak decydujące znaczenie. Lubię słuchać na różnym sprzęcie, ale zazwyczaj słuchawki to słuchawki.
Utwór niby zaczyna się dosyć niemrawo. Andy śpiewa na jednej nucie. Śpiewa zresztą tak cały utwór. Ale to co wyróżnia ten numer, to przepiękna aranżacja. W jej świetle ta piosenka śpiewana na jednej nucie nabiera jednak wyjątkowego smaku. Pianino robi niesamowitą robotę. Dragon pisze, że to teatralny numer. I coś w tym jest. Hien pisze o nawiedzonym domu I wampirach. I to też ma sens. Jakoś ulegam w tej kolejce waszym sugestiom i wizualizacjom. Może dlatego, ze zanim zacząłem słuchać to najpierw przeczytałem to i owo. Ważne, że utwór jest naprawdę świetny. Klimat niesamowity.
Aha, z filmu Kosmiczny mecz kompletnie tego nie kojarzę, bo filmu nigdy nie oglądałem. Kojarzę jedynie świetny utwór Jam Michaela Jacksona.
Peter Murphy – Hollow Hills
Na początku nie byłem przekonany do tego utworu. prostytutka znowu word z jakichś idiotyczych powodów nie zapisał mi moich obszernych wypocin. I muszę tworzyć od nowa.
Nie znam ani Murphyego, ani tym bardziej Bauhaus. Ale po bodaj 3-4 przesłuchach dotarły do mnie atuty tego projektu. Hien nie jest fanem śpiewających pań, ja z kolei rzadko ulegam urokowi śpiewających panów. Ale pan Murphy ma ciekawy wokal (nie, żeby lepszy od moich niewiast, absolutnie). Ale utwór brzmi dobrze. Charakternie. Rzadko lubię takie dronowe brzmienia, ale tutaj jest spoko. Dobry numer. Na jak długo, to się okaże.
Yes - Close to the edge
No i na koniec coś, co od początku budziło moje gigantyczne obawy. Wiadomo, rock progresywny, lata prastare. Kiedyś gardziłem tym bezwarunkowo. Potem przyszły wrzutki King Crimeson i Pink Floyd. Mimo, że było w sumie wiadomo jak, to pan shodan potrafił przełamać stereotypy i owe projekty docenić. Ba, nawet leśny dziadek z JT potrafił zaskoczyć. Ale Yes to już jednak dla mnie za dużo. Nie będę pisał, że to jakaś zła muzyka. Podobno byli w jakiejś wielkiej 6-ce. Tylko czego? Dziadowania? Niestety dla mnie to zespół koszmar. Wolałbym kopać rowy niż słuchać tej muzyki z okresu mezozoiku. Może i w swoich czasach coś prezentowali. Ja się cieszę, że w tych podłych czasach jednak nie żyłem. Utwór rodem z koszmarów, czyli Hallowen na pełnej.
Szkoda że nie w tym znaczeniu co trzeba. Kompletnie nie mój świat. Zawsze przestrzegam przed używaniem tego typu zwrotów, ale tu akurat inacze się nie da.
Podsumowując kolejka bardzo zacna z wyjątkiem niestety wrzuty Mentosa. No ale nie zawsze jest niedziela.
Biosphere & Higher Intelligence Agency - Corona
Dragon zapodaje rzeczywiście taki dosyć dziwny utwór. Przez całą długość czekałem, aż numer rozwinie skrzydła. Wszystko wskazywało na to, że wejdzie wreszcie tłusty bit, soczysta perkusja. Nic takiego nie jednak nastąpiło. Przy pierwszym odsłuchu odczułem w związku z tym pewne rozczarowanie. Ale potem, w miarę kolejnych odsłuchów poczytałem to jako główną zaletę. Coś podobnego pamiętam miałem w przypadku In Chains. Spodziewałem się mocnego pierdolnięcia, które nie nastąpiło. I w sumie dobrze się stało (owo pierdolnięcie było dopiero w remixie Wildera).
Od początku tworzy się super klimat. Te dźwięki w intro i sample głosów są bardzo klimatyczne. Potem się zagęszcza, choć w sumie przez większość utworu leci to samo. Ale to jest dobre. Mieliście tu różne skojarzenia – z lodowcami, z deszczową metropolią. I w sumie ja się poddałem tym sugestiom. Bez problemu widzę tutaj śnieg i lód. Nawet czytałem kilka książek moich ulubionych pisarzy Preston & Child, którzy osadzali akcje swoich klimatycznych i mrocznych powieści gdzieś na skutym lodem biegunie północnym czy również skutym lodem zimnym morzu. Bez problemu też potrafię akcję tego utworu osadzić gdzieś pośrodku deszczowego Tokio czy innej japońskiej metropolii jak to było w przypadku innych vaporowych propozycji od Dragona. W każdym razie jest dobrze. Jest klimatycznie. No I zaafrowała mnie sama końcówka. Brzmi to tak, jakby to był wstęp do jakiegoś zajebistego kolejnego utworu na albumie, z którym Corona się płynnie łączy. Nie wiem, czy tak rzeczywiście jest, ale korci mnie, żeby to sprawdzić.
B-Real, Coolio, Method Man, LL Cool J & Busta Rhymes - Hit 'em High (The Monstars' Anthem)
Już chciałem narzekać po pierwszym odsłuchu, że może Murzyn jednak ostatnio przesadza z hip-hopem. Że co za dużo to nie zdrowo. Ale zaraz potem musiałem sam przed sobą przyznać, że nie mogę narzekać, bo pan Jacek jest naprawdę wyjątkowo dobrym selekcjonerem hip-hopu. Najpierw Common w bestce albumowej, a teraz to. Hip-hop to wciąż nie jest dla mnie muzyka pierwszego wyboru. I prawdopodobnie nigdy nie będzie. Ale jednak jest dla mnie coraz ważniejsza. Krok po kroku. Już absolutnie nie wstydzę się puszczać tego w pracy. Często nawet czuję, że mogę u ludzi tą muzyką niejako zabłysnąć.
Mamy tu kilka znanych ksywek, które robią robotę. Nie wiem, czy Murzyn z uwagi na na Hallowen specjalnie zamieścił ten numer, ale ten podkład ma w sobie naprawdę jakieś niepokojące brzmienia. Świetne wokale, świetny podkład. Po prostu fantastyczny utwór. Niesamowity klimat.
Będzie czym szpanować w robocie. A co.
Andy Prieboy - No Reason
Pierwszy odsłuch wydawał mi się koszmarnie nudny. Ale często bywa, że coś, co się mi na początku niby nie podoba potem okazuje się czymś dobrym, a nawet wyjątkowym. Mam tak nawet z niektórymi moimi ulubionymi wykonawcami. Ktoś dla mnie ważny wydaje nowy album, ja go słucham i myślę „eee może i nie najgorsze, ale to już nie to, co kiedyś”. Taki stan potrafi czasem trwać tygodnie, a nawet miesiące, aż wreszcie muzyka nagle zatrybi i okazuje się, że to najlepsza rzecz tego artysty ever. Tutaj mnie olśniło dopiero, jak posłuchałem w domu na słuchawkach (pierwsze dwa odsłuchy były w pracy na głośnikach). Warunki oraz sprzęt, na którym się słucha potrafi mieć jednak decydujące znaczenie. Lubię słuchać na różnym sprzęcie, ale zazwyczaj słuchawki to słuchawki.
Utwór niby zaczyna się dosyć niemrawo. Andy śpiewa na jednej nucie. Śpiewa zresztą tak cały utwór. Ale to co wyróżnia ten numer, to przepiękna aranżacja. W jej świetle ta piosenka śpiewana na jednej nucie nabiera jednak wyjątkowego smaku. Pianino robi niesamowitą robotę. Dragon pisze, że to teatralny numer. I coś w tym jest. Hien pisze o nawiedzonym domu I wampirach. I to też ma sens. Jakoś ulegam w tej kolejce waszym sugestiom i wizualizacjom. Może dlatego, ze zanim zacząłem słuchać to najpierw przeczytałem to i owo. Ważne, że utwór jest naprawdę świetny. Klimat niesamowity.
Aha, z filmu Kosmiczny mecz kompletnie tego nie kojarzę, bo filmu nigdy nie oglądałem. Kojarzę jedynie świetny utwór Jam Michaela Jacksona.
Peter Murphy – Hollow Hills
Na początku nie byłem przekonany do tego utworu. prostytutka znowu word z jakichś idiotyczych powodów nie zapisał mi moich obszernych wypocin. I muszę tworzyć od nowa.
Nie znam ani Murphyego, ani tym bardziej Bauhaus. Ale po bodaj 3-4 przesłuchach dotarły do mnie atuty tego projektu. Hien nie jest fanem śpiewających pań, ja z kolei rzadko ulegam urokowi śpiewających panów. Ale pan Murphy ma ciekawy wokal (nie, żeby lepszy od moich niewiast, absolutnie). Ale utwór brzmi dobrze. Charakternie. Rzadko lubię takie dronowe brzmienia, ale tutaj jest spoko. Dobry numer. Na jak długo, to się okaże.
Yes - Close to the edge
No i na koniec coś, co od początku budziło moje gigantyczne obawy. Wiadomo, rock progresywny, lata prastare. Kiedyś gardziłem tym bezwarunkowo. Potem przyszły wrzutki King Crimeson i Pink Floyd. Mimo, że było w sumie wiadomo jak, to pan shodan potrafił przełamać stereotypy i owe projekty docenić. Ba, nawet leśny dziadek z JT potrafił zaskoczyć. Ale Yes to już jednak dla mnie za dużo. Nie będę pisał, że to jakaś zła muzyka. Podobno byli w jakiejś wielkiej 6-ce. Tylko czego? Dziadowania? Niestety dla mnie to zespół koszmar. Wolałbym kopać rowy niż słuchać tej muzyki z okresu mezozoiku. Może i w swoich czasach coś prezentowali. Ja się cieszę, że w tych podłych czasach jednak nie żyłem. Utwór rodem z koszmarów, czyli Hallowen na pełnej.
Szkoda że nie w tym znaczeniu co trzeba. Kompletnie nie mój świat. Zawsze przestrzegam przed używaniem tego typu zwrotów, ale tu akurat inacze się nie da.
Podsumowując kolejka bardzo zacna z wyjątkiem niestety wrzuty Mentosa. No ale nie zawsze jest niedziela.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Co Ty bredzisz Wujek?
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Serio tego się uczepiłeś? A nie tego że Andy Prieboy nagrał numer do Kosmicznego Meczu? 
Albo co pisał Dragon w reckach których jeszcze nie napisał?
Albo co pisał Dragon w reckach których jeszcze nie napisał?
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Wujek chyba przesadził z cukierkami na Halloween
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
No tak, ewidentnie pomieszałem pewne fakty. Tak to jest, jak się opisuje utwory pod presją czasu.
A pisząc, że Hien nie jest fanem śpiewających pań miałem w sumie na myśli tylko to, że w jego wrzutkach raczej brylują faceci.
A pisząc, że Hien nie jest fanem śpiewających pań miałem w sumie na myśli tylko to, że w jego wrzutkach raczej brylują faceci.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Daleko idące wnioski
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Bioshpere - Corona
Szczerze mówiąc im dalej w las, tym ciężej mi ustawić się po jakiejkolwiek stronie w konflikcie dotyczącym tego która pora roku miałaby być mą ulubioną. W czasach słusznie minionych był to okres jesienno-zimowy, ale to w związku z tym, że wakacje zawsze kojarzyły mi się ze skrajną nudą, a jesienią były różnego rodzaju święta, w tym MOJE w postaci urodzin, dużo fajnych rzeczy w telewizorze i więcej gierek wychodziło, w przeciwieństwie do lata, które raczej było sezonem ogórkowym. Niby do tej pory nie cierpię upałów i romantyzuję jesień, ale też nie jestem aż takim piwniczakiem jak kiedyś. W sumie zmierzam do NIE WIEM i piszę te słowa, bo po tych dwóch latach nadal NIE WIEM jak sensownie pisać o takiej muzyce. Nieco asekuracyjnie napiszę, że jest po prostu bardzo dobra i tyle, nie wizualizuje sobię przy niej niczego konkretnego, bym mógł was zamęczyć turbopretensjonalnym opisem tegoż, jeno dobrze mi się tego słucha. Jest tu fajny, chłodny, klimacik i najzwyczajniej w świecie jestem wdzięczny za rekomendację rzeczy, po którą pewnie bym prędko sam z siebie nie sięgnął. Bardzo dobre, chyba moja ulubiona rzecz w tej kolejce.
B-Real, Coolio, Method Man, LL Cool J & Busta Rhymes - Hit 'em High (The Monstars' Anthem)
Tak sobie słuchałem tej wrzuty i słuchałem i myślę że no ty w sumie nawet fajne, ale jakby, kurna, gdzieś to słyszałem. Opis kolegi Jacka wszystko mi wyjaśnił - Kosmiczny Mecz znam i mam jakiś sentyment, bo chyba nie da się być urodzonym w czasach reformy gimnazjalnej i nie kojarzyć tego filmu. Sam na nim w kinie nie byłem, bo miałem ze 4 lata i raczej nie za bardzo miałem ku temu warunki, ale pamiętam, że TVN emitował ten film regularnie w przeróżne święta i chyba nawet nie tylko święta gdzieś na przełomie milleniów. To w sumie nadal przyzwoity film, wracałem z parę lat temu, już nie pacholęcięm będąc, i nie zestarzał się jakoś arcytragicznie, nawet parę razy prychłem z Billa Murray'a grającego samego siebie. Dwójki ruszać wam nie radzę, wystarczy że wam powiem, że zaliczyli w niej cameo Rick i Morty xddd.
Dobra, znowu gadam więcej o rzeczach pozamuzycznych, bo prawdę powiedziawszy bez noty Murzyna też bym nie wiedział, że ten kawałek w ogóle był w tym filmie. A w sumie to wrzuta, która broni bez tego, bo jest dobra. Tylko i aż, bo też nie zakładam, że będę jakoś szczególnie często do niej wracał. Wiecie jak to jest, ja sam często sobie powtarzam, że naprawdę kiedyś siegnę po te wszystkie rzeczy, które prejzuje, ale zawsze coś mi wyskakuje. Ale ogólnie jest spoko.
Andy Prieboy - No Reason
Jak czasem czytam te notki Musiała, to mam wrażenie, że jestem na uroczystości rodzinnej, ale u osób, z którymi nie jestem spowinowacony i właśnie ktoś mi opowiada historie małżeństwa jakiejś kuzynki brata osoby, której nie poznam i przytakuję głową, bo po prostu dostaje dużo szczegołowych informacji ze świata, w którym ledwo co się znalazłem. By nie było - jako typ, który w swoich notkach biografie ogranicze do wzmianek NO TEN TU GROŁ I ODSZEDŁ bardzo szanuję encyklopedyczne zacięcie. I w sumie to we wrzucie kolegi ADRIANA szanuję własciwie... no w zasadzie WSZYSTKO. Szanuję, że Andy jest typem typa, który odpisze randomowi na Facebooku. Szanuję okładkę, która jest niepokojąca i wygląda na dziwaczną sklejankę rysunków z podręczników szkolnych. Szanuję tekst, bo też się z nim teraz utożsamiam. Szanuję ten gorzki klimat trącący lekko Nickiem Cave'm, ale jednocześnie nie aż tak mroczny. Słowem - jest to wrzuta warta mego szacunku i dobrego słowa oraz ciepłej strawy.
Peter Murphy - Hollow Hills
Kolega Jakub uaktywnił mój neuron w mózgu odpowiedzialny za pozytywne wspomnienia, bo też 2016 wspominam podobnie - bywał momentami ciężki, zwłaszcza wiosną, ale tak w miarę szybko te wszystkie problemy poszły w diobły i też jego końcówkę wspominam więcej niż dobrze, ale też z drugiej strony nie wiem jakie stresujące momenty przechodził OP i podejrzewam, że aż tyle stresu wówczas w życiu nie przechodziłem. Na bank wam pisałem też, że jesienią tamtego roku poszedłem na koncert, który też miał srogą obsuwę - tak swoją drogą to coś mi świta, że z jakichś źródeł słyszałem o tej obsuwie koncertu Murphy'ego, ale też nie dam sobie niczeego za to obciąć. Czytanie o Darii Zawiałow, która obecnie mi z lodówki wyskakuje dosłownie, jako o kimś anonimowym sprawia, że czuję się jakby od tamtej pory to świat z 569 tysięcy razy stanął na głowie i zawirował, dobrze jednak, że są rzeczy stałe - np. fakt, że Metz nie ma nic ciekawego do powiedzenia.
Mniejsza z tym. Nie zamknę się w piwnicy, by słuchać tego na okrągło, ale nie znaczy to, że nie podoba mi się ta wrzuta, to jest coś co mógłbym nazwać rasowym post-punkiem. Kawałek po prostu dobry, mocny, faktycznie wokal mocny i wszystko jest tu takie jak trzeba. Na razie tylko chwalę i doceniam, ale jest tu potencjał na trafienie do wyższej ligi i ZACHWYTY.
Blood 2: The Chosen OST - Pickman St. Street (Daniel Bernstein, Guy Whitmore & Matt Allen)
Blood pamiętam z tematu gierkowego i pamiętam, że nie napisałem o tej gierce nic szczególnego, bo jednak urodziłem się (czy tam uzyskałem dostęp do komputera) parę lat za późno i dla mnie te wszystkie FPSy z końcówki lat 90 są zbyt do siebie podobne, chociaż zdaje sobie sprawę z tego, że wtedy to była rewolucja i w ogóle. Chociaż motyw z widłami jako bronią był imo spoko. Jak na kogoś, kto wrzuca Taylor Swift na forum o Depeche Mode wrzuta niecodzienna, ale generalnie dobra. Podoba mi się ten motyw muzyczny i odnajduję zabawnym fakt, że przez chwilę mi nie przeszła przez głowę myśl, że to byłoby spoko jako OST do gierki, bo dobrze się tego słucha samodzielnie. Dobrze się tego słucha, dzieją się ciekawe rzeczy, jest generalnie klimacik. Wczoraj wchodziło niby lepiej, ale daje radę.
Kolejna dobra kolejka, minimalnie pochwalę Biosferę oraz OST do starej gierki, minimalnie odstają rapsy, ale też nie w jakimś stopniu znaczącym. Generalnie git, panocki.
Szczerze mówiąc im dalej w las, tym ciężej mi ustawić się po jakiejkolwiek stronie w konflikcie dotyczącym tego która pora roku miałaby być mą ulubioną. W czasach słusznie minionych był to okres jesienno-zimowy, ale to w związku z tym, że wakacje zawsze kojarzyły mi się ze skrajną nudą, a jesienią były różnego rodzaju święta, w tym MOJE w postaci urodzin, dużo fajnych rzeczy w telewizorze i więcej gierek wychodziło, w przeciwieństwie do lata, które raczej było sezonem ogórkowym. Niby do tej pory nie cierpię upałów i romantyzuję jesień, ale też nie jestem aż takim piwniczakiem jak kiedyś. W sumie zmierzam do NIE WIEM i piszę te słowa, bo po tych dwóch latach nadal NIE WIEM jak sensownie pisać o takiej muzyce. Nieco asekuracyjnie napiszę, że jest po prostu bardzo dobra i tyle, nie wizualizuje sobię przy niej niczego konkretnego, bym mógł was zamęczyć turbopretensjonalnym opisem tegoż, jeno dobrze mi się tego słucha. Jest tu fajny, chłodny, klimacik i najzwyczajniej w świecie jestem wdzięczny za rekomendację rzeczy, po którą pewnie bym prędko sam z siebie nie sięgnął. Bardzo dobre, chyba moja ulubiona rzecz w tej kolejce.
B-Real, Coolio, Method Man, LL Cool J & Busta Rhymes - Hit 'em High (The Monstars' Anthem)
Tak sobie słuchałem tej wrzuty i słuchałem i myślę że no ty w sumie nawet fajne, ale jakby, kurna, gdzieś to słyszałem. Opis kolegi Jacka wszystko mi wyjaśnił - Kosmiczny Mecz znam i mam jakiś sentyment, bo chyba nie da się być urodzonym w czasach reformy gimnazjalnej i nie kojarzyć tego filmu. Sam na nim w kinie nie byłem, bo miałem ze 4 lata i raczej nie za bardzo miałem ku temu warunki, ale pamiętam, że TVN emitował ten film regularnie w przeróżne święta i chyba nawet nie tylko święta gdzieś na przełomie milleniów. To w sumie nadal przyzwoity film, wracałem z parę lat temu, już nie pacholęcięm będąc, i nie zestarzał się jakoś arcytragicznie, nawet parę razy prychłem z Billa Murray'a grającego samego siebie. Dwójki ruszać wam nie radzę, wystarczy że wam powiem, że zaliczyli w niej cameo Rick i Morty xddd.
Dobra, znowu gadam więcej o rzeczach pozamuzycznych, bo prawdę powiedziawszy bez noty Murzyna też bym nie wiedział, że ten kawałek w ogóle był w tym filmie. A w sumie to wrzuta, która broni bez tego, bo jest dobra. Tylko i aż, bo też nie zakładam, że będę jakoś szczególnie często do niej wracał. Wiecie jak to jest, ja sam często sobie powtarzam, że naprawdę kiedyś siegnę po te wszystkie rzeczy, które prejzuje, ale zawsze coś mi wyskakuje. Ale ogólnie jest spoko.
Andy Prieboy - No Reason
Jak czasem czytam te notki Musiała, to mam wrażenie, że jestem na uroczystości rodzinnej, ale u osób, z którymi nie jestem spowinowacony i właśnie ktoś mi opowiada historie małżeństwa jakiejś kuzynki brata osoby, której nie poznam i przytakuję głową, bo po prostu dostaje dużo szczegołowych informacji ze świata, w którym ledwo co się znalazłem. By nie było - jako typ, który w swoich notkach biografie ogranicze do wzmianek NO TEN TU GROŁ I ODSZEDŁ bardzo szanuję encyklopedyczne zacięcie. I w sumie to we wrzucie kolegi ADRIANA szanuję własciwie... no w zasadzie WSZYSTKO. Szanuję, że Andy jest typem typa, który odpisze randomowi na Facebooku. Szanuję okładkę, która jest niepokojąca i wygląda na dziwaczną sklejankę rysunków z podręczników szkolnych. Szanuję tekst, bo też się z nim teraz utożsamiam. Szanuję ten gorzki klimat trącący lekko Nickiem Cave'm, ale jednocześnie nie aż tak mroczny. Słowem - jest to wrzuta warta mego szacunku i dobrego słowa oraz ciepłej strawy.
Peter Murphy - Hollow Hills
Kolega Jakub uaktywnił mój neuron w mózgu odpowiedzialny za pozytywne wspomnienia, bo też 2016 wspominam podobnie - bywał momentami ciężki, zwłaszcza wiosną, ale tak w miarę szybko te wszystkie problemy poszły w diobły i też jego końcówkę wspominam więcej niż dobrze, ale też z drugiej strony nie wiem jakie stresujące momenty przechodził OP i podejrzewam, że aż tyle stresu wówczas w życiu nie przechodziłem. Na bank wam pisałem też, że jesienią tamtego roku poszedłem na koncert, który też miał srogą obsuwę - tak swoją drogą to coś mi świta, że z jakichś źródeł słyszałem o tej obsuwie koncertu Murphy'ego, ale też nie dam sobie niczeego za to obciąć. Czytanie o Darii Zawiałow, która obecnie mi z lodówki wyskakuje dosłownie, jako o kimś anonimowym sprawia, że czuję się jakby od tamtej pory to świat z 569 tysięcy razy stanął na głowie i zawirował, dobrze jednak, że są rzeczy stałe - np. fakt, że Metz nie ma nic ciekawego do powiedzenia.
Mniejsza z tym. Nie zamknę się w piwnicy, by słuchać tego na okrągło, ale nie znaczy to, że nie podoba mi się ta wrzuta, to jest coś co mógłbym nazwać rasowym post-punkiem. Kawałek po prostu dobry, mocny, faktycznie wokal mocny i wszystko jest tu takie jak trzeba. Na razie tylko chwalę i doceniam, ale jest tu potencjał na trafienie do wyższej ligi i ZACHWYTY.
Blood 2: The Chosen OST - Pickman St. Street (Daniel Bernstein, Guy Whitmore & Matt Allen)
Blood pamiętam z tematu gierkowego i pamiętam, że nie napisałem o tej gierce nic szczególnego, bo jednak urodziłem się (czy tam uzyskałem dostęp do komputera) parę lat za późno i dla mnie te wszystkie FPSy z końcówki lat 90 są zbyt do siebie podobne, chociaż zdaje sobie sprawę z tego, że wtedy to była rewolucja i w ogóle. Chociaż motyw z widłami jako bronią był imo spoko. Jak na kogoś, kto wrzuca Taylor Swift na forum o Depeche Mode wrzuta niecodzienna, ale generalnie dobra. Podoba mi się ten motyw muzyczny i odnajduję zabawnym fakt, że przez chwilę mi nie przeszła przez głowę myśl, że to byłoby spoko jako OST do gierki, bo dobrze się tego słucha samodzielnie. Dobrze się tego słucha, dzieją się ciekawe rzeczy, jest generalnie klimacik. Wczoraj wchodziło niby lepiej, ale daje radę.
Kolejna dobra kolejka, minimalnie pochwalę Biosferę oraz OST do starej gierki, minimalnie odstają rapsy, ale też nie w jakimś stopniu znaczącym. Generalnie git, panocki.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
laptop może zaraz wyzionie ducha, ale walczymy dalej, chyba warto było
BeReal Coolio Method Man LL Cool J & Busta Rhymes Hit 'em High
Jestem z tego pokolenia, które wspomniane filmy (Kosmiczny mecz i Król Lew) mogło poznać po raz pierwszy na etapie baardzo wczesnej edukacji. Pamiętam jakiś pokój na piętrze w budynku, który przypominał dawną poniemiecką przychodnię. Te prawie 20 lat temu funkcjonowało tam właśnie przedszkole. Dziś nieczynne, niestety. Myślę sobie, że w tamtym okresie doświadczyłem specyficznego zjawiska. W pierwszych latach bajki oglądaliśmy jeszcze na dość zużytych VHSach, wtedy na pewno leciały Zwariowane melodie, Król Lew. Pod koniec mojego pobytu wjeżdżało już DVD, panie opiekunki nierzadko toczyły trudne boje z nową technologią. Space Jam dzisiaj kojarzę właśnie ze wspomnieniem tamtych lat i I Believe I Can Fly. Nie wracałem do tego latami. Nie sądzę przy tym, żebym chciał odświeżyć sobie ten tytuł w niedalekiej przyszłości. TVN lubił to puszczać dość często jeszcze 5-6 lat temu. Kawałka w ogóle nie pamiętam, to o czymś świadczy. Może w specyficznym uniwersum filmu jakoś siada, ale samo w sobie... nudzi. Dużo jest tych gości i w połowie jestem już zmęczony. Sporo skrzeczących, żabiastych głosów. Bit bez przypału, za to nie wyróżnia się niczym szczególnym. Coś więcej zostaje w głowie za sprawą refrenu i tego, że jeden z gości nawija coś o unsportsmanlike conduct. Całkiem często w tenisie dostaje się zawodnikom za takie niestosowne zachowanie, a wtedy pada ten zwrot. That's all, folks. Koszykówki też nie lubię, Space Jam i albumy NBA nie pomogły xD Mudżyn rzucał znacznie lepsze kąski w przeszłości. Sentymentu nie mam. Totalny neutral.
Andy Prieboy No Reason
Po opisie Musiała można się napalić na jakiś Unsound na Tauronie przez wspominany imidż, a tu prędzej idzie Przegląd Piosenki Autorskiej. Jesteś na koncercie tylko dla wspierania ziomka. Nie brakuje mu ambicji. Mimo średniego repertuaru i równie dobrych warunków próbuje swoich sił. Efekt raczej znany, ale czego nie robi się dla znajomych? Przypomina fragment z większego koncertu w klubie jazzowym. Jest kameralnie, lirycznie, teatralnie. Trudno nie usłyszeć, że chodzi o jakąś chandrę panującą pod kopułą. Miałem 5 minut w swoim życiu, gdy spodobał mi się Młynarski. Czasem jeszcze trafiam na podobne stylistycznie twory, ale praktycznie nigdy z własnego wyboru. Na początku ten delikatnie budowany nastrój psuły te momenty, w których wokalista jakby się zastanawia, trochę innym głosem powtarza słowa, zaczyna mamrotać, wyraża jakąś wątpliwość. Dla mnie mniej dramatyczne, a bardziej wpływające na odbiór z dystansem. Tak ujętego wkurwu na świat nie odbieram, nie utożsamiam się. Nie było mnie tam, nie uzewnętrzniałem się w ten sposób. Szybko przelatuje przez uszy. Przynajmniej miło przeczytać, że gość jest otwarty na słuchaczy. Takie podejście do ludzi szanuję o wiele bardziej niż nadętych bufonów, burżujów i egoistów. Tylko zabrakło muzyki, która mi podpasuje, do której chciałbym wracać.
Peter Murphy Hollow Hills (Live)
Tyle słyszałem o Bauhausie, ale nigdy nie poczułem szczerej zajawki na muzykę w tym stylu, by wsłuchać się w coś więcej niż Bela Lugosi's Dead. Nawet i w tym przypadku jakoś nie łapię do końca. Co innego rzucany przez Hiena koncertowy wykon Hollow Hills. Może i na żywo sam bym przysnął albo przynajmniej wpadł w stan otępienia, na GASie walczyłem ze sobą i wyszedłem z tej bitki zwycięsko. Nie wiem, czy doznałbym w tym momencie przebudzenia. Gdy słucham tego bezpiecznie na słuchawkach i znam kontekst (szczególnie dotyczący stanu Murphy'ego) to w pewnym stopniu to kupuję. Mocno mulący kawałek. Wersja studyjna w porównaniu do tej to niewinne igraszki. Całość stoi na gitarowym smęceniu w tle i interpretacji wokalnej. Tak jak lubię Gahana i Gore'a za koślawe łapanie wysokich dźwięków na koncertach, tak tutaj świetne są momenty, w którym Murphy trochę lamentuje, a trochę się wydziera. Efekt jest całkiem upiorny, ale w pozytywnym sensie, to takie strachy, przed którym czuję respekt. Są satysfakcjonujące. Przepity starszy facet resztkami sił daje z siebie maksa, by wykonać coś w najbardziej odpowiedni sposób. Po takim fragmencie oczekiwałbym płyty w podobnych rytmach, coś jak Nick Cave na Ghosteen, tyle że bardziej oszczędnej brzmieniowo. Podoba mi się.
Daniel Bernstein & Guy Whitmore & Matt Allen Pickman St. Street
Czy to kogoś zdziwi, że z marszu znalazłem faworyta kolejki? Mimo paru mankamentów to jednak mroczna muzyka użytkowa, więc znajduję nić porozumienia. Może bardziej z twórcami niż Wujasem, który znowu staje na głowie, by ostatecznie powiedzieć coś niezrozumiałego, ale dobre i to. Ciekawa kwestia - odczucie strachu przy kontakcie z muzyką. Pisałem o tym przy okazji Coil. Z czasem jestem chyba coraz mniej naiwny, ale z drugiej strony lubię aranżować różne sytuacje, w których muzyka może mieć na mnie większy wpływ niż zwyczajnie. Wcale nie potrzeba do tego środków wyskokowych, o nie. Oczywiście i tak potrzeba do tego trochę czasu w ciągu dnia, a nie jest o to tak łatwo, nie mniej warto próbować. Efekty bywają ciekawe. Ja jednak potraktuję to jak pełnoprawną muzykę dla ubermenschów, bo jestem z tych, którzy bez problemu mogą słuchać ambientu w skupieniu, bujają się między czerpaniem radochy ze słuchania a poszukiwaniem inspiracji do tworzenia, wyłapywaniem określonych patentów, przetwarzaniem ich. W grze pewnie siada znakomicie. Mało basu, dużo 16bitowych brzmień. Perka brzmiąca pseudo industrialnie, trochę sztucznie, podobnie jak tanie chóry. Sporo przestojów, które same w sobie mogą dziwić, ale przy sugestywnym obrazku podbijają nastrój napięcia, tajemnicy, strachu. Dobre zarówno do swobodnego poruszania się w przestrzeni, jak i jakiejś bitki ze stworami. Pierwsza część trochę nudna. Druga znacznie lepsza z tym wykręconym basowym dźwiękiem. Całość przyspiesza, po prostu przyjemnie buja. Na płytę to może wcisnąłbym trzyminutową próbkę, bo w grze utwór pewnie nie leci tylko przez te osiem minut. Słuchane samo w sobie miejscami jest po prostu przeciągnięte.
Jest sens traktować to jako standardową muzykę. Do ulubionych motywów filmowych wraca się nie tylko dlatego, że dobrze kojarzą się z filmem. Mógłbym to traktować jako soundtrack z gry, gdybym faktycznie w nią grał. Przyjmuję tę informację, nie mam problemu z wejściem w klimat. Swoją drogą brzmieniowo całkiem nieźle oddaje ducha epoki, pewnych technicznych możliwości.
Yes Close to the Edge
Z wymienionej przez Sebę WIELKIEJ SZÓSTKI szczerze lubię tylko Pink Floyd i King Crimson. Yes i ELP to taka średnia półeczka. Lubię niektóre kawałki, ale przez dyskografię się nie przebiłem. JT i Genesis to z kolei jakieś zbutwiałe twory, w których jak do tej pory nie znalazłem niczego ciekawego. Parę płyt Yesów słuchałem. Dzisiaj mogę powiedzieć, że tak naprawdę to lubię TRZY ich utwory. Dwa z 90125 i Roundabout, choć trochę szkoda, że dla wielu dziś jest śmiesznym dźwiękiem. W czasach, gdy jeszcze odbierałem progresyf bez żadnych preferencji z czystej ciekawości, mierzyłem się z płytami Yes z lat 70'. Dużo sobie obiecywałem po Fragile i w sumie guzik z tego wyszedł. Płyty Andersona z Vangelisem to też solidne rozczarowanie. Nigdy nie byłem fanem jego głosu, a do tego brzmieniowo to też nie było to, na co liczyłem. So Long Ago, So Clear na chwilę odczarowało to wrażenie. Po czasie jednak wszystko wróciło do starego, negatywnego status quo. Lubię niektóre aspekty techniczne w progresyfie, ale nie lubię, gdy dominują. W przypadku Yes trochę tak yes. Dlatego 90125, przynajmniej w paru momentach, jest dla mnie najlepszym możliwym obliczem tego zespołu. Lekkie kombinacje podane w bardzo przyjemnej formule. Nie ma przesandego onanizowania się zmianami metrum i generalnie możliwością szybkiego przejścia do czegoś innego. Pasuje mi brzmienie. Close to the Edge to powrót do lat 70', więc z założenia trzeba być gotowym na kompozycyjne hocki klocki. Na dzień dobry trochę się bałem. Na do widzenia powiem, że nie zostanę fanem, ale znalazłem kilka plusów. Ostatecznie to nie jest aż tak rozbudowana i nadęta kompozycja. Świetnie pracuje tutaj mellotron - raz jako ciekawy efekt, raz jako doastrczyciel ciekawych partii. Na szczery plus pięć minut w środku, które robią za balladowy, bardziej nastrojowy przerywnik. Może trochę przesadzono z organami, ale poza tym jest naprawdę dobrze. Gorzej z całą resztą. Nie znalazłem nic ciekawego poza tępą rąbanką perkusyjną, która właściwie zabija całą resztę. Nie umiem tego wytłumaczyć. Gdy nie znajdę czegoś bardziej wyrazistego, co faktycznie wychodzi na pierwszy plan i zamiast tego słyszę te wszystkie przemyślane patenty, to ostatecznie się odbijam. Na syntezatorach - rąbanka, na klawiszach - rąbanka, gitarowe rzępolenie dla rzępolenia, a do tego wokal momentami też wyraźnie podporządkowany zmianie rytmu. Coś się we mnie wyczerpało i przestałem słyszeć w tym jakiekolwiek życie. Co innego w elektronice, przy takim Autechre czasami z góry zakładam, że czeka mnie ciekawa łamigłówka do rozwiązania, odnajduję punkty odniesienia i zaczynam tego słuchać z przyjemnością. Tutaj poza małą balladą w środku masa sprawnie poprowadzonych konwencji i piruetów bez życia. Jeszcze to atmosferyczne intro/outro jest całkiem przyjemne. To w sumie tyle. Tak, robię coming out jako fan Owner of a Lonely Heart.
....choć tak na sam koniec kwestia osłuchania też pomaga (thank u cpt obvious). To klawiszowe przejście do ostatniej części nieźle przemyślane. Za którymś razem odsłaniają się kolejne ciekawe elementy. Czas pokaże, czy warto grzebać dalej!
BeReal Coolio Method Man LL Cool J & Busta Rhymes Hit 'em High
Jestem z tego pokolenia, które wspomniane filmy (Kosmiczny mecz i Król Lew) mogło poznać po raz pierwszy na etapie baardzo wczesnej edukacji. Pamiętam jakiś pokój na piętrze w budynku, który przypominał dawną poniemiecką przychodnię. Te prawie 20 lat temu funkcjonowało tam właśnie przedszkole. Dziś nieczynne, niestety. Myślę sobie, że w tamtym okresie doświadczyłem specyficznego zjawiska. W pierwszych latach bajki oglądaliśmy jeszcze na dość zużytych VHSach, wtedy na pewno leciały Zwariowane melodie, Król Lew. Pod koniec mojego pobytu wjeżdżało już DVD, panie opiekunki nierzadko toczyły trudne boje z nową technologią. Space Jam dzisiaj kojarzę właśnie ze wspomnieniem tamtych lat i I Believe I Can Fly. Nie wracałem do tego latami. Nie sądzę przy tym, żebym chciał odświeżyć sobie ten tytuł w niedalekiej przyszłości. TVN lubił to puszczać dość często jeszcze 5-6 lat temu. Kawałka w ogóle nie pamiętam, to o czymś świadczy. Może w specyficznym uniwersum filmu jakoś siada, ale samo w sobie... nudzi. Dużo jest tych gości i w połowie jestem już zmęczony. Sporo skrzeczących, żabiastych głosów. Bit bez przypału, za to nie wyróżnia się niczym szczególnym. Coś więcej zostaje w głowie za sprawą refrenu i tego, że jeden z gości nawija coś o unsportsmanlike conduct. Całkiem często w tenisie dostaje się zawodnikom za takie niestosowne zachowanie, a wtedy pada ten zwrot. That's all, folks. Koszykówki też nie lubię, Space Jam i albumy NBA nie pomogły xD Mudżyn rzucał znacznie lepsze kąski w przeszłości. Sentymentu nie mam. Totalny neutral.
Andy Prieboy No Reason
Po opisie Musiała można się napalić na jakiś Unsound na Tauronie przez wspominany imidż, a tu prędzej idzie Przegląd Piosenki Autorskiej. Jesteś na koncercie tylko dla wspierania ziomka. Nie brakuje mu ambicji. Mimo średniego repertuaru i równie dobrych warunków próbuje swoich sił. Efekt raczej znany, ale czego nie robi się dla znajomych? Przypomina fragment z większego koncertu w klubie jazzowym. Jest kameralnie, lirycznie, teatralnie. Trudno nie usłyszeć, że chodzi o jakąś chandrę panującą pod kopułą. Miałem 5 minut w swoim życiu, gdy spodobał mi się Młynarski. Czasem jeszcze trafiam na podobne stylistycznie twory, ale praktycznie nigdy z własnego wyboru. Na początku ten delikatnie budowany nastrój psuły te momenty, w których wokalista jakby się zastanawia, trochę innym głosem powtarza słowa, zaczyna mamrotać, wyraża jakąś wątpliwość. Dla mnie mniej dramatyczne, a bardziej wpływające na odbiór z dystansem. Tak ujętego wkurwu na świat nie odbieram, nie utożsamiam się. Nie było mnie tam, nie uzewnętrzniałem się w ten sposób. Szybko przelatuje przez uszy. Przynajmniej miło przeczytać, że gość jest otwarty na słuchaczy. Takie podejście do ludzi szanuję o wiele bardziej niż nadętych bufonów, burżujów i egoistów. Tylko zabrakło muzyki, która mi podpasuje, do której chciałbym wracać.
Peter Murphy Hollow Hills (Live)
Tyle słyszałem o Bauhausie, ale nigdy nie poczułem szczerej zajawki na muzykę w tym stylu, by wsłuchać się w coś więcej niż Bela Lugosi's Dead. Nawet i w tym przypadku jakoś nie łapię do końca. Co innego rzucany przez Hiena koncertowy wykon Hollow Hills. Może i na żywo sam bym przysnął albo przynajmniej wpadł w stan otępienia, na GASie walczyłem ze sobą i wyszedłem z tej bitki zwycięsko. Nie wiem, czy doznałbym w tym momencie przebudzenia. Gdy słucham tego bezpiecznie na słuchawkach i znam kontekst (szczególnie dotyczący stanu Murphy'ego) to w pewnym stopniu to kupuję. Mocno mulący kawałek. Wersja studyjna w porównaniu do tej to niewinne igraszki. Całość stoi na gitarowym smęceniu w tle i interpretacji wokalnej. Tak jak lubię Gahana i Gore'a za koślawe łapanie wysokich dźwięków na koncertach, tak tutaj świetne są momenty, w którym Murphy trochę lamentuje, a trochę się wydziera. Efekt jest całkiem upiorny, ale w pozytywnym sensie, to takie strachy, przed którym czuję respekt. Są satysfakcjonujące. Przepity starszy facet resztkami sił daje z siebie maksa, by wykonać coś w najbardziej odpowiedni sposób. Po takim fragmencie oczekiwałbym płyty w podobnych rytmach, coś jak Nick Cave na Ghosteen, tyle że bardziej oszczędnej brzmieniowo. Podoba mi się.
Daniel Bernstein & Guy Whitmore & Matt Allen Pickman St. Street
Czy to kogoś zdziwi, że z marszu znalazłem faworyta kolejki? Mimo paru mankamentów to jednak mroczna muzyka użytkowa, więc znajduję nić porozumienia. Może bardziej z twórcami niż Wujasem, który znowu staje na głowie, by ostatecznie powiedzieć coś niezrozumiałego, ale dobre i to. Ciekawa kwestia - odczucie strachu przy kontakcie z muzyką. Pisałem o tym przy okazji Coil. Z czasem jestem chyba coraz mniej naiwny, ale z drugiej strony lubię aranżować różne sytuacje, w których muzyka może mieć na mnie większy wpływ niż zwyczajnie. Wcale nie potrzeba do tego środków wyskokowych, o nie. Oczywiście i tak potrzeba do tego trochę czasu w ciągu dnia, a nie jest o to tak łatwo, nie mniej warto próbować. Efekty bywają ciekawe. Ja jednak potraktuję to jak pełnoprawną muzykę dla ubermenschów, bo jestem z tych, którzy bez problemu mogą słuchać ambientu w skupieniu, bujają się między czerpaniem radochy ze słuchania a poszukiwaniem inspiracji do tworzenia, wyłapywaniem określonych patentów, przetwarzaniem ich. W grze pewnie siada znakomicie. Mało basu, dużo 16bitowych brzmień. Perka brzmiąca pseudo industrialnie, trochę sztucznie, podobnie jak tanie chóry. Sporo przestojów, które same w sobie mogą dziwić, ale przy sugestywnym obrazku podbijają nastrój napięcia, tajemnicy, strachu. Dobre zarówno do swobodnego poruszania się w przestrzeni, jak i jakiejś bitki ze stworami. Pierwsza część trochę nudna. Druga znacznie lepsza z tym wykręconym basowym dźwiękiem. Całość przyspiesza, po prostu przyjemnie buja. Na płytę to może wcisnąłbym trzyminutową próbkę, bo w grze utwór pewnie nie leci tylko przez te osiem minut. Słuchane samo w sobie miejscami jest po prostu przeciągnięte.
Jest sens traktować to jako standardową muzykę. Do ulubionych motywów filmowych wraca się nie tylko dlatego, że dobrze kojarzą się z filmem. Mógłbym to traktować jako soundtrack z gry, gdybym faktycznie w nią grał. Przyjmuję tę informację, nie mam problemu z wejściem w klimat. Swoją drogą brzmieniowo całkiem nieźle oddaje ducha epoki, pewnych technicznych możliwości.
Yes Close to the Edge
Z wymienionej przez Sebę WIELKIEJ SZÓSTKI szczerze lubię tylko Pink Floyd i King Crimson. Yes i ELP to taka średnia półeczka. Lubię niektóre kawałki, ale przez dyskografię się nie przebiłem. JT i Genesis to z kolei jakieś zbutwiałe twory, w których jak do tej pory nie znalazłem niczego ciekawego. Parę płyt Yesów słuchałem. Dzisiaj mogę powiedzieć, że tak naprawdę to lubię TRZY ich utwory. Dwa z 90125 i Roundabout, choć trochę szkoda, że dla wielu dziś jest śmiesznym dźwiękiem. W czasach, gdy jeszcze odbierałem progresyf bez żadnych preferencji z czystej ciekawości, mierzyłem się z płytami Yes z lat 70'. Dużo sobie obiecywałem po Fragile i w sumie guzik z tego wyszedł. Płyty Andersona z Vangelisem to też solidne rozczarowanie. Nigdy nie byłem fanem jego głosu, a do tego brzmieniowo to też nie było to, na co liczyłem. So Long Ago, So Clear na chwilę odczarowało to wrażenie. Po czasie jednak wszystko wróciło do starego, negatywnego status quo. Lubię niektóre aspekty techniczne w progresyfie, ale nie lubię, gdy dominują. W przypadku Yes trochę tak yes. Dlatego 90125, przynajmniej w paru momentach, jest dla mnie najlepszym możliwym obliczem tego zespołu. Lekkie kombinacje podane w bardzo przyjemnej formule. Nie ma przesandego onanizowania się zmianami metrum i generalnie możliwością szybkiego przejścia do czegoś innego. Pasuje mi brzmienie. Close to the Edge to powrót do lat 70', więc z założenia trzeba być gotowym na kompozycyjne hocki klocki. Na dzień dobry trochę się bałem. Na do widzenia powiem, że nie zostanę fanem, ale znalazłem kilka plusów. Ostatecznie to nie jest aż tak rozbudowana i nadęta kompozycja. Świetnie pracuje tutaj mellotron - raz jako ciekawy efekt, raz jako doastrczyciel ciekawych partii. Na szczery plus pięć minut w środku, które robią za balladowy, bardziej nastrojowy przerywnik. Może trochę przesadzono z organami, ale poza tym jest naprawdę dobrze. Gorzej z całą resztą. Nie znalazłem nic ciekawego poza tępą rąbanką perkusyjną, która właściwie zabija całą resztę. Nie umiem tego wytłumaczyć. Gdy nie znajdę czegoś bardziej wyrazistego, co faktycznie wychodzi na pierwszy plan i zamiast tego słyszę te wszystkie przemyślane patenty, to ostatecznie się odbijam. Na syntezatorach - rąbanka, na klawiszach - rąbanka, gitarowe rzępolenie dla rzępolenia, a do tego wokal momentami też wyraźnie podporządkowany zmianie rytmu. Coś się we mnie wyczerpało i przestałem słyszeć w tym jakiekolwiek życie. Co innego w elektronice, przy takim Autechre czasami z góry zakładam, że czeka mnie ciekawa łamigłówka do rozwiązania, odnajduję punkty odniesienia i zaczynam tego słuchać z przyjemnością. Tutaj poza małą balladą w środku masa sprawnie poprowadzonych konwencji i piruetów bez życia. Jeszcze to atmosferyczne intro/outro jest całkiem przyjemne. To w sumie tyle. Tak, robię coming out jako fan Owner of a Lonely Heart.
....choć tak na sam koniec kwestia osłuchania też pomaga (thank u cpt obvious). To klawiszowe przejście do ostatniej części nieźle przemyślane. Za którymś razem odsłaniają się kolejne ciekawe elementy. Czas pokaże, czy warto grzebać dalej!
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
<dźwięk uchylanego wieka trumny>
Dzień dobry...
Dimlite - SE SE SC
(2012)
Kiedy większość osób zainteresowanych Halloween przeważnie chyba celebruje ten klimat przez cały Spooktober u mnie faza na takie klimaty zaczyna się tuż przed Halloween i ciągnie następnie przez listopad, który jest najmroczniejszym miesiącem roku (grudzień choć może nie mniej ciemny ma pewną przewagę - bożonarodzeniowy klimat i opady śniegu które sprawiają że po zmroku nie jest tak ciemno jak w listopadzie). Z tego względu jeszcze chwilę pozostanę w klimatach które królują na moich halloweenowych playlistach.
Swego czasu trochę takich interesujących, dziwnych i nieco spooky klimatów poznałem - jakżeby inaczej - dzięki GTA, piąta odsłona serii oprócz otwarcia mnie na światowy groove pozwoliła też zanurzyć się w przedziwnym świecie dźwięków serwowanych tam przez Flying Lotusa w prowadzonej przez niego stacji. Wykonawców tam poznanych obczajałem następnie na własną rękę sprawdzając albumy z których utwory wybierał FlyLo. Jednym z nich był Dimlite czyli Dimitri Grimm którego utwór Into Vogon Skulls znalazł się na wspomnianym soundtracku. Kawałek jak się okazało pochodził z albumu Abscission który następnie obadałem i znalazłem na nim nawet fajniejsze numery, w tym serwowany Wam dziś SE SE SC.
Numer jest trochę dziwny, jak zresztą chyba cała muza z tej płyty, trudno mi go jakoś zaszufladkować, jest w tym coś trip hopowego nieco ale ogólnie to taka specyficzna elektronika. Najważniejsze elementy to praca perkusji, spooky synthy i zblazowany wokal opowiadający historię jakiegoś smutnego koleżki który niewykluczone że przechodzi po prostu deprechę. Dla mnie ten numer nierozłącznie kojarzy się z listopadem o którym to miesiącu nawet jest zmianka w tekście potem. Lubię ten numer i regularnie wracam o tej porze roku do niego, powinien był tu wlecieć już przed rokiem ale wtedy dla oddechu wcisnąłem do bestki taneczną Chylińską i Katy B, zatem nadrabiam i spóźniony Dimlite powraca o czasie by dalej straszyć i dołować.
https://youtu.be/pZ-GWnBPi3A?si=TE8JXWeUv_vRbkRi
Dzień dobry...
Dimlite - SE SE SC
(2012)
Kiedy większość osób zainteresowanych Halloween przeważnie chyba celebruje ten klimat przez cały Spooktober u mnie faza na takie klimaty zaczyna się tuż przed Halloween i ciągnie następnie przez listopad, który jest najmroczniejszym miesiącem roku (grudzień choć może nie mniej ciemny ma pewną przewagę - bożonarodzeniowy klimat i opady śniegu które sprawiają że po zmroku nie jest tak ciemno jak w listopadzie). Z tego względu jeszcze chwilę pozostanę w klimatach które królują na moich halloweenowych playlistach.
Swego czasu trochę takich interesujących, dziwnych i nieco spooky klimatów poznałem - jakżeby inaczej - dzięki GTA, piąta odsłona serii oprócz otwarcia mnie na światowy groove pozwoliła też zanurzyć się w przedziwnym świecie dźwięków serwowanych tam przez Flying Lotusa w prowadzonej przez niego stacji. Wykonawców tam poznanych obczajałem następnie na własną rękę sprawdzając albumy z których utwory wybierał FlyLo. Jednym z nich był Dimlite czyli Dimitri Grimm którego utwór Into Vogon Skulls znalazł się na wspomnianym soundtracku. Kawałek jak się okazało pochodził z albumu Abscission który następnie obadałem i znalazłem na nim nawet fajniejsze numery, w tym serwowany Wam dziś SE SE SC.
Numer jest trochę dziwny, jak zresztą chyba cała muza z tej płyty, trudno mi go jakoś zaszufladkować, jest w tym coś trip hopowego nieco ale ogólnie to taka specyficzna elektronika. Najważniejsze elementy to praca perkusji, spooky synthy i zblazowany wokal opowiadający historię jakiegoś smutnego koleżki który niewykluczone że przechodzi po prostu deprechę. Dla mnie ten numer nierozłącznie kojarzy się z listopadem o którym to miesiącu nawet jest zmianka w tekście potem. Lubię ten numer i regularnie wracam o tej porze roku do niego, powinien był tu wlecieć już przed rokiem ale wtedy dla oddechu wcisnąłem do bestki taneczną Chylińską i Katy B, zatem nadrabiam i spóźniony Dimlite powraca o czasie by dalej straszyć i dołować.
https://youtu.be/pZ-GWnBPi3A?si=TE8JXWeUv_vRbkRi
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Cieszę się, że Murphy wszystkim wszedł (Wuja chyba coś marudził, ale niewiele zrozumiałem z tamtej recenzji) i to w takiej trochę partyzanckiej wersji (ale przyznacie, że jednak ta surowość kawałkowi służy). O ile listopad nie będzie w moim wykonaniu tak ponury, jak w/w utwór, to przez najbliższe tygodnie będę poruszał się w wolnych, spokojnych, czy tam jak by można powiedzieć - Munlupowych klimatach.
Pavement – You Are a Light
Zespoły, które uratowały Munlupowi jesień 2022 r., cz. 2 i ostatnia. W tym czasie zawiało mnie w stronę Pavement po długim okresie nie obcowania z tym zespołem, bo dużo wtedy mówiło się o ich dosyć udanym reunionie, a ja miałem ochotę na takie granie. Wróciłem zatem do wyprodukowanej przez Nigela Godricha „Terror Twilight”, ich ostatniej studyjnej płyty. Podobnie jak Inspiral Carpets, Pavement unieśli mnie trochę w tym zgniłym, trudnym okresie, zwłaszcza dwa konkretne utwory, ale jeśli miałem wybrać jeden, to wiedziałem, że to musi być „You Are a Light”. Ten kawałek ma wszystko to co lubię w Pavement i generalnie indie rocku, czyli swego rodzaju niezdarność i celową niechlujność, ale też masę luzu, melodyjności i specyficznego talentu, który tylko w takich zespołach się ujawnia.
Tekst jest klasycznie mocno psychodeliczny i tylko wokalista Stephen Malkmus wie o czym numer jest, zresztą słuchałem dem i innych wczesnych wersji tej piosenki i za każdym razem słowa były trochę inne, tak jakby Malkmus wymyślał to wszystko w locie (co też świadczy o jego talencie do szycia bezsensownych, ale barwnych, humorystycznych i po prostu fajnych tekstów). Muzycznie mamy ładną piosenkę przez pierwsza połowę i typowe, kwaśne Pavement w drugiej. Zadziwiająco zgrabnie się to wszystko łączy. Poza tym szczypta wspomnianej niechlujności i mamy w efekcie piękny utwór. Już się nie nagrywa takich płyt.
Nie będę się rozgadywał, ale przez cały listopad, włączałem sobie Pavement w drodze do/z pracy, i te kilka minut dodawało mi skrzydeł. Jeżeli to nie jest zaproszeniem do bestki życia, to nie wiem co jest.
https://youtu.be/QCfTrMX4Xj0
Pavement – You Are a Light
Zespoły, które uratowały Munlupowi jesień 2022 r., cz. 2 i ostatnia. W tym czasie zawiało mnie w stronę Pavement po długim okresie nie obcowania z tym zespołem, bo dużo wtedy mówiło się o ich dosyć udanym reunionie, a ja miałem ochotę na takie granie. Wróciłem zatem do wyprodukowanej przez Nigela Godricha „Terror Twilight”, ich ostatniej studyjnej płyty. Podobnie jak Inspiral Carpets, Pavement unieśli mnie trochę w tym zgniłym, trudnym okresie, zwłaszcza dwa konkretne utwory, ale jeśli miałem wybrać jeden, to wiedziałem, że to musi być „You Are a Light”. Ten kawałek ma wszystko to co lubię w Pavement i generalnie indie rocku, czyli swego rodzaju niezdarność i celową niechlujność, ale też masę luzu, melodyjności i specyficznego talentu, który tylko w takich zespołach się ujawnia.
Tekst jest klasycznie mocno psychodeliczny i tylko wokalista Stephen Malkmus wie o czym numer jest, zresztą słuchałem dem i innych wczesnych wersji tej piosenki i za każdym razem słowa były trochę inne, tak jakby Malkmus wymyślał to wszystko w locie (co też świadczy o jego talencie do szycia bezsensownych, ale barwnych, humorystycznych i po prostu fajnych tekstów). Muzycznie mamy ładną piosenkę przez pierwsza połowę i typowe, kwaśne Pavement w drugiej. Zadziwiająco zgrabnie się to wszystko łączy. Poza tym szczypta wspomnianej niechlujności i mamy w efekcie piękny utwór. Już się nie nagrywa takich płyt.
Nie będę się rozgadywał, ale przez cały listopad, włączałem sobie Pavement w drodze do/z pracy, i te kilka minut dodawało mi skrzydeł. Jeżeli to nie jest zaproszeniem do bestki życia, to nie wiem co jest.
https://youtu.be/QCfTrMX4Xj0
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
No proszę, Andy Pritiboy dał Wam reason ze swoim No Reason, bardzo mnie to cieszy w sumie. Nawet, jeśli ktoś tam trochę mechnął, to było to delikatne mechnięcie i ostatecznie artysta się wybronił. A Hien coś tam gada, że nie pamięta, a dostał ode mnie w ramach naszej własnej osobistej wymiany cały album Prieboya i już nie pamięta 
Poets of the Fall - The Happy Song (2012)
Byli Poeci w formie albumu (który zresztą ostro katowałem w listopadzie 2017, więc mija trochę czasu), byli w formie wideo, czas na numer. Album był z 2005, wideo z 2010 (i to z toną nawiązań do Alana Wake'a, którego właśnie się ukazała druga część), a teraz rok 2012 i... znów nawiązania do Alana Wake'a, albowiem kawałek ten był elementem oficjalnego soundtracku niewielkiego stand-alone dodatku do pierwszej części gry, który to dodatek nosił podtytuł American Nightmare. Sam Alan Wake jest grą z koszmaru (ale nie grą koszmarną, jest zajebisty), a i follow-up nie pozostawał w tyle, także numer, jaki teraz zapodaję, ma niewiele wspólnego ze swoim tytułem xD Generalnie piosenka opiera się o dość agresywny (albo momentami mroczny) wokal Saaresto, który powtarza w kółko jedno zdanie (później jeszcze dwa) i generalnie grozi. Numer jest zdecydowanie hardrockowy w swoim brzmieniu, trwa trochę ponad 4 minuty i pięknie ryje beret, uwielbiam go, zwłaszcza na pełnej pi*dzie w słuchawkach dokanałowych (wkrótce skończy się to aparatami lol). Jak go poznałem?
Oczywiście przez Alana Wake'a, ale w sumie to przed Alanem. Pokazał mi go mój dobry ziomek, którego Hien zresztą też miał okazję poznać na pewnym Comic Conie (chyba mogę tak to nazwać) w Łodzi przed... wieloma laty (który to był rok? 2013? 2014?). Ziomek ów był i pozostaje wiernym fanem zarówno Alana, jak i Poetów (sprzedawał mi ich zresztą też mocno, tak naprawdę to głównie pod jego wpływem wróciłem do Signs of Life 12 lat po premierze krążka). Zabawnym znajduję fakt, że American Nightmare nigdy nie skończyłem (ale mam na Steamie lol), ale nie dlatego, że mi się nie podobało czy coś, tylko po prostu jakoś mi się to rozeszło po kościach. Może kiedyś wrócę, podobnie jak może kiedyś zagram w AW2, ale do tego muszę mieć sprzęt, którego oczywiście w tej chwili nie mam. Gra (tzn. ten dodatek) traktuje o zmaganiach głównego bohatera ze swoim evil i stukniętym alter ego, którym jest jakby on sam występujący pod ksywą Mr Scratch (Myballs, jak to mawia w/w ziomek). I numer jest niby śpiewany z jego perspektywy właśnie, tzn. Mra Scratcha. Mr Scratch straszy, płoszy i generalnie grozi. Numer jest super, tyle mam do powiedzenia, i świetnie wpasowuje się w lekko mroczny późnojesienny klimat. Tyle, że akurat za oknem świeci słońce...
https://www.youtube.com/watch?v=0y5bd-CgFz0
Poets of the Fall - The Happy Song (2012)
Byli Poeci w formie albumu (który zresztą ostro katowałem w listopadzie 2017, więc mija trochę czasu), byli w formie wideo, czas na numer. Album był z 2005, wideo z 2010 (i to z toną nawiązań do Alana Wake'a, którego właśnie się ukazała druga część), a teraz rok 2012 i... znów nawiązania do Alana Wake'a, albowiem kawałek ten był elementem oficjalnego soundtracku niewielkiego stand-alone dodatku do pierwszej części gry, który to dodatek nosił podtytuł American Nightmare. Sam Alan Wake jest grą z koszmaru (ale nie grą koszmarną, jest zajebisty), a i follow-up nie pozostawał w tyle, także numer, jaki teraz zapodaję, ma niewiele wspólnego ze swoim tytułem xD Generalnie piosenka opiera się o dość agresywny (albo momentami mroczny) wokal Saaresto, który powtarza w kółko jedno zdanie (później jeszcze dwa) i generalnie grozi. Numer jest zdecydowanie hardrockowy w swoim brzmieniu, trwa trochę ponad 4 minuty i pięknie ryje beret, uwielbiam go, zwłaszcza na pełnej pi*dzie w słuchawkach dokanałowych (wkrótce skończy się to aparatami lol). Jak go poznałem?
Oczywiście przez Alana Wake'a, ale w sumie to przed Alanem. Pokazał mi go mój dobry ziomek, którego Hien zresztą też miał okazję poznać na pewnym Comic Conie (chyba mogę tak to nazwać) w Łodzi przed... wieloma laty (który to był rok? 2013? 2014?). Ziomek ów był i pozostaje wiernym fanem zarówno Alana, jak i Poetów (sprzedawał mi ich zresztą też mocno, tak naprawdę to głównie pod jego wpływem wróciłem do Signs of Life 12 lat po premierze krążka). Zabawnym znajduję fakt, że American Nightmare nigdy nie skończyłem (ale mam na Steamie lol), ale nie dlatego, że mi się nie podobało czy coś, tylko po prostu jakoś mi się to rozeszło po kościach. Może kiedyś wrócę, podobnie jak może kiedyś zagram w AW2, ale do tego muszę mieć sprzęt, którego oczywiście w tej chwili nie mam. Gra (tzn. ten dodatek) traktuje o zmaganiach głównego bohatera ze swoim evil i stukniętym alter ego, którym jest jakby on sam występujący pod ksywą Mr Scratch (Myballs, jak to mawia w/w ziomek). I numer jest niby śpiewany z jego perspektywy właśnie, tzn. Mra Scratcha. Mr Scratch straszy, płoszy i generalnie grozi. Numer jest super, tyle mam do powiedzenia, i świetnie wpasowuje się w lekko mroczny późnojesienny klimat. Tyle, że akurat za oknem świeci słońce...
https://www.youtube.com/watch?v=0y5bd-CgFz0
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Siara z tym Prieboyem, faktycznie był album i to nie tak dawno temu.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Faktycznie dość przypadkowo wyszło dość spooky... choć dla mnie Bio/HIA spooky wcale nie jest xD ale miło widzieć jak pozytywnie odbieracie kolejną ambientową perełkę, do tego duetu jeszcze wrócimy hihi
Bonus Fruit - Nineteen (2016)
Bestkujemy sobie już na tyle długo, że z czasem przychodzi brutalna weryfikacja wielu propozycji. Na tym etapie mogę już swobodniej rzucać kawałki, ale jeszcze trochę minie, zanim wygodniej będzie rzucać kogoś po raz drugi. Niektórzy dzielnie czekają na swoją kolej. Coraz częściej ulegam spontanicznym pomysłom. Bywa jednak i tak, że na początku show ktoś był murowanym kandydatem, a teraz nie będzie mieć większej szansy na zaprezentowanie. Tak właśnie stało się z Bonus Fruit i kasetą Dissatisfied. Wolę rzucić coś teraz, mieć pod ręką jeszcze parę propozycji na przyszłość, ale całość zdecydowanie wypadła poza kanon Smoczych Potęg Albumowych.
Poznałem ten projekt na początku 2018 roku. Najprawdopodobniej dzięki nagraniom BF moje poszukiwania w wielkim świecie vaporu wyraźnie stanęły. Przez dłuższy czas Dissatisfied było dla mnie najważniejszym punktem odniesienia. Dziś słyszę tutaj za dużo zapychaczy, nie ma niestety samych dobrych pomysłów na dystansie całej kasety. Nie mogę jednak zapomnieć o kilku utworach, które do teraz robią wrażenie. Dobrze wiem, co poleci jako następne, hehe. Nineteen obowiązkowo pierwsze za sprawą pewnego bardzo konkretnego wspomnienia. Pierwszy odsłuch. Środek nocy. Pewnie jakiś czas wolny przy okazji ferii zimowych. Wszechogarniająca ciemność dookoła. Leżę pod kołdrą, nie mogę spać. Kiedy czuję, że jeszcze jest we mnie trochę niewykorzystanej energii, to często odpalam sobie jeszcze jakąś muzykę, filmy na YT. Wtedy dodatkowo lubiłem czytać różne mniej lub bardziej odklejone fora internetowe. Widzę, że płyta ma trochę ponad godzinkę. Nineteen otwiera całość. Odpalam i od razu wpadam w stan lekkiego otępienia, melancholii. Zostaje ze mną do samego końca, poza pewnym fragmentem jeszcze w intro. Specyficzne zagęszczone brzmienie. Atmosfera jakiegoś postapo krajobrazu, który roztacza się przed nami. Całkiem schizowy materiał. Do tego ciekawe sample głosowe, jak się w nie tak wsłuchać, to jeszcze dodatkowo mogą wpłynąć na lekko neurotyczne jednostki. Po tych dziesięciu minutach wiedziałem już, że długo nie zasnę, byłem pod sporym wrażeniem. Dissatisfied przeleciało całe, po drodze miałem jeszcze parę podobnie intensywnych zachwytów, w ogóle pierwsze sześć kawałków jest doskonałych, potem klimat niestety się rozmywa. Mamy jeszcze z dwa poważnie wzruszające momenty, świetny finał, ale pomiędzy bywa naprawdę różnie.
Nie zapomnę jeszcze długo tego wspomnienia. To nie jest muzyka do częstych powrotów, nie ułatwia tego też nieobecność BF na Spotify, ale z oczywistych względów rozumiem. Staram się w ostatnim czasie muzycznie odpowiadać na to, jak się czuję w danej chwili... tak, Nineteen jest najlepszym kandydatem na 2 listopada. Nie heloimy, nie atmosfera refleksji nad utratą bliskich czy generalnie tych, których nie ma wśród nas, a ich obecność sporo znaczyła. Jestem czymś rozczarowany. Poza takim normalnym funkcjonowaniem czegoś żałuję, może za bardzo wybiegam w przyszłość, tak jakby uciekała mi szansa na coś pozytywnego. Z drugiej strony zetknąłem się z kimś, kogo w pewnej towarzyskiej sytuacji wolałbym nigdy nie zobaczyć. Klasycznie raz na jakiś czas zdarza się moment przesadnego myślenia o rzeczach. Przynajmniej muzykę proponuję godną. Lećta, słuchajta.
https://www.youtube.com/watch?v=7HpIH6Xi4Ps
Bonus Fruit - Nineteen (2016)
Bestkujemy sobie już na tyle długo, że z czasem przychodzi brutalna weryfikacja wielu propozycji. Na tym etapie mogę już swobodniej rzucać kawałki, ale jeszcze trochę minie, zanim wygodniej będzie rzucać kogoś po raz drugi. Niektórzy dzielnie czekają na swoją kolej. Coraz częściej ulegam spontanicznym pomysłom. Bywa jednak i tak, że na początku show ktoś był murowanym kandydatem, a teraz nie będzie mieć większej szansy na zaprezentowanie. Tak właśnie stało się z Bonus Fruit i kasetą Dissatisfied. Wolę rzucić coś teraz, mieć pod ręką jeszcze parę propozycji na przyszłość, ale całość zdecydowanie wypadła poza kanon Smoczych Potęg Albumowych.
Poznałem ten projekt na początku 2018 roku. Najprawdopodobniej dzięki nagraniom BF moje poszukiwania w wielkim świecie vaporu wyraźnie stanęły. Przez dłuższy czas Dissatisfied było dla mnie najważniejszym punktem odniesienia. Dziś słyszę tutaj za dużo zapychaczy, nie ma niestety samych dobrych pomysłów na dystansie całej kasety. Nie mogę jednak zapomnieć o kilku utworach, które do teraz robią wrażenie. Dobrze wiem, co poleci jako następne, hehe. Nineteen obowiązkowo pierwsze za sprawą pewnego bardzo konkretnego wspomnienia. Pierwszy odsłuch. Środek nocy. Pewnie jakiś czas wolny przy okazji ferii zimowych. Wszechogarniająca ciemność dookoła. Leżę pod kołdrą, nie mogę spać. Kiedy czuję, że jeszcze jest we mnie trochę niewykorzystanej energii, to często odpalam sobie jeszcze jakąś muzykę, filmy na YT. Wtedy dodatkowo lubiłem czytać różne mniej lub bardziej odklejone fora internetowe. Widzę, że płyta ma trochę ponad godzinkę. Nineteen otwiera całość. Odpalam i od razu wpadam w stan lekkiego otępienia, melancholii. Zostaje ze mną do samego końca, poza pewnym fragmentem jeszcze w intro. Specyficzne zagęszczone brzmienie. Atmosfera jakiegoś postapo krajobrazu, który roztacza się przed nami. Całkiem schizowy materiał. Do tego ciekawe sample głosowe, jak się w nie tak wsłuchać, to jeszcze dodatkowo mogą wpłynąć na lekko neurotyczne jednostki. Po tych dziesięciu minutach wiedziałem już, że długo nie zasnę, byłem pod sporym wrażeniem. Dissatisfied przeleciało całe, po drodze miałem jeszcze parę podobnie intensywnych zachwytów, w ogóle pierwsze sześć kawałków jest doskonałych, potem klimat niestety się rozmywa. Mamy jeszcze z dwa poważnie wzruszające momenty, świetny finał, ale pomiędzy bywa naprawdę różnie.
Nie zapomnę jeszcze długo tego wspomnienia. To nie jest muzyka do częstych powrotów, nie ułatwia tego też nieobecność BF na Spotify, ale z oczywistych względów rozumiem. Staram się w ostatnim czasie muzycznie odpowiadać na to, jak się czuję w danej chwili... tak, Nineteen jest najlepszym kandydatem na 2 listopada. Nie heloimy, nie atmosfera refleksji nad utratą bliskich czy generalnie tych, których nie ma wśród nas, a ich obecność sporo znaczyła. Jestem czymś rozczarowany. Poza takim normalnym funkcjonowaniem czegoś żałuję, może za bardzo wybiegam w przyszłość, tak jakby uciekała mi szansa na coś pozytywnego. Z drugiej strony zetknąłem się z kimś, kogo w pewnej towarzyskiej sytuacji wolałbym nigdy nie zobaczyć. Klasycznie raz na jakiś czas zdarza się moment przesadnego myślenia o rzeczach. Przynajmniej muzykę proponuję godną. Lećta, słuchajta.
https://www.youtube.com/watch?v=7HpIH6Xi4Ps
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Mile jestem zaskoczony niemal w komplecie bardzo pozytywnymi opiniami na temat tracka do Blood 2. Spodziewałem się raczej marudzenia, a tu proszę. Nawet ambientowy specjalista Dragon zaaprobował moją propozycję. Mogę tylko powiedzieć, że to nie jest z mojej strony na pewno ostatni utwór ze świata gier/filmów.
Sarah Connor – From Sarah With Love
Sarah Connor to niemiecka piosenkarka amerykańskiego pochodzenia. Największe swoje sukcesy odnosiła na początku lat 00’ i właśnie w tamtym czasie najbardziej się interesowałem jej muzyką. To była zresztą w tamtym czasie dosyć popularna wokalistka. Generalnie uprawiała muzykę pop z naleciałościami R&B i soul. Właściwie Sarah nagrywa po dziś dzień, choć znam, a raczej znałem tylko trzy pierwsze albumy. Potem straciłem zainteresowanie jej muzyką. A piszę, że znałem, bo już od wielu lat nie przesłuchałem całej płyty w całości. Jednakże parę utworów Sarah w głowie zostało. Nadal mam na CD albumy nr 1 i 3, czyli Green Eyed Soul (2001) i Key to My Soul (2003). I właśnie z jej debiutanckiego albumu pochodzi utwór From Sarah With Love.
Piosenka wspięła się na szczyty list przebojów w kilku krajach, w tym w Polsce. To soulowa ballada o ładnej linii melodycznej. Typowa pościelóweczka, ale ja takie zawsze lubiłem. Nic odkrywczego, bo wcześniej już choćby Toni Braxton nagrywała w podobnym tonie, ale mi to nie przeszkadza. Ładnie pogrywa tu gitara, taka w latynoskim stylu. Lubię też wokal Sarah. Ma dziewczyna kawał porządnego głosu, co myślę dobrze słychać w drugiej części utworu. From Sarah With Love to po prostu ładna ballada, przy której można się zrelaksować. Mimo upływu wielu lat nadal potrafi sprawić mi przyjemność.
https://www.youtube.com/watch?v=NcjOSn_vJdw
Sarah Connor – From Sarah With Love
Sarah Connor to niemiecka piosenkarka amerykańskiego pochodzenia. Największe swoje sukcesy odnosiła na początku lat 00’ i właśnie w tamtym czasie najbardziej się interesowałem jej muzyką. To była zresztą w tamtym czasie dosyć popularna wokalistka. Generalnie uprawiała muzykę pop z naleciałościami R&B i soul. Właściwie Sarah nagrywa po dziś dzień, choć znam, a raczej znałem tylko trzy pierwsze albumy. Potem straciłem zainteresowanie jej muzyką. A piszę, że znałem, bo już od wielu lat nie przesłuchałem całej płyty w całości. Jednakże parę utworów Sarah w głowie zostało. Nadal mam na CD albumy nr 1 i 3, czyli Green Eyed Soul (2001) i Key to My Soul (2003). I właśnie z jej debiutanckiego albumu pochodzi utwór From Sarah With Love.
Piosenka wspięła się na szczyty list przebojów w kilku krajach, w tym w Polsce. To soulowa ballada o ładnej linii melodycznej. Typowa pościelóweczka, ale ja takie zawsze lubiłem. Nic odkrywczego, bo wcześniej już choćby Toni Braxton nagrywała w podobnym tonie, ale mi to nie przeszkadza. Ładnie pogrywa tu gitara, taka w latynoskim stylu. Lubię też wokal Sarah. Ma dziewczyna kawał porządnego głosu, co myślę dobrze słychać w drugiej części utworu. From Sarah With Love to po prostu ładna ballada, przy której można się zrelaksować. Mimo upływu wielu lat nadal potrafi sprawić mi przyjemność.
https://www.youtube.com/watch?v=NcjOSn_vJdw
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Że rocka progresywnego wam nie sprzedam to się mogłem w sumie spodziewać, aczkolwiek chyba nawet ja nie spodziewałem się aż tak intensywnego GRZANIA ze strony niemal każdego (byłbym poważnie zaskoczony, gdyby były twórca audycji o progu dołączył do tego grona szkalujących, ale to już byłoby za dużo). Na wasze pocieszenie mogę tylko napisać, że z tym progiem to nie jest tak, że mam w zanadrzu dużo podobnych kobył, tj. coś bym pewnie wygrzebał, ale prędko raczej was żadną nie uraczę.
Black Sabbath - Changes
Pozostajemy w klimatach okołodziaderskich, ale tym razem zamiast epickiej, wielogodzinnej oraz wielowątkowej suity przedstawiam wam zarówno zespół, który się z takowymi nie kojarzy, jak i nagranie, które nie kojarzy się z typowymi dokonaniami tegoż zespołu. Bo mniemam że tegoż na forum MUZYCZNYM nie muszę nikomu przedstawiać? Jak coś to lojalnie informuję, że tym razem znowu nie będę bawił się w Musiała, tj. nie zapodam żadnej encyklopedycznej trivii, ani nawet nie będę pisać o roszadach personalnych, zwłaszcza, że w tym przypadku samo zindeksowanie nazwisk pewnie zajęło by mi godzinę. xD Pro forma tylko napiszę, że jedyny skład, którego słucham to ten "klasyczny" z Ozzym na wokalu, wszystkie inne są dla mnie takie raczej meh lub ewentualnymi ciekawostkami.
Znowu nie mam konkretnej daty ani nawet jakiegoś mglistego wspomnienia związanego z pierwszymi odsłuchami, bo przepadły w zalewie WSZYSTKIEGO co próbowałem poznać na początku mojej okołomuzycznej przygody. Tak na marginiesie, to czasem mi się wydaje, że trafiłem na względnie niezłe czasy, bo nie miałem już tak trudno jak nasi starzy, którzy musieli niekiedy nieźle się nakombinować, by poznać coś nowego, ale też nie miałem jeszcze tak łatwo jak młodzi teraz, bo jednak te empetrójki to trzeba było skądś pozyskać i teraz to by mi się nawet nie chciało w to wchodzić, bo bym się czuł po prostu przytłoczony tym ile jest nowych projektów, nagrań i w ogóle. Wracając, BS wchodziło w skład kolejnej nieformalnej świętej trójcy tzw. "hard rocka" - obok Led Zeppelin i Deep Purple. Że niby aż tak dużo punktów stycznych nie było i trochę była naciągana? Fakyt, aj don ker. Sabbaci znajdowali się w mojej gdzieś pośrodku - nie była to miłość tak jak swego czasu do Zeppelinów, ale też nie był to dla mnie na pewno nigdy przehajp skali Deep Purple. Ot, zespół który lubiłem i nadal lubiem, bo się dobrze zestarzał i w ogóle ich wpływ na rozwój muzyki rozrywkowej (istnieje literalnie cały gatunek, który polega na zrzynaniu z ich debiutu) jest dla mnie bezdyskusyjny.
Jak już wspomniałem, moja propozycja jest lekko niecodzienna. W czasach gdy byłem pacholęciem, moją ulubioną płytą tego zespołu był album, co się zwał vol. 4. To było trochę hipsterstwo z twojej strony, dziś będąc starcem kupującym swoim wnuczkom Western's Original chyba wolę Sabbath Bloody Sabbath, ale jednak zawsze podobało mi się to, że Sabbaci nie poszli po linii najmniejszego oporu i postanowili tutaj trochę zmienić brzmienie i trochę poeksperymentować.
Jak mi się nie odwidzi, to może zainicjuję tą balladką minicykl pościków o ZMIANACH, bo w sumie to pierwotnie miał być post o innym kawałku i innym okresie mojego życia, ale jakoś tak do mnie dotarło, że punkt w życiu w którym się znalazłem nie jest efektem jednego konkretnego wydarzenia, tylko całego procesu ZMIAN, który trochę u mnie potrwał. Zobaczymy, stójcie ztunowani oraz bierzcie i słuchajcie tego.
https://www.youtube.com/watch?v=_eBCxYVma1g
Black Sabbath - Changes
Pozostajemy w klimatach okołodziaderskich, ale tym razem zamiast epickiej, wielogodzinnej oraz wielowątkowej suity przedstawiam wam zarówno zespół, który się z takowymi nie kojarzy, jak i nagranie, które nie kojarzy się z typowymi dokonaniami tegoż zespołu. Bo mniemam że tegoż na forum MUZYCZNYM nie muszę nikomu przedstawiać? Jak coś to lojalnie informuję, że tym razem znowu nie będę bawił się w Musiała, tj. nie zapodam żadnej encyklopedycznej trivii, ani nawet nie będę pisać o roszadach personalnych, zwłaszcza, że w tym przypadku samo zindeksowanie nazwisk pewnie zajęło by mi godzinę. xD Pro forma tylko napiszę, że jedyny skład, którego słucham to ten "klasyczny" z Ozzym na wokalu, wszystkie inne są dla mnie takie raczej meh lub ewentualnymi ciekawostkami.
Znowu nie mam konkretnej daty ani nawet jakiegoś mglistego wspomnienia związanego z pierwszymi odsłuchami, bo przepadły w zalewie WSZYSTKIEGO co próbowałem poznać na początku mojej okołomuzycznej przygody. Tak na marginiesie, to czasem mi się wydaje, że trafiłem na względnie niezłe czasy, bo nie miałem już tak trudno jak nasi starzy, którzy musieli niekiedy nieźle się nakombinować, by poznać coś nowego, ale też nie miałem jeszcze tak łatwo jak młodzi teraz, bo jednak te empetrójki to trzeba było skądś pozyskać i teraz to by mi się nawet nie chciało w to wchodzić, bo bym się czuł po prostu przytłoczony tym ile jest nowych projektów, nagrań i w ogóle. Wracając, BS wchodziło w skład kolejnej nieformalnej świętej trójcy tzw. "hard rocka" - obok Led Zeppelin i Deep Purple. Że niby aż tak dużo punktów stycznych nie było i trochę była naciągana? Fakyt, aj don ker. Sabbaci znajdowali się w mojej gdzieś pośrodku - nie była to miłość tak jak swego czasu do Zeppelinów, ale też nie był to dla mnie na pewno nigdy przehajp skali Deep Purple. Ot, zespół który lubiłem i nadal lubiem, bo się dobrze zestarzał i w ogóle ich wpływ na rozwój muzyki rozrywkowej (istnieje literalnie cały gatunek, który polega na zrzynaniu z ich debiutu) jest dla mnie bezdyskusyjny.
Jak już wspomniałem, moja propozycja jest lekko niecodzienna. W czasach gdy byłem pacholęciem, moją ulubioną płytą tego zespołu był album, co się zwał vol. 4. To było trochę hipsterstwo z twojej strony, dziś będąc starcem kupującym swoim wnuczkom Western's Original chyba wolę Sabbath Bloody Sabbath, ale jednak zawsze podobało mi się to, że Sabbaci nie poszli po linii najmniejszego oporu i postanowili tutaj trochę zmienić brzmienie i trochę poeksperymentować.
Jak mi się nie odwidzi, to może zainicjuję tą balladką minicykl pościków o ZMIANACH, bo w sumie to pierwotnie miał być post o innym kawałku i innym okresie mojego życia, ale jakoś tak do mnie dotarło, że punkt w życiu w którym się znalazłem nie jest efektem jednego konkretnego wydarzenia, tylko całego procesu ZMIAN, który trochę u mnie potrwał. Zobaczymy, stójcie ztunowani oraz bierzcie i słuchajcie tego.
https://www.youtube.com/watch?v=_eBCxYVma1g
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup