Best of Forum VI
-
stripped
- Posty: 13847
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Boney M. - Sunny
Istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo że wrzucając do bestki kawałek Boney M. oberwiecie ode mnie mehboyem. No chyba że wrzucacie Sunny, bo to akurat mój ulubiony kawałek tej ekipy. No dobra, przesadzam, jest jeszcze parę spoko numerów spod tego szyldu, ale Hien trafił w dziesionę. Nie wiem, mogę być zbiasowany ale ten numer z całej ich twórczości chyba najbardziej trąci mi amerykańskim disco, są tu świetne funky gitary, świetne dęciaki i kapitalna sekcja smyczkowa, jej fragment kojarzyłem najpierw z pewnego rapowego numeru nim na dobre mogłem obcować z tym numerem Boney M. Tylko te wokale mogą jakoś zdradzać nie całkiem amerykańskie pochodzenie tego szlagieru. Ogólnie jest krótko i treściwie, tanecznie, słonecznie, pozytywnie, numer dostarcza wszystkiego chyba czego możnaby oczekiwać po dobrym disco, był to naprawdę miły powrót i duży plus dla Kuby na początek 6 bestki.
RAYE - Ice Cream Man
Fajnie sie złożyło bo akurat tą pracę domową odrobiłem już jakiś czas temu, po tamtej edycji depeszwizji w której Wujas wrzucał RAYE obadałem ten album bo tamta wrzutka była spoko. I z tego co wyłowiłem to właśnie Ice Cream Man wtedy propsowałem i najbardziej wyróżniał się z tej płyty obok tamtej wrzuty. Kawałek naprawdę dobrego współczesnego R&B z dobrym tekstem, z jakąś powiedzmy emocjonalną głębią a nie kolejny płytki lawsong. RAYE śpiewa o rzeczach trudnych i rzeczach ważnych i chwała jej za to, dziewczyna ma spoko głos, podkład może się jakoś nie wyróżnia ale jest tu zrobiona całkiem emocjonalna quasi-ballada z odpowiednim odbiciem klimatu gdzie trzeba i moim zdaniem wszystko jest na miejscu. Wujek wbija ponownie na świeżo i tym razem trafia u mnie dyszkę, bardzo dobra wrzutka.
Lana Del Rey - Summertime Sadness
Ehhhh mentos, najpierw wrzuca jednego enjoya w takim sobie remiksie po czym nadstawia drugi policzek i rzuca kolejnym ostro przer*chanym enjoyem. Znam bo kawałek jest naprawdę przeciorany przez radia albo mam jakiś efekt mandeli i tylko mi się wydaje że słyszałem go tryliard razy więcej niż naprawdę. Ja wiem że Lana ma fajny wokal i ma ten swój hamerykański retro klimacik który się podoba niektórym ale ja tego numeru nie trawię jakoś zbytnio. Jak tylko słyszę te "dzwony" to przewracam oczami na ten taki westernowy klimat który tworzą, jakoś to połączenie ballady z tą współcześnie brzmiącą rytmiczną stopą mi nie robi i nawet jeśli wokalnie to jest poniekąd chwytliwy numer to przez ten aranż go nie lubię. Ten opis też srogo chaotyczny wyszedł pomimo starań mentosa bo przez moment już sam nie wiedziałem czy chciał wrzucić to czy Video Games, które swoją drogą ja sam miałem wrażenie że jest z jakiegoś 2008 roku a to z tej samej płyty heh, więc może podobny efekt Mandeli mamy pod tym względem.
Adele - Rumour Has It
Zacznę od tego że moja znajoma jest sporą fanką Adeli jako takiej, w sensie jej osoby i najpierw dev wrzucił ten numer a dziś zobaczyłem na fejsie relację tejże znajomej właśnie z koncertu Adele z Niemiec i troche zazdro, nawet jeśli nie jestem wielkim fanem jej muzyki to show bardzo fajne daje. Lubię ją też za jej osobowość, charakter, choć muzyki nie słucham jakoś zbytnio. Tak naprawdę zainteresowałem się nią dopiero bardziej po premierze Hello które było hiciorem i naprawdę lubię, potem sprawdzalem też jej ostatnią płytę która wyszła jak leżałem w szpitalu jesienią 2021 roku. W sumie to nie wiem po co to piszę, może by trochę nakreślić lekki handicap jaki dev otrzymuje tym samym, numer oczywiście kojarzę choć wolę jednak późniejsze nagrania Adele niż te wczesne kiedy była postrzegana jeszcze trochę jak Amy Winehouse czyli kolejne odkrycie z krainy białego brytyjskiego soulu, bo te starsze aranżacje myślę ją trochę wciskały w tą retro szufladkę która się jednak zestarzała brzmieniowo myślę, ta faza na vintage minęła i dzisiaj nie chce mi się tego słuchać jakoś zbytnio choć numer sam w sobie jest OK.
Vibrasphere - Tierra Azul
Dragon na koniec zaskoczył ale zupełnie inaczej niż się tego spodziewałem. Numer odrobinę kojarzy mi się z wrzucaną przez Hiena Murią ale na plażowych chillowych klimatach wspólne mianowniki się kończą, tu otrzymujemy bardziej typowy soundtrack pod leniwe leżenie plackiem pod palmami. Pianinko, gitara, gdyby nie bit który chwilami zarzuca dubowymi rozwiązaniami to w takiej depeszwizji łatwo nabrałbym się że to jakiś Ian Parker wrzucany przez Czesława. Letniak ale muzak pełną gębą. Trzeba będzie wypróbować na urlopie, może nabierze trochę kolorytu przy lepszym settingu.
Istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo że wrzucając do bestki kawałek Boney M. oberwiecie ode mnie mehboyem. No chyba że wrzucacie Sunny, bo to akurat mój ulubiony kawałek tej ekipy. No dobra, przesadzam, jest jeszcze parę spoko numerów spod tego szyldu, ale Hien trafił w dziesionę. Nie wiem, mogę być zbiasowany ale ten numer z całej ich twórczości chyba najbardziej trąci mi amerykańskim disco, są tu świetne funky gitary, świetne dęciaki i kapitalna sekcja smyczkowa, jej fragment kojarzyłem najpierw z pewnego rapowego numeru nim na dobre mogłem obcować z tym numerem Boney M. Tylko te wokale mogą jakoś zdradzać nie całkiem amerykańskie pochodzenie tego szlagieru. Ogólnie jest krótko i treściwie, tanecznie, słonecznie, pozytywnie, numer dostarcza wszystkiego chyba czego możnaby oczekiwać po dobrym disco, był to naprawdę miły powrót i duży plus dla Kuby na początek 6 bestki.
RAYE - Ice Cream Man
Fajnie sie złożyło bo akurat tą pracę domową odrobiłem już jakiś czas temu, po tamtej edycji depeszwizji w której Wujas wrzucał RAYE obadałem ten album bo tamta wrzutka była spoko. I z tego co wyłowiłem to właśnie Ice Cream Man wtedy propsowałem i najbardziej wyróżniał się z tej płyty obok tamtej wrzuty. Kawałek naprawdę dobrego współczesnego R&B z dobrym tekstem, z jakąś powiedzmy emocjonalną głębią a nie kolejny płytki lawsong. RAYE śpiewa o rzeczach trudnych i rzeczach ważnych i chwała jej za to, dziewczyna ma spoko głos, podkład może się jakoś nie wyróżnia ale jest tu zrobiona całkiem emocjonalna quasi-ballada z odpowiednim odbiciem klimatu gdzie trzeba i moim zdaniem wszystko jest na miejscu. Wujek wbija ponownie na świeżo i tym razem trafia u mnie dyszkę, bardzo dobra wrzutka.
Lana Del Rey - Summertime Sadness
Ehhhh mentos, najpierw wrzuca jednego enjoya w takim sobie remiksie po czym nadstawia drugi policzek i rzuca kolejnym ostro przer*chanym enjoyem. Znam bo kawałek jest naprawdę przeciorany przez radia albo mam jakiś efekt mandeli i tylko mi się wydaje że słyszałem go tryliard razy więcej niż naprawdę. Ja wiem że Lana ma fajny wokal i ma ten swój hamerykański retro klimacik który się podoba niektórym ale ja tego numeru nie trawię jakoś zbytnio. Jak tylko słyszę te "dzwony" to przewracam oczami na ten taki westernowy klimat który tworzą, jakoś to połączenie ballady z tą współcześnie brzmiącą rytmiczną stopą mi nie robi i nawet jeśli wokalnie to jest poniekąd chwytliwy numer to przez ten aranż go nie lubię. Ten opis też srogo chaotyczny wyszedł pomimo starań mentosa bo przez moment już sam nie wiedziałem czy chciał wrzucić to czy Video Games, które swoją drogą ja sam miałem wrażenie że jest z jakiegoś 2008 roku a to z tej samej płyty heh, więc może podobny efekt Mandeli mamy pod tym względem.
Adele - Rumour Has It
Zacznę od tego że moja znajoma jest sporą fanką Adeli jako takiej, w sensie jej osoby i najpierw dev wrzucił ten numer a dziś zobaczyłem na fejsie relację tejże znajomej właśnie z koncertu Adele z Niemiec i troche zazdro, nawet jeśli nie jestem wielkim fanem jej muzyki to show bardzo fajne daje. Lubię ją też za jej osobowość, charakter, choć muzyki nie słucham jakoś zbytnio. Tak naprawdę zainteresowałem się nią dopiero bardziej po premierze Hello które było hiciorem i naprawdę lubię, potem sprawdzalem też jej ostatnią płytę która wyszła jak leżałem w szpitalu jesienią 2021 roku. W sumie to nie wiem po co to piszę, może by trochę nakreślić lekki handicap jaki dev otrzymuje tym samym, numer oczywiście kojarzę choć wolę jednak późniejsze nagrania Adele niż te wczesne kiedy była postrzegana jeszcze trochę jak Amy Winehouse czyli kolejne odkrycie z krainy białego brytyjskiego soulu, bo te starsze aranżacje myślę ją trochę wciskały w tą retro szufladkę która się jednak zestarzała brzmieniowo myślę, ta faza na vintage minęła i dzisiaj nie chce mi się tego słuchać jakoś zbytnio choć numer sam w sobie jest OK.
Vibrasphere - Tierra Azul
Dragon na koniec zaskoczył ale zupełnie inaczej niż się tego spodziewałem. Numer odrobinę kojarzy mi się z wrzucaną przez Hiena Murią ale na plażowych chillowych klimatach wspólne mianowniki się kończą, tu otrzymujemy bardziej typowy soundtrack pod leniwe leżenie plackiem pod palmami. Pianinko, gitara, gdyby nie bit który chwilami zarzuca dubowymi rozwiązaniami to w takiej depeszwizji łatwo nabrałbym się że to jakiś Ian Parker wrzucany przez Czesława. Letniak ale muzak pełną gębą. Trzeba będzie wypróbować na urlopie, może nabierze trochę kolorytu przy lepszym settingu.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18357
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Boney M. – Sunny
Aż do teraz nie wiedziałem, że Boney M. to zespół zmontowany w RFN przez Fariana. Zawsze wydawali mi się na wskroś amerykańskim bandem. Nigdy Boney M. nie słuchałem szczerze mówiąc, ale też nigdy nie czułem do nich jakiejkolwiek niechęci. To jeden z takich zespołów, które się zna, kojarzy singlowe przeboje, nawet lubi, ale jednak nie słucha na co dzień. Sunny z tymi smyczkami brzmi tak, że nie ma się wątpliwości, z jakiego okresu pochodzi utwór. I co ciekawe w przeciwieństwie do np. proga czy rocka w ogóle mi nigdy nie przeszkadzało, że to muzyka z lat 70’. Bo klimat utworu jest bardzo spoko. Wyczuwa się, że to staroć, a jednak to tutaj nie przeszkadza. Wokalistki robią świetną robotę, kompozycja jest bardzo przebojowa. No i te smyczki. Podwyższanie tonacji też fajne. Lubię ten numer.
U2 - Electrical Storm (William Orbit Mix)
Niezła historyjka z tą nieznajomą. Młody Murzyn całą noc ją czarował przy pomocy U2 i wszystko na nic. Ale wspomnienia fajnej nocy pozostały. A sam utwór? Bardzo dobry. Niezbyt dobrze znam twórczość U2 po wydaniu Zooropy. Jakoś straciłem potem zainteresowanie tym bandem, chociaż ze dwa kolejne albumy przesłuchałem. Albo nie nagrywali już tak porywająco jak wcześniej, albo po prostu mi się pozmieniało. Albo jedno i drugie. No ale oczywiście to nadal była niezła muzyka. Electrical Storm to dobry utwór, choć pewnie mógłbym wymienić od ręki ze 20 lepszych od U2. No ale to Jacka wybór, na dodatek związany ze wspomnieniami tamtej nocy. Wersja Orbit łagodniejsza, ugrzeczniona, rzeczywiście nadająca się dobrze na takie nocne posiadówki.
Lana del Rey - Summertime Sadness
Nie raz się zastanawiałem, czy może nie posłuchać by uczciwie Lany, ale nigdy nie mogłem się do tego przymusić. Niby zasłyszane utwory są spoko jak choćby ten Dragona z bestki jak i ten Mentosa. Ale to wciąż za mało. Mentos pisze o jakimś mitycznym „czymś” w twórczości Lany. No właśnie ja tej mityczności nie umiem dostrzec. Są wykonawcy, którzy chwytają od razu, z marszu. Tutaj tego nie czuję. Może jednak kiedyś spróbuję, ale jeszcze nie teraz. Tym bardziej, ze głos Lany też jakoś wrażenia na mnie nie robi. Mnie się aranżacja tego utworu w przeciwieństwie do Murzyna podoba. Ładnie pracuje perkusja, dzwony super, klawisze w tle robią spoko klimat. Ale ciar jednak ni ma.
Adele - Rumour Has It
Twórczości Adele nie znam za bardzo. Kojarzę oczywiście kilka hitów, ale żadnej płyty w całości nie słyszałem. Szanuję tę wokalistkę choćby za jej nieprzeciętny głos. Przemknęło mi nawet parę razy przez myśl, że może warto byłoby posłuchać jakiegoś albumu z czystej przyzwoitości. Chociaż akurat ten utwór wrażenia na mnie jakiegoś piorunującego nie robi. Nie przepadam za takim stylem. To tłuczenie automatu perkusyjnego takie sobie. Nie jest może źle, ale słyszałem dużo lepsze utwory Adale. Choć z drugiej strony zawsze doceniam sięgnięcie po mniej znane rzeczy. Najlepszy fragment utworu to niewątpliwie mostek.
Vibrasphere - Tierra Azul
Potwierdzam za Dragonem – fajniutkie to. Bardzo przyjemne plumkanie. Idealne na sierpniowe ciepłe popołudnie na bujanym leżaku. Akustyczna gitara, pianino, delikatny bit. Prosta rzecz, a cieszy. Niby mamy 7 minut tego samego, ale w ogóle to nie przeszkadza. Ciekawe, czy reszta albumu jest równie przyjemna?
Aż do teraz nie wiedziałem, że Boney M. to zespół zmontowany w RFN przez Fariana. Zawsze wydawali mi się na wskroś amerykańskim bandem. Nigdy Boney M. nie słuchałem szczerze mówiąc, ale też nigdy nie czułem do nich jakiejkolwiek niechęci. To jeden z takich zespołów, które się zna, kojarzy singlowe przeboje, nawet lubi, ale jednak nie słucha na co dzień. Sunny z tymi smyczkami brzmi tak, że nie ma się wątpliwości, z jakiego okresu pochodzi utwór. I co ciekawe w przeciwieństwie do np. proga czy rocka w ogóle mi nigdy nie przeszkadzało, że to muzyka z lat 70’. Bo klimat utworu jest bardzo spoko. Wyczuwa się, że to staroć, a jednak to tutaj nie przeszkadza. Wokalistki robią świetną robotę, kompozycja jest bardzo przebojowa. No i te smyczki. Podwyższanie tonacji też fajne. Lubię ten numer.
U2 - Electrical Storm (William Orbit Mix)
Niezła historyjka z tą nieznajomą. Młody Murzyn całą noc ją czarował przy pomocy U2 i wszystko na nic. Ale wspomnienia fajnej nocy pozostały. A sam utwór? Bardzo dobry. Niezbyt dobrze znam twórczość U2 po wydaniu Zooropy. Jakoś straciłem potem zainteresowanie tym bandem, chociaż ze dwa kolejne albumy przesłuchałem. Albo nie nagrywali już tak porywająco jak wcześniej, albo po prostu mi się pozmieniało. Albo jedno i drugie. No ale oczywiście to nadal była niezła muzyka. Electrical Storm to dobry utwór, choć pewnie mógłbym wymienić od ręki ze 20 lepszych od U2. No ale to Jacka wybór, na dodatek związany ze wspomnieniami tamtej nocy. Wersja Orbit łagodniejsza, ugrzeczniona, rzeczywiście nadająca się dobrze na takie nocne posiadówki.
Lana del Rey - Summertime Sadness
Nie raz się zastanawiałem, czy może nie posłuchać by uczciwie Lany, ale nigdy nie mogłem się do tego przymusić. Niby zasłyszane utwory są spoko jak choćby ten Dragona z bestki jak i ten Mentosa. Ale to wciąż za mało. Mentos pisze o jakimś mitycznym „czymś” w twórczości Lany. No właśnie ja tej mityczności nie umiem dostrzec. Są wykonawcy, którzy chwytają od razu, z marszu. Tutaj tego nie czuję. Może jednak kiedyś spróbuję, ale jeszcze nie teraz. Tym bardziej, ze głos Lany też jakoś wrażenia na mnie nie robi. Mnie się aranżacja tego utworu w przeciwieństwie do Murzyna podoba. Ładnie pracuje perkusja, dzwony super, klawisze w tle robią spoko klimat. Ale ciar jednak ni ma.
Adele - Rumour Has It
Twórczości Adele nie znam za bardzo. Kojarzę oczywiście kilka hitów, ale żadnej płyty w całości nie słyszałem. Szanuję tę wokalistkę choćby za jej nieprzeciętny głos. Przemknęło mi nawet parę razy przez myśl, że może warto byłoby posłuchać jakiegoś albumu z czystej przyzwoitości. Chociaż akurat ten utwór wrażenia na mnie jakiegoś piorunującego nie robi. Nie przepadam za takim stylem. To tłuczenie automatu perkusyjnego takie sobie. Nie jest może źle, ale słyszałem dużo lepsze utwory Adale. Choć z drugiej strony zawsze doceniam sięgnięcie po mniej znane rzeczy. Najlepszy fragment utworu to niewątpliwie mostek.
Vibrasphere - Tierra Azul
Potwierdzam za Dragonem – fajniutkie to. Bardzo przyjemne plumkanie. Idealne na sierpniowe ciepłe popołudnie na bujanym leżaku. Akustyczna gitara, pianino, delikatny bit. Prosta rzecz, a cieszy. Niby mamy 7 minut tego samego, ale w ogóle to nie przeszkadza. Ciekawe, czy reszta albumu jest równie przyjemna?
-
Hien
- Posty: 24710
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
U2 - Electrical Storm (William Orbit Mix)
Coś jest w tym U2 na imprezach, bo mój znajomy dostał kiedyś na imprezie domowej, kosza przy „Love is Blindness” (kto takie rzeczy puszcza na imprezach, lol). Murzyn zaś sam sobie zapodał kosza, bo wiedział, że nic z tego nie będzie. Podziwiam dojrzałe podejście w tak młodym wieku, a już zwłaszcza po alkoholu. „Electrical Storm”, to ostatni wielki singiel U2. Lubię wszystko, co nagrali później, ale nie wydali już więcej tak dobrego, chwytliwego singla, jak ten. Wolę wersję normalną, ale ten mix Orbita tez jest ok, bo tego kawałka nie da się za bardzo zepsuć (poza tym, że go zepsuli live, ale to już inna historia). Klip z Larrym i syreną, też dojebany. Mam swoje wspomnienia w związku z tym kawałkiem, sięgające gimnazjum, kiedy wyszła kompilacja promowana tym kawałkiem. Też przeżywałem wtedy różnego rodzaju miłostki i tłukłem mocno „best of 1990 – 2000” jesiennymi wieczorami, a ten kawałek zwłaszcza. Piękna sprawa. BTW Wujas, taki fan U2 z Ciebie, talk trudno poświęcić chwilę na przesłuchanie tych późniejszych płyt?
RAYE – Ice Cream Man
U Wujasa kształtuje się core w corze, więc nie tylko śpiewające panie, ale też konkretna stylistyka, i to taka, która, mam wrażenie, zaczarowała Wuja już w trakcie trwania naszej zabawy (w końcu to już trzeci kurde rok). Osobiście, odnoszę wrażenie, że niewiele idzie w tym temacie już zrobić, na stylówa daje wyjątkowo wąskie pole do popisu i sporo tego typu kawałków (ocierając się o plagiat) już słyszałem i mówiąc szczerze, trochę mnie już męczą te współczesne brzmienia, i chyba z radością wrócę do Suzanne Vegi. Nie jest to zły kawałek, ale w zalewie takich rzeczy, mam problem z wydaniem sprawiedliwego werdyktu. Mnie to lekko nudzi, ale doceniam, bo jest to obiektywnie dobre.
Lana del Rey - Summertime Sadness
Na samym początku 2013 r., dosłownie 1 stycznia, wylądowałem w Warszawie, bo po prostu to była najbardziej sensowna podwózka w stronę Łodzi, z sylwestra, z którego wracałem. Pamiętam, jak siedziałem wieczorem i słuchałem wycieku z nadchodzącego wtedy albumu Stevena Wilsona, ale jest jeszcze drugi kawałek, który słyszałem w aucie, kiedy byłem podrzucany na dworzec. I to było „Summertime Sadness”. Ja bym bardziej powiedział, newyearwinter sadness, ale numer mi się spodobał do tego stopnia, że zassałem sobie ten słynny debiut. Miałem wtedy lekka faze na ten album, pamiętam jak sprzedawałem tę muzę Musiałowi, a on stwierdził, że no już zna, bo się do tej płyty bzykał (typowa odpowiedź Musiała). Jak słucham teraz tego kawałka, to mam całkiem miłe wspomnienia z życia, które już w swojej ówczesnej formie nie istnieje. Trochę mi przez lata przeszła podjara tamta płyta Lany, jej wokal mnie wkurza, a piosenki już nie wydają się takim złotem, ale jest też dla mnie, jak dla Seby, charakterystyczny moment z jazdy samochodem, który wrył mi się w pamięć bardziej niż powinien. Trzeba to cenić.
Adele - Rumour Has It
Zawsze bawi mnie jak Musiał pisze, jak to się dla kobiety do Krakowa przeprowadził, a siedział tam ile? Dwa miesiące? XD Dobra, nie będę złośliwy. Dziewczynę znam, zresztą ona się już tutaj wielokrotnie, incognito, przewijała, i jestem aż zaskoczony, że to właśnie ona w takiej ilości występuje w najważniejszych wspomnieniach muzycznych Dewotjonalowskiego. Ja się na Adele nie znam, moje lenistwo nie pozwoliło mi przesłuchać którejkolwiek jej płyty w całości, znam tylko niektóre single, a pamiętam jeden i nawet nie wiem jaki ma tytuł. Kawałek jest ok, ale wzwodu nie dostałem. Ten wygdakany fragment z powtarzaniem „rumour has it” jest straszny i w zasadzie przez to, nie mam ochoty więcej tego słuchać.
Vibrasphere - Tierra Azul
Kiedyś łowiłem mnóstwo tego typu muzyki, nie zagłębiając się totalnie w gatunki, itd., po prostu słuchałem. Jest stylowo i elegancko. Nie spodziewałem się wejścia akustycznej gitary i tbh, gdyby ode mnie to zależało, to bym ją z tego kawałka wywalił i zostawił bit, pianino i ozdobniki, ale siusiak JUŻ, nie będę się pastwił, bo to nie jest jakiś wielki problem. Słuchałbym tego ostro do jazdy pociągiem, w sumie na ten moment, trudno mi sobie wyobrazić lepsze okoliczności dla słuchania takiej muzyki. Wtedy mniej by przeszkadzało to, że tak w połowie kawałek się kończy. Niemniej, propsy.
Coś jest w tym U2 na imprezach, bo mój znajomy dostał kiedyś na imprezie domowej, kosza przy „Love is Blindness” (kto takie rzeczy puszcza na imprezach, lol). Murzyn zaś sam sobie zapodał kosza, bo wiedział, że nic z tego nie będzie. Podziwiam dojrzałe podejście w tak młodym wieku, a już zwłaszcza po alkoholu. „Electrical Storm”, to ostatni wielki singiel U2. Lubię wszystko, co nagrali później, ale nie wydali już więcej tak dobrego, chwytliwego singla, jak ten. Wolę wersję normalną, ale ten mix Orbita tez jest ok, bo tego kawałka nie da się za bardzo zepsuć (poza tym, że go zepsuli live, ale to już inna historia). Klip z Larrym i syreną, też dojebany. Mam swoje wspomnienia w związku z tym kawałkiem, sięgające gimnazjum, kiedy wyszła kompilacja promowana tym kawałkiem. Też przeżywałem wtedy różnego rodzaju miłostki i tłukłem mocno „best of 1990 – 2000” jesiennymi wieczorami, a ten kawałek zwłaszcza. Piękna sprawa. BTW Wujas, taki fan U2 z Ciebie, talk trudno poświęcić chwilę na przesłuchanie tych późniejszych płyt?
RAYE – Ice Cream Man
U Wujasa kształtuje się core w corze, więc nie tylko śpiewające panie, ale też konkretna stylistyka, i to taka, która, mam wrażenie, zaczarowała Wuja już w trakcie trwania naszej zabawy (w końcu to już trzeci kurde rok). Osobiście, odnoszę wrażenie, że niewiele idzie w tym temacie już zrobić, na stylówa daje wyjątkowo wąskie pole do popisu i sporo tego typu kawałków (ocierając się o plagiat) już słyszałem i mówiąc szczerze, trochę mnie już męczą te współczesne brzmienia, i chyba z radością wrócę do Suzanne Vegi. Nie jest to zły kawałek, ale w zalewie takich rzeczy, mam problem z wydaniem sprawiedliwego werdyktu. Mnie to lekko nudzi, ale doceniam, bo jest to obiektywnie dobre.
Lana del Rey - Summertime Sadness
Na samym początku 2013 r., dosłownie 1 stycznia, wylądowałem w Warszawie, bo po prostu to była najbardziej sensowna podwózka w stronę Łodzi, z sylwestra, z którego wracałem. Pamiętam, jak siedziałem wieczorem i słuchałem wycieku z nadchodzącego wtedy albumu Stevena Wilsona, ale jest jeszcze drugi kawałek, który słyszałem w aucie, kiedy byłem podrzucany na dworzec. I to było „Summertime Sadness”. Ja bym bardziej powiedział, newyearwinter sadness, ale numer mi się spodobał do tego stopnia, że zassałem sobie ten słynny debiut. Miałem wtedy lekka faze na ten album, pamiętam jak sprzedawałem tę muzę Musiałowi, a on stwierdził, że no już zna, bo się do tej płyty bzykał (typowa odpowiedź Musiała). Jak słucham teraz tego kawałka, to mam całkiem miłe wspomnienia z życia, które już w swojej ówczesnej formie nie istnieje. Trochę mi przez lata przeszła podjara tamta płyta Lany, jej wokal mnie wkurza, a piosenki już nie wydają się takim złotem, ale jest też dla mnie, jak dla Seby, charakterystyczny moment z jazdy samochodem, który wrył mi się w pamięć bardziej niż powinien. Trzeba to cenić.
Adele - Rumour Has It
Zawsze bawi mnie jak Musiał pisze, jak to się dla kobiety do Krakowa przeprowadził, a siedział tam ile? Dwa miesiące? XD Dobra, nie będę złośliwy. Dziewczynę znam, zresztą ona się już tutaj wielokrotnie, incognito, przewijała, i jestem aż zaskoczony, że to właśnie ona w takiej ilości występuje w najważniejszych wspomnieniach muzycznych Dewotjonalowskiego. Ja się na Adele nie znam, moje lenistwo nie pozwoliło mi przesłuchać którejkolwiek jej płyty w całości, znam tylko niektóre single, a pamiętam jeden i nawet nie wiem jaki ma tytuł. Kawałek jest ok, ale wzwodu nie dostałem. Ten wygdakany fragment z powtarzaniem „rumour has it” jest straszny i w zasadzie przez to, nie mam ochoty więcej tego słuchać.
Vibrasphere - Tierra Azul
Kiedyś łowiłem mnóstwo tego typu muzyki, nie zagłębiając się totalnie w gatunki, itd., po prostu słuchałem. Jest stylowo i elegancko. Nie spodziewałem się wejścia akustycznej gitary i tbh, gdyby ode mnie to zależało, to bym ją z tego kawałka wywalił i zostawił bit, pianino i ozdobniki, ale siusiak JUŻ, nie będę się pastwił, bo to nie jest jakiś wielki problem. Słuchałbym tego ostro do jazdy pociągiem, w sumie na ten moment, trudno mi sobie wyobrazić lepsze okoliczności dla słuchania takiej muzyki. Wtedy mniej by przeszkadzało to, że tak w połowie kawałek się kończy. Niemniej, propsy.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18357
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Wielkim fanem to ja byłem w latach 90'. Teraz to już nie to.Hien pisze:12 sie 2024 10:47BTW Wujas, taki fan U2 z Ciebie, talk trudno poświęcić chwilę na przesłuchanie tych późniejszych płyt?
-
mintaj
- Posty: 6943
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Po co miałby sobie to robić
DEPESZWIZJA 123: EDYCJA NOWOFALOWA
FINAŁ 21:15
FINAŁ 21:15
-
Hien
- Posty: 24710
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Dużo komentarzy od siusiaka wiedzących
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6943
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Możliwe, wiem tyle, ze nie słyszałem wielu gorszych rzeczy niż późne u2
DEPESZWIZJA 123: EDYCJA NOWOFALOWA
FINAŁ 21:15
FINAŁ 21:15
-
stripped
- Posty: 13847
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Myślałem że takim ostatnim "wielkim" singlem U2 było Vertigo.
Mam takie wspomnienie jak na Dniach Energetyka bodajże kiedyś grał u nas cover band U2 i zaczęło lać i wiać i w ogóle i w tej chujowej pogodzie zagrali Vertigo, była moc jak z teledysku normalnie xD
Mam takie wspomnienie jak na Dniach Energetyka bodajże kiedyś grał u nas cover band U2 i zaczęło lać i wiać i w ogóle i w tej chujowej pogodzie zagrali Vertigo, była moc jak z teledysku normalnie xD
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24710
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Dla mnie sytuacja bliźniacza do DM. Ktoś sobie olał płyty po SOFAD, bo już go nie ciągnęło, ale może nawet by posłuchał, ale jakiś typ, który słyszał Martyra, Soothe My Soul, czy inne gówna, rzuca mu, że nie warto i tym samym gościowi przelatuje Exciter, SOTU, itd. Nie ma co robić z siebie kaleki, warto sprawdzać co grają zespoły, których kiedyś było się wielkim fanem. I nie warto ufać temu co pisze Seba "znam tylko hity" Mentos.
No, może faktycznie, obiektywnie to był duży singiel.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7404
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Boney M. - Sunny
Hien wspomina lato 2008, ja też mógłbym, ale już to robiłem. Nie było tam tego typu rytmów, raczej alternatywa i gitary, trochę nowego ("nowego"...) popu spod znaku Empire of the Sun, i to by było na tyle. Boney M. rzecz jasna znam, jak można nie znać, jako dzieciak bardzo lubiłem ich hiciory (zwłaszcza taki jeden, który któregoś pięknego dnia tutaj wleci), potem trochę mniej, potem zacząłem uważać je za tanie. Potem mi się zmieniło, ale dziś mnie to ni ziębi ni grzeje w sytuacji nie-tanecznej. Ale do kilku głębszych i parkietu... Letniaczek to jest pełną gębą, zaprzeczyć się nie da. Aczkolwiek jak sobie człowiek przypomni oblicze tego akademika, o którym pisze Hien (akurat wiem, o którym pisze) w roku 2008, to ja chyba wolałbym wówczas słuchać doomerskiego post punku. Nawet latem lol. Co ja tam mam... Dobry, kurde, numer. I tyle właściwie. Wyrwałbym się do tańca, ale akurat nie mam gdzie.
U2 - Electrical Storm (William Orbit Mix)
Mam ja Ci tę bestkę, już od jakiegoś czasu, ale zdecydowanie wolę odsłonę ejtisową U2, od niej zacząłem i na niej skończę (choć Achtung Baby było, no... Będą powroty tej jesieni, nie widzę inaczej). I teraz ciekawostka - NIE ZNAM tego numeru, tzn. jestem na 95% pewien, że słyszę go pierwszy raz w życiu. Puściłem wersję "normalną" i cóż, wciąż nic nie dzwoni. Ale ja tam zawsze byłem team Simple Minds. Co do samego utworu, fajny jest, właśnie mi lekko SM zalatuje (ale tylko trochę), dość przykra historia Murzyna, ale też - podobnie jak przynajmniej jedna osoba przede mną - szanuję za bycie konsekwentnym, w taki sposób to się zaczynały niektóre moje romanse xD Laska zajęta? I co z tego, BRING IT ON. Utwór nie ma może w sobie siły kawałków z Achtung Baby, ale też prawdopodobnie jest to kwestia tego, iż nawet Murzyn sam wspomina o słuchaniu tego JESIENIĄ, a jest koniec lata i jeszcze do mnie takie numery nie trafiają (ale zapewne wrócę do niego wraz z całą bestką jakoś za półtora miesiąca, wtedy będę weryfikował). Póki co taki lekko przyduszony props.
RAYE - Ice Cream Man
Normalnie bym zjechał trochę, albowiem mam odczucie, iż słyszę ten sam numer po raz setny, co zaczyna mnie trochę wyprowadzać z równowagi. ALE, zapoznawszy się z tekstem - jak sugerował sam Wujas - zmieniam zdanie o tyle, że nie jest to kolejny "nowopopowy" singiel z naleciałościami R&B, który będzie idealnie siedział w radio na Wyspach (jakaś Leona Lewis-wannabe, odsłona trzytysięczna), tylko faktycznie kawałek, który warstwą liryczną porusza istotne tematy i - co najważniejsze - robi to w ciekawy i nienachalny sposób. KROPKA (tak jest, dopiero skończyłem pierwsze zdanie lol). Końcówka nieco fajniejsza od większej części numeru, ale cały czas reszta się broni. Po prostu z tym konkretnym backgroundem odbieram tę piosenkę zupełnie inaczej. Lepiej znaczy, choć może sam bym sobie tego nie wrzucił po samej okładce, szanuję bezwzględnie takie poszukiwania i ciekawe ich owoce w tejże bestce. Niby milion godzin tego samego, ale wciąż strawne.
Lana del Rey - Summertime Sadness
Miętus nie mógł się lepiej wstrzelić z numerem o tym tyule i wajbie dla mnie, także się cieszę bezwzględnie. Powiem więcej - sam w pewnym momencie myślałem nad Laną, ale może za jakiś czas (i, oczywiście, inny utwór). Ciekawe, że miga mi przez głowę, iż Hien był tamtego 1-go stycznia w Warszawie, ale ja akurat byłem... w robocie, chyba nie było opcji nawet na moment spotkania. Rzeczywiście poznałem Lanę stosunkowo wcześnie, już przy okazji Video Games, którym to numerem zasłuchiwało się Pewne Dziewczę z Krakowa<TM> (gdzie, swoją drogą, mieszkałem 4 miesiące, nie 2 xD). Summertime Sadness poznałem przez znajomych, którym nieco odwaliło na punkcie debiutu Lany, wówczas ciężko było na to nie wpaść przesiadując gdziekolwiek na Pietrynie. Bzykać nie bzykałem jednak do płyty, a do samego Video Games i to sporo wcześniej. Ale do Summertime Sadness lubiłem wracać, a potem w różnych okolicznościach odkrywałem inne jej numery z późniejszych czasów. Nigdy jednak nie przesłuchałem żadnej płyty w całości. Może w końcu to zrobię? Latem 2012 wybrałem ze śpiewających pań Julię Holter. Być może teraz wskoczę na inny wagon.
Vibrasphere - Tierra Azul
Smoku wspomina o pociągach, ktoś inny go dogania, stwierdzam... podobnie. Klimacik nieco w stylu Roberta Milesa, a trochę The American Dollar. Delikatnie, czilowo, ale też tak... Nie wiem, wyfiokowanie? Taka nieco plastikowa muzyka, co nie oznacza jednak, że zła. Dobrze się tego słucha, ładnie wchodzi, ten motyw na pianinie się wkręca. Nieco reverbu w Powerampie, zaiwaniające IC Telimena z Fabrycznej do Wschodniej nad ranem, koniec sierpnia, chłodny poranek, wiecie, te sprawy. Potem przesiadka na tejże Wschodniej i lecimy Gdynia Główna Osobowa. Potem wyłazimy z dworca, obok Hali Targowej (tej słynnej), dalej w stronę Świętojańskiej i Skweru Kościuszki. Następnie spacerek Bulwarem Nowowiejskiego w tę i we w tę (ale już z nieco inną muzą na głośnikach), powrót na dworzec, w pociąg i znów leci Vibrasphere. Dragon potrafi zapodać klimatyczną elektronikę, która nie jest do końca elektroniką (ale wciąż świetnie smakuje). Czuję, że to będzie jeden z moich ulubionych kawałków tego rozdania. Tylko czasu i pieniędzy na podróż koleją brak.
Hien wspomina lato 2008, ja też mógłbym, ale już to robiłem. Nie było tam tego typu rytmów, raczej alternatywa i gitary, trochę nowego ("nowego"...) popu spod znaku Empire of the Sun, i to by było na tyle. Boney M. rzecz jasna znam, jak można nie znać, jako dzieciak bardzo lubiłem ich hiciory (zwłaszcza taki jeden, który któregoś pięknego dnia tutaj wleci), potem trochę mniej, potem zacząłem uważać je za tanie. Potem mi się zmieniło, ale dziś mnie to ni ziębi ni grzeje w sytuacji nie-tanecznej. Ale do kilku głębszych i parkietu... Letniaczek to jest pełną gębą, zaprzeczyć się nie da. Aczkolwiek jak sobie człowiek przypomni oblicze tego akademika, o którym pisze Hien (akurat wiem, o którym pisze) w roku 2008, to ja chyba wolałbym wówczas słuchać doomerskiego post punku. Nawet latem lol. Co ja tam mam... Dobry, kurde, numer. I tyle właściwie. Wyrwałbym się do tańca, ale akurat nie mam gdzie.
U2 - Electrical Storm (William Orbit Mix)
Mam ja Ci tę bestkę, już od jakiegoś czasu, ale zdecydowanie wolę odsłonę ejtisową U2, od niej zacząłem i na niej skończę (choć Achtung Baby było, no... Będą powroty tej jesieni, nie widzę inaczej). I teraz ciekawostka - NIE ZNAM tego numeru, tzn. jestem na 95% pewien, że słyszę go pierwszy raz w życiu. Puściłem wersję "normalną" i cóż, wciąż nic nie dzwoni. Ale ja tam zawsze byłem team Simple Minds. Co do samego utworu, fajny jest, właśnie mi lekko SM zalatuje (ale tylko trochę), dość przykra historia Murzyna, ale też - podobnie jak przynajmniej jedna osoba przede mną - szanuję za bycie konsekwentnym, w taki sposób to się zaczynały niektóre moje romanse xD Laska zajęta? I co z tego, BRING IT ON. Utwór nie ma może w sobie siły kawałków z Achtung Baby, ale też prawdopodobnie jest to kwestia tego, iż nawet Murzyn sam wspomina o słuchaniu tego JESIENIĄ, a jest koniec lata i jeszcze do mnie takie numery nie trafiają (ale zapewne wrócę do niego wraz z całą bestką jakoś za półtora miesiąca, wtedy będę weryfikował). Póki co taki lekko przyduszony props.
RAYE - Ice Cream Man
Normalnie bym zjechał trochę, albowiem mam odczucie, iż słyszę ten sam numer po raz setny, co zaczyna mnie trochę wyprowadzać z równowagi. ALE, zapoznawszy się z tekstem - jak sugerował sam Wujas - zmieniam zdanie o tyle, że nie jest to kolejny "nowopopowy" singiel z naleciałościami R&B, który będzie idealnie siedział w radio na Wyspach (jakaś Leona Lewis-wannabe, odsłona trzytysięczna), tylko faktycznie kawałek, który warstwą liryczną porusza istotne tematy i - co najważniejsze - robi to w ciekawy i nienachalny sposób. KROPKA (tak jest, dopiero skończyłem pierwsze zdanie lol). Końcówka nieco fajniejsza od większej części numeru, ale cały czas reszta się broni. Po prostu z tym konkretnym backgroundem odbieram tę piosenkę zupełnie inaczej. Lepiej znaczy, choć może sam bym sobie tego nie wrzucił po samej okładce, szanuję bezwzględnie takie poszukiwania i ciekawe ich owoce w tejże bestce. Niby milion godzin tego samego, ale wciąż strawne.
Lana del Rey - Summertime Sadness
Miętus nie mógł się lepiej wstrzelić z numerem o tym tyule i wajbie dla mnie, także się cieszę bezwzględnie. Powiem więcej - sam w pewnym momencie myślałem nad Laną, ale może za jakiś czas (i, oczywiście, inny utwór). Ciekawe, że miga mi przez głowę, iż Hien był tamtego 1-go stycznia w Warszawie, ale ja akurat byłem... w robocie, chyba nie było opcji nawet na moment spotkania. Rzeczywiście poznałem Lanę stosunkowo wcześnie, już przy okazji Video Games, którym to numerem zasłuchiwało się Pewne Dziewczę z Krakowa<TM> (gdzie, swoją drogą, mieszkałem 4 miesiące, nie 2 xD). Summertime Sadness poznałem przez znajomych, którym nieco odwaliło na punkcie debiutu Lany, wówczas ciężko było na to nie wpaść przesiadując gdziekolwiek na Pietrynie. Bzykać nie bzykałem jednak do płyty, a do samego Video Games i to sporo wcześniej. Ale do Summertime Sadness lubiłem wracać, a potem w różnych okolicznościach odkrywałem inne jej numery z późniejszych czasów. Nigdy jednak nie przesłuchałem żadnej płyty w całości. Może w końcu to zrobię? Latem 2012 wybrałem ze śpiewających pań Julię Holter. Być może teraz wskoczę na inny wagon.
Vibrasphere - Tierra Azul
Smoku wspomina o pociągach, ktoś inny go dogania, stwierdzam... podobnie. Klimacik nieco w stylu Roberta Milesa, a trochę The American Dollar. Delikatnie, czilowo, ale też tak... Nie wiem, wyfiokowanie? Taka nieco plastikowa muzyka, co nie oznacza jednak, że zła. Dobrze się tego słucha, ładnie wchodzi, ten motyw na pianinie się wkręca. Nieco reverbu w Powerampie, zaiwaniające IC Telimena z Fabrycznej do Wschodniej nad ranem, koniec sierpnia, chłodny poranek, wiecie, te sprawy. Potem przesiadka na tejże Wschodniej i lecimy Gdynia Główna Osobowa. Potem wyłazimy z dworca, obok Hali Targowej (tej słynnej), dalej w stronę Świętojańskiej i Skweru Kościuszki. Następnie spacerek Bulwarem Nowowiejskiego w tę i we w tę (ale już z nieco inną muzą na głośnikach), powrót na dworzec, w pociąg i znów leci Vibrasphere. Dragon potrafi zapodać klimatyczną elektronikę, która nie jest do końca elektroniką (ale wciąż świetnie smakuje). Czuję, że to będzie jeden z moich ulubionych kawałków tego rozdania. Tylko czasu i pieniędzy na podróż koleją brak.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24710
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
nie, nie wiesz
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7404
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
To nie ten przy Okopowej? No to może setting był lepszy na grilla, bo tamten to był prawdziwy odjazd postnuklearny.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
mintaj
- Posty: 6943
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Boney M - Sunny
Jeśli chodzi o mój stosunek do muzy Boney M, to wyglądało to u mnie nieco inaczej niż u Hiena. Wiedziałem i wiem, że ten zespół istnieje, miał jakieś hity, których pewnie znam więcej, niż mi się wydaje że znam i wiem, że lore tego bandu jest bardziej popieprzone niż Wichrowe Wzgórza lub Moda na Sukces. Tyle w sumie. Sunny znam, ale na zasadzie takiej, że to musiało lecieć w jakimś filmie lub reklamie X lat temu, ale nie powiem jaki to był film i czego to była reklama. Niby mógłbym napisać, że to rzecz żywcem wyjęta z jakiejś playlisty BEST OF SUMMER, mógłbym też równie dobrze napisać coś o produkcji, wokalizach, harmoniach, ale napiszę po prostu że fajne to i buja, bo po prostu fajny kawałek to jest i buja. Mi to wystarcza, kupuję to.
U2 - Electrical Storm (William Orbit Mix)
Cieszę się, że nie wszyscy wyprztykali się z ciekawych historii związanych z muzyką i są jeszcze tu tacy ludzie jak Murzyn którzy potrafią "sprzedać" muzykę poprzez jakąś osobistą historię. Ja się obawiam, że chyba naprawdę te najciekawsze już dawno zapodałem i pewnie najwyżej będę musiał je zmyślać. Gdybym chciał być złośliwy i sarkastyczny, to bym napisał, że akurat ciekawa historia do U2, zwłaszcza tego późnego, ale jakoś nie mam serca tego robić. Ot, SOLIDNY remiks RZETELNEGO kawałka, ni grzeje mnie ni ziębi jakoś intensywnie, choć i tak jest lepszy niż zakładałem. Niemniej, umiem sobie wyobrazić słuchanie go te kilkanaście lat temu z marnego głośniczka jakiegoś Sony Ericssona w podobnych okolicznościach i jest to kontekst, który niejako ratuje dla mnie ten kawałek.
RAYE - Ice Cream Man
O, znowu Li…. Dobra, PRZEPRASZAM. Nie mam pojęcia czemu w pierwszej kolejności uznałem, że to jakiś k-pop czy coś podobnego. Pewnie przez pseudonim czy coś. Ta okładka z instrumentami, o której wspomniał Shodan i na którą w sumie ciężko nie byłoby zwrócić uwagi, całkiem mnie zaintrygowała. Jest estetyczna, pomysłowa i tak se myślę, że w jakiś sposób rzutuje na mój odbiór kawałka, bo spodziewałem się czegoś bardziej zakręconego, a dostałem kolejną SOLIDNĄ balladę, którą mógłbym usłyszeć w radio i nawet specjalnie tego nie odnotować. No i sorry, kilka odsłuchów i nic szczególnego nie odnotowałem. Pewnie jakbym to usłyszał w Depeszwizji w ciemno to bym napisał, że znam to z radia. Ale jesteśmy w bestce i mogę najwyżej napisać, że radia bym nie wyłączył słysząc ten utwór.
Adele - Rumour Has It
Nie wiem czy was to jakkolwiek zainteresuje czy nie, ale moja 19letnia siostra jest fanką Adele i nawet w tym tygodniu pojechała do Monachium na jej koncert. Ja typiarę znam z tego kawałka, co to go kiedyś każdy wrzucał na tablicę na Facebooku i w sumie nie słuchałem wiele więcej, bo mi się nie chciało. Tbh nawet nie wiedziałem, że była jakkolwiek rozpoznawalna w 2008, bo myślałem, że pierwsze cywilizacje zaczęły ją kojarzyć tak gdzieś ze 2 lata później, bo jakoś tak z tym okresem kojarzą mi się wymienione przez Musiała hiciory.
Ponownie chcę napisać coś pokroju tego, że mieszkanie w Krakowie i słuchanie codziennie Adele kojarzyłoby mi się z torturami, ale znowu nie do końca wypada, bo znowu się okazało, że nie taki diabeł przejkebany. Brzmi to jak żywcem wyjęte z jakiegoś filmu, w sumie to sam nie umiem określić, czy byłaby jakaś luźna komedia sensacyjna (przez ten refren z tytułem i chórki), czy może kolejna część Bonda (bridge, który sprawia wrażenie wyjętego z dupy czy sama końcówka). Nie jest to ważne, grunt że całość jest mocno VINTAGE. Do mojego topu życia to nie trafi, ale nie wykluczam, że kiedyś se pewnie puszczę ponownie jak mi się zechce.
Vibrasphere - Tierra Azul
Został Smoku i spoko, że chociaż on wyłamał się z konwencji wrzucania radiowych hitów. Tak, wiem, że ja też tego nie zrobiłem I CO Z TEGO. Gorzej z tym, że niestety, tym razem nie trafił. Dla mnie to muzak - nieszczególnie klimatyczny, zupełnie nieangażujący, jeśli już uda mu się przyciągnąć moją uwagę to raczej mierzi niż przekonuje. Mi to raczej średnio po drodze z psytrance'm czy trance'owymi klimatami (Schpongle też mi ni cholery nie siadło) i mieszanie tego z ambientem to trochę jak dolewać betonu do zupy - niby możn.. Czej, to chyba średnio udane porównanie. No w każdym razie zmierzam do tego, że ni cholery mi to nie siada i nie przekonuje i obawiam, że nawet kontekst pokroju tego, że mogłem to słyszeć Latem 2008 na Podróże TV by tego nie zmienił.
Średnia ta kolejka jeśli mam być szczery. Z ręką na sercu tylko Boney M mi siadło, reszta to takie tam piosenki z radia, a jak ktoś wrzucił coś nieradiowego, to nie było wiele lepiej. Liczę na to, że to złe miłego początki.
Jeśli chodzi o mój stosunek do muzy Boney M, to wyglądało to u mnie nieco inaczej niż u Hiena. Wiedziałem i wiem, że ten zespół istnieje, miał jakieś hity, których pewnie znam więcej, niż mi się wydaje że znam i wiem, że lore tego bandu jest bardziej popieprzone niż Wichrowe Wzgórza lub Moda na Sukces. Tyle w sumie. Sunny znam, ale na zasadzie takiej, że to musiało lecieć w jakimś filmie lub reklamie X lat temu, ale nie powiem jaki to był film i czego to była reklama. Niby mógłbym napisać, że to rzecz żywcem wyjęta z jakiejś playlisty BEST OF SUMMER, mógłbym też równie dobrze napisać coś o produkcji, wokalizach, harmoniach, ale napiszę po prostu że fajne to i buja, bo po prostu fajny kawałek to jest i buja. Mi to wystarcza, kupuję to.
U2 - Electrical Storm (William Orbit Mix)
Cieszę się, że nie wszyscy wyprztykali się z ciekawych historii związanych z muzyką i są jeszcze tu tacy ludzie jak Murzyn którzy potrafią "sprzedać" muzykę poprzez jakąś osobistą historię. Ja się obawiam, że chyba naprawdę te najciekawsze już dawno zapodałem i pewnie najwyżej będę musiał je zmyślać. Gdybym chciał być złośliwy i sarkastyczny, to bym napisał, że akurat ciekawa historia do U2, zwłaszcza tego późnego, ale jakoś nie mam serca tego robić. Ot, SOLIDNY remiks RZETELNEGO kawałka, ni grzeje mnie ni ziębi jakoś intensywnie, choć i tak jest lepszy niż zakładałem. Niemniej, umiem sobie wyobrazić słuchanie go te kilkanaście lat temu z marnego głośniczka jakiegoś Sony Ericssona w podobnych okolicznościach i jest to kontekst, który niejako ratuje dla mnie ten kawałek.
RAYE - Ice Cream Man
O, znowu Li…. Dobra, PRZEPRASZAM. Nie mam pojęcia czemu w pierwszej kolejności uznałem, że to jakiś k-pop czy coś podobnego. Pewnie przez pseudonim czy coś. Ta okładka z instrumentami, o której wspomniał Shodan i na którą w sumie ciężko nie byłoby zwrócić uwagi, całkiem mnie zaintrygowała. Jest estetyczna, pomysłowa i tak se myślę, że w jakiś sposób rzutuje na mój odbiór kawałka, bo spodziewałem się czegoś bardziej zakręconego, a dostałem kolejną SOLIDNĄ balladę, którą mógłbym usłyszeć w radio i nawet specjalnie tego nie odnotować. No i sorry, kilka odsłuchów i nic szczególnego nie odnotowałem. Pewnie jakbym to usłyszał w Depeszwizji w ciemno to bym napisał, że znam to z radia. Ale jesteśmy w bestce i mogę najwyżej napisać, że radia bym nie wyłączył słysząc ten utwór.
Adele - Rumour Has It
Nie wiem czy was to jakkolwiek zainteresuje czy nie, ale moja 19letnia siostra jest fanką Adele i nawet w tym tygodniu pojechała do Monachium na jej koncert. Ja typiarę znam z tego kawałka, co to go kiedyś każdy wrzucał na tablicę na Facebooku i w sumie nie słuchałem wiele więcej, bo mi się nie chciało. Tbh nawet nie wiedziałem, że była jakkolwiek rozpoznawalna w 2008, bo myślałem, że pierwsze cywilizacje zaczęły ją kojarzyć tak gdzieś ze 2 lata później, bo jakoś tak z tym okresem kojarzą mi się wymienione przez Musiała hiciory.
Ponownie chcę napisać coś pokroju tego, że mieszkanie w Krakowie i słuchanie codziennie Adele kojarzyłoby mi się z torturami, ale znowu nie do końca wypada, bo znowu się okazało, że nie taki diabeł przejkebany. Brzmi to jak żywcem wyjęte z jakiegoś filmu, w sumie to sam nie umiem określić, czy byłaby jakaś luźna komedia sensacyjna (przez ten refren z tytułem i chórki), czy może kolejna część Bonda (bridge, który sprawia wrażenie wyjętego z dupy czy sama końcówka). Nie jest to ważne, grunt że całość jest mocno VINTAGE. Do mojego topu życia to nie trafi, ale nie wykluczam, że kiedyś se pewnie puszczę ponownie jak mi się zechce.
Vibrasphere - Tierra Azul
Został Smoku i spoko, że chociaż on wyłamał się z konwencji wrzucania radiowych hitów. Tak, wiem, że ja też tego nie zrobiłem I CO Z TEGO. Gorzej z tym, że niestety, tym razem nie trafił. Dla mnie to muzak - nieszczególnie klimatyczny, zupełnie nieangażujący, jeśli już uda mu się przyciągnąć moją uwagę to raczej mierzi niż przekonuje. Mi to raczej średnio po drodze z psytrance'm czy trance'owymi klimatami (Schpongle też mi ni cholery nie siadło) i mieszanie tego z ambientem to trochę jak dolewać betonu do zupy - niby możn.. Czej, to chyba średnio udane porównanie. No w każdym razie zmierzam do tego, że ni cholery mi to nie siada i nie przekonuje i obawiam, że nawet kontekst pokroju tego, że mogłem to słyszeć Latem 2008 na Podróże TV by tego nie zmienił.
Średnia ta kolejka jeśli mam być szczery. Z ręką na sercu tylko Boney M mi siadło, reszta to takie tam piosenki z radia, a jak ktoś wrzucił coś nieradiowego, to nie było wiele lepiej. Liczę na to, że to złe miłego początki.
DEPESZWIZJA 123: EDYCJA NOWOFALOWA
FINAŁ 21:15
FINAŁ 21:15
-
stripped
- Posty: 13847
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Sam dołożyłeś cegiełkę a teraz rzucasz kamieniem :p
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6943
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
owszem
DEPESZWIZJA 123: EDYCJA NOWOFALOWA
FINAŁ 21:15
FINAŁ 21:15
-
Dragon
- Posty: 10366
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Boney M Sunny
Już zawsze będą mi się kojarzyć z kasetowymi poszukiwaniami w reklamówkach w domu dziadków. Muzyka konkretnej epoki, która w niej została, zostanie i oby nikt już specjalnie tego nie odświeżał. Potężnie przeprodukowane. Pompy tak dużo, a do tego z czasem jeszcze lecimy wyżej i wyżej... dlatego prędzej jako ilustracja niż tło zabawy, w której sam chciałbym uczestniczyć. Chyba, że waliłbym głupa na imprezie rodzinnej, to co innego. Jakoś tak dobrze pasuje do sceny polskiej końca PRLu z tym aranżem. Najlepiej mi się słuchało na przystanku, gdy wracałem z meczu. Wałbrzyska sceneria też robiła robotę, też trochę przedpotopowa. Sam z siebie nigdy bym nie włączył. Ani nie bierze mnie wątpliwy urok samej muzy, ani nie pomagają historie wokół Fariana. Czasem po prostu od samego początku wiadomo, że coś jest nie tak. Daddy Cool jest bardziej głupawy, tam prędzej o szczątkowe propsy.
U2 Electrical Storm (Orbit Mix)
Podoba mi się historia stojąca za... tym bardzo dobrym bangerem. Nigdy w życiu bym nie powiedział, że to delikatna wersja. Wszystko tutaj gra i buzuje od emocji. No w końcu burza, grzmoty, wyładowania, c'nie. Orbit zaskakująco zachowawczy jeśli chodzi o brzmienia kwasowe. W 2002 roku to już by tak nie mogło wyjść jak w remiksach DM, solowych projektach (nigdy do końca nie sprawdzonych...) czy Ray of Light. Mimo to zapakowane sporo dobrych synthów. Całość ładnie narasta po prostu. Pastelowa ostrzejsza gitarka, rozkręcający się Bono i ta kulminacja z tytułową linijką, prawie falsetowy zaśpiew i dodatkowe odjazdowe melodie w tle. Lodzio miodzio, no po prostu bomba. Całkiem charakterystyczne jak na to U2, które dzięki wam pośrednio poznaję, jest tamburyn, jest dużo Bono, jest dobry pomysł. Cieszę się, że Jacek dojechał z nówką, która tak pozytywnie zaskakuje. Za to lubię początki bestek, te numery zawsze ze mną zostają na długo.
RAYE Ice Cream Man
Ten numer jest po prostu solidny. Produkcyjnie trochę na jedno kopyto, ale rozumiem, że tutaj oczywiście lyrics grają pierwsze skrzypce... Nie ma się nad czym pozachwycać, szczególnie wokalnie na tym etapie bestek przestałbym rozróżniać kolejne wokalistki bez opisów, tytułów, pseudonimów. Przegadany mostek dość irytujący, końcówka taki power bez powera, ale niech będzie. Przedstawiciel frakcji gorszych rzeczy z RAMki, rzucany w DW Eskapizm był znacznie lepszy, bardziej wyrazisty. Tutaj znów jakiś średni minimal. Wykonane zgodnie z pewnym standardem, nic ponad to. W kategorii numerów 'lodowych' Jaca dalej z przodu z Mintu Ajskurimu.
Lana del Rey Summertime Sadness
Wracamy w okolice Białego Kamienia. Na samym początku jakoś nie przepadałem za Laną, ale pewnego dnia podczas oczekiwania na ziomków na dworze zapodałem sobie to, później Blue Jeans. Weszło bez problemu przy sprzyjających okolicznościach krajobrazu, to musiała być zbliżona pora roku. Musi być zielono-brązowo, ciepło, a do tego wiejący wiatr. Dla mnie bomba teraz jak i te 10-12 lat temu. Moim ulubionym dodatkiem są te... kurczę, do dziś nie wiem co to... jakieś zaśpiewy, syreny w tle. Długo myślałem, że jakiś mój wymysł i oznaka konieczności pójścia do lekarza, a tak naprawdę ten dźwięk idzie do samego końca. Numer zgrany do bólu dziś traktuję w formie obowiązkowego klasyka, do którego wcale nie trzeba tak często wracać. Oddajemy lasce co królewskie, oddajemy. Wolę raczej wchodzić w stany większej emocjonalnej bomby przy Shades of Cool lub delulu wcieleń w stylu Venice Bitch, ale nie byłoby tego bez pierwszego lotu w chmurach - takiego jak tutaj.
Adele Rumour Has It
Poznawałem jej muzykę w podobnych okolicznościach co większość popularnych wykonawców z lat DZIESIĄTYCH (wy już dobrze wiecie jak), ale w przeciwieństwie do Lany czy Gagi nigdy nie kliknęło na tyle, by szukać dalej. Mam słabość do Skyfall - poza tym nieszczególnie. Jakiś raz czy dwa musiałem też słyszeć Rumour Has It, bo brzmi dziwnie znajomo (nie tylko dzięki produkcji). Za dużo rubika wszędzie i to mnie trochę irytuje. Cała reszta naprawdę niezła! Teatralno-barowy melodramat pod koniec, zaraz po nim właściwa puenta... wcześniej już wjeżdżają rewelacyjnie chórki w refrenie. Czuć wyjebongo na wszystko, pewność siebie, lekkość. Może tego barowego pianinka bywa też za dużo, ale liczy się efekt końcowy i to bad ass zakończenie. Oj, jestem na tak bez dwóch zdań.
Dziękuje bardzo, za chwilę Fakty po szóstej w eReMeF eFeM.
Już zawsze będą mi się kojarzyć z kasetowymi poszukiwaniami w reklamówkach w domu dziadków. Muzyka konkretnej epoki, która w niej została, zostanie i oby nikt już specjalnie tego nie odświeżał. Potężnie przeprodukowane. Pompy tak dużo, a do tego z czasem jeszcze lecimy wyżej i wyżej... dlatego prędzej jako ilustracja niż tło zabawy, w której sam chciałbym uczestniczyć. Chyba, że waliłbym głupa na imprezie rodzinnej, to co innego. Jakoś tak dobrze pasuje do sceny polskiej końca PRLu z tym aranżem. Najlepiej mi się słuchało na przystanku, gdy wracałem z meczu. Wałbrzyska sceneria też robiła robotę, też trochę przedpotopowa. Sam z siebie nigdy bym nie włączył. Ani nie bierze mnie wątpliwy urok samej muzy, ani nie pomagają historie wokół Fariana. Czasem po prostu od samego początku wiadomo, że coś jest nie tak. Daddy Cool jest bardziej głupawy, tam prędzej o szczątkowe propsy.
U2 Electrical Storm (Orbit Mix)
Podoba mi się historia stojąca za... tym bardzo dobrym bangerem. Nigdy w życiu bym nie powiedział, że to delikatna wersja. Wszystko tutaj gra i buzuje od emocji. No w końcu burza, grzmoty, wyładowania, c'nie. Orbit zaskakująco zachowawczy jeśli chodzi o brzmienia kwasowe. W 2002 roku to już by tak nie mogło wyjść jak w remiksach DM, solowych projektach (nigdy do końca nie sprawdzonych...) czy Ray of Light. Mimo to zapakowane sporo dobrych synthów. Całość ładnie narasta po prostu. Pastelowa ostrzejsza gitarka, rozkręcający się Bono i ta kulminacja z tytułową linijką, prawie falsetowy zaśpiew i dodatkowe odjazdowe melodie w tle. Lodzio miodzio, no po prostu bomba. Całkiem charakterystyczne jak na to U2, które dzięki wam pośrednio poznaję, jest tamburyn, jest dużo Bono, jest dobry pomysł. Cieszę się, że Jacek dojechał z nówką, która tak pozytywnie zaskakuje. Za to lubię początki bestek, te numery zawsze ze mną zostają na długo.
RAYE Ice Cream Man
Ten numer jest po prostu solidny. Produkcyjnie trochę na jedno kopyto, ale rozumiem, że tutaj oczywiście lyrics grają pierwsze skrzypce... Nie ma się nad czym pozachwycać, szczególnie wokalnie na tym etapie bestek przestałbym rozróżniać kolejne wokalistki bez opisów, tytułów, pseudonimów. Przegadany mostek dość irytujący, końcówka taki power bez powera, ale niech będzie. Przedstawiciel frakcji gorszych rzeczy z RAMki, rzucany w DW Eskapizm był znacznie lepszy, bardziej wyrazisty. Tutaj znów jakiś średni minimal. Wykonane zgodnie z pewnym standardem, nic ponad to. W kategorii numerów 'lodowych' Jaca dalej z przodu z Mintu Ajskurimu.
Lana del Rey Summertime Sadness
Wracamy w okolice Białego Kamienia. Na samym początku jakoś nie przepadałem za Laną, ale pewnego dnia podczas oczekiwania na ziomków na dworze zapodałem sobie to, później Blue Jeans. Weszło bez problemu przy sprzyjających okolicznościach krajobrazu, to musiała być zbliżona pora roku. Musi być zielono-brązowo, ciepło, a do tego wiejący wiatr. Dla mnie bomba teraz jak i te 10-12 lat temu. Moim ulubionym dodatkiem są te... kurczę, do dziś nie wiem co to... jakieś zaśpiewy, syreny w tle. Długo myślałem, że jakiś mój wymysł i oznaka konieczności pójścia do lekarza, a tak naprawdę ten dźwięk idzie do samego końca. Numer zgrany do bólu dziś traktuję w formie obowiązkowego klasyka, do którego wcale nie trzeba tak często wracać. Oddajemy lasce co królewskie, oddajemy. Wolę raczej wchodzić w stany większej emocjonalnej bomby przy Shades of Cool lub delulu wcieleń w stylu Venice Bitch, ale nie byłoby tego bez pierwszego lotu w chmurach - takiego jak tutaj.
Adele Rumour Has It
Poznawałem jej muzykę w podobnych okolicznościach co większość popularnych wykonawców z lat DZIESIĄTYCH (wy już dobrze wiecie jak), ale w przeciwieństwie do Lany czy Gagi nigdy nie kliknęło na tyle, by szukać dalej. Mam słabość do Skyfall - poza tym nieszczególnie. Jakiś raz czy dwa musiałem też słyszeć Rumour Has It, bo brzmi dziwnie znajomo (nie tylko dzięki produkcji). Za dużo rubika wszędzie i to mnie trochę irytuje. Cała reszta naprawdę niezła! Teatralno-barowy melodramat pod koniec, zaraz po nim właściwa puenta... wcześniej już wjeżdżają rewelacyjnie chórki w refrenie. Czuć wyjebongo na wszystko, pewność siebie, lekkość. Może tego barowego pianinka bywa też za dużo, ale liczy się efekt końcowy i to bad ass zakończenie. Oj, jestem na tak bez dwóch zdań.
Dziękuje bardzo, za chwilę Fakty po szóstej w eReMeF eFeM.
-
stripped
- Posty: 13847
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Gonix - Trzy
(2013)
Pociągnę temat depeszwizyjny tą wrzutą. O istnieniu Gosii vel Gonix dowiedziałem się za sprawą znanego Wam już utworu Fresh nagranego w duecie z Lilu. W tamtym czasie poza owym numerem gdzieś tam jeszcze dostępny był jej inny numer o spóźniającym się okresie, był on jeszcze bardziej cringe'owy od Fresh, więc na tym wówczas poprzestałem. Tamte kawałki musiały pochodzić gdzieś z lat 2006-07 myślę ale jak się okazało Gonix wcale nie przestała nagrywać i zaskoczyło mnie gdy w 2013 roku wydała swój legalny debiutancki album w Szpadyzor Records - wytwórni należącej do DonGuralEsko (być może znaczenie miał tu fakt że oboje pochodzą z Wielkopolski - Gural z Poznania i Gonix z Gorzowa Wlkp.).
W każdym razie obadałem sobie ten album promowany słodką, kolorową okładką i dość eklektycznym miksem brzmień, który nie zawojował list przebojów z tego co kojarzę ale myślę sobie że tak jak w przypadku Lilu było to jeszcze za wcześnie na nasz kraj po prostu. Musiało minąć jeszcze dobre parę lat zanim pewna różowo-włosa laska rymująca "szklanki" z "hulanki" podbiła polską publikę. A może to przez fakt że Gonix jednak prezentuje bardziej styl tej pierwszej fali polskich raperek nawijających numery skupiające się bardziej wokół typowego kobiecego punkt widzenia. Anyway, utwór który dzisiaj Wam prezentuję czyli Trzy to taka subtelna pościelówa na fajnym, ciepłym podkładzie z toną cringe'owych linijek na których połamiecie sobie zęby jak znam życie. Kawałek jest słodki jak okladka tej płyty bez mała ale coś mnie urzeka w tych prostych i naiwnych linijkach kobiety wzdychającej do ukochanego faceta, numer ten podobnie jak znane Wam już Fresh doskonale oddaje muzycznie moją murzyńską strefę komfortu więc naiwnie dzielę się nim dziś z Wami nie licząc się z recenzjami xd
Jeżeli czegoś możecie spodziewać się po tej 6 bestce z mojej strony to myślę że sporej ilości polskiej muzyki, dużej ilości kobiet i to wszystko razem ubrane w rytmach rapu, popu czy r&b.
https://youtu.be/BRkW0uhsEeY?si=P-vURd7IZ5uIEyJb
(2013)
Pociągnę temat depeszwizyjny tą wrzutą. O istnieniu Gosii vel Gonix dowiedziałem się za sprawą znanego Wam już utworu Fresh nagranego w duecie z Lilu. W tamtym czasie poza owym numerem gdzieś tam jeszcze dostępny był jej inny numer o spóźniającym się okresie, był on jeszcze bardziej cringe'owy od Fresh, więc na tym wówczas poprzestałem. Tamte kawałki musiały pochodzić gdzieś z lat 2006-07 myślę ale jak się okazało Gonix wcale nie przestała nagrywać i zaskoczyło mnie gdy w 2013 roku wydała swój legalny debiutancki album w Szpadyzor Records - wytwórni należącej do DonGuralEsko (być może znaczenie miał tu fakt że oboje pochodzą z Wielkopolski - Gural z Poznania i Gonix z Gorzowa Wlkp.).
W każdym razie obadałem sobie ten album promowany słodką, kolorową okładką i dość eklektycznym miksem brzmień, który nie zawojował list przebojów z tego co kojarzę ale myślę sobie że tak jak w przypadku Lilu było to jeszcze za wcześnie na nasz kraj po prostu. Musiało minąć jeszcze dobre parę lat zanim pewna różowo-włosa laska rymująca "szklanki" z "hulanki" podbiła polską publikę. A może to przez fakt że Gonix jednak prezentuje bardziej styl tej pierwszej fali polskich raperek nawijających numery skupiające się bardziej wokół typowego kobiecego punkt widzenia. Anyway, utwór który dzisiaj Wam prezentuję czyli Trzy to taka subtelna pościelówa na fajnym, ciepłym podkładzie z toną cringe'owych linijek na których połamiecie sobie zęby jak znam życie. Kawałek jest słodki jak okladka tej płyty bez mała ale coś mnie urzeka w tych prostych i naiwnych linijkach kobiety wzdychającej do ukochanego faceta, numer ten podobnie jak znane Wam już Fresh doskonale oddaje muzycznie moją murzyńską strefę komfortu więc naiwnie dzielę się nim dziś z Wami nie licząc się z recenzjami xd
Jeżeli czegoś możecie spodziewać się po tej 6 bestce z mojej strony to myślę że sporej ilości polskiej muzyki, dużej ilości kobiet i to wszystko razem ubrane w rytmach rapu, popu czy r&b.
https://youtu.be/BRkW0uhsEeY?si=P-vURd7IZ5uIEyJb
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18357
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Labrinth – The Feels (2023)
Zostajemy przy szufladzie „Muzyka, którą niedawno odkryłem sobie sam”. A ja wjeżdżam z drugim moim dublem w historii tej zabawy. Labrinth się już pojawiał w bestce w kolaboracji z Siją i Zendayą. Dzięki projektowi LSD (Labrinth, Sia, Diplo) w ogóle go poznałem. Coś tam niektórzy marudzili na wokal kolesia. Ja nie zmieniam zdania o Labrinhcie – on ma kapitalny głos. Ale wiadomo, co człowiek to inny gust. Kolejny utwór wykonany wspólnie z Zendayą. Jej wokal też mi szczególnie pasuje. The Feels zaś to kolejna efektowna kompozycja Labrintha. Ma gość talent do pisania dobrych melodii. Do tego potrafi je efektownie zaaranżować. Utwór pochodzi z zeszłorocznego albumu pt. Ends & Begins. To drugi album, na którym pojawia się Zendaya. Widać, że współpraca dobrze im się układa. Oprócz tego oczywiście można ich razem usłyszeć w soundtracku do serialu Euphoria, w którym Zendaya gra główną rolę.
Labrinth to jeden z ciekawszych wykonawców, jakich poznałem w ciągu ostatnich lat.
https://www.youtube.com/watch?v=uoedPUYBOy8
Zostajemy przy szufladzie „Muzyka, którą niedawno odkryłem sobie sam”. A ja wjeżdżam z drugim moim dublem w historii tej zabawy. Labrinth się już pojawiał w bestce w kolaboracji z Siją i Zendayą. Dzięki projektowi LSD (Labrinth, Sia, Diplo) w ogóle go poznałem. Coś tam niektórzy marudzili na wokal kolesia. Ja nie zmieniam zdania o Labrinhcie – on ma kapitalny głos. Ale wiadomo, co człowiek to inny gust. Kolejny utwór wykonany wspólnie z Zendayą. Jej wokal też mi szczególnie pasuje. The Feels zaś to kolejna efektowna kompozycja Labrintha. Ma gość talent do pisania dobrych melodii. Do tego potrafi je efektownie zaaranżować. Utwór pochodzi z zeszłorocznego albumu pt. Ends & Begins. To drugi album, na którym pojawia się Zendaya. Widać, że współpraca dobrze im się układa. Oprócz tego oczywiście można ich razem usłyszeć w soundtracku do serialu Euphoria, w którym Zendaya gra główną rolę.
Labrinth to jeden z ciekawszych wykonawców, jakich poznałem w ciągu ostatnich lat.
https://www.youtube.com/watch?v=uoedPUYBOy8
-
Hien
- Posty: 24710
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Nik Kershaw – Wouldn’t It Be Good
Czas na to, aby i Munlup pociskał trochę endżojami, bo czemu nie. Z twórczością Nika Kershawa zetknąłem się pierwszy raz, podobnie jak w przypadku większość ludzi z mojego pokolenia, przez „The Riddle” w wersji Gigi D’Agostino. Nie lubiłem tego covera, ale nawet nie wiedziałem, że to cover. Wersja oryginalna trochę mnie zaskoczyła, ale to jeszcze nie było to. Z „Wouldn’t It Be Good” było jeszcze śmieszniej, bo najpierw usłyszałem wykonanie Placebo, kiedy zaczęli to grać na trasie ok. 2009 r. i nawet nagrali wersję studyjną na singla. Miałem ten kawałek w głowie przez lata, aż kilka lat temu, jakoś wtedy kiedy poznałem Fishmans, zaczął mi towarzyszyć regularnie w samotne sierpniowe wieczory, kiedy dziewczyna pojechała pomagać mamie. Usłyszałem oryginalną wersję Kershawa w tle jednego starego nagrania z telefonu i nagle zapragnąłem tego posłuchać. Od tamtej pory, wracam do „Wouldn’t It Be Good” regularnie. Świetny pop-rockowy numer, z tym zajebistym refrenem, który, może przez to, że wcześniej prawie go nie słuchałem, chyba nigdy mi się nie znudzi.
https://youtu.be/nbiZNn08qDg
Czas na to, aby i Munlup pociskał trochę endżojami, bo czemu nie. Z twórczością Nika Kershawa zetknąłem się pierwszy raz, podobnie jak w przypadku większość ludzi z mojego pokolenia, przez „The Riddle” w wersji Gigi D’Agostino. Nie lubiłem tego covera, ale nawet nie wiedziałem, że to cover. Wersja oryginalna trochę mnie zaskoczyła, ale to jeszcze nie było to. Z „Wouldn’t It Be Good” było jeszcze śmieszniej, bo najpierw usłyszałem wykonanie Placebo, kiedy zaczęli to grać na trasie ok. 2009 r. i nawet nagrali wersję studyjną na singla. Miałem ten kawałek w głowie przez lata, aż kilka lat temu, jakoś wtedy kiedy poznałem Fishmans, zaczął mi towarzyszyć regularnie w samotne sierpniowe wieczory, kiedy dziewczyna pojechała pomagać mamie. Usłyszałem oryginalną wersję Kershawa w tle jednego starego nagrania z telefonu i nagle zapragnąłem tego posłuchać. Od tamtej pory, wracam do „Wouldn’t It Be Good” regularnie. Świetny pop-rockowy numer, z tym zajebistym refrenem, który, może przez to, że wcześniej prawie go nie słuchałem, chyba nigdy mi się nie znudzi.
https://youtu.be/nbiZNn08qDg
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn