Post
19 cze 2026 11:48
Ja domykam, z przyjemnością.
Flunk – For Sleepyheads Only
Musiał zrobił mi małe intro do tej płyty, jak się widzieliśmy jakiś czas temu. Jak zacząłem słuchać, to ogarnęła mnie mieszanina uczuć, jak to zresztą przy wrzutach Musiała, po których można spodziewać się wszystkiego. Ile razy jednak, coś od niego mi naprawdę nie wchodziło? No, to lecimy.
Album zaczyna się od prawdopodobnie najbardziej kretyńskiego monologu na temat muzyki, jaki słyszałem w życiu, a podkład brzmi jak coś, co ktoś zrobił w FL na szybko, po zassaniu nowej paczki z loopami (chociaż gitara jest spoko). Niezbyt udany początek, ale jest taki powiedzenie, że jak coś się chujowo zaczęło, to skończy się dobrze. No i dla mnie ta pierwsza niecała połowa płyty, była przy pierwszym przesłuchania mega nieprzekonująca, głównie po smrodzie pozostawionym przez „mjuzyk… mjuzyk”. Potrzeba było mojego niekwestionowanego nr 1 z tego albumu, czyli „Your Koolest Smile”. Ten numer zawiera wszystko, co lubię w tej płycie. Jest wolny, jest psychodeliczny, człowiek czuje się, jak na porannej fazie. Klimat absolutnie włada, i to był moment przełomowy, bo po tym, cała druga połowa albumu, wchodziła mi w uszy znacznie lepiej, a w efekcie, pierwsza połowa, przy kolejnych próbach, też na tym zyskała, ale też nie wszystko.
„Blue Monday” brzmi jak bonus track, który został perfidnie wepchnięty na pozycję drugą, na amerykańskim wydaniu albumu. Piszę amerykańskim, bo Japończycy chociaż dają takie rzeczy na końcu, a w USA, zwłaszcza w latach 90, wydawcy pozwalali sobie na naprawdę srogą ingerencję, wywalając kawałki bez zgody zespołu i zastępując je innymi, które uznali za bardziej sprzedajne, wciskając je w losowe miejsca, co np. totalnie zrujnowało flow koncept albumu jakim jest „Attack of the Grey Lantern” Mansun. I tak to „Blue Monday” brzmi, jakby nie miało go tu być, ale jest, bo jakoś trzeba sprzedać debiut norweskiego zespołu z dupy. Może sami Flunk myśleli w tych kategoriach, nie wiem. Cover, jak cover. Już oryginał mi się trochę zmęczył, tutaj jest chyba, nie wiem, ok? Niemniej, zupełnie niepotrzebny dodatek IMO, przynajmniej w ramach właściwego albumu.
Tutaj też pierwszy raz zderzyłem się z wokalem Anji Øyen Vister, który brzmi, no kurde jak jakaś Bjork w domu, z domieszką Geike Arnaert, a ja nawet oryginalnej Bjork nie za bardzo lubię za ten łamiący się, dziecięcy styl. W kwestii tego, czy to jest trip-hopowy album, no tripu jest na płycie sporo, hopu już zdecydowanie mniej, i może faktycznie label downtempo pasuje bardziej. W każdy razie, i tak momentami mam wrażenie, że oni tu próbują intencjonalnie tworzyć trip-hop. Trzeci album Bowery Electric taki jest, zawiera chyba każdy kliszowy trip-hopowy motyw z wielkiej księgi trip-hopu, ale lubię tamten album, może właśnie też z takich powodów. Tutaj jest to bardziej obojętne, inna sprawa, że nawet jeśli Flunk chcieli manufakturować trip-hop, to im nie wyszło i może nawet lepiej dla nich.
„Miss World” ma ten dziwny męski wokal, ala tak sobie udany impression jakiegoś Cohena, ale jest to nawet spoko, zwłaszcza przy kolejnych przesłuchaniach, miałem zdecydowanie więcej serca do tego numeru, pomimo wystękanego refrenu. „Honey’s in Love” to dziwny kawałek, ale też chyba w takich dziwactwach tkwi urok tego albumu, i ich muza mogłaby się nawet znaleźć na ost do Alana Wake’a. Podoba mi się jak tu wszystko płynie, momentami wokal potraktowany jest jak instrument, nałożone efekty, nie mam pojęcia o czym babka śpiewa, bo jest to kompletnie niezrozumiałe, ale to nie ważne, bo jest TEN charakterystyczny flow albumu. „Magic Potion” zaczyna się, jakby ktoś odpalił reggae w Sephorze. Jest jakiś rege rytm, ale też ten rozmyty klimat. I tu zdałem sobie sprawę, że to skojarzenie z Sephorą jest naprawdę trafne. Wiecie o co chodzi, bo już o tym pisałem, i to nie raz. Jest w tym jakiś taki niezwykły psychodeliczny chillout, brakuje żeby się naćpać zapachem tych perfum i odlecieć. Wokale Anji nie są jakieś mega specjalnie, mają w sobie niewiele melodii, momentami to niemal spoken word, ale też przestało mi to ostatecznie przeszkadzać. W tle dzieją się „rzeczy”, myślę, że nie da się lepiej zatańczyć o tej architekturze. Pomysły są fajne, zrealizowane elegancko i dobrze wyprodukowane (a to coś, na co ostatnio zwracam większa uwagę, kiedy sporo czasu spędzam, między innymi, z Musiałem, nagrywając album).
Zrobię aż nowy akapit, bo tutaj wjeżdża opus magnum płyty – „Your Koolest Smile”. Wyjątkowo zerknąłem na recenzje Murzyna i Smoka, widzę, że oni mają raczej ten numer w głębokim poważaniu, ale ja… ja totalnie przepadłem w tym klimacie. Może i na papierze to są nudy na pudy, ale ja jestem MUN FAKIN LUP. Biorę to na wakacje OBOWIĄZKOWO. Już widzę morze oświetlone słońcem, czuję bryzę płynącą z wiatrem, czuję ten luz i przenikający przez to wszystko magiczny flow tego kawałka. Wszystko mi tu siadło, nawet wokal. To był game-changer dla mnie podczas pierwszego przesłuchania i od tego momentu, zacząłem traktować Flunk poważniej. To już nie był „kolejny nijaki album wrzucony przez Musiała” tylko „kolejny intrygujący album wrzucony przez Musiała” (a większość jego wrzut zaczyna się od pierwszego, a kończy na drugim).
„Kebab Shop 3AM”, o Jezu, ten tytuł przenosi mnie na studia. Muzycznie, nie czuję jakoś bardzo kebaba (kebapa?), ale nie wiem. Aktualnie nie jadam kebabów, głównie ze względów zdrowotnych, ale jeśli już jem, to robię to w towarzystwie niejakiego Musiała oraz niejakiego Murzyna, w niejakim Bełchatowie. I coś czuję, że sobie puścimy ten kawałek w tym roku (chociaż nie będzie to o 3AM). Zakładam, że te gitary nie są samplowany i po raz kolejny na tej płycie, chwalę te zagrywki. Są proste, ale jak fajnie pomyślane i jak fajnie brzmiące.
„See You Sru”, to muzycznie też taka fajna Sephora. Wokal trochę męczy, ale też nie jest tak źle, babka stara się chociaż aż tak nie miauczeć, co szczerze doceniam. Jest tu więcej piosenki, niż tylko chillowego podkładu z powtarzanymi frazami (co też było jak najbardziej spoko dla mnie), więc trochę odświeżono formułę. „Sunday People” brzmi podobnie, tylko już bez piosenkowych naleciałości, jest to po prostu klimat przez ponad 5 minut. Chyba trochę za dużo, zwłaszcza na tym etapie albumu.
I teraz śmieszna sprawa, zwłaszcza w kotekście mojego rantu na temat bonusów na wydaniach z USA. Otóż, nie zauważyłem, że zassałem wersję z inną tracklistą i jest to wersja - AMERYKAŃSKA xD Piękne samozaoranie, ale nawet śmiechłem. Różnica jest niewielka, bo jeden kawałek zamieniono drugim. Zorientowałem się późno, ale lepiej tak, niż w ogóle. Na moim wydaniu nie było „Sugar Planet”, dlatego dopiero teraz go opisuję, bo on teoretycznie powinien być czwartym numerem. Kawałek jest trochę inny, bo nie ma tu w ogóle Anji, tylko sample (również wokalne) i ta fajna gitara. Doskonały numer, możliwe, że już tu bym się z Flunk przeprosił, gdyby ten kawałek był na wersji, którą zassałem. Trochę mi nawet to przypiomina wczesnego no-mana (te flety). Zamiast tego zacnego kawałka, ja dostałem „Indian Rope Trick” i… to jest tez mega zacny numer. Indyjskie klimaty, absolutnie świetna gitara, jedna z najlepszych na całym albumie, bardzo w klimacie. Jeden z tych momentów, który najlepiej zapamiętałem z „For Sleepyheads Only” i najwyżej cenię. Nie widzę żeby to był b-side, ale pochodzi z tamtych sesji i kurde, polecam, sprawdźcie, bo świetny kawałek. Ok, może z siebie trochę zrobiłem debila, ale przynajmniej dostałem dwa świetne kawałki, zamiast jednego. I generalnie widze, że z tego albumu było więcej bonusów/b-side’ów, które koniecznie muszę sprawdzić.
„Syrupsniph” zaczyna się, jak coś z „Dummy”, ale potem wchodzą jakieś randomowe sample. Płyta jest długa (prawie godzina), więc już tutaj nawet ta spehoryczność zaczyna mnie lekko nużyć, a tu kawałek ma 6 minut. No, ale moja klata nie takie rzeczy brała w tej zabawie, i ostatecznie kawałek fajny. Znowu robotę robi świetna gitara i miła produkcja. Wokale w tle oszczędne, ale podobają mi się. Nadal jest w świecie miejsce na kawałki, które zaczynają się, lecą i kończą się tak samo, bez oddzielnych refrenów, mostków, itd. Jest w tym jakaś tripowość, specjalnie nie mówię, że tripowość-hopowość, ale trochę też. „Distortion” to bardzo eleganckie zakończenie płyty, wyjatkowo krótkie i z samplowanych wstawek, sądzę że chcą nam trochę tutaj sprzedać opcję bardzo luźnego koncept-albumu. Czy ja to kupuję? Nie wiem, w sumie mogę, jakie to ma znaczenie xD Był to bardzo udany trip, to na pewno. Ok, ten wokal „dystrojszyn” już trochę wkurza, ale potem już się trochę lepiej układa i nie będę marudził, bo generalnie było super.
Ta płyta wyszła w 2002 r. i gdybym wtedy jej słuchał, to pewnie sam bym teraz wrzucał, bo by mi się wtedy absolutnie spodobała od razu. Ja wtedy słuchałem mnóstwo chilloutu, downtempo, czy nawet rzeczy typu Fatboy Slim, więc byłby dobrą gąbką na tego typu album. Teraz, to co w nim dobre, też się przebiło do mojej głowy, jednak nie straciłem serca do takiego grania. Spore zaskoczenie, bo z początku już myślałem jak będę ten album opisywał żeby szczerze napisać, co o nim sądzę, a jednocześnie żeby nie być zbyt okrutnym względem mojego przyjaciela Musiała. Jak się okazało, NIE MUSIAŁEM. „For Sleepyheads Only” dostarczyło. Nie wiem, może ten tytuł faktycznie coś znaczy. Może nie. Nie ważne. Jak na chill/trip/downtempo wydane w 2002 r. jest naprawdę naturalny album. Wiem, że pisałem, że czuć tu trochę manufakturzyznę, ale kurde, ci ludzie to czują. Wszedłem na Wikipedię i widzę, że wydali od groma płyt, w tym jedną w zeszłym roku. Póki co, kończąc tę recenzję, dojechałem jeszcze cztery bisajdy z tego okresu (w tym wypasioną wersję „Have Yourself a Merry Little Christmas”) i trzymają poziom reszty. Czyżby szykowało się poznawanie reszty płyt? Kurde, czemu nie. Letnia aura sprzyja leniwym (mega leniwym) rytmom i tego typu psychodelii. Panie Adrian Musiał, Pan dostarczasz dobry towar (sniff).
PS. oni nawet coverowali Finka xDDDD I "Famme Fatale" TVU i "See You" DM. My tu naprawdę wszyscy orbitujemy wokół jednej planety.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn