Best of Forum VI
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Sory Musiał, ale tutaj tego kitu nikt nie kupi.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
kurde napisałem już recenzję płyty Wujasa i była 12x dłuższa od tej Hiena ale pies mi ją zjadł 
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Dobra, nie ma co pizdować.
2Pac a.k.a. Makaveli - Against All Odds
Ciekawa sprawa, albowiem na samym samym początku byłem gotów - a nawet chciałem - ostro zdissować ten kawałek (czy raczej diss, przecież to jest rant na chyba wszystkich). Zmieniłem jednak zdanie po n odsłuchach, gdyż utwór okazał się to być w mych uszach zacny. Już chciałem opieprzyć Murzyna, że jak w poprzednim rozdaniu dał takie cudo od Lamara, to teraz musiał takie coś... A tu proszę, kliknęło. Choć głównie dzięki - uwaga - tekstowi. Nie siedzę za bardzo w rapsowym lore, ale jakoś to Tupakowi wyszło tutaj, w połączeniu z tą dość agresywną muzą naprawdę trzyma poziom. Nie moja bajka zupełnie, a jednak się kręci. Bardzo spoko numer, podoba mi się. Murzyn to się jednak zna.
Pulp - Dishes
Jacięranyjulek, jakie to dobre jest. Dubel nie dubel, co za fenomenalna wrzuta, jesienna jak się patrzy, a raczej słyszy, nastrój buduje, wciąga, złoto naokoło. Nie pamiętam za cholerę, jak opisywałem kontakt z numerem tytułowym rok temu, ale szczerze to to nie ma teraz dla mnie znaczenia, ani trochę. Albowiem Dishes wszystko przebija, bez względu na moje wcześniejsze oceny (a jeśli te były dobre, to teraz będą po prostu jeszcze lepsze). Wszystko leci w taki niewymuszony sposób, wokal Cockera Spaniela świetnie pasuje do takiej muzyki, delikatne solo na koniec już w ogóle mnie jakoś za serducho chwyta. Jestem zachwycony, serio, a to dopiero początek zachwytów. Na tę jesień jak znalazł i tyle na ten temat. Choć może na grzyby bym tego numeru nie zabrał, ale na rower już tak, a to o czymś świadczy.
Sade - Jezebel
Wow... Po prostu, wow. Sade w tej odsłonie nie znałem, ale przecież co tu znać, oni (ona) po prostu robi (robili? robiła?) taką delikatną i nastrojową muzykę, nic tu specjalnie odkrywczego. No proszę, a jednak. Z początku też chciałem mehnąć, albowiem jakieś to rozwleczone i bezpłciowe mi się wydawało, ale czułem podskórnie, że nie daję tej piosence dojrzeć w moich uszach. Wyszedłem więc do Żaby po coś do picia innego, niż kranówka, puściłem go w tle i nagle poczułem to, co trzeba było poczuć. Piosenka jest świetna, muzyka muzyką, ale i tutaj warstwa liryczna wygrywa. Bardzo fajny tejk na postać Jezebel, jakże inny od skądinąd kapitalnego kawałka Recoilu. Refren mnie jakoś porusza, do tego sax solo na koniec, przepiękna sprawa. Naprawdę, zbliża się dzień, w którym zassam przynajmniej bestkę i będę słuchał dzień i noc. Dzięki Wuja, super utwór ^^
Budka Suflera - Jolka, Jolka Pamiętasz
Mentos z miejsca próbuje lekko przycisnąć ten kawałek, bo sam w sobie już dawno stał się memem (tzn. ten kawałek, nie Mentos, chociaż kto go tam wie...). Był czas, kiedy nie byłem w stanie słuchać owej piosenki bez ciągłego słyszenia przepuszczonego przez auto tune rantu Stonogi z listopada 2015, ale, co ciekawe, Jolki mi to nie obrzydziło. Powiem więcej - zaliczam się do grona wielkich fanów tej piosenki. Raz, że Andrzejczak miał po prostu genialny głos i świetnie ten utwór czuł (kto uważa inaczej niech posłucha Nocy Komety), a dwa, że to jest zwyczajnie bardzo udana ballada o niespełnionej miłości. Gitara prowadząca fantastyczna, bębny tutaj lepsze niż w najbardziej znanej wersji, taki nieco zimnofalowy sznycik. Tekst... Tekst zawsze mnie poruszał, nawet pomimo kilku dość absurdalnych zabiegów. Refren jest wręcz niby hymn, to będzie tanie, ale dosłownie mam ciarki słysząc to zawodzące "eeemiiigrowałem". Był czas w moim życiu, że srogo relowałem ze słowami tej piosenki. Być może takie reakcje czynią ze mnie boomera, ale mam to w dupie. Piękny utwór i tyle.
Throbbing Gristle - United
Ten z kolei utwór był chyba moim pierwszym kontaktem z TG, i to już bardzo dawno temu. Mogłem się jeszcze nabrać, że to po prostu kolejny okołopostpunkowy zespół, który po prostu wrzuca do swojej twórczości nieco, hmmm, alternatywnych zabiegów, coś jak Cabaret Voltaire. No ale to trochę jakby stracić dziewictwo w wieku nastoletnim z koleżanką z klasy, a potem dowiedzieć się, że istnieją kluby swingerskie i fetyszowe rejwy. Nie zmienia to faktu, że na tle reszty rzeczy nagranych przez ten skądinąd słynny kwartet, ta brzmi nad wyraz normalnie. Może nieco denerwować głos P-Orridge, ale idzie przejść nad tym do porządku dziennego. Lubię ten utwór, not gonna lie, idealna radiowo-singlowa propozycja, która stanowi jedyny prosty entry level dla całej ich twórczości. Jesiennie, zimno, jeszcze bez dekadencji. Ta czai się za rogiem tho.
2Pac a.k.a. Makaveli - Against All Odds
Ciekawa sprawa, albowiem na samym samym początku byłem gotów - a nawet chciałem - ostro zdissować ten kawałek (czy raczej diss, przecież to jest rant na chyba wszystkich). Zmieniłem jednak zdanie po n odsłuchach, gdyż utwór okazał się to być w mych uszach zacny. Już chciałem opieprzyć Murzyna, że jak w poprzednim rozdaniu dał takie cudo od Lamara, to teraz musiał takie coś... A tu proszę, kliknęło. Choć głównie dzięki - uwaga - tekstowi. Nie siedzę za bardzo w rapsowym lore, ale jakoś to Tupakowi wyszło tutaj, w połączeniu z tą dość agresywną muzą naprawdę trzyma poziom. Nie moja bajka zupełnie, a jednak się kręci. Bardzo spoko numer, podoba mi się. Murzyn to się jednak zna.
Pulp - Dishes
Jacięranyjulek, jakie to dobre jest. Dubel nie dubel, co za fenomenalna wrzuta, jesienna jak się patrzy, a raczej słyszy, nastrój buduje, wciąga, złoto naokoło. Nie pamiętam za cholerę, jak opisywałem kontakt z numerem tytułowym rok temu, ale szczerze to to nie ma teraz dla mnie znaczenia, ani trochę. Albowiem Dishes wszystko przebija, bez względu na moje wcześniejsze oceny (a jeśli te były dobre, to teraz będą po prostu jeszcze lepsze). Wszystko leci w taki niewymuszony sposób, wokal Cockera Spaniela świetnie pasuje do takiej muzyki, delikatne solo na koniec już w ogóle mnie jakoś za serducho chwyta. Jestem zachwycony, serio, a to dopiero początek zachwytów. Na tę jesień jak znalazł i tyle na ten temat. Choć może na grzyby bym tego numeru nie zabrał, ale na rower już tak, a to o czymś świadczy.
Sade - Jezebel
Wow... Po prostu, wow. Sade w tej odsłonie nie znałem, ale przecież co tu znać, oni (ona) po prostu robi (robili? robiła?) taką delikatną i nastrojową muzykę, nic tu specjalnie odkrywczego. No proszę, a jednak. Z początku też chciałem mehnąć, albowiem jakieś to rozwleczone i bezpłciowe mi się wydawało, ale czułem podskórnie, że nie daję tej piosence dojrzeć w moich uszach. Wyszedłem więc do Żaby po coś do picia innego, niż kranówka, puściłem go w tle i nagle poczułem to, co trzeba było poczuć. Piosenka jest świetna, muzyka muzyką, ale i tutaj warstwa liryczna wygrywa. Bardzo fajny tejk na postać Jezebel, jakże inny od skądinąd kapitalnego kawałka Recoilu. Refren mnie jakoś porusza, do tego sax solo na koniec, przepiękna sprawa. Naprawdę, zbliża się dzień, w którym zassam przynajmniej bestkę i będę słuchał dzień i noc. Dzięki Wuja, super utwór ^^
Budka Suflera - Jolka, Jolka Pamiętasz
Mentos z miejsca próbuje lekko przycisnąć ten kawałek, bo sam w sobie już dawno stał się memem (tzn. ten kawałek, nie Mentos, chociaż kto go tam wie...). Był czas, kiedy nie byłem w stanie słuchać owej piosenki bez ciągłego słyszenia przepuszczonego przez auto tune rantu Stonogi z listopada 2015, ale, co ciekawe, Jolki mi to nie obrzydziło. Powiem więcej - zaliczam się do grona wielkich fanów tej piosenki. Raz, że Andrzejczak miał po prostu genialny głos i świetnie ten utwór czuł (kto uważa inaczej niech posłucha Nocy Komety), a dwa, że to jest zwyczajnie bardzo udana ballada o niespełnionej miłości. Gitara prowadząca fantastyczna, bębny tutaj lepsze niż w najbardziej znanej wersji, taki nieco zimnofalowy sznycik. Tekst... Tekst zawsze mnie poruszał, nawet pomimo kilku dość absurdalnych zabiegów. Refren jest wręcz niby hymn, to będzie tanie, ale dosłownie mam ciarki słysząc to zawodzące "eeemiiigrowałem". Był czas w moim życiu, że srogo relowałem ze słowami tej piosenki. Być może takie reakcje czynią ze mnie boomera, ale mam to w dupie. Piękny utwór i tyle.
Throbbing Gristle - United
Ten z kolei utwór był chyba moim pierwszym kontaktem z TG, i to już bardzo dawno temu. Mogłem się jeszcze nabrać, że to po prostu kolejny okołopostpunkowy zespół, który po prostu wrzuca do swojej twórczości nieco, hmmm, alternatywnych zabiegów, coś jak Cabaret Voltaire. No ale to trochę jakby stracić dziewictwo w wieku nastoletnim z koleżanką z klasy, a potem dowiedzieć się, że istnieją kluby swingerskie i fetyszowe rejwy. Nie zmienia to faktu, że na tle reszty rzeczy nagranych przez ten skądinąd słynny kwartet, ta brzmi nad wyraz normalnie. Może nieco denerwować głos P-Orridge, ale idzie przejść nad tym do porządku dziennego. Lubię ten utwór, not gonna lie, idealna radiowo-singlowa propozycja, która stanowi jedyny prosty entry level dla całej ich twórczości. Jesiennie, zimno, jeszcze bez dekadencji. Ta czai się za rogiem tho.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Pulp - Dishes
Pulp powraca w nieco innym wydaniu tym razem, jest trochę spokojniej, lirycznie i z przymrużeniem oka. Podoba mi się bardzo to ukazanie perspektywy zwykłego szarego człowieka, też nie jestem Jezusem tylko szoruję sobie naczynia w domu, nie sięgnę gwiazd bo stąpam twardo po ziemi etc. Bardzo zgrabny tekst z jajem, prosty przyjemny aranż, fajne solo na koniec, czego chcieć więcej? Pasuje jak ulał obok innych munlupowych świetnie napisanych wrzutek typu No Ideas.
Sade - Jezebel
Początkowo wydawało mi się że ta wrzuta leży zbyt blisko mojej wrzutki Sade w brzmieniu (do tego pochodzi z tej samej płyty nawet) ale jednak tu mamy do czynienia z ładną melodią gitary, która nie kojarzy się tak w pierwszej kolejności z muzyką Sade. Potem w sukurs idzie saks i klawisze, mamy podobny wieczorowy wajb jak w Is It a Crime ale także wielu innych utworach zespołu w tamtej dekadzie. Jest bardzo dobrze od A do Z, numer który średnio kojarzyłem i trochę pominąłem widać na tej składance hitów którą mam, dobra przypominajka od Wuja.
Budka Suflera - Jolka, Jolka pamiętasz...
Hicior taki że znam go chyba z tytułu tylko, tak jakoś wyszło, na pewno zna i słuchała moja mama bo było też na jednej skladance którą jej ściągnąłem (chyba nawet z tytułem tego songu w tytule kompilacji) ale ja sam nigdy swiadomie jakoś, nie kojarzę nic poza tytułowym wstępem dosłownie. A szkoda, na szczęście mamy od tego mentosa żeby takie szczere rzewne kawałki nam rzucał, jak to Wali późnym PRL-em na kilometr, aż czuję zapach skórzanych kurtek tych panów i wyobrażam sobie nocną jazdę jakimś rozklekotanym wynalazkiem polskiej motoryzacji do tytułowej Joli (wyobrażenie naciągane, z autopsji znam tylko nocne podróże Wartburgiem w latach 90. do wujostwa, ale klimat podobny, zapach benzyny, starej tapicerki i etc). W każdym razie fenomenalny Andrzejczak na wokalu i kapitalna gitara w refrenie, jest moc, świetnie odkryć po latach taki klasyk dla siebie. O takim mentosie rapują Murzyni przy koksowniku.
Throbbing Gristle - United
Dragon dla odmiany zabiera nas do epoki raczkującego synthpopu. Bardzo surowy aranż, monotonny, nieco robotyczny wokal, elektroniczni futuryści na pełnej, wszystko to jeszcze zanim synthpop został naczelnym produktem eksportowym Brytoli i podbijali Hamerykę, w sumie tu jeszcze można rzec electropop z tym naciskiem na tą elektroniczną stronę bardziej niż radio friendly pop. Niewiele jestem w stanie napisać chyba o tym kawałku poza faktem że podoba mi się i lubię zaglądać właśnie do przełomu lat 70. i 80., miło wspominam z bestki Japan czy Ultravox a ja sam może kiedyś zapodam numer w stylu wrzuconego teraz United, myślę że na forum Depeche Mode dobrze jest przypominać sobie też czasem takich takich pionierów stylu.
Stakka Bo - People (And The Things We Do)
Wykonawcę kojarzę bardziej jako one hit wonder z dzieciństwa, tym przyjemniej poznać wreszcie jakiś inny jego utwór a jeszcze przyjemniej się nie zawieść! Baaardzo fajny i ciepły aranż podbity laid backową nawijką, całość błądzi gdzieś w odmętach tzw. alternatywnego rapu wczesnych lat 90., to by leżało dobrze też na jakimś składaku obok takich ekip jak A Tribe Called Quest czy De La Soul. Pozytywny numer ze społecznym kontekstem i przesłaniem miłości, czyli coś co ja bardzo lubię. Świetne znalezisko na koniec tej pięknej kolejki, tym bardziej cieszy mnie że Musiał spóźniony ale jednak dowiózł takie złoto.
Pulp powraca w nieco innym wydaniu tym razem, jest trochę spokojniej, lirycznie i z przymrużeniem oka. Podoba mi się bardzo to ukazanie perspektywy zwykłego szarego człowieka, też nie jestem Jezusem tylko szoruję sobie naczynia w domu, nie sięgnę gwiazd bo stąpam twardo po ziemi etc. Bardzo zgrabny tekst z jajem, prosty przyjemny aranż, fajne solo na koniec, czego chcieć więcej? Pasuje jak ulał obok innych munlupowych świetnie napisanych wrzutek typu No Ideas.
Sade - Jezebel
Początkowo wydawało mi się że ta wrzuta leży zbyt blisko mojej wrzutki Sade w brzmieniu (do tego pochodzi z tej samej płyty nawet) ale jednak tu mamy do czynienia z ładną melodią gitary, która nie kojarzy się tak w pierwszej kolejności z muzyką Sade. Potem w sukurs idzie saks i klawisze, mamy podobny wieczorowy wajb jak w Is It a Crime ale także wielu innych utworach zespołu w tamtej dekadzie. Jest bardzo dobrze od A do Z, numer który średnio kojarzyłem i trochę pominąłem widać na tej składance hitów którą mam, dobra przypominajka od Wuja.
Budka Suflera - Jolka, Jolka pamiętasz...
Hicior taki że znam go chyba z tytułu tylko, tak jakoś wyszło, na pewno zna i słuchała moja mama bo było też na jednej skladance którą jej ściągnąłem (chyba nawet z tytułem tego songu w tytule kompilacji) ale ja sam nigdy swiadomie jakoś, nie kojarzę nic poza tytułowym wstępem dosłownie. A szkoda, na szczęście mamy od tego mentosa żeby takie szczere rzewne kawałki nam rzucał, jak to Wali późnym PRL-em na kilometr, aż czuję zapach skórzanych kurtek tych panów i wyobrażam sobie nocną jazdę jakimś rozklekotanym wynalazkiem polskiej motoryzacji do tytułowej Joli (wyobrażenie naciągane, z autopsji znam tylko nocne podróże Wartburgiem w latach 90. do wujostwa, ale klimat podobny, zapach benzyny, starej tapicerki i etc). W każdym razie fenomenalny Andrzejczak na wokalu i kapitalna gitara w refrenie, jest moc, świetnie odkryć po latach taki klasyk dla siebie. O takim mentosie rapują Murzyni przy koksowniku.
Throbbing Gristle - United
Dragon dla odmiany zabiera nas do epoki raczkującego synthpopu. Bardzo surowy aranż, monotonny, nieco robotyczny wokal, elektroniczni futuryści na pełnej, wszystko to jeszcze zanim synthpop został naczelnym produktem eksportowym Brytoli i podbijali Hamerykę, w sumie tu jeszcze można rzec electropop z tym naciskiem na tą elektroniczną stronę bardziej niż radio friendly pop. Niewiele jestem w stanie napisać chyba o tym kawałku poza faktem że podoba mi się i lubię zaglądać właśnie do przełomu lat 70. i 80., miło wspominam z bestki Japan czy Ultravox a ja sam może kiedyś zapodam numer w stylu wrzuconego teraz United, myślę że na forum Depeche Mode dobrze jest przypominać sobie też czasem takich takich pionierów stylu.
Stakka Bo - People (And The Things We Do)
Wykonawcę kojarzę bardziej jako one hit wonder z dzieciństwa, tym przyjemniej poznać wreszcie jakiś inny jego utwór a jeszcze przyjemniej się nie zawieść! Baaardzo fajny i ciepły aranż podbity laid backową nawijką, całość błądzi gdzieś w odmętach tzw. alternatywnego rapu wczesnych lat 90., to by leżało dobrze też na jakimś składaku obok takich ekip jak A Tribe Called Quest czy De La Soul. Pozytywny numer ze społecznym kontekstem i przesłaniem miłości, czyli coś co ja bardzo lubię. Świetne znalezisko na koniec tej pięknej kolejki, tym bardziej cieszy mnie że Musiał spóźniony ale jednak dowiózł takie złoto.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Makaveli - Against All Odds
Co to za sylwester, a nie… sory… to wystrzały pistoletów. W każdym razie, kolejny bardzo rzetelny hip-hop od Jacy, o którym mogę napisać w zasadzie tyle, że to jest rzetelny czarny hip-hop, z ciekawych czasów, nagrany przez utalentowanego i interesującego, na swój sposób, rapera. Bit fajny, sample ciekawe, w zasadzie to najciekawsze jest to, co Murzyn ma do napisania o tym kawałku. Czytałbym całe książki opisujące background nagrywania tych klasycznych albumów. Chyba chętniej niż słuchał samych albumów.
Sade – Jezebel
Chwalcie PANA, że Wujas zdecydował się na jesień porzucić swoje współczesne znaleziska i zamiast kolejnej, gorszej wersji Billie Eilish, wjeżdża tu SZADE. Wiem, że to nazwa zespołu, ale mam to w dupie, dla mnie Sade to zawsze będzie kobieta. Tutaj nie ma zbyt szerokiego pola do wtopy, mam wrażenie, że cokolwiek od niej jest złotem i tym bardziej zastanawiam się czemu jeszcze nie przesłuchałem żadnego albumu in full. Coś w ogóle jest w tym tytule „Jezebel”, że każdy kawałek, który się tak nazywa, jest zajebisty. To jak jakieś zaklęcie w stylu flippendo, itd. Podoba mi się brak perkusji, podoba mi się rhodes, saksik przygrywa miło. Ostatnio 90% muzyki, której słucham, to jazz, więc Wujas się idealnie wpasował z tym kawałkiem. Olbrzymie propsy.
Budka Suflera - Jolka, Jolka Pamiętasz
Nie pamiętam. Po tym jak Mentos wrzucił ten numer, zacząłem czytać o Budce, rozwaliło mnie kilka rzeczy (np. ilość martwych członków tego zespołu oraz kuriozalna okładka zeszłorocznego albumu, i nie, nie chodzi o Kawalca). Ja Budkę miło wspominam z dzieciństwa, z kawałków typu Takie Tango i Bal Wszystkich Świętych, nie słucham tych numerów, ale po prostu jest to jakiś imprint z przyjemnymi konotacjami. Starsze rzeczy kojarzę, są one z grubsza spoko. Jolkę kojarzę, ale znacznie słabiej niż sądziłem. Ładna piosenka, co tu dużo mówić. Specyficzne, polskie brzmienie, też dodaje przyjemnego kolorytu. Miałem mówić, że nie specjalnie wyobrażam sobie to z wokalem Cugowskiego (który jest mocny, a jednocześnie w tym wszystkim komiczny), ale poszerzając horyzonty, dowiedziałem się o istnieniu studyjnej wersji anglojęzycznej, w wykonaniu Cugowskiego, pt. Lifeline, i nie mogłem tego nie sprawdzić.
https://youtu.be/t1Vmf33EHak
No i powiem szczerze, że nie jest to złe. Gdybym nie znał numeru i ktoś by mi to puścił jako zaginiony klasyk zagranicznego rocka, to bym to kupił. Cugowski nie razi rumuńskim akcentem, jak Artur Rojek w „Sound of Solitude”, a wykonanie jest naprawdę spoko, ALE najpewniej ze względu na zmianę języka. Po polsku wolę jednak oryginalny, zahukany, pokiereszowany głos Felicjana Andrzejczaka. Ogólnie wypas w obu wersjach i dobra wrzuta.
Throbbing Gristle - United
Numer zaczyna się jak jakieś Depeche Mode live 1980, potem wchodzi wokal, który przypomina mi Cala Stephensona z Moev. No, ale 1978 r., to mogły być te same lub podobne syntezatory. W miarę minimalistyczne, jakieś siadanie na klawiszach, monotonia, itd., generalnie wszystko mi się tutaj podoba. Nie wiem, czy bym sięgał po tę muzę często, ale to ‘wydżebanie’ w każdej rozciągłości, jest zaraźliwe. Takie zblazowanie z premedytacją potrafi być pretensjonalne i irytujące, ale w tym wypadku nie robi to na mnie takiego wrażenia, po prostu fajny numer nagrany przez ludzi, którzy musieli być fajni.
Stakka Bo - People
Te bongosy kojarzą mi się live „Mercy in You”, sorry za takie wysryw depeszowski na dzień dobry, ale jest mi wszystko jedno xD RAM Cafe rzeczywiście, prostytutka, do dziś mnie beka bierze, że Musiał niby taki znawca RAM, wrzucił do tego kojca Fishmans. Muzyka jest ok, taki generyczny chill, ale ja chill lubię w każdej postaci, chociaż tutaj momentami zbliżamy się zbyt mocno do kosza z darmowymi płytami, lub playlisty spotify dla supermarketów w najtańszej subskrybcji. Wokale są meh, ale też nie mam zamiaru się pastwić, bo chujowe nie są. Fajny by to był kawałek na lato, to na pewno, kojarzy mi się trochę z wrzutami Murzyna ze złotych czasów (czyli nie z tego roku), ale jest to gorsze. Ogólnie taki kciuk w bok, może w innych okolicznościach wejdzie lepiej, np. za 9 miesięcy.
Co to za sylwester, a nie… sory… to wystrzały pistoletów. W każdym razie, kolejny bardzo rzetelny hip-hop od Jacy, o którym mogę napisać w zasadzie tyle, że to jest rzetelny czarny hip-hop, z ciekawych czasów, nagrany przez utalentowanego i interesującego, na swój sposób, rapera. Bit fajny, sample ciekawe, w zasadzie to najciekawsze jest to, co Murzyn ma do napisania o tym kawałku. Czytałbym całe książki opisujące background nagrywania tych klasycznych albumów. Chyba chętniej niż słuchał samych albumów.
Sade – Jezebel
Chwalcie PANA, że Wujas zdecydował się na jesień porzucić swoje współczesne znaleziska i zamiast kolejnej, gorszej wersji Billie Eilish, wjeżdża tu SZADE. Wiem, że to nazwa zespołu, ale mam to w dupie, dla mnie Sade to zawsze będzie kobieta. Tutaj nie ma zbyt szerokiego pola do wtopy, mam wrażenie, że cokolwiek od niej jest złotem i tym bardziej zastanawiam się czemu jeszcze nie przesłuchałem żadnego albumu in full. Coś w ogóle jest w tym tytule „Jezebel”, że każdy kawałek, który się tak nazywa, jest zajebisty. To jak jakieś zaklęcie w stylu flippendo, itd. Podoba mi się brak perkusji, podoba mi się rhodes, saksik przygrywa miło. Ostatnio 90% muzyki, której słucham, to jazz, więc Wujas się idealnie wpasował z tym kawałkiem. Olbrzymie propsy.
Budka Suflera - Jolka, Jolka Pamiętasz
Nie pamiętam. Po tym jak Mentos wrzucił ten numer, zacząłem czytać o Budce, rozwaliło mnie kilka rzeczy (np. ilość martwych członków tego zespołu oraz kuriozalna okładka zeszłorocznego albumu, i nie, nie chodzi o Kawalca). Ja Budkę miło wspominam z dzieciństwa, z kawałków typu Takie Tango i Bal Wszystkich Świętych, nie słucham tych numerów, ale po prostu jest to jakiś imprint z przyjemnymi konotacjami. Starsze rzeczy kojarzę, są one z grubsza spoko. Jolkę kojarzę, ale znacznie słabiej niż sądziłem. Ładna piosenka, co tu dużo mówić. Specyficzne, polskie brzmienie, też dodaje przyjemnego kolorytu. Miałem mówić, że nie specjalnie wyobrażam sobie to z wokalem Cugowskiego (który jest mocny, a jednocześnie w tym wszystkim komiczny), ale poszerzając horyzonty, dowiedziałem się o istnieniu studyjnej wersji anglojęzycznej, w wykonaniu Cugowskiego, pt. Lifeline, i nie mogłem tego nie sprawdzić.
https://youtu.be/t1Vmf33EHak
No i powiem szczerze, że nie jest to złe. Gdybym nie znał numeru i ktoś by mi to puścił jako zaginiony klasyk zagranicznego rocka, to bym to kupił. Cugowski nie razi rumuńskim akcentem, jak Artur Rojek w „Sound of Solitude”, a wykonanie jest naprawdę spoko, ALE najpewniej ze względu na zmianę języka. Po polsku wolę jednak oryginalny, zahukany, pokiereszowany głos Felicjana Andrzejczaka. Ogólnie wypas w obu wersjach i dobra wrzuta.
Throbbing Gristle - United
Numer zaczyna się jak jakieś Depeche Mode live 1980, potem wchodzi wokal, który przypomina mi Cala Stephensona z Moev. No, ale 1978 r., to mogły być te same lub podobne syntezatory. W miarę minimalistyczne, jakieś siadanie na klawiszach, monotonia, itd., generalnie wszystko mi się tutaj podoba. Nie wiem, czy bym sięgał po tę muzę często, ale to ‘wydżebanie’ w każdej rozciągłości, jest zaraźliwe. Takie zblazowanie z premedytacją potrafi być pretensjonalne i irytujące, ale w tym wypadku nie robi to na mnie takiego wrażenia, po prostu fajny numer nagrany przez ludzi, którzy musieli być fajni.
Stakka Bo - People
Te bongosy kojarzą mi się live „Mercy in You”, sorry za takie wysryw depeszowski na dzień dobry, ale jest mi wszystko jedno xD RAM Cafe rzeczywiście, prostytutka, do dziś mnie beka bierze, że Musiał niby taki znawca RAM, wrzucił do tego kojca Fishmans. Muzyka jest ok, taki generyczny chill, ale ja chill lubię w każdej postaci, chociaż tutaj momentami zbliżamy się zbyt mocno do kosza z darmowymi płytami, lub playlisty spotify dla supermarketów w najtańszej subskrybcji. Wokale są meh, ale też nie mam zamiaru się pastwić, bo chujowe nie są. Fajny by to był kawałek na lato, to na pewno, kojarzy mi się trochę z wrzutami Murzyna ze złotych czasów (czyli nie z tego roku), ale jest to gorsze. Ogólnie taki kciuk w bok, może w innych okolicznościach wejdzie lepiej, np. za 9 miesięcy.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Jaki ch*j, recenzując Musiała jeszcze dissy na mnie cisnąć, Tupac wszedł za mocno xddddd
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Jeśli Tupac żyje, to go zapraszam na beef.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
TUSZE
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
TONERY
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Jesień ma to do siebie, że w tym czasie powracam raczej w spokojniejsze rejony muzyczne.Hien pisze:22 paź 2024 11:13Chwalcie PANA, że Wujas zdecydował się na jesień porzucić swoje współczesne znaleziska
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Makaveli - Against All Odds
Chwilę nie było już hip-hopu od Murzyna. Dobrze, że nam go odpowiednio ostatnio dawkuje, bo dzięki temu nie czuć jakiegoś przesytu.
Jest jesień, więc nie mam jakoś nastroju generalnie na h-h. Preferuję teraz inne klimaty, ale oczywiście utwór jest dobry. Czuć tutaj lata 90’. Bit bardzo dobry, bas przyjemnie chodzi. Wokal jak zawsze u Amerykańców na wysokim poziomie. No i do tego w pakiecie kolejna ciekawa historia o rywalizacji czarnych raperów z Ameryki bez happy endu. W tle kolejny album wydany już pośmiertnie niestety.
Pulp – Dishes
Trochę nie mogłem sobie przypomnieć pierwszej wrzutki Pulp. Włączyłem więc dla przypomnienia i od pierwszych sekund już wiedziałem, co to było. To był bardzo dobry utwór. I ten też jest dobry. Przyjemna piosenka z fajnym refrenem i ładną aranżacją. Podoba mi się brzmienie klawiszy i smyki. Gitara w końcówce też ładna. Wokal daje radę oczywiście. Zgadzam się, ze utwór ma sielski klimat. No i doceniam słuchanie tego w lesie. Też bym mógł tego posłuchać w lesie, bo się nadaje i ma rzeczywiście jesienny klimat. Ja właściwie zawsze chodzę po lesie z muzyką w słuchawkach, bo to najlepsze miejsce do słuchania nastrojowej muzyki. Ale z opisu Hiena wynika, że nie był w lesie sam, więc rozumiem, że przez większość czasu musiał sobie to odtwarzać tylko w myślach.
Budka Suflera - Jolka, Jolka Pamiętasz
Wyłamię się niestety z szeregu pochwalaczy. Przykro mi Mentos, ale nie lubię tego utworu jak cholera. Właściwie to go nie znoszę. Nie jestem żadnym wrogiem Budki Suflera. Kiedyś lubiłem nawet bardzo jeden utwór (chyba nazywał się „Cisza jak ta”). Nie raziły mnie też inne ich numery. Ale akurat Jolka owszem. Nie wiem, może to głównie wina wokalu. Nie toleruję takich chrypiących i skrzypiących głosów kompletnie. W ogóle jakby mnie kto jeszcze chwilę temu spytał kto wykonuje ten utwór, to bym miał z tym problem. Bo nie wiedziałem, że to Budki. Raczej bym postawił na jakiś Perfect. Wokal wokalem, ale sam utwór jest dla mnie po prostu irytujący. Szczególnie drażni refren. Tak więc postoję i poczekam. No ale przynajmniej się dowiedziałem kim jest ten niedawno zmarły Andrzejczak.
Throbbing Gristle – United
Te syntezatory rzeczywiście trącą Speak and Spell. Podobne w sumie czasy, więc i sprzęt mógł być podobny. Prawda, że utwór dosyć monotonny, ale mi to nie przeszkadza. Dobrze zrobiona monotonia nie jest zła. Ma to brzmienie swój urok. I nawet ten dziwny wokal niczego nie psuje. A wręcz dobrze się wpasował we wszystko. Całkiem przebojowy utwór wyszedł mimo wszystko. Jest ok.
Stakka Bo – People
Ooo stary znajomy z czasów młodości. Pamiętam doskonale jego hit „Here We Go”, pamiętam nawet teledysk i wygląd gościa. Nie wiedziałem jedynie, że to Szwed. W sumie ten utwór podoba mi się nawet bardziej od „Here We Go”. Ma fajny klimat. Ładne klawisze, trąbka, bas. Bardzo przyjemne brzmienie, idealne na jakiś letni ciepły wieczór. Ale właśnie za oknem pięknie świeci słońce, więc też dobrze wchodzi. Bo to taka pogodna piosenka. Te rapowanki Johana nieźle pasują. Fajny powrót do przeszłości.
Chwilę nie było już hip-hopu od Murzyna. Dobrze, że nam go odpowiednio ostatnio dawkuje, bo dzięki temu nie czuć jakiegoś przesytu.
Jest jesień, więc nie mam jakoś nastroju generalnie na h-h. Preferuję teraz inne klimaty, ale oczywiście utwór jest dobry. Czuć tutaj lata 90’. Bit bardzo dobry, bas przyjemnie chodzi. Wokal jak zawsze u Amerykańców na wysokim poziomie. No i do tego w pakiecie kolejna ciekawa historia o rywalizacji czarnych raperów z Ameryki bez happy endu. W tle kolejny album wydany już pośmiertnie niestety.
Pulp – Dishes
Trochę nie mogłem sobie przypomnieć pierwszej wrzutki Pulp. Włączyłem więc dla przypomnienia i od pierwszych sekund już wiedziałem, co to było. To był bardzo dobry utwór. I ten też jest dobry. Przyjemna piosenka z fajnym refrenem i ładną aranżacją. Podoba mi się brzmienie klawiszy i smyki. Gitara w końcówce też ładna. Wokal daje radę oczywiście. Zgadzam się, ze utwór ma sielski klimat. No i doceniam słuchanie tego w lesie. Też bym mógł tego posłuchać w lesie, bo się nadaje i ma rzeczywiście jesienny klimat. Ja właściwie zawsze chodzę po lesie z muzyką w słuchawkach, bo to najlepsze miejsce do słuchania nastrojowej muzyki. Ale z opisu Hiena wynika, że nie był w lesie sam, więc rozumiem, że przez większość czasu musiał sobie to odtwarzać tylko w myślach.
Budka Suflera - Jolka, Jolka Pamiętasz
Wyłamię się niestety z szeregu pochwalaczy. Przykro mi Mentos, ale nie lubię tego utworu jak cholera. Właściwie to go nie znoszę. Nie jestem żadnym wrogiem Budki Suflera. Kiedyś lubiłem nawet bardzo jeden utwór (chyba nazywał się „Cisza jak ta”). Nie raziły mnie też inne ich numery. Ale akurat Jolka owszem. Nie wiem, może to głównie wina wokalu. Nie toleruję takich chrypiących i skrzypiących głosów kompletnie. W ogóle jakby mnie kto jeszcze chwilę temu spytał kto wykonuje ten utwór, to bym miał z tym problem. Bo nie wiedziałem, że to Budki. Raczej bym postawił na jakiś Perfect. Wokal wokalem, ale sam utwór jest dla mnie po prostu irytujący. Szczególnie drażni refren. Tak więc postoję i poczekam. No ale przynajmniej się dowiedziałem kim jest ten niedawno zmarły Andrzejczak.
Throbbing Gristle – United
Te syntezatory rzeczywiście trącą Speak and Spell. Podobne w sumie czasy, więc i sprzęt mógł być podobny. Prawda, że utwór dosyć monotonny, ale mi to nie przeszkadza. Dobrze zrobiona monotonia nie jest zła. Ma to brzmienie swój urok. I nawet ten dziwny wokal niczego nie psuje. A wręcz dobrze się wpasował we wszystko. Całkiem przebojowy utwór wyszedł mimo wszystko. Jest ok.
Stakka Bo – People
Ooo stary znajomy z czasów młodości. Pamiętam doskonale jego hit „Here We Go”, pamiętam nawet teledysk i wygląd gościa. Nie wiedziałem jedynie, że to Szwed. W sumie ten utwór podoba mi się nawet bardziej od „Here We Go”. Ma fajny klimat. Ładne klawisze, trąbka, bas. Bardzo przyjemne brzmienie, idealne na jakiś letni ciepły wieczór. Ale właśnie za oknem pięknie świeci słońce, więc też dobrze wchodzi. Bo to taka pogodna piosenka. Te rapowanki Johana nieźle pasują. Fajny powrót do przeszłości.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Z racji tego, że tak ochoczo i prężnie wlatują recenzje w tej kolejce, to daję znać, że już następna będzie HALLOWEENOWA. Kto ma odpowiedni numer, niech go szykuje, kto nie, to olewa.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Makaveli Against All Odds
Wyjątkowo przyjemny opis spod rąk Jacka. Właściwie więcej nie trzeba dodać. Surowość robi robotę. Czuć autentyczny wkurw na kilometr, do tego poskładane charakternie, mięsiście, wręcz groźnie. Trup ściele się gęsto. Razem z odpowiednio przyzwoitą pętlą wychodzi właściwa mieszanka, w której instrumental nie przeszkadza, robi za właściwą scenę na rzucenie kilkuset słów prawdy. Dla fanów Tupaca oczywiście. Trzeba przyznać, że nawet taka oszczędna surówka zawiera kilka niezłych elementów - tu subtelny basik, tam ładnie wycięte smyki. Widok rapera czytającego Makiawellego... chciałbym tego doświadczyć. Numer elegancki.
Pulp Dishes
Kolejny solidny brytolski rock z rodzynkami od Jakuba. Jest solidna produkcja, całkiem ciekawy tekst, nutka melancholii, a do tego akcenty humorystyczne, mimo wszystko. Gość brzmi momentami podobnie jak David Sylvian. Nie pałam ogromnym uczuciem do takiej muzyki, ale trudno odmówić sympatii dla tej lekkości. Momentami brzmi może trochę genericowo i geriatrycznie, jednak dawka d o j r z a ł o ś c i życiowej aż tak nie znieczula i muli. Ostatnio ciągle mnie coś chorobowo atakuje, ale na grzyby bym poszedł. A no tak, czasu też nie mam. Ehh
Sade Jezebel
Saksofon ewidentnie przypomina Kenny G, wokal Halinę Frąckowiak, a Skawa na gitarze to zawsze oznaka wyjątkowego wyczucia gitarzysty mającego wyczucie. Ballady SZADE bez perkusji bardziej wolę na Love Deluxe. Tutaj też jest elegancko, ale to nie jest stopień rażenia porównywalny z jej najlepszymi kawałkami, ulubionymi piosenkami mojej mamy... czyli repertuarem z Love Deluxe xD Is It a Crime było lepsze, choć z niektórymi elementami tamtego kawałka mam znacznie dłuższą znajomość. Tam też było lekko za długo, produkcja nie tak lekka. Takie pierdółki, które sprawiają, że to jednak nie ideał. Dobra rzecz, ale ze skazami. W hierarchii znanych mi Dżebelów za tym depeszowym i analowym (analnym?)
Budka Suflera Emigrowałem
Jak lubię Sebę, tak zaatakował w tym odcinku telenoweli Beatka potwornie niestrawnym koszmarkiem. Jako wielbiciel polskiego rocka progresywnego w ogóle go nie słucham ze względu na szkodliwe kserowanie, brak klimatu, wydumane tematy czy interpretacje, od których się odbijam. Z wyjątkiem niemenowskiego Enigmatic, ale czy to jest progrock? Budka Suflera to dla mnie synonim kiczu, żenady, cepelii, dziadowania, braku smaku, chałtury pod płaszczykiem artyzmu. Duet Lipko/Zeliszewski szanuję jednak za świetną robotę dla wielu polskich piosenkarek w latach 80'. Urszula królowa, epizod z Jarocką kuriozalny, ale CIEKAWY, a Barbara Sikorska to ukryła perła. Do tego jeszcze Trojanowska! Co innego Budka Suflera (gotowi na metal? gdyby nie ta przeróbka to nie byłoby ani jednego pozytywnego skojarzenia). Szkoda mi w tym wszystkim Radulego. Za to takiego Borysewicza podziwiam. A Kawalec ma pewnie teraz mnóstwo radochy, ale nie sprawdzę nigdy. Nawet w ciemno. Za to z czystym sumieniem powinienem wreszcie sprawdzić przynajmniej ich pierwsze dwie-trzy płyty. Za dzieciaka nie mogłem zrozumieć jak to jest, że ten zespół ma tyle dziwnych piosenek, jego twarzą wydaje się Cugowski, a mimo to wydawali też docenione single z innymi wokalistami. Z wątłego repertuaru Andrzejczaka jako najmniej odrzucającą wybrałbym Noc komety, ale tylko z pistoletem przy skroni. Płaczliwe, przesadzone, pretensjonalne. Na domiar złego Seba wybrał najmniej dobrą wersję. Pamiętam jakieś świeższe wykony z wyraźniejszą gitarą i mniej fałszującym (sic!) Felicjanem. W alternatywnej rzeczywistości doceniam syntezatorowe akcenty, spokojne bicia, gitarowe mulenie pod koniec - ale nie mówcie nikomu. Od zawsze nie kupowałem tego wokalu. Jeszcze gorzej, że wsłuchałem się w tekst. Akcenty o autobusie Arabów to już dla mnie za dużo. Zostaję na wspomnieniu z gimnazjum, gdzie razem z przyjaciółką prześmiewczo intonujemy t y t u ł o w e Emigrowałeeeem za plecami fana Budki. Najfajniejsze w tej wrzutce jest zdjęcie dołączone do muzyki. Zeliszewski, śp Felicjan (pierwszy od lewej I guess) i Jurecki hotuwy.
PS Szacun też za sześciominutową wersję radiową. Ciekawy znak czasów. Z pozycji mniej wczutego słuchacza liczyłem na jeszcze jeden refren po solówkach. To dobrzy muzycy, więc wypada najciekawiej.
Stakka Bo People
Na koniec najtisowy trip-hop do kawki. Nie byłbym zdziwiony, gdyby się okazało, że już to kiedyś słyszałem przy okazji wielogodzinnych posiedzeń przy RAMce we Wrocku. Tekst o niczym szczególnym, niespecjalnie zapadający w pamięci na dłużej podkład. Przyzwoite wokale, z których co najwyżej można pamiętać gadany/szeptany charakter wykonu i częste powtórki pipoul. Klimat w stylu tendencja zerowa, ale nie jest szczególnie szkodliwe. Wrocław w ostatnich dniach jeszcze z całkiem ciepłą pogodą. W lepszej scenerii i wewnętrznej kondycji powiedziałbym to samo, tyle że z pozytywnym akcentem na koniec. Czekaj... czy ja właśnie tego nie zrobiłem?
Wyjątkowo przyjemny opis spod rąk Jacka. Właściwie więcej nie trzeba dodać. Surowość robi robotę. Czuć autentyczny wkurw na kilometr, do tego poskładane charakternie, mięsiście, wręcz groźnie. Trup ściele się gęsto. Razem z odpowiednio przyzwoitą pętlą wychodzi właściwa mieszanka, w której instrumental nie przeszkadza, robi za właściwą scenę na rzucenie kilkuset słów prawdy. Dla fanów Tupaca oczywiście. Trzeba przyznać, że nawet taka oszczędna surówka zawiera kilka niezłych elementów - tu subtelny basik, tam ładnie wycięte smyki. Widok rapera czytającego Makiawellego... chciałbym tego doświadczyć. Numer elegancki.
Pulp Dishes
Kolejny solidny brytolski rock z rodzynkami od Jakuba. Jest solidna produkcja, całkiem ciekawy tekst, nutka melancholii, a do tego akcenty humorystyczne, mimo wszystko. Gość brzmi momentami podobnie jak David Sylvian. Nie pałam ogromnym uczuciem do takiej muzyki, ale trudno odmówić sympatii dla tej lekkości. Momentami brzmi może trochę genericowo i geriatrycznie, jednak dawka d o j r z a ł o ś c i życiowej aż tak nie znieczula i muli. Ostatnio ciągle mnie coś chorobowo atakuje, ale na grzyby bym poszedł. A no tak, czasu też nie mam. Ehh
Sade Jezebel
Saksofon ewidentnie przypomina Kenny G, wokal Halinę Frąckowiak, a Skawa na gitarze to zawsze oznaka wyjątkowego wyczucia gitarzysty mającego wyczucie. Ballady SZADE bez perkusji bardziej wolę na Love Deluxe. Tutaj też jest elegancko, ale to nie jest stopień rażenia porównywalny z jej najlepszymi kawałkami, ulubionymi piosenkami mojej mamy... czyli repertuarem z Love Deluxe xD Is It a Crime było lepsze, choć z niektórymi elementami tamtego kawałka mam znacznie dłuższą znajomość. Tam też było lekko za długo, produkcja nie tak lekka. Takie pierdółki, które sprawiają, że to jednak nie ideał. Dobra rzecz, ale ze skazami. W hierarchii znanych mi Dżebelów za tym depeszowym i analowym (analnym?)
Budka Suflera Emigrowałem
Jak lubię Sebę, tak zaatakował w tym odcinku telenoweli Beatka potwornie niestrawnym koszmarkiem. Jako wielbiciel polskiego rocka progresywnego w ogóle go nie słucham ze względu na szkodliwe kserowanie, brak klimatu, wydumane tematy czy interpretacje, od których się odbijam. Z wyjątkiem niemenowskiego Enigmatic, ale czy to jest progrock? Budka Suflera to dla mnie synonim kiczu, żenady, cepelii, dziadowania, braku smaku, chałtury pod płaszczykiem artyzmu. Duet Lipko/Zeliszewski szanuję jednak za świetną robotę dla wielu polskich piosenkarek w latach 80'. Urszula królowa, epizod z Jarocką kuriozalny, ale CIEKAWY, a Barbara Sikorska to ukryła perła. Do tego jeszcze Trojanowska! Co innego Budka Suflera (gotowi na metal? gdyby nie ta przeróbka to nie byłoby ani jednego pozytywnego skojarzenia). Szkoda mi w tym wszystkim Radulego. Za to takiego Borysewicza podziwiam. A Kawalec ma pewnie teraz mnóstwo radochy, ale nie sprawdzę nigdy. Nawet w ciemno. Za to z czystym sumieniem powinienem wreszcie sprawdzić przynajmniej ich pierwsze dwie-trzy płyty. Za dzieciaka nie mogłem zrozumieć jak to jest, że ten zespół ma tyle dziwnych piosenek, jego twarzą wydaje się Cugowski, a mimo to wydawali też docenione single z innymi wokalistami. Z wątłego repertuaru Andrzejczaka jako najmniej odrzucającą wybrałbym Noc komety, ale tylko z pistoletem przy skroni. Płaczliwe, przesadzone, pretensjonalne. Na domiar złego Seba wybrał najmniej dobrą wersję. Pamiętam jakieś świeższe wykony z wyraźniejszą gitarą i mniej fałszującym (sic!) Felicjanem. W alternatywnej rzeczywistości doceniam syntezatorowe akcenty, spokojne bicia, gitarowe mulenie pod koniec - ale nie mówcie nikomu. Od zawsze nie kupowałem tego wokalu. Jeszcze gorzej, że wsłuchałem się w tekst. Akcenty o autobusie Arabów to już dla mnie za dużo. Zostaję na wspomnieniu z gimnazjum, gdzie razem z przyjaciółką prześmiewczo intonujemy t y t u ł o w e Emigrowałeeeem za plecami fana Budki. Najfajniejsze w tej wrzutce jest zdjęcie dołączone do muzyki. Zeliszewski, śp Felicjan (pierwszy od lewej I guess) i Jurecki hotuwy.
PS Szacun też za sześciominutową wersję radiową. Ciekawy znak czasów. Z pozycji mniej wczutego słuchacza liczyłem na jeszcze jeden refren po solówkach. To dobrzy muzycy, więc wypada najciekawiej.
Stakka Bo People
Na koniec najtisowy trip-hop do kawki. Nie byłbym zdziwiony, gdyby się okazało, że już to kiedyś słyszałem przy okazji wielogodzinnych posiedzeń przy RAMce we Wrocku. Tekst o niczym szczególnym, niespecjalnie zapadający w pamięci na dłużej podkład. Przyzwoite wokale, z których co najwyżej można pamiętać gadany/szeptany charakter wykonu i częste powtórki pipoul. Klimat w stylu tendencja zerowa, ale nie jest szczególnie szkodliwe. Wrocław w ostatnich dniach jeszcze z całkiem ciepłą pogodą. W lepszej scenerii i wewnętrznej kondycji powiedziałbym to samo, tyle że z pozytywnym akcentem na koniec. Czekaj... czy ja właśnie tego nie zrobiłem?
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Makaveli - Against All Odds
No cóż, rzadko krytykuje wrzuty "gadaczy" autorstwa Murzyna, ale tu chyba dołączę do chóru wujów. Treść muzyczna ani mnie jakoś specjalnie nie grzeje, ani ziębi - nie będę, prostytutka, czepiał się flow 2paca, ani bitu, który jest do bólu poprawny i o którym pewnie zapomnę myjąc dziś zęby przed snem (a uczynię to niedługo). Najgorsze jednak jest to, że przeczytałem to co napisał Murzyn, po czym nawet próbowałem zapoznać się z tekstem i myślę że tu został ten pies (niekoniecznie Murzyn) pogrzebany, bo jakoś tak cały ten kontekst związany z ksywą Makiaveli, paranojami etc. To dla mnie trochę za dużo i nasz sobowtór Leppera przekroczył granicę między geniuszem a paranoikiem. Bywa i tak. No bonus, nawet jeśli ciupciać Diddiego.
Pulp – Dishes
Pamiętam ubiegłoroczną wrzutę Hiena i to, że była na tyle dobra, że sprawiła, iż NAPRAWDĘ sięgnąłem po cały album, zamiast to obiecywać, a to chyba powinno być samo w sobie rekomendacją. Szczerze mówiąc, od kilku dni czuję się podobnie jak imć wrzucający ubiegłorocznej jesieni - jest to skorelowane z moim wyjazdem do Warszawy, ale tbh to raczej nie winiłbym tego miasta (aż tak). Nie chce mi się o tym rozpisywać, więc mam nadzieję, że moim soundtrackiem odczarowującym ten okres będzie ta piosenka, bo jest ładna, urocza i bije z niej takim specyficznym luzem oraz bezpretensjonalnością. Jednak dobrze, że udało mi się odczarować to cholerne Pulp.
Sade – Jezebel
Fajnie, że nie muszę pisać o tym, z czym mi się kojarzy Sade, bo już to robiłem heh. W każdym razie już wiem, że to nie jest solistka, a zespół, a nawet znam coś więcej niż Smooth Operator. Teraz to w ogóle już mogę zgrywać eksperta od jeeeee tzn. ich twórczości. Ładna, sympatyczna, nastrojowa balladka i generalnie to ten - ja to kupuję, ale też ciężko mi cokolwiek więcej o tej piosence napisać. Może i to trochę zalatuje playlistą z radia Złote Przeboje, ale hej - czy to musi być jakieś negatywne skojarzenie? Nie dla mnie.
Throbbing Gristle - United
Też ostatnio często ląduje w uniwersum Genesis, ale jakoś tak się składa, że zdecycowanie częściej w tym związanym z Philem Collinsem, Peterem Gabrielem i resztą. Na industrial jakoś od dawna nie mam ochoty, nie licząc Coila. O TYM Genesisie nie powiem za wiele, bo może i słuchałem w swoim czasie tych słynnych 20 Jazz Funkowych Hitów, ale dawno i nie pamiętam z tego zbyt wiele, generalnie to jest jedna z tych postaci z kategorii "znam i kojarzę, ale bardziej szanuję niż słucham". Tym razem też docenię, bo to jest jeden z tych przypadków rzeczy prostej i minimalistycznej, która znajduje się niebezpiecznie blisko czegoś, co mogłoby być wykorzystane w jakimś serialu komediowym jako zespołu synthpopowego, ale jest stanowczo na to zbyt dobre. Propsens.
Stakka Bo - People
Stakka Bo znam i szanuję, przez chwilę rozważałem wrzucenie ich największego przeboju do którejś z zabaw, ale obawiam się, że ta chwila upłynęła w momencie gdy napisałem te słowa, bo właśnie sobie tę wrzutę spaliłem czy cuś. No w każdym razie faktycznie trąci składanką Radia RAM - albo tak mi się przynajmniej wydaje, bo żadnej nie słuchałem, ale powiedzmy, że mogę udawać eksperta z tytułu tego, że mieszkałem w niedalekim pobliżu ich siedziby. Generalnie to takie rzeczy nazywam albo muzakiem, albo niezobowiązującym ambientem w zależności od tego jak wylosuje u mnie to maszyna losująca i cóż - tym razem na muzak nie padło.
W sumie o prawie wszystkim tu napisałem, że mogłoby być chujowe, ale jednak jest spoko heh. Śmiesznie wyszło.
No cóż, rzadko krytykuje wrzuty "gadaczy" autorstwa Murzyna, ale tu chyba dołączę do chóru wujów. Treść muzyczna ani mnie jakoś specjalnie nie grzeje, ani ziębi - nie będę, prostytutka, czepiał się flow 2paca, ani bitu, który jest do bólu poprawny i o którym pewnie zapomnę myjąc dziś zęby przed snem (a uczynię to niedługo). Najgorsze jednak jest to, że przeczytałem to co napisał Murzyn, po czym nawet próbowałem zapoznać się z tekstem i myślę że tu został ten pies (niekoniecznie Murzyn) pogrzebany, bo jakoś tak cały ten kontekst związany z ksywą Makiaveli, paranojami etc. To dla mnie trochę za dużo i nasz sobowtór Leppera przekroczył granicę między geniuszem a paranoikiem. Bywa i tak. No bonus, nawet jeśli ciupciać Diddiego.
Pulp – Dishes
Pamiętam ubiegłoroczną wrzutę Hiena i to, że była na tyle dobra, że sprawiła, iż NAPRAWDĘ sięgnąłem po cały album, zamiast to obiecywać, a to chyba powinno być samo w sobie rekomendacją. Szczerze mówiąc, od kilku dni czuję się podobnie jak imć wrzucający ubiegłorocznej jesieni - jest to skorelowane z moim wyjazdem do Warszawy, ale tbh to raczej nie winiłbym tego miasta (aż tak). Nie chce mi się o tym rozpisywać, więc mam nadzieję, że moim soundtrackiem odczarowującym ten okres będzie ta piosenka, bo jest ładna, urocza i bije z niej takim specyficznym luzem oraz bezpretensjonalnością. Jednak dobrze, że udało mi się odczarować to cholerne Pulp.
Sade – Jezebel
Fajnie, że nie muszę pisać o tym, z czym mi się kojarzy Sade, bo już to robiłem heh. W każdym razie już wiem, że to nie jest solistka, a zespół, a nawet znam coś więcej niż Smooth Operator. Teraz to w ogóle już mogę zgrywać eksperta od jeeeee tzn. ich twórczości. Ładna, sympatyczna, nastrojowa balladka i generalnie to ten - ja to kupuję, ale też ciężko mi cokolwiek więcej o tej piosence napisać. Może i to trochę zalatuje playlistą z radia Złote Przeboje, ale hej - czy to musi być jakieś negatywne skojarzenie? Nie dla mnie.
Throbbing Gristle - United
Też ostatnio często ląduje w uniwersum Genesis, ale jakoś tak się składa, że zdecycowanie częściej w tym związanym z Philem Collinsem, Peterem Gabrielem i resztą. Na industrial jakoś od dawna nie mam ochoty, nie licząc Coila. O TYM Genesisie nie powiem za wiele, bo może i słuchałem w swoim czasie tych słynnych 20 Jazz Funkowych Hitów, ale dawno i nie pamiętam z tego zbyt wiele, generalnie to jest jedna z tych postaci z kategorii "znam i kojarzę, ale bardziej szanuję niż słucham". Tym razem też docenię, bo to jest jeden z tych przypadków rzeczy prostej i minimalistycznej, która znajduje się niebezpiecznie blisko czegoś, co mogłoby być wykorzystane w jakimś serialu komediowym jako zespołu synthpopowego, ale jest stanowczo na to zbyt dobre. Propsens.
Stakka Bo - People
Stakka Bo znam i szanuję, przez chwilę rozważałem wrzucenie ich największego przeboju do którejś z zabaw, ale obawiam się, że ta chwila upłynęła w momencie gdy napisałem te słowa, bo właśnie sobie tę wrzutę spaliłem czy cuś. No w każdym razie faktycznie trąci składanką Radia RAM - albo tak mi się przynajmniej wydaje, bo żadnej nie słuchałem, ale powiedzmy, że mogę udawać eksperta z tytułu tego, że mieszkałem w niedalekim pobliżu ich siedziby. Generalnie to takie rzeczy nazywam albo muzakiem, albo niezobowiązującym ambientem w zależności od tego jak wylosuje u mnie to maszyna losująca i cóż - tym razem na muzak nie padło.
W sumie o prawie wszystkim tu napisałem, że mogłoby być chujowe, ale jednak jest spoko heh. Śmiesznie wyszło.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
No to Musiał nam zafundował dwutygodniową kolejkę, której nawet nie uratowało to, że wjechał pierwszy. Liczę, że zrehabilituje się dobrą wrzutą, bo otwieram HALLOWEENOWĄ.
Bauhaus – Slice of Life
W ubiegłym roku wrzucałem Wam utwór Bauhaus, bez Bauhaus, w wykonaniu Petera Murphy’ego. W tym roku będzie Bauhaus bez Petera Murphy’ego. Kiedy zespół nagrywał swój ostatni album przed rozpadem, „Burning from the Inside”, wokalista dostał takiego zapalenia płuc, że nie był w stanie uczestniczyć w większości sesji nagraniowych. W efekcie, niektóre rzeczy pozostałe instrumentalne, a w innych zaśpiewali Daniel Ash i David J. „Slice of Life” śpiewa ten pierwszy i od razu słychać, że jest to zupełnie innego rodzaju wokalista niż Murphy. Peter jest jak dzwoń, dudni tak, że nawet w miejscu z zerową akustyką, nie potrzebowałby wspomagania mikrofonem. Ash ma głos cichy, niemal złowieszczy, a jego maniera przypomina Syda Barreta. Trudno mi sobie wyobrazić żeby to Peter Murphy to śpiewał, kompletnie by nie pasował, natomiast Daniel Ash wypada fenomenalnie. Kawałek jest, w mojej ocenie, takim przyczajonym bratem „Silent Hedges”, które wrzucał Musiał, ale takim z innego ojca i innego świata. Monotonna gitara i beznamiętny wokal Asha w zwrotkach, tworzy poważnie pokręconą atmosferę, aż do wybuchu w refrenie. Bas Davida J włada tutaj niepodzielnie, i generalnie zadziwia mnie jak wiele udaje się tutaj osiągnąć tak niewielkim nakładem instrumentalnym. Bauhaus to byli absolutni bogowie klimatu i trudno byłoby mi znaleźć lepszą wrzutę na teraz, zwłaszcza, że to mój ulubiony kawałek Bauhaus, poza „Hallow Hills”. Kawałek kojarzy mi się z późnopaździernikowymi weekendami na wsi, kiedy gapiłem się przez okno i oglądałem samotne, pojedyncze samochody, przedzierające we mgle się przez okoliczny gęsty las, aż latarnie gasły (bo ze względu na oszczędność, palą się tu jedynie od 20, do 23). Wesołosmutnego.
https://youtu.be/W4O9BkTyEoQ
Bauhaus – Slice of Life
W ubiegłym roku wrzucałem Wam utwór Bauhaus, bez Bauhaus, w wykonaniu Petera Murphy’ego. W tym roku będzie Bauhaus bez Petera Murphy’ego. Kiedy zespół nagrywał swój ostatni album przed rozpadem, „Burning from the Inside”, wokalista dostał takiego zapalenia płuc, że nie był w stanie uczestniczyć w większości sesji nagraniowych. W efekcie, niektóre rzeczy pozostałe instrumentalne, a w innych zaśpiewali Daniel Ash i David J. „Slice of Life” śpiewa ten pierwszy i od razu słychać, że jest to zupełnie innego rodzaju wokalista niż Murphy. Peter jest jak dzwoń, dudni tak, że nawet w miejscu z zerową akustyką, nie potrzebowałby wspomagania mikrofonem. Ash ma głos cichy, niemal złowieszczy, a jego maniera przypomina Syda Barreta. Trudno mi sobie wyobrazić żeby to Peter Murphy to śpiewał, kompletnie by nie pasował, natomiast Daniel Ash wypada fenomenalnie. Kawałek jest, w mojej ocenie, takim przyczajonym bratem „Silent Hedges”, które wrzucał Musiał, ale takim z innego ojca i innego świata. Monotonna gitara i beznamiętny wokal Asha w zwrotkach, tworzy poważnie pokręconą atmosferę, aż do wybuchu w refrenie. Bas Davida J włada tutaj niepodzielnie, i generalnie zadziwia mnie jak wiele udaje się tutaj osiągnąć tak niewielkim nakładem instrumentalnym. Bauhaus to byli absolutni bogowie klimatu i trudno byłoby mi znaleźć lepszą wrzutę na teraz, zwłaszcza, że to mój ulubiony kawałek Bauhaus, poza „Hallow Hills”. Kawałek kojarzy mi się z późnopaździernikowymi weekendami na wsi, kiedy gapiłem się przez okno i oglądałem samotne, pojedyncze samochody, przedzierające we mgle się przez okoliczny gęsty las, aż latarnie gasły (bo ze względu na oszczędność, palą się tu jedynie od 20, do 23). Wesołosmutnego.
https://youtu.be/W4O9BkTyEoQ
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Steve Roach - Ancestors Circle (2000)
Aj, niezmordowany Pan Steve. Jeden z najbardziej płodnych twórców ambientowych, prawdziwy klasyk. Zaczynał już w latach 80' i właściwie do dziś nieprzerwanie nadaje na falach wyjątkowo klimatycznego atmosferycznego grania zahaczając o różne style, inspiracje, motywy. Pod tym względem naprawdę USA mają z kogo czerpać. Pewnie nigdy nie przejdę przez całą dyskografię, ale może do ostatniego tchu między różnymi okresami znajdę trochę czasu by uzupełniać braki. Zaczynałem od płyt, na których Roach po swojemu uprawia berlin school. Wiadomo, natłukłem tego tak dużo, że dziś to w zasadzie takie najbardziej fancy rytmy wśród tych odbieranych naturalnie, intuicyjnie, bez żadnego poziomu trudności. W czasach gimnazjalnych brakowało mi jednak więcej energii. Teraz już rozumiem, że to po prostu trochę inne wyczucie. Taka muzyka wymaga czegoś więcej/czegoś innego od słuchacza. Generalnie wychodzę z założenia, że to słuchacz w stosunku do muzyki powinien zrobić ukłon. Tak jak nie cierpię czytać w recenzjach teatralnych czy filmowych o osobistych frustracjach i kontekstach związanych z odbiorem muzyki, tak podobnie mam tutaj.
...więc zacząłem od specyficznego berlina Roacha, płyt z lat 80', rzeczy nagranych z ciekawymi muzykami pokroju Roberta Richa czy Paula Ellisa. Jako wybredny dorosły dzieciak wciąż się krzywię na te bardziej cyfrowe rzeczy, ale odpowiednio podane trafiają na podatny grunt. Od zawsze traktowałem Roacha z szacunkiem, jednak brakowało czegoś więcej, jakiegoś większego zżycia. Impulsu motywującego do dalszych poszukiwań ze względu na wcześniejsze intensywne doświadczenia. Po wielu latach ambiwalencji wpadłem na Midnight Moon i z czasem jestem tego pewny, w głębi duszy o tym wiem, że to jedna z piękniejszych pereł ambientowych. Berlin jest dla wytrawnych graczy - nie żadnych marudersów. Tribalowe granie, patenty bliższe jakiemuś new age - tego nie czuję. Najłatwiej złapać bakcyla przez coś mrocznego lub kosmicznego... a najlepiej dzięki doskonałemu połączeniu obu stylistyk. Takie jest Midnight Moon (mój rówieśnik ^^), a nie ma lepszej zapowiedzi niż utwór otwierający całość. Mogę już liczyć w dziesiątkach noce, podczas których odpływałem w sen przy tych nagraniach. Niepokojące, a jednocześnie wyjątkowo zamulające. Niby stojące drony, a jednak te kompozycje są żywe, coś w nich się rozwija. Ancestors Circle robi za uwerturę przed najbardziej psychodelicznym fragmentem. Wszystko będzie słyszeli.
Salut dla potężnego Steve'a! Wybudzam się czymś dość typowym dla mnie, ale to jedna z bliższych rzeczy rzucanych od dłuższego czasu.
https://www.youtube.com/watch?v=oGCABftcxkE
Aj, niezmordowany Pan Steve. Jeden z najbardziej płodnych twórców ambientowych, prawdziwy klasyk. Zaczynał już w latach 80' i właściwie do dziś nieprzerwanie nadaje na falach wyjątkowo klimatycznego atmosferycznego grania zahaczając o różne style, inspiracje, motywy. Pod tym względem naprawdę USA mają z kogo czerpać. Pewnie nigdy nie przejdę przez całą dyskografię, ale może do ostatniego tchu między różnymi okresami znajdę trochę czasu by uzupełniać braki. Zaczynałem od płyt, na których Roach po swojemu uprawia berlin school. Wiadomo, natłukłem tego tak dużo, że dziś to w zasadzie takie najbardziej fancy rytmy wśród tych odbieranych naturalnie, intuicyjnie, bez żadnego poziomu trudności. W czasach gimnazjalnych brakowało mi jednak więcej energii. Teraz już rozumiem, że to po prostu trochę inne wyczucie. Taka muzyka wymaga czegoś więcej/czegoś innego od słuchacza. Generalnie wychodzę z założenia, że to słuchacz w stosunku do muzyki powinien zrobić ukłon. Tak jak nie cierpię czytać w recenzjach teatralnych czy filmowych o osobistych frustracjach i kontekstach związanych z odbiorem muzyki, tak podobnie mam tutaj.
...więc zacząłem od specyficznego berlina Roacha, płyt z lat 80', rzeczy nagranych z ciekawymi muzykami pokroju Roberta Richa czy Paula Ellisa. Jako wybredny dorosły dzieciak wciąż się krzywię na te bardziej cyfrowe rzeczy, ale odpowiednio podane trafiają na podatny grunt. Od zawsze traktowałem Roacha z szacunkiem, jednak brakowało czegoś więcej, jakiegoś większego zżycia. Impulsu motywującego do dalszych poszukiwań ze względu na wcześniejsze intensywne doświadczenia. Po wielu latach ambiwalencji wpadłem na Midnight Moon i z czasem jestem tego pewny, w głębi duszy o tym wiem, że to jedna z piękniejszych pereł ambientowych. Berlin jest dla wytrawnych graczy - nie żadnych marudersów. Tribalowe granie, patenty bliższe jakiemuś new age - tego nie czuję. Najłatwiej złapać bakcyla przez coś mrocznego lub kosmicznego... a najlepiej dzięki doskonałemu połączeniu obu stylistyk. Takie jest Midnight Moon (mój rówieśnik ^^), a nie ma lepszej zapowiedzi niż utwór otwierający całość. Mogę już liczyć w dziesiątkach noce, podczas których odpływałem w sen przy tych nagraniach. Niepokojące, a jednocześnie wyjątkowo zamulające. Niby stojące drony, a jednak te kompozycje są żywe, coś w nich się rozwija. Ancestors Circle robi za uwerturę przed najbardziej psychodelicznym fragmentem. Wszystko będzie słyszeli.
Salut dla potężnego Steve'a! Wybudzam się czymś dość typowym dla mnie, ale to jedna z bliższych rzeczy rzucanych od dłuższego czasu.
https://www.youtube.com/watch?v=oGCABftcxkE
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Snoop Doggy* Dogg - Murder Was The Case (Remix)
(1994) (*mało kto dziś może pamięta że tak właśnie brzmiał jego pełny pseudonim w pierwszych latach kariery)
Może to niektórych zdziwić że Snoop, raper ze słonecznej Kalifornii może się jakoś swoją muzą wpasować w Halloweenowe klimaty ALE moja dzisiejsza wrzutka nie tylko brzmi spooky ale nawet pochodzi ze ścieżki dźwiękowej do krótkometrażowego filmu o tym samym tytule który miał premierę w październiku 1994 roku. Film ten (jak i tytułowy utwór który dziś wrzucam) opowiada krótką historię w której Snoop zostaje zastrzelony przez innego kolesia (w tej roli Charlie Murphy, brat Eddy'ego notabene) po tym jak tamten dowiedział się że raper zapłodnił jego dziewczynę. Później jednak następuje zwrot akcji ponieważ od śmierci ratuje go Diabeł z którym Snoop podpisuje pakt, ostrzega go jednak aby ten zmienił swoje postępowanie, w przeciwnym razie przyjdzie po jego duszę. Snoop rzecz jasna nic sobie z tego nie robi więc Diabeł zmienia bieg wydarzeń ponownie (dopowiadam bo widać to na filmie, z utworu można tego nie wyczytać), cofa go do feralnej nocy, Snoop uchodzi z życiem ale ląduje za kratami za morderstwo (stąd motyw przewodni kawałka - "murder was the case that they gave me"). Snoop w tamtym czasie sam zmagał się z oskarżeniem o udział w morderstwie członka rywalizującego gangu i kawałek ten miał być niejako przestrogą dla innych, dawać impuls do zmiany swojego życia. Utwór ten najpierw ukazał się rok wcześniej na debiutanckiej płycie Snoopa a następnie w zremiksowanej formie na soundtracku i tą drugą wersję preferuję ze względu na trochę inne brzmienie syntezatorów i mniej siermiężny bit, za produkcję odpowiedzialny był rzecz jasna jego mentor czyli Dr. Dre.
Jest wiele utworów Snoopa którymi mógłbym Was uraczyć, do bestki planowałem dać raczej letniaka ale wrócę z tym odpowiednią porą a póki co raczę Was takim spooky klimatem w murzyńskim wydaniu. Bonusowo - dla chętnych (może Kuba, może nikt) - zapodaję link do tego filmu, trwa raptem jakieś 17 minut i jest takim połączeniem kina murzyńskiego z horrorem klasy B jakby (napisów brak ale też jest fajnie xd).
Utwór:
https://youtu.be/FgGh7psdhiA?si=gTRYmepeRxTPVhwT
Film:
https://youtu.be/QxB6YoZ3CG4?si=gVWKiXBuoARAPDN2
(1994) (*mało kto dziś może pamięta że tak właśnie brzmiał jego pełny pseudonim w pierwszych latach kariery)
Może to niektórych zdziwić że Snoop, raper ze słonecznej Kalifornii może się jakoś swoją muzą wpasować w Halloweenowe klimaty ALE moja dzisiejsza wrzutka nie tylko brzmi spooky ale nawet pochodzi ze ścieżki dźwiękowej do krótkometrażowego filmu o tym samym tytule który miał premierę w październiku 1994 roku. Film ten (jak i tytułowy utwór który dziś wrzucam) opowiada krótką historię w której Snoop zostaje zastrzelony przez innego kolesia (w tej roli Charlie Murphy, brat Eddy'ego notabene) po tym jak tamten dowiedział się że raper zapłodnił jego dziewczynę. Później jednak następuje zwrot akcji ponieważ od śmierci ratuje go Diabeł z którym Snoop podpisuje pakt, ostrzega go jednak aby ten zmienił swoje postępowanie, w przeciwnym razie przyjdzie po jego duszę. Snoop rzecz jasna nic sobie z tego nie robi więc Diabeł zmienia bieg wydarzeń ponownie (dopowiadam bo widać to na filmie, z utworu można tego nie wyczytać), cofa go do feralnej nocy, Snoop uchodzi z życiem ale ląduje za kratami za morderstwo (stąd motyw przewodni kawałka - "murder was the case that they gave me"). Snoop w tamtym czasie sam zmagał się z oskarżeniem o udział w morderstwie członka rywalizującego gangu i kawałek ten miał być niejako przestrogą dla innych, dawać impuls do zmiany swojego życia. Utwór ten najpierw ukazał się rok wcześniej na debiutanckiej płycie Snoopa a następnie w zremiksowanej formie na soundtracku i tą drugą wersję preferuję ze względu na trochę inne brzmienie syntezatorów i mniej siermiężny bit, za produkcję odpowiedzialny był rzecz jasna jego mentor czyli Dr. Dre.
Jest wiele utworów Snoopa którymi mógłbym Was uraczyć, do bestki planowałem dać raczej letniaka ale wrócę z tym odpowiednią porą a póki co raczę Was takim spooky klimatem w murzyńskim wydaniu. Bonusowo - dla chętnych (może Kuba, może nikt) - zapodaję link do tego filmu, trwa raptem jakieś 17 minut i jest takim połączeniem kina murzyńskiego z horrorem klasy B jakby (napisów brak ale też jest fajnie xd).
Utwór:
https://youtu.be/FgGh7psdhiA?si=gTRYmepeRxTPVhwT
Film:
https://youtu.be/QxB6YoZ3CG4?si=gVWKiXBuoARAPDN2
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Ramin Djawadi, Eric Brosius, Josh Randall - Rec
Rok temu ładnie wpasowałem się w halloweenową kolejkę trackiem z gry Blood 2. Tym razem może nie mam aż tak sugestywnego numeru, ale myślę, że utwór jest i tak nieźle klimatyczny. Pochodzi z mojego ukochanego System Shock 2. Cyberpankowe połączenie FPSa z RPG. Gra, która do dzisiaj w swojej kategorii jest wg mnie nie pobita. Pamiętam, jak w 2000r. co noc graliśmy z kuzynem w demo SS2. To było tylko demo, ale byliśmy tak obsrani ze strachu, że przejście tego zajęło nam prawie tydzień. Dla odwagi sączyliśmy nawet drinki, ale niewiele to dało. Bo klimat gry, szczególnie w tamtych czasach, po prostu był niszczycielski. Niemały udział w tym miał znakomity soundtrack. Soundtrack będący połączeniem industrial techno z dark ambient. Rec to właśnie utwór, który oprócz dark ambientowego tła oferuje diaboliczną melodyjkę rodem z jakiegoś horroru. Te zniekształcenia przyprawiają o gęsią skórkę podczas samego słuchania, a co dopiero gdy trzeba było przy tej muzyce przemierzać lokacje gry. Rec to nic innego jak "Recreation" - jeden z kilku pokładów statku kosmicznego Von Braun, na którym dzieją się wydarzenia w SS2. Mamy tam zgodnie z nazwą "Recreaction Deck": pokoje mieszkalne załogi, salę gimnastyczną, szatnie, pokoje rekreacyjne czy ogrody botaniczne. I te niby przyjemne lokacje mające przynosić załodze relaks i odpoczynek roją się w trakcie rozgrywki od agresywnych ludzi-zombie, nieprzyjaznych robotów, cyber-zabójców, niewidzialnych ninja, zmutowanych pająków itp. A wszystko przy przy tak niepokojących dźwiękach pod okiem bezlitosnego S.H.O.D.A.N.
https://www.youtube.com/watch?v=cgRpo7o_SI4
Rok temu ładnie wpasowałem się w halloweenową kolejkę trackiem z gry Blood 2. Tym razem może nie mam aż tak sugestywnego numeru, ale myślę, że utwór jest i tak nieźle klimatyczny. Pochodzi z mojego ukochanego System Shock 2. Cyberpankowe połączenie FPSa z RPG. Gra, która do dzisiaj w swojej kategorii jest wg mnie nie pobita. Pamiętam, jak w 2000r. co noc graliśmy z kuzynem w demo SS2. To było tylko demo, ale byliśmy tak obsrani ze strachu, że przejście tego zajęło nam prawie tydzień. Dla odwagi sączyliśmy nawet drinki, ale niewiele to dało. Bo klimat gry, szczególnie w tamtych czasach, po prostu był niszczycielski. Niemały udział w tym miał znakomity soundtrack. Soundtrack będący połączeniem industrial techno z dark ambient. Rec to właśnie utwór, który oprócz dark ambientowego tła oferuje diaboliczną melodyjkę rodem z jakiegoś horroru. Te zniekształcenia przyprawiają o gęsią skórkę podczas samego słuchania, a co dopiero gdy trzeba było przy tej muzyce przemierzać lokacje gry. Rec to nic innego jak "Recreation" - jeden z kilku pokładów statku kosmicznego Von Braun, na którym dzieją się wydarzenia w SS2. Mamy tam zgodnie z nazwą "Recreaction Deck": pokoje mieszkalne załogi, salę gimnastyczną, szatnie, pokoje rekreacyjne czy ogrody botaniczne. I te niby przyjemne lokacje mające przynosić załodze relaks i odpoczynek roją się w trakcie rozgrywki od agresywnych ludzi-zombie, nieprzyjaznych robotów, cyber-zabójców, niewidzialnych ninja, zmutowanych pająków itp. A wszystko przy przy tak niepokojących dźwiękach pod okiem bezlitosnego S.H.O.D.A.N.
https://www.youtube.com/watch?v=cgRpo7o_SI4
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Nadjeżdża diabelskie święto Heloim.
Peter Murphy - All Night Long (1988)
Dżejkobs atakuje Hałabałsem ale bez Murphy'ego, ja atakuję Murphym bez Hałabałsu. All Night Long to numer, który pochodzi z jego drugiej solówki zatytułowanej Love Hysteria, wydanej w 1988 roku (chociaż ten numer, jak i cały krążek brzmi spokojnie na jakiś 1986, wyciągnąłem to na podstawie wniosków wziętych z Instytutu Danych z Dupy Polska). Murphy, co chyba każdy wie, nie zaprzestał kariery muzycznej po pierwszym rozpadzie swojej macierzystej grupy, powiem wręcz, że momentami robił dużo ciekawsze rzeczy, niż sam Bauhaus (nie ujmując Bauhausowi ani trochę, wszak to najciekawszy nurt w architekturze i wzornictwie, HEHE). All Night Long się dla mnie do nich zalicza.
Pierwszy raz usłyszałem ten numer w jakimś 2005, kiedy zobaczyłem doń video na MTV Classic czy tam innym Countdown TV, nie powiem, zainteresował mnie, ale jakoś potem wypadł z głowy, wolałem Visage i AFOS, więc nie pociągnąłem tematu. Po dłuższym czasie poznałem numer A Strange Kind of Love, które jest chyba najbardziej rozpoznawalną piosenką Murphy'ego w jego solowych przedsięwzięciach, i o ile zachwyt był nie mniejszy, to również nie poszedłem dalej. W ogóle zlewałem Bauhaus całe lata, ponad dekadę tbh, nawet nie bardzo wiem, z jakich powodów (mogłem o tym pisać przy okazji wrzucania Silent Hedges).
W sukurs przyszedł występ Murphy'ego na Soundedit Festival w Łodzi w Heloim 2016. Imć Hien już o tym festiwalu wspominał wrzucając Hollow Hills od Murphy'ego (czy raczej jego interpretację tego skądinąd kapitalnego numeru Bauhausu) rok temu, więc ograniczę się do własnych odczuć - koncert, choć miał charakter mocno stripped bare (Murzyn reference), był absolutnie kapitalny, odświeżyłem sobie nie tylko Kopię Bowiego<TM>, ale również sam Bauhaus. Ciekawym jest, że po bestkę jego zespołu sięgnąłem dopiero po jakichś 2 miesiącach od tego koncertu, najsamprzód dostałem fazy na Petera solo. All Night Long też tam poleciało, a ja po latach odkryłem ten kawałek na nowo.
Co mogę powiedzieć, ta piosenka jest świetna. Warty uwagi jest też lekko mhroczny wideoklip, który fantastycznie pasuje do całego jesienno-spooktoberowego klimatu, jakiego teraz nie mamy (bo zaatakowała znienacka Polska Złota<TM>). No dobra, ale to nie o teledysku, tylko o numerze. No, ale co ja mam napisać, po prostu posłuchajcie. To jest świetne pożenienie delikatnej nowej fali z delikatnym gotykiem, wszystko podlane wyjątkowo przystępnym, radiowym sosem. Doskonałe instrumentarium, świetny i mocny refren, lekko creepy atmosfera unosząca się w powietrzu... Idę założyć spodnie z łańcuchami, harness na klatę, pomalować mordę na czarno i do Voodoo. Zapraszam ze mną.
https://youtu.be/qWj527OqzqY?si=b5JKrhZJlbKVM3Ws
Peter Murphy - All Night Long (1988)
Dżejkobs atakuje Hałabałsem ale bez Murphy'ego, ja atakuję Murphym bez Hałabałsu. All Night Long to numer, który pochodzi z jego drugiej solówki zatytułowanej Love Hysteria, wydanej w 1988 roku (chociaż ten numer, jak i cały krążek brzmi spokojnie na jakiś 1986, wyciągnąłem to na podstawie wniosków wziętych z Instytutu Danych z Dupy Polska). Murphy, co chyba każdy wie, nie zaprzestał kariery muzycznej po pierwszym rozpadzie swojej macierzystej grupy, powiem wręcz, że momentami robił dużo ciekawsze rzeczy, niż sam Bauhaus (nie ujmując Bauhausowi ani trochę, wszak to najciekawszy nurt w architekturze i wzornictwie, HEHE). All Night Long się dla mnie do nich zalicza.
Pierwszy raz usłyszałem ten numer w jakimś 2005, kiedy zobaczyłem doń video na MTV Classic czy tam innym Countdown TV, nie powiem, zainteresował mnie, ale jakoś potem wypadł z głowy, wolałem Visage i AFOS, więc nie pociągnąłem tematu. Po dłuższym czasie poznałem numer A Strange Kind of Love, które jest chyba najbardziej rozpoznawalną piosenką Murphy'ego w jego solowych przedsięwzięciach, i o ile zachwyt był nie mniejszy, to również nie poszedłem dalej. W ogóle zlewałem Bauhaus całe lata, ponad dekadę tbh, nawet nie bardzo wiem, z jakich powodów (mogłem o tym pisać przy okazji wrzucania Silent Hedges).
W sukurs przyszedł występ Murphy'ego na Soundedit Festival w Łodzi w Heloim 2016. Imć Hien już o tym festiwalu wspominał wrzucając Hollow Hills od Murphy'ego (czy raczej jego interpretację tego skądinąd kapitalnego numeru Bauhausu) rok temu, więc ograniczę się do własnych odczuć - koncert, choć miał charakter mocno stripped bare (Murzyn reference), był absolutnie kapitalny, odświeżyłem sobie nie tylko Kopię Bowiego<TM>, ale również sam Bauhaus. Ciekawym jest, że po bestkę jego zespołu sięgnąłem dopiero po jakichś 2 miesiącach od tego koncertu, najsamprzód dostałem fazy na Petera solo. All Night Long też tam poleciało, a ja po latach odkryłem ten kawałek na nowo.
Co mogę powiedzieć, ta piosenka jest świetna. Warty uwagi jest też lekko mhroczny wideoklip, który fantastycznie pasuje do całego jesienno-spooktoberowego klimatu, jakiego teraz nie mamy (bo zaatakowała znienacka Polska Złota<TM>). No dobra, ale to nie o teledysku, tylko o numerze. No, ale co ja mam napisać, po prostu posłuchajcie. To jest świetne pożenienie delikatnej nowej fali z delikatnym gotykiem, wszystko podlane wyjątkowo przystępnym, radiowym sosem. Doskonałe instrumentarium, świetny i mocny refren, lekko creepy atmosfera unosząca się w powietrzu... Idę założyć spodnie z łańcuchami, harness na klatę, pomalować mordę na czarno i do Voodoo. Zapraszam ze mną.
https://youtu.be/qWj527OqzqY?si=b5JKrhZJlbKVM3Ws
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl