DM track by track #5: Black Celebration

Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18356
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Re: DM track by track #5: Black Celebration

Post 27 lut 2024 12:04

A Question of Lust

Zgadzam się ze stwierdzeniem, że to jeden z najbardziej kanonicznych utworów DM. W dodatku jeżeli by rozpatrywać utwory śpiewane przez Gora, to nawet jeden z najbardziej depeszowych, cokolwiek to znaczy. Depeszowy – enigmatyczne określenie, którego nikt nie potrafi dobrze ubrać w słowa. Ale ja jednak doskonale je pojmuję.
Umiejscowienie AQOL na albumie perfekcyjne. Ostatni z trzech połączonych ze sobą utworów. To przejście pomiędzy FOTW a AQOL uważam za genialne. Małe dzieło sztuki. Końcówka Fly z wyciszaną perkusją, odgłosem niczym hamujący pociąg i wjeżdżającym świszcząco-ćwierkającym dźwiękiem z tą symfoniczną mega klimatyczną wstawką pośrodku i klawiszowymi akordami. Coś pięknego. Najlepsze połączenie zaraz po Blue Dress – Clean.
Potem wchodzi bas i sporo innych dźwięków z charakterystycznym elektronicznym ping-pongiem między kanałami tuż przed wokalem. Wokalem jak z bajki. Gore miał wtedy głos po prostu niesamowity. Melodia wokalu chyba jedna z piękniejszych, przynajmniej z lat 80’. No ale Gore miał wtedy dar do pisania takich rzeczy. To było piosenko-pisarstwo na poziomie wręcz magicznym. Hien ma rację, że ten utwór odgrywany w pamięci wydaje się być jednym z wielu, a potem się włącza i robi się gorąco. Lubię słuchać AQOL głośno.
AQOL mimo, że nigdy nie należał u mnie może do jakiegoś ścisłego powiedzmy top-10, to jednak podczas odsłuchu wywoływał reakcje, których nie potrafię opisać. Bije od niego jakąś niesamowitą klasą, monumentalnością bym nawet powiedział. W latach gdy dopiero poznawałem DM słuchając AQOL miałem wręcz wrażenie, że obcuję z czymś absolutnie nierzeczywistym, legendarnym, podniosłym. Nawet teraz wczuwając się w klimat potrafię coś takiego poczuć.
Nie sposób pominąć zgrabnie wplecionych smyków w zwrotkach. Jest trochę metalicznych dźwięków, ale właściwie aż do przeczytania waszych opisów nawet nie miałem zbytnio świadomości ich istnienia.
Wersja singlowa właściwie nie różni się od albumowej.
Minimal jest pozbawiony perkusji (choć jakieś klapnięcia w refrenach występują), basu i trochę innych dźwięków. Przynajmniej w pierwszej części. Druga część już z perką i dodatkowymi bajerami, ale bez wokalu.
Przypomniałem sobie pobieżnie niektóre wykonania live oraz jak głosowałem w temacie BC Live – najlepsze wersje utworów. Widzę, że wtedy propsowałem najbardziej wersje z Devotionala, TTA i Singles Tour. Teraz bym chyba jednak wskazał BC Tour i MFTM Tour. Najwierniejsze wersje w stosunku do oryginału i Gore w najlepszej kondycji. I jeszcze jeden mały szczegół. Na końcu mostka w wersjach wspomnianych wyżej Gore przy słowie Home nie zjeżdża standardowo w dół tylko ciągnie w górę. Niby drobnostka a szalenie mnie to jara.
No i oczywiście słowa uznania dla ostatniego wykonu w Warszawie. Byłem niezwykle zadowolony, że udało mi się to usłyszeć na żywo w pełnej wersji. Co na żywo, to na żywo.
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10366
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 04 mar 2024 01:44

Oj tak, pełnowartościowy Question of Lust na żywo to jest wysoki poziom.

Sometimes

Początkowo oczywiście nie rozumiałem, jak to jest, że na płytę zapakowano tyle martinowych kawałków. Pół biedy, gdy to jeszcze jakieś dłuższe rzeczy, no ale taki niespełna dwuminutowy szkic? Co za marnotrawstwo miejsca! Minęło trochę czasu, z dziecka zacząłem stawać się w miarę rozsądnym i coś tam myślącym człowiekiem. Zrozumiałem, że to na swój sposób dalsza ewolucja specyficznego języka Gore'a. Trudno nie wyłapać większej roli tekstu. Fortepian mimo wszystko mocno w tle, ot żeby sensownie podkreślić uroczą partię wokalną. Liczy się jakaś własna interpretacja, jeśli w ogóle przyjdzie do głowy. Przez lata przechodziłem obok - aż do pierwszych poważnych miłości i rozczarowań. Mimo wielu różnych sytuacji zdarzają się momenty, gdy wychodzi ze mnie malutki, wrażliwy człowiek. Musi zabrać swoje fanty, schować się na kilka minut w kącie, może jakoś sensownie odreagować, a potem wrócić do pionu. Myślę sobie o tekście jako relacji z takiego momentu. Albo innej chwili, gdy łapię się na przesadnym naburmuszeniu i marudzeniu wobec innych. Gdy jest mi głupio i może powinienem jakoś to wyrazić, ale to drobiazg na tyle nieistotny, że lepiej po prostu przejść nad tym do porządku dziennego. Zaraz znowu będzie w porządku. Może o tym jest Sometimes? Nie umiem już w takie drobiazgowe osobiste refleksje od czasu poważnego otwarcia się na ludzi.

Moja krótkotrwała faza polegała na regularnych powrotach w określonych sytuacjach dnia przez kilka dni. Pewnie myślałem o kolejnej (jak się okazywało) przelotnej miłości życia i już odlatywałem, jak to można z tą osobą rozmawiać o wszystkim i że nawet w takich poważnych kwestiach będzie poważne porozumienie. Gdzieś tam to drzemie, więc do tej pory mam do tego numeru szacunek, ale kilka lat minęło i może tylko dosłownie pięć, sześć razy słuchałem? Najczęściej pewnie przy okazji słuchania całej BC. Surowa, dość duszna atmosfera. Jednocześnie jest tu coś intymnego, kameralnego. Chóralny wstęp lepiej wprowadza do kawałka, ale też jest jedynym sensownym wyjściem przy tak poważnej zmianie klimatu po Question of Lust. Poza Martinem i pianinem mamy coś jeszcze w tle, nie tylko regularne pogłosy i powtórzenia.

Trudno wyobrazić sobie ten numer na żywo. Depeche Mode nie robi takich koncertów, by wpleść gdzieś taką miniaturkę. Od poprzedniej trasy zdarzają się pojedyncze linijki z wybranych kawałków, ale tu chyba jest za dużo do przywołania. Nadawałoby się na jeden, dwa spontaniczne wykonania extra.

Dobrze pamiętałem, że w ramach jednej z hotelowych sesji Martin w pewien sposób wrócił w to miejsce. Efekt jest tragiczny, ale słychać improwizowany charakter tego powrotu i to BARDZO. Jak ktoś chce, to zapraszam do Sometimes ogołoconego z tego nastroju, który w odbiciu osobistych odczuć chciałem oddać trochę wyżej.

https://media.dmlive.wiki/stream/mlg199 ... 644/16.m4a
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18356
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 13 mar 2024 13:13

Sometimes

Po gęstych i klimatycznych aranżacjach poprzednich trzech utworów mamy na płycie moment wytchnienia. Na początku mojej przygody z DM trochę się dziwiłem na taki utwór. DM jawił mi się jako elektroniczny zespół, a tu takie pianinkowe plumkanie. Co prawda album wcześniej było już niby podobne, choć nieco bogatsze w brzmienie Somebody, ale jednak. Jeszcze bardziej się dziwiłem, że mamy aż trzy z rzędu utwory śpiewane przez Gora. Na żadnym innym albumie chyba nie ma takiej sytuacji.
Już nawet nie pamiętam, czy mi się Sometimes podobało wtedy, czy nie. Na pewno na Black Celebration nie było faworytem. I w sumie nadal nim może nie jest, ale od pewnego czasu bardzo lubię i szanuję tę miniaturkę. Świetna chwila wytchnienia. W oderwaniu od albumu utwór raczej mało funkcjonalny. Bo zanim się na dobre zacznie, to już się kończy. Niektóre instrumentalne przerywniki z innych płyt bywają dłuższe. A możliwe, że nawet któreś interludy. Ale na albumie Sometimes funkcjonuje świetnie. Zawsze wyczekuję na ten utworek. Początkowy zaśpiew „Sometimes” rewelacyjny. Potem już pianino i piękna linia melodyczna z Gorem w życiowej formie. Te dwugłosy są szalenie efektowne i miłe dla uszu. Zawszę sobie cenię takie zabiegi. A końcówka z tym „u-uu-u-uuu Sometimes” naprawdę genialna.
Potrafię sobie wyobrazić to na żywo. Szczególnie na tych trasach z lat 80'. Jeżeli znajduje się miejsce na akustyczne Somebody czy Strangelove, to czemu nie miłoby też być Sometimes? Szkoda, że Gore nigdy się na to nie zdecydował. Nie musiałoby to nawet niczego z setlisty usuwać. Po prostu byłby to taki dodatek, mały wstęp do zwyczajowego setu Gora. Są wykonawcy, którzy grają znacznie dłuższe koncerty od DM, więc te dwie minutki dłużej by Martina kondycji raczej nie zrujnowało.
Sometimes - mała rzecz, a kurde cieszy.
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10366
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 28 mar 2024 18:35

Leci z nami Hien czy ruszamy dalej? Czy w ogóle ten temat zamykamy...
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24709
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 28 mar 2024 19:49

Leci, jutro zrobię Sometimes i następny
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24709
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 04 kwie 2024 22:30

Dajcie mi jeszcze chwilę, chory jestem, a dopiero do domu wróciłem, jeszcze jutro będzie dzień nadrabiania w pracy, a ja siedzę i rzygam. Postaram się dopiąć zaległości do końca weekendu.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18356
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 04 kwie 2024 22:54

Spoko, kuruj się.
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10366
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 08 kwie 2024 22:00

To jak, Hien?
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24709
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 08 kwie 2024 22:37

Jutro!
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24709
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 09 kwie 2024 15:26

Sometimes

Czasami myślę, że „Sometimes” to mój ulubiony kawałek wykonywany przez Martina, czasami nie, ale była to miłość od pierwszego wejrzenia, pomimo dosyć sporego zaskoczenia, kiedy pierwszy raz słuchałem BC w całości. Znałem już „Somebody” i zastanawiałem się, po co było pisać klona już na następną płytę. Niemniej, szybko zrozumiałem, że to jest coś więcej niż klon „Somebody”, a raczej „Somebody” przepuszczone przez pryzmat tego konkretnego albumu. Tekst to typowy Martin z „Black Celebration”, a pianino zalane jest reverbem. Najbardziej fascynowało mnie to chóralne „uuuu sometimeees” na końcu, bo kompletnie nie brzmiało jak DM, tylko jak coś, co mogłoby się pojawić na albumie Queen. Jestem znany z tego, że lubię miniaturki, nie traktuje ich jako jakichś pół-utworów, czy rzeczy niepełnoprawnych (i niepełnosprawnych), więc nic się pod tym względem u mnie nie zmieniło, nadal uwielbiam ten kawałek pod każdym względem. Na szczęście nikt nie miał szansy mi go w życiu zepsuć, a teraz jestem za stary żeby na mnie ludzie tak działali. Niby Martin does Martin, ale mam wrażenie, że to jest z premedytacją auto-cover, tylko w krzywym zwierciadle.
Słyszałbym to na żywo, na tym etapie już chyba niczego nie warto wykluczać z repertuaru Gore’a. Pytanie, czy by tego nie zarżnął stolcówą, ale szansa, że będziemy faktycznie mogli to zweryfikować, jest minimalna więc srać to. Tego wykonania z hotelowych sesji nie znałem, albo nie słyszałem od 20+ lat, zresztą był czas kiedy nie wierzyłem nawet, że tam naprawdę był Martina. Nie dałem rady dosłuchać do końca, kiedy typ przy mikrofonie zrąbał drugą zwrotkę, to okno przeglądarki samo się wyłączyło z cringu. Szacun, że 11-12 lat po nagraniu, był w stanie to zagrać od ręki, i w ogóle Martin grający ten kawałki to trochę abstrakcja. W każdym razie, jest to rigczowa rzecz i nie wiem, chyba faktycznie mój ulubiony kawałek śpiewany przez Martina.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10366
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 19 kwie 2024 01:07

jak po grudzie ale nie poddawajmy się

It Doesn't Matter Two

...a w tym przypadku było inaczej. Odkąd pamiętam zawsze lekkie poszanowanie, ale bez większego zafascynowania. Po części zasługa tekstu, a trochę też jednak dość barokowego konceptu i pomysłu na aranż. Kolejna z tych mniejszych pozycji na Blacku. Na moje ucho to dość pesymistyczna, taka gorzko realistyczna refleksja w przypływie negatywnych bodźców, które drzemią w człowieku i nie dają o sobie zapomnieć nawet wtedy, gdy pozornie dookoła dzieje się dobrze, przyjemnie, a do tego w towarzystwie. Pewnie z czasem Martin nabrał do tego lekkiego dystansu, ale dla mnie to bezużyteczna kategoria, gdy myślę o ich muzyce. Naprawdę solidny utwór, który dopiero na późniejszych trasach został zaprezentowany w odpowiedni sposób. Płytowy aranż mocno osadzony w klimacie i aurze, choć akurat tutaj więcej przestarzałych rozwiązań niż wcześniej. Nie grzeją mnie te samplowane chóry. Muzyczne upiory z szafy, do tego te sugestywne melodyjki jak z wampirycznego horroru. Noo robi się kostiumowo, upiornie, duszno, pesymistycznie. Dla kontrastu działa tutaj wyjątkowo delikatny wokal Martina (choć nie na bardzo wysokich dźwiękach, nie umiał tego aż tak oddać na koncertach) i syntezatorowe ozdobniki pod koniec. Całkiem efekciarskie spowolnienie rytmu robiło wrażenie, dziś to tak charakterystyczny i osłuchany element, że trudno wyjść z siebie by wyprodukować jakąś wyważoną opinię. Podoba mi się do dzisiaj. Wyjątkowy wyróżnik na tle całej dyskografii. Osobiście wolę inne martinowe słodko-gorzkie serenady, ale nie ma choć trochę wyraźnych dołków.

Ewentualnych remiksów trochę bym się bał, za to warto powiedzieć coś więcej o wersjach koncertowych. Ta na świeżo z 1986 roku trochę poraża, bo Alan i spółka dodatkowo przekombinowali. W drugiej części dołożono klawisze, w ogóle podbito brzmienia, by dało się wiele więcej wyłapać, ale całość nie jest już tak intymna, kameralna, mimo wszystko subtelna. Gdyby nie sceniczny Martin jeszcze w formie nieśmiałego chłopca to byłaby (nomen omen) kaplica. Przed chwilą pierwszy raz od lat przesłuchałem ją w całości. Kolejne dwie z XXI wieku to dowody na to, że współczesne oblicze zespołu przynosi wiele odświeżających rozwiązań. Można odczarować wiele zapomnianych ropuch. Exciterowa to mimo wszystko popis wrażliwości Gordeno. Najbardziej ascetyczna wersja, co wychodzi na dobre całości. Odpowiednio wyeksponowana melodia, brak chórków, solidny Martin. Do tego po prostu urzekający finał. Jest w tym coś teatralnego, musicalowego. W ogóle obecność tego typu utworów na trasie promującej Excitera to wyjątkowy ukłon w stronę depeszowej wiary. Na TTA robi się jeszcze luźniej, ale wchodzą do gry inne instrumenty. Robi się bardziej barowo. Martin czasem ma momenty wokalnych poślizgów - to zależy od skuteczności chlania po poprzednim koncercie lub za dnia. Tutaj charakterystyczna melodia pojawia się w środku i to na gitarze, też wypada efektownie. Końcówkę robi Eigner pojedynczymi biciami. Kolejny wariant tego samego, tyle że inaczej. Mistrzostwo w prostocie. Ciekawy patent. W kategorii "akustyków" z ostatniej części trasy TTA wolę Blue Dress, ale IDM2 również zdecydowanie na plus.
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18356
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 23 kwie 2024 12:24

It Doesn't Matter Two

Zawsze lubiłem ten utwór, choć jednocześnie to nigdy nie był utwór ze ścisłej czołówki DM. No ale z DM tak jest, że bardzo dobry utwór często jest zaledwie w środku stawki. Za to lubię ten band.
IDMT to ciekawie zbudowany utwór. Ja bardzo lubię te chórki z klawisza. Fajne są też te dzwoneczki. Bardzo efektownie brzmi też skromny pykający basik. Potem dochodzi jeszcze cała masa różnych innych dźwięków i zagrywek. Jak choćby jakieś metalicznie brzmiące cymbały. Dragon ma rację, że klimat jest tutaj może nie upiorny, ale niepokojący. Zagrywka klawiszowa przed ostatnią partią wokalną bardzo dobra. No i podoba mi się ten efekt zwolnienia na końcu. Młody Martin na wokalu to jest rzecz też nie do przecenienia. Iście anielski ten wokal. W ogóle linia melodyczna wokalu robi na mnie duże wrażenie. Mostek jest przepiękny. Depeche Mode ma kilka utworów, które działają na mnie strasznie nostalgicznie i mają moc natychmiastowego przenoszenia mnie w czasie. Co dziwne przenoszenia w lata 80' mimo, że ja jeszcze wtedy DM nawet nie słuchałem. IDMT jest jednym z takich utworów. I słuchając go od razu widzę swoje rodzinne miasto z lat 80' i siebie wałęsającego się z walkmanem i słuchającego DM.
Nie wiem, czy są jakieś oficjalne remiksy, ale na pewno ja nic takiego nie słyszałem. Jedynie nieoficjalne remiksy, z których jeden mi się dosyć podoba.
Co do wersji live to jestem ich oddanym fanem. Ta z 1986 roku to oczywiście popis Martina, który wygląda szałowo i śpiewa bardzo delikatnie.
Zakochany jestem za to od zawsze w wersji z Exciter Tour. To jeden z moich ulubionych koncertowych wykonów DM ever. Piękne pianino Petera i emocjonalny wokal Gora rozwalają mi konstrukcję za każdym razem. Plus ta przepiękna projekcja w tle. Ta wersja pokazuje całą moc drzemiącą w samej kompozycji, która ma chyba jedną z najpiękniejszych melodii, jaka wyszła spod pióra Gora.
Ostatnia wersja z TTA też świetna, podobnie skromny aranż, ale jednak pianino z Exciter Tour lepsze od gitary.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24709
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 30 kwie 2024 11:06

It Doesn’t Matter Two

Kiedy pierwszy raz zetknąłem się z tym kawałkiem, to byłem jednocześnie zaskoczony i pod wrażeniem, tak jak to jest na „Black Celebration”. No, ale ile ja miałem, 13-14 lat? Obecnie trudno mi się jakoś wypowiedzieć na temat tego numeru, nie wracam do niego prawie w ogóle. Wersja studyjna zdradza jakieś dziwne fascynacje muzyką kojarząca się z antykiem, podobne wpływy są słyszalne potem w „Pimpf”, czy „Stjarna”. Te chórki stają się ostatecznie przytłaczające. Nie hejtuje tego aranżu, jest on ciekawy, można powiedzieć, że DM nawiązują nieco do sceny gotyckiej, jest to jakiś krok poszukiwawczy, niemniej nie chce mi się za bardzo wracać do tego kawałka. Formalnie, wszystko jest ok, wokal dobry, tekst jest w porządku, jak na Martina z tamtego okresu. Ogólnie chłodna okejka.

Nie mam szczególnie wiele wspomnień związanych z IDM2, może dlatego, że po wstępnej fazie, odszedł trochę w niebyt, a było to tak dawno temu, że heh. W kwestii wersji live, wersja z 86 r. jest niesamowicie wręcz toporna. Dziś już by nigdy się nie porwali na takie coś, ludzie by posnęli. IMO trochę to nie zdaje egzaminu, kawałek jest zbyt spokojny na albumie, a na koncertach, po przepuszczeniu przez soundsystem, nabiera jakiejś takiej nieprzyjemnej ciężkości, która pasuje do numeru jak pięść do nosa. Wersje na pianinie są zdecydowanie lepsze. Gordeno ogarnął fajny, w miarę minimalistyczny aranż, który zawiera wszystko to, co w tym kawałku było spoko. Martin też w miarę daje radę, im dalej tym gorzej, ale bywało, heh, jeszcze gorzej w innych numerach. Wersja z 2006 r. zdecydowanie wygrywa konkurs na live. Poznałem ja wiele lat później, byłem w szoku, że już wtedy DM zaprezentowało się jako zespół czysto rockowy. To była sytuacja bezprecedensowa w historii tego zespołu, wokal, gitara, bas + perkusja i nic więcej? Szok dla purystów, a wzwód dla fanów lubiących kiedy zespół próbuje się rozwijać. Zadziwiająco naturalnie to brzmi w tej wersji, lepiej niż na płycie. I to tyle w sumie z mojej strony. Czekamy na część trzecią, o ile nasz Sienkiewicz z loczkami nie zdecyduje się zamknąć kramiku.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24709
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 30 kwie 2024 11:46

A Question of Time

Zabawna sprawa, że na wikipedii pokazuje mi (najpewniej wzorem wydania winylowego), że „A Question of Time” otwiera stronę B. Tymczasem na kasetowym wydaniu, od którego zaczynałem poznawanie albumu, „AqoT” zamyka stronę A. Zdecydowanie wolę taki układ. W każdym razie, mamy klasyka żelaznego, którego z początku poznałem w wersji singlowej i do tej pory jest to moja absolutnie ulubiona wersja (autorstwa Phila Hardinga, geniusz). Albumowa jest ok, ale po pierwsze, chyba żaden kawałek tak nie traci na potopie reverbu, co „A Question of Time”, a po drugie, kompletnie ginie bit. Brzmi to dosłownie jak demo. Ok, do tego konkretnego albumu to pasuje, ale na wyrywki praktycznie zawsze wybieram remiks, który ma mięso, gdy tymczasem oryginał wieje flakiem.

Pamiętam jak będąc w gimnazjum, puszczałem koledze z klasy ten numer przez telefon (podstawiając słuchawkę z walkmana do słuchawki telefonicznej, tak się kiedyś „wysyłało” muzykę) i mówiłem, że Gahan śpiewa o seksie. Potem się z tego śmiałem, a potem wyszło, że faktycznie Gahan śpiewa o seksie. Człowiek całe życie się uczy (z Depeche Mode). To chyba jedyne konkretne wspomnienie związane z tym utworem. Lead melodia z początku wydawała mi się dziwaczna, ale to co ja wtedy wiedziałem, co ja wtedy znałem i słyszałem w muzyce. Zresztą, ta dziwność przyciągała, to można odnieść do niejednego utworu DM.

Wersja extended remixu, jest ok. New Town Mix zaczyna się jak coś z 1984 r., ale tylko na chwilę. Ogólnie to samo, tylko napchane dziwnymi efektami i dźwiękami, szału nie ma. „Live Remix” to tak naprawdę wersja live z trasy 1986, nic szczególnego, więc po prostu przejdźmy do wersji live.

Wstępne wykonania cierpią na to samo, są zbyt podobne do albumówki. Alan podrasował podkład na Violation Tour czymś co brzmi jak przesterowana gitara z klawisza, brzmi to spoko, ale poważniejsze zmiany pojawiły się dopiero na kolejnej trasie. Wersja z Devotionala to prawdziwa rzeźnia. Alan na perkusji nakurwia aż miło, Martin wszystkie klawiszowe zagrywki odtwarza na elektryku, Andy coś tam odpala z klawisza, ale niewiele, Gahan czuje się jak ryba w wodzie, bo marzyło mu się granie z zespołem rockowym. DM w wydaniu heavy. Kupuję to, najlepsza wersja ever. Ta z Single Tour jest w porządku, ostatni raz kiedy Martin spędzał cały numer przy klawiszu. Dobre otwarcie, dobry Gahan, może trochę kwadratowo, ale ok. Lekki wyskok z wersją solo Gahana, wtedy się jarałem, bo nie widziałem tego na żywo. Niezłe tempo. Od 2005 r. „A Question of Time” było mainstayem setlisty, a wersje były do siebie raczej zbliżone. Martin wrócił na gitarę i tyle. Przez lata zdążyło zagrzybieć. Dopiero na Globalnym Spirytusie, Martin kupił sobie jakiś szatański efekt i zaczął kroić publiczność konkretnymi, cięższymi riffami, co mi się podobało. Na drugiej części trasy, przejął nawet więcej linii melodycznych na tę gitarę. Zrobili z tym wszystko, co dało się zrobić i słusznie odesłali na emeryturę.

Koniec końców, dobry kawałek, który zawsze lubiłem i zawsze będę lubił. Może nie wracam do niego jakoś bardzo często, ale to o niczym nie świadczy.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18356
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 01 maja 2024 08:55

A Question of Time

Zgadzam się z Hienem, że AQOT w wersji z albumu przy singlowej brzmi jak demo. AQOT albumowe to oczywiście wciąż dobry utwór, ale brakuje mu tej energii, depnięcia co na singlu. Dlatego też zdecydowanie preferuję singiel. Różnica jest jeszcze w początkowej fazie i w zakończeniu. Podoba mi się, jak singlowa wchodzi od razu z buta bez tego intro. Singlowa wersja się wycisza, podczas gdy albumowa raptownie urywa. I na albumie to działa robiąc fajny wstęp do Stripped. Generalnie AQOT to jeden z takich wyraźniejszych hitów DM z lat 80’. A na pewno jeden z ulubionych utworów do grania live. Mam wrażenie, że szczególnie Gahan lubił to wykonywać, chociaż i Gore miał spore pole do popisu na gitarze.
Wersję Extended słuchałem dzisiaj chyba pierwszy raz w życiu na potrzeby tego tekstu. I podoba mi się. New Town brzmi metalicznie jak coś z SGR. Rzetelnie choć nic w sumie specjalnego. Lepszy jest za to Joebot Presents 'Radio Face' Remix. Brzmi bardzo wyraziście.
Nie chciało mi się znowu odsłuchiwać wszystkich wersji live, bo trochę tego jest. Sięgnąłem do tematu o najlepszych wersjach koncertowych, gdzie to omawialiśmy utwory (to już 4 lata minęło :shock: ) i w sumie zgadzam się z tym co wtedy , że wersja z Devotionala najlepsza. Perka super nawala, ale najbardziej podoba mi się gra na gitarze. Jest moc w tym brzmieniu. Lubię, kiedy Gore na żywo gitarą tak dodaje niektórym utworom powera.
Posłuchałem jeszcze dla przypomnienia wersji ze 101, Delty i GST. Ta ze 101 to w sumie nic specjalnego. W porównaniu do Devotional – nuda. Te wykonania z późniejszych tras ciekawsze dzięki właśnie ciężkiej gitarze. Ten utwór wyraźnie potrzebuje większej mocy, żeby właściwie wybrzmieć. Wersji z Delty z koncertu nawet nie pamiętam, bo w tak ujowym miejscu siedziałem. Za to na GST na płycie już odpowiednio to poczułem we wnętrznościach.
Dla mnie AQOT to dobry utwór, chociaż nie sposób ukryć, że zarówno na albumie jak i w całej dyskografii okupuje miejsce raczej w środku peletonu. Ot cały DM.
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10366
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 04 maja 2024 22:38

A Question of Time

Okej, czas na kolejną piosenkę z samych początków depeszowania. W tym przypadku też potrafię sobie przypomnieć ekran z pierwszego telefonu na własność, na którym na bank widziałem wielokrotnie A Question of Time. Co ciekawe, od zawsze w wersji albumowej. Tak poznałem ten kawałek bardzo dawno temu i jeśli myślę o pierwowzorze to zawsze w tym formacie. Możliwe, że w podstawówce przy okazji poważniejszej znajomości z koleżanką z klasy ten numer też jakoś był chwilę ogrywany. Poza tym raczej bez osobistych związków bardzo bliskich i rozbudowanych. Płyt zacząłem słuchać dość późno po poznaniu większości materiału. Nigdy nie był moim faworytem, nie było też szczególnej okazji do tego. Po latach tym bardziej nie jestem zdziwiony, gdy sprawdziłem wreszcie tekst bardzo dokładnie. Bezpośrednie, dość pruderyjne Depeche Mode. Do dziś lubię bardziej motorykę czy pomysł na aranż niż sytuację liryczną, ale niech będzie. Prędzej wolę to niż ekspresję czy też interpretację Gahana na żywo przy okazji niektórych linijek, ale o tym później. Charakterystyczna syrena na dzień dobry, równie kanoniczne wokalne sample miejscami. Tutaj nie słychać tak bardzo studyjnego maksymalizmu. Gdzie tam słyszycie demo, panowie? Jest przede wszystkim mocne flow, solidny rytm, przyjemna melodia wokalu - ciekawe przemyślany i pod tym względem kawałek. Jeden z ważniejszych singli dla zespołu, który osobiście stawiam w drugim, trzecim szeregu.

No właśnie, singli... po latach zorientowałem się, że była jakaś specjalna wersja singlowa, którą chyba tylko ja mocno przeoczyłem. Nic dziwnego. Tutaj już mamy jazdę bez trzymanki. Dla mnie to zbyt łopatologiczna rąbanka. Niby odpowiednie elementy podbite, ale rytm i basowa melodia za bardzo dominują. Wokal też wydaje się dodatkowo podrasowany (pewnie to zasługa zdjęcia reverbu). Wracam naprawdę rzadko. Najbardziej lubię tę dokręconą, szałową końcówkę, gdy chórki swoje, a rytm dodatkowo rozbudowany. Podobny plus dla singlowego Strangelove, choć tam całość jest po prostu lepsza. Extended trochę przypomina robotę rodem z FLa, czyli po prostu przegląd wykorzystanych sampli w ramach osobnej wersji dla krótkich przebiegów bez wszystkich elementów idących równocześnie cały czas. To mimo wszystko extended singlówka, ale taką wolę bardziej. Dziwnie brzmi ostatnia zwrotka jako mostek, ciekawy eksperyment. Gareth Jones miał łeb na karku. New Town Mix jeszcze dziwniejszy. Singlówka ze schowanym dudnieniem (albo po prostu użyciem trochę innego zestawu dźwięków) i dołożonymi/dodatkowo edytowanymi samplami. Najbardziej bez sensu ze wszystkich. Nie jestem didżejem z epoki, może wtedy do czegoś służyła. Pozwolą Państwo, że późniejszych nawet nie sprawdzam. To nie numer tego typu, by miało to dla mnie jakieś większe znaczenie.

Koncertówki. Pierwsza rzecz: łapanie się za penis i jądra nie jest zbyt fajne. Po latach łapią mnie ciary żenady, gdy widzę fragmenty video z późniejszych tras. Dobrze, że na Memento Mori Tour tego nie doświadczyłem. Ba, na Spiryt Tour też nie załapałem się na Question of Time. Z perspektywy czasu uważam, że to bardzo dobrze. Przechodząc do samej muzyki, najwcześniejsze wersje nie są zbyt ciekawe. Rzetelnie odgrywany standard. Pod względem pozycji w secie i kondycji wokalnej lepsza jest z BC Tour. Violatorowa ma ładnie ścięte intro, do tego podrasowane basy, dodatkowy ostry sampel gitarowy, ciekawie, choć dla mnie dalej stylistyka w porównaniu do poprzednich. Czy warte bycia na bis? Do tego jeszcze przejdziemy w Tour By Tour. Trasy z 1994 roku nie traktuję jako części Devotionala, ale ówczesna wersja... noo za pierwszym razem zrobiła na mnie kolosalne wrażenie. Do tamtej pory nigdy nie brzmieli bardziej rockowo. Po tamtym czasie zbliżyli się tylko przy okazji występów solowych, pojedynczych kameralnych koncertów. Odpowiednio oczyszczona wersja ze zbędnych sampli, liczył się groove, dudnienie alanowe i zniszczony Gahan na wokalu. Przepiękne dzieło zniszczenia. Hien pamięta wersję, w której DG wykonuje chórki martinowe. Są lepsze (choćby ta z SF), ale i tak trzeba tego przesłuchać. Od razu wiadomo, że wtedy nie było za dobrze xD Esencja rozpierredolu

https://media.dmlive.wiki/stream/dm1994 ... CD2/06.m4a

Trzeba typom z DM Live wytłumaczyć, że Martin nie mógł tego wykonywać, bo na Question of Time wychodził już bez mikrofonu w pobliżu. Wystarczy przejrzeć nagrania video.

Z nowożytnych wersji ostatecznie lubię tę najmniej ostrą, pierwszą, graną na Singles Tour. Jeszcze bez pozerskiego rocka i żenady. Do tego z Gahanem śpiewającym wszystko od linijki, tak jak trzeba. Eigner wtedy też był nieokrzesany. Czasem myślę, że wolałem surową perkusję, ale bardzo oszczędnie przygrywającą, z wyczuciem, a nie modyfikowane w zależności od kawałka łupanie, które czasem potrafi zabić klimat. Solową wersję taktownie pomijam. Powrót na TTA był naprawdę w porządku mimo całego dyskusyjnego dla mnie opakowania. Depeche Mode to nie jest pieprzony rock i później ta gitara nie brzmi po prostu właściwie. Podobnie z pomijaniem przez Gahana połowy utworu. ale brzmieniowo w 2005/2006 roku było najlepiej. Z czasem numer tracił na pazurze, wyrazistości. W czasach Delta Machine Tour pewnie aż tak mnie to nie drażniło jak teraz, takie uroki zarzynania kawałka na koncertach. Kulminacja wyczerpanej energii to GST z cytatem I'm Bored. W dupie z tymi riffami, gdy panuje totalnie pozerska atmosfera. Miło, że tym razem dali sobie spokój. Albo full klawiszowa wersja albo pozostawienie w bankach.
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10366
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 04 maja 2024 22:39

Hien pisze:
30 kwie 2024 11:46
Andy coś tam odpala z klawisza, ale niewiele
Wtedy to już znacznie częściej Sz.P. Daryl Bamonte hehe
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24709
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 04 maja 2024 22:57

Dragon pisze:
04 maja 2024 22:38
Hien pamięta wersję, w której DG wykonuje chórki martinowe. Są lepsze (choćby ta z SF), ale i tak trzeba tego przesłuchać. Od razu wiadomo, że wtedy nie było za dobrze xD Esencja rozpierredolu
No, dla mnie wersja z San Francisco, to podstawa. To był jeden z pierwszych bootlegów jakie zassałem. Po całych wakacjach słuchania 101, San Francisco dało mi poważnie w mordę tymi radykalnymi wersjami utworów, Gahanem, itd. Byłem zadziwiony jaką przemianę przeszedł ten zespół w relatywnie krótkim czasie. No, ale to już na tour by tour temat.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10366
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 16 lip 2024 19:22

ruszyła maszyna

Stripped

Może nawet lepiej, że wyszła tak długa przerwa. Trudno z marszu usiąść i napisać o jednym z ważniejszych kawałków w życiu, to byłoby dość dziwne. Po spotkaniu z rzeczami tego pokroju ponad połowę żywota temu byłem pewien, że wsiąkłem i nie będzie powrotu. Wrażliwość, a jednocześnie wyraźna ekspresja, pewność. Intymność z potrzebą podzielenia się pewnymi rzeczami ze światem zewnętrznym. Do tego charakterystyczny styl zespołu - ten najbardziej utrwalony wizerunek w oczach słuchaczy ma w sobie dużo mroku, tajemnicy, a jednocześnie prezentuje się rewelacyjnie. Między wierszami wychodzi z tego dużo mniej oczywistych preferencji, zachcianek, wyborów życiowych do zaakceptowania. No, przynajmniej tak łatwiej mi to opisać w lipcu AD 2024. Byli inni, stylowi, wrażliwi, odrobinę ekscentryczni dzięki Martinowi. Wszedłem to i zostałem całkiem możliwe, że do końca życia. Stripped to jeden z niewielu kawałków, który prowokuje mnie do takiego natchnionego rozwodzenia. Pierwszy świadomie wybrany jako ten najlepszy. Jeden z niewielu kanonicznych hitów rozgrzewających w wielu momentach do dziś.

Teledysk poznałem później niż sam kawałek. O singlowej to nawet nie mówię, zacząłem je rozróżniać (w ogóle kojarzyć więcej niż jedną) pewnie po niejednej dyskusji forumowej, będąc już całkiem świadomym i wiernym fanem. Tekst... raczej od samego początku odbierałem go dość dobrze, ale bez bardziej wnikliwego czytania. Utopiłem tutaj większość moich młodocianych dziewczęcych miłostek. Dziś to brzmi całkiem zabawowo, ale artystycznie w niczym innym nie szukałem ujścia. Energetycznie, bezpośrednio poza pojedynczymi momentami, może nawet wręcz na granicy przesady... dla mnie autentycznie, wręcz uniwersalnie. Może dlatego nigdy się tym nie zmęczyłem do granic możliwości. Bywały chwile odstawienia, a po czasie znów dało się regularnie słuchać i wczuwać na nowo.

Jakakolwiek dyskusja o aranżu nie ma sensu. Jedne z najbardziej osłuchanych, ogranych, przeżywanych melodii i rozwiązań w życiu fana. Cała gama sampli około samochodowych, nie do końca syntezatorowo brzmiący bas. Obok tego plejada perkusyjnego walenia w rury, ale rzadko gdzie to tak mocno spina całość. Szczególnie, że numer stoi właściwie na tym basowym brassie w tle, co potem okaże się problemem dla późniejszych wersji koncertowych. Przed ostatnim refrenem dodatkowa, dość pompatyczna partia klawiszowa niesie, po prostu niesie. W konwencjonalnym aranżu mogła być piękna katastrofa. Tak mamy całkiem kinky, dość ekscentryczną formę dla przedłużenia całkiem bezpośredniej potrzeby cielesno-sercowej. Albumówka ma dodatkowe blachy w zestawie pod koniec. Ten miks bardziej służy, ale sentyment zawsze będzie ciągnął do płyty. Nie ma aż tyle pogłosu, każdy element brzmi wyraźniej, lepiej. Remiks Highland jeszcze z rodziny tych wariacji do testowania współbrzmień, inklinacji klubowych (ale nie łupankowych), wykorzystania niewykorzystanego. Miła odtrutka, która uwydatnia bardzo dobry aranż. Tę szkatułkową kompozycję można rozciągać jakby była z gumy. Więcej sensownych remiksów nie ma.

Koncertówki. Połowa życia i miłości dla Stripped to właśnie otrzaskiwanie tych wersji. W pierwszych latach najczęściej chodziła wersja ze 101ki. Pod względem chronologii poznawania to pewnie też była pierwszą. Potem ta z 1994 roku i TOTU. Reszta nadrobiona szybciutko, te najnowsze oczywiście przy okazji kolejnych tras (a zaczęło się już od ery Delta Machine). Z czasów wykorzystywania remiksu Highland chyba do dziś lubię najbardziej właśnie opcję 101. Violatorowa uszłaby, choć w otoczeniu takich a innych rzeczy w secie wypada wręcz przestarzale. Pudrowanko dodatkowym arpeggio na plus, IMO trochę za mało. Na Devotionalu skuteczna poprawka, ale to tylko preludium dla psychodeli wersji Exoticznej. Cud, miód, Gahan w innych stanach świadomości niż trzeźwościowych. Spory sentyment dla wersji z TOTU. Do dobrych Live Here Now z tamtej trasy dotarłem całkiem szybko, w tym przypadku pamiętam nawet wspólne odsłuchy z przyjacielem podczas... jednej z lekcji WFu. Wielka szkoda, że nie mamy żylety nagrania z Madrytu 2014, panowie w ty momencie chyba dotarli do granicy rozwoju koncertowego oblicza Stripped. Mimo wad jakościowych klip z JuTuba też ogrywałem dziesiątki, setki razy. Zostawiam sobie miejsce na uwagi przy okazji innej zabawy forumowej nt. wersji live. Wspominany wyżej problem dotyczy pewnego wygładzenia przejścia z pierwszej zwrotki i refrenu dalej. Na żywo zupełnie inny odbiór, ale trochę przez to tych późniejszych wersji praktycznie nie słucham, a jak już to dzięki elementom poza samym aranżem.

Przypominam sobie nastrój przed pierwszym koncertem, Warszawa 2017. W ogóle przed trasą nie byłem pewien powrotu Stripped, a wtedy dalej stawiałem ten numer bardzo wysoko. Niby grane prawie zawsze, ale... dobrze, że od Global Spirit Tour to już stały repertuar. Jeden z niewielu tak starych (?), który ma na to szansę i faktycznie dalej wypada odpowiednio. Poza wieloma dobrymi rodzynkami z tamtego wieczoru pamiętam to ogromne wrażenie przy okazji pierwszych taktów Stripped wybrzmiewających wtedy, w towarzystwie fanki-znajomej poznanej parę lat wcześniej dzięki grupce Depeche Mode Poland. Drugi tak wzruszający moment przy okazji koncertów depeszowych to intro i początek Cosmosu z zeszłego roku, ale to temat na inną rozmowę. Wracając do lata 2017, wtedy symbolicznie zamknął się pierwszy etap bycia fanem. Jeszcze w długich włosach, jeszcze ze starymi przyzwyczajeniami... z drugiej strony fakt dotarcia tam samemu w busie z innymi fanami, potem spędzenie koncertu z dziewczyną poznaną przez internet - swoją drogą to było jedno z pierwszych TAKICH doświadczeń życiowych. Na szczęście to był dopiero niewinny początek. Przynajmniej szalenie satysfakcjonujący, wzruszający. Usłyszeć numer ogrywany tysiące razy w tak wielu sytuacjach wreszcie mając zespół tylko kilkadziesiąt metrów przed sobą... Wtedy spełniało się marzenie.

Honorowa wzmianka o coverze w wykonaniu Hey z ich ostatniego oblicza. Elegancko wygładzony, uporządkowany. Z nutką rockową dzięki gitarze, ale jednocześnie zachowujący emocjonalny, interpretacyjny pazur (thx Kasia N). Raz na ruski rok zdarzy się wrócić i on też działa czasem tak jak przy pierwszym odsłuchu.

Takie to Stripped, proszę państwa.

BTW mimo że nie mam gramofonu i do tej pory nie miałem żadnych winyli w domu, to pewnego dnia dobrzy znajomi mojej mamy podzielili się z nami skromnymi podarkami... a wśród nich tonpressowskie wydanie Stripped właśnie. Nie ma przypadków, są znaki, wiadomo.
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18356
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 12 sie 2024 14:07

Stripped

Muszę przyznać uczciwie, że Depeche Mode nie miało wcześniej takiego hiciora na singlu. To już było wejście na tę najwyższą półkę muzyczną. Potężny numer. Jest tutaj wszystko. Genialna kompozycja i aranż. Zagrywka na gitarze na początku i warkot silnika samochodu. Efektowne to bardzo. Zagrywka syntezatorowa w rytm słów "Let me see you stripped down to the bone" robi niesamowitą robotę. Depeche Mode mieli wtedy taki patent - kilka niby nieskomplikowanych zagrywek współistniejących obok siebie. Każda z osobna bardzo prosta, zagrane razem i nakładające się kolejno na siebie dawały oszałamiający efekt. Super klawisz w tle na całym dystansie. Utwór ma niezwykle podniosły, wręcz monumentalny klimat. Ale wcale nie brzmi to sztucznie czy pretensjonalnie. Raczej niezwykle efektownie. Mostek przepiękny. Myślę, że właśnie wraz z nagraniem albumu Black Celebration DM wykształciło na długie lata ten swój sztandarowy, nieco mroczny styl.
Rzucam tutaj pochwałami, a do dziś pamiętam pierwszy sezon ligi i moje zero oddanych głosów na Stripped. No bo mimo wszystko ten utwór mimo swojej doskonałości nigdy nawet nie zbliżył się u mnie do jakiegoś powiedzmy top-10. Taki urok tego zespołu. Ale mam świadomość, ze to mimo wszystko jeden z najlepszych i najważniejszych singli Depeche Mode.
Wersja singlowa nieco inna od albumowej. Krótsza o pół minuty za sprawą krótszego intro i zmodyfikowanego mostka. Gahan więcej tam powtarza refren kosztem instrumentalnego fragmentu. Lubię w albumówce to nieco dłuższe intro i końcówkę przechodzącą płynnie w "Here is the House". Highland Mix niezły chociaż bez wielkiego szału.
Świetny i niesamowicie kliamatyczny jest też teledysk. Te wielkie ekrany z twarzami członków zespołu, podpalanie telewizora, demolowanie samochodu w rytm uderzeń perkusji. To był klimat nie podrabialny.
Wersje koncertowe dosyć w sumie podobne do siebie. Chyba wszystkie wykorzystują w intro fragmenty Highland Mix. Nigdy się jakoś szczególnie zapamiętale nie osłuchiwałem w tych wersjach live, choć muszę przyznać, że na koncertach Stripped swoją mocą i potężnym brzmieniem robił na mnie za każdym razem niemałe wrażenie.
Stripped to na pewno jeden z najlepszych utworów Depeche Mode. Choć jednocześnie mam z kilkanaście bardziej ulubionych.