Best of Forum (Albumy) vol. 3

Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13846
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 20 maja 2026 06:52

Przepraszam, zaspałem nawet sam z podsumowaniem z tego wszystkiego.

Dziękuję pięknie za obfite recki, cieszę się że się podobało, chyba nie spodziewalem się nawet takiego universal praise ale płyta jest dobra to w sumie co marudzić, każdy chyba pokiwał z uznaniem i z grubsza coś dla siebie znalazł i to mnie cieszy. Nie opóźniamy już, lećmy dalej z ostatnią płyta tej rundy.

Flunk - For Sleepyheads Only (2002)
devotional pisze:
11 mar 2026 10:54

Discogs podaje, że krążek ten ukazał się po prostu w 2002 roku. Wikipedia, że 20 kwietnia 2002 w Norwegii (skąd ten zespół pochodzi), a miesiąc później "worldwide". Także zachowane będzie jedno (mam nadzieję) - Wasze zapoznawanie się z tym albumem wiosną. Generalnie minus parę idiotycznych potknięć planistycznych z mojej strony to myślę, że jak dotąd utrzymywałem rytm prezentacji płyt w tzw. swoich zakresach czasowych, czyli wtedy, kiedy ja się z danym albumem zapoznawałem i z jakim okresem mi się dany album najbardziej kojarzy. For Sleepyheads Only to wiosna i siusiak.

Flunk to trzech kolesi i jedna laska - Anja Oyen Vister - będąca posiadaczką dość specyficznego głosu, który nie każdemu odbiorcy może podejść (nawet mnie momentami drażni). Abstrahując jednakowoż od barwy jej wokali, najważniejsza jest Muzyka przez duże M, która stanowi blend elektroniki, chillu i trip-hopu. I to bardzo udany blend. Flunk poznałem właśnie od mojej wrzutki - która była ich debiutem - wiosną 2011 po tym, jak wcisnęła mi ich moja dawna ziomalka z czasów studiów w Mieście Włókniarzy. Nazywała się Justyna i chyba mieszka teraz w Szwajcarii, ale niewiele wiem tbh.

To ona też zaprezentowała mi Parova Stelara, Feist czy Laurie Anderson, a także Blue Foundation i Gry. Po prostu dostałem od niej pendrajwa z toną muzyki (zdecydowaną większość na nim stanowił electroswing) i sobie słuchałem tydzień po tygodniu. To był (prawie) dobry czas. Na pewno byłem wtedy młody, szczuplejszy i już nawet znałem się z Munlupem. Do FSO dotarłem właśnie wiosną, a kwiecień 2011 był dla mnie... straszny. Rozleciał się mój pierwszy poważny związek, wdałem się w tani romans, za dużo piłem i jarałem, w ogóle psychicznie siadłem, ale przynajmniej była MUZYKA.

FSO to 12 numerów, niektóre niemal w całości instrumentalne (niemal, bo mają dużo sampli wokalnych wziętych z różnych miejsc), niektóre zaś z pełną linią wokalną Vister (albo akurat śpiewa Ulf Nygaard, jeden z trzech kolesi). Highlightem dla wielu jest singiel, który ten krążek promował, będący dość specyficznym coverem Blue Monday od New Order. Moja wyżej wspomniana ziomala go uwielbiała, mnie... leży chyba najsłabiej z całego albumu (głównie przez wokal). Ciekawostka - jeden z remiksów tego coveru na wydawnictwo singlowe zrobił Jori Hulkkonen, przywracając mu oryginalne brzmienie lol.

Co więcej mogę dodać... już od początku, czyli genialnego I Love Music (będącego w zasadzie manifestem, pod którym podpisuję się wszystkimi kończynami) płyta urzeka. Potem niektórzy dostają w pysk tym Blue Monday (muzycznie super, ale Vister bywa momentami średnio strawna, przyznaję), ale chwilę później jest takie złoto, jak Miss World, Sugar Planet, Magic Potion czy Kebab Shop. Naprawdę, uwielbiam ten album który ma w sobie coś magicznego, lekko onirycznego, aż się chce odwiedzić Norwegię (w końcu to zrobię). Chłodne kwietniowe noce, najlepiej po intensywnym deszczu - to mój setting.

Nic więcej chyba nie dodam, może poza tym, że zespół za chwilę zakończy działalność - rok temu wydali ostatni album, ruszyli w trasę (zagrali nawet w Polsce ale nie mogłem ich zobaczyć z powodów kalendarzowych) i zapowiedzieli, że po 25 latach (wiosną tyle czasu minie od ich oficjalnego powstania, choć nazwę Flunk przyjęli dosłownie 5 minut przed wydaniem ich debiutu) żegnają się ze sceną i z fanami. Bezczelnie przyznam, że najlepiej znam ich pierwsze cztery krążki, później jakoś się to rozlazło (ostatniego jeszcze nie słyszałem np.), ale FSO na zawsze w moim serduszku. Zapraszam do słuchania <3

https://youtu.be/HwKZwrIIkMk?si=N3LtBm8PVq_dDAQD
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10366
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 26 maja 2026 20:03

Flunk — For Sleepyheads Only (2002)

Gdy siadałem do pierwszego odsłuchu, liczyłem na płytę lekką, nieźle wyprodukowaną z wyrazistymi piosenkami. Odpowiedni moment roku, podsyłane przez Adriana tropy gatunkowe... w zapowiedzi brzmiało naprawdę spoko. Szczególnie, że nie czytałem ani linijki przez uporaniem się z poprzednikami w kolejce. Oczywiście projektu do tej pory nie znałem, Norwegia to dla mnie przede wszystkim Geir Jenssen i Bjoern Einar Romoeren, nie spodziewałem się więc po tych rejonach zespołu romansującego z trip hopem. Rocznik też wydawał się spoko. Myślałem sobie, że to jeszcze czas specyficznego optymizmu bijącego z muzyki, gęstego korzystania z wyrazistych melodii, rozbudowanych melodii... a nawet jeśli nie, to chociaż główny wątek wkręca się w głowę i długo nie wychodzi.

I Love Music
Kurczę blade, na dzień dobry taki track oznacza ciężary do samego końca... Chyba mimo wszystko najlepszy jest ten wysamplowany (?) dziadek, choć brzmi niezbyt ciekawie xD Dźwięk typu kwas strasznie kliszowy, perka bez życia. Piruety gitarowe przy całej reszcie brzmią jak z zupełnie innego świata. Z jednej strony nijako jak z laptopa, powtarzalnie, no trąci mi to FLem albo dzwonkami do Nokii sprzed serii Xpressmusic, z drugiej... jakieś życie próbowano tchnąć. Jest taki moment w środku, gdy przydałoby się pociągnąć temat w bardziej dubowe klimaty bez tego kwadratowego bitu.

Blue Monday
Jeszcze gorzej, gdy niemrawy start okazuje się nie tak zły. Dawno nie słyszałem tak anemicznego coveru. Unikam linijek typu "świętości się nie rusza", ale New Order w opcji soft Avril Lavigne to delikatne przegięcie. Chyba, że numer wybrano dla samego zaskoczenia z podjęcia takiego wyboru. Wokal nie jest zbytnio irytujący. Muza w tle swoje, lasia swoje. Zostaję w uczuciu zdumienia za każdym odsłuchem. Przynajmniej w tym przypadku trochę ciekawsza laptoptronika... tylko w jakim klimacie miał być ten kawałek? Ty no nie wiem.

Miss World
Zaczyna się ciekawie, generalnie bit mocno przypomina Noona z Poważnej heh Jest odrobinę lo-fi, bije stąd wrażenie specyficznego chłodu. Z wjazdem gitary ginie fajny klimacik, wjeżdża za dużo sacharozy, a wokalistka trochę za bardzo jazgocze. Szeptanka ziomka towarzyszącego zaczyna usypiać. Raczej brzmi jak muzak na spokojne tło dnia czy dynamiczne relacje dla telewizji niż muzyka z przekazem. Nie wiadomo, czego dalej się spodziewać, a już robi się męcząco...

Sugar Planet
Czytałem niektóre "recenzje" ostatniej płyty The Orb, że niby jest tam zapakowane zbyt dużo dźwięków z różnych światów i przez to całość jest niespójna, ot taki world kolaż na house'owych podkładach. Nie rozumiem tych argumentów od samego początku. Znacznie lepiej pasują do tej płyty. Po wyraźniejszym zamulaczu wjeżdża kawałek odrobinę przypominający utwory z całej gamy rodziny zespołów podobnych do Fiszmans. Bez dodatkowych wokali, zbędnych partii na wszystkim byłoby znacznie lepiej. Rytm jest w miarę hipnotyczny, pierwszy skromny motyw na padach równie dobrze pasowałby do Polarisa. Niestety im dalej las tym naciapane jest tak dużo, że na koniec wychodzi kolejny przekombinowany kolaż. Wagon Christ robi podobne rzeczy, ale jest w tym znacznie lepszy...

Honey's in Love

...za którymś razem zażarło lepiej niż reszta. Kwasowy bit ze średnio zrozumiałbym samplem wokalnym przynajmniej jest naprawdę wyrazisty. ie do końca wiem o co chodzi, ale buja. Irytująca powtarzalność cutów? Przymykam uszy, bo perka się całkiem zgrabnie rozwinęła. Gitara aż tak nie wychodzi na pierwszy plan. Może trochę przypomina Boards of Canada? Bez duchologicznej otoczki, za to z nieopisywalnym nerwem, psychozą, jakimś dziwnym zepsuciem. W tym przypadku wreszcie treść adekwatna do okładki.

Magic Potion
Oho, dubowy wstęp, trudno potem zepsuć, prawda? Niby tak, ale dość długo czekamy na basowe danie główne. Więcej cackania się z perką, wypełniaczy pokroju pitolenia na flecie... wciąż jest tego za dużo. Przy wokalu nagle dzieje się tylko to, co faktycznie jest potrzebne i zawsze pasuje w konwencji. Dzięki temu idzie znaleźć kolejny dobry fragment płyty. Szkoda, że to takie szukanie kąsków w mocno rozcieńczonej i odgrzanej dziesiąty raz zupie. Miała być chyba taka efektowna, maksymalna produkcja, a brzmi jak Recoil z Temu, sorry. Dub z zupełnie zbędnymi rodzynkami. Szkoda! I nie umie się skończyć, gosh.

Your Koolest Smile
Ja nie wiem, jak oni na tym RYMie klasyfikują płyty. Za ChRL nie powiedziałbym, że to trip hopowa produkcja. Downtempo jest na tyle szeroką kategorią, że tego typu urozmaicone ballady jak najbardziej do niej pasują. Dream pop też nie bardzo pasuje, bo tu słychać dłubaninę w samplach i kafelkowe układanie elementów, ale weźcie poprawkę na to, że sam się tak bawiłem kilka lat. Jeśli faktycznie grają wszystko na żywo - spoko. Szkoda, ża na płycie brzmi to tak bez życia. Za pierwszym razem po prostu przysnąłem gdzieś w tym momencie. Chyba miało być psychodelicznie, a ja znowu mam problemy z ogarnięciem, co tutaj tak naprawdę się dzieje i po co. Perka typu stuk puk w stoliczek, specyficzny szum rzeczy w tle, krystalicznie czysto brzmiąca gitarka, egzaltowany wokal... za dużo, za dużo! Nazwy piosenek nie ułatwiają zadania. Co przystanek inna parafia...

Kebab Shop 3 AM
...poniekąd to rozumiem. Masz w głowie jakąś wyrazistą inspirację i stawiając pierwszy krok w chmurach, czerpiesz z niej trochę za bardzo. DJ Shadow, ten specyficzny typ płyt wydawanych wówczas w Ninja Tune, warto spróbować swoich sił. No tylko trzeba jeszcze mieć dobry pomysł na wykorzystanie określonych patentów. Kolejny numer z męczeniem pojedynczych akordów, mało ciekawym powtarzaniem sampli. Z czegoś mrugającego okiem w stronę hip-hopu do filmów noir i z powrotem. Może fiordy robią odbiorczą różnicę? Nie mam takich doświadczeń za sobą, ale mówiąc szczerze, nie jestem przekonany, że to cokolwiek zmienia. Kulminacja losowości, po której zostaje wzruszenie ramion. Puszczane bez uważnego słuchania po prostu usypia.

See Thru You
Chyba, że chodzi o te dubowe akcenty. To niewątpliwie najbardziej udane momenty. Wyróżniają się na tle reszty, są przyjemnie uporządkowane, nie skłaniają do zagracania ich rzeczami z dupy. Może to nie Bjork, ale podobieństwo do Nath (nagrywającej oczywiście X lat później) uważam za pozytywne. Skrecze, smyki... w tej kombinacji całość mocno przypomina Portishead. Zdecydowanie najlepsza piosenka na płycie. Inna sprawa, że większość materiału to są zobojętniające kolaże, trudno się nie wybijać na takim tle. Naprawdę dobra rzecz. Bez świszcząco-syczących rzeczy, dziesiątek dodatków. Od początku do końca udany konkret.

Sunday People
Trzymamy się lekkiej zamułki, od jakiegoś czasu bardziej osadzonej w trip hopowej otoczce. Wciąż wersja mocno upupiona, ale jeśli dobrze zaczynasz i za dużo nie psujesz... koniec końców nie jest tak źle. Hi-haty upupiają całość, choć dryfuje w dobrze zblazowany klimacik. Kawa w chłodniejsze południe po wczorajszej imprezie type beat. Też nie jest źle! No dobra, ziomek zepsuł zupełnie klimat. Do widzenia. Gość jest ewidentnie najgorszy w tym, co tak skutecznie działa w dub/reggae produkcjach. Ani śpiewa, ani lektorzy, po prostu pierniczy coś w lekko obniżonych tonach. Nieporozumienie.

Syrupsniph
Średnie kawałki o niczym, ale przejście bardzo udane. Znowu brzmi jak Noon A.D. 2004, takie całkiem efektywne coś z niczego. Muzyka do jakichś fanowskich cutów z filmów. Nie ma taniej elektroniki rodem z VST, pętla całkiem niezła, choć jakby złożona z luźno pasujących elementów. Kiedyś zrobiłem dość podobny remiks, wykorzystując sampel "woo-hoo" zaśpiewany przez mojego dawnego przyjaciela. Tym razem bez większego zarzutu. Nawet gitara w miarę ciekawie się rozwija. Trzecie miejsce w top 3? Na to wygląda.

Distortion
Pani kołysankowa robi za klamrę, brzmienie tego sampla znowu przypomina Boards of Canada. Całość byłaby zdecydowanie lepsza bez zaśpiewu, dostojnie spokojny aranż działałby na wyobraźnię dostatecznie dobrze. Jeszcze ten taki flanger/phaser naprawdę rodem z Fruity Loopsa... szkooda, bo w tle Campfire Headphase i Tomorrow's Harvest dudnią w uszach aż miło! Syntezatorowe brzmienia jak trąby, jeden klawisz w stylu późnoejtisowego TD, gitara przyjemnie uzupełnia całość... Zmarnowany potencjał. Wyraźnie ciągnęło w stronę przyjemnie niespokojnej aury, a to zawsze dla mnie znak jakości.

W środku zeszłego tygodnia jeszcze było trochę optymizmu. Zostało go dla trzech, czterech kawałków. Naprawdę nie byłem aż tak zmęczony za pierwszym razem, a jednak przysnąłem w trakcie, słuchając w ciągu dnia. Z każdym kolejnym odsłuchem przynajmniej łapałem punkty zaczepne. Okładka trochę dezorientuje, nie bardzo pasuje do muzyki. Generalnie całość jest lekko przekombinowana. Chyba za dużo miało wyjść, tyle że efekt końcowy w zupełności nie przystaje. Za dużo dźwięków, za mało konkretów. Fajne sygnały świadczące o osłuchaniu nie wystarczą. Zaczynając płytę od podstawowego acid pierdzenia i coveru oczywistego klasyka, można się łatwo narazić. Raziła lekka schematyczność i tendencja do przechodzenia w zupełny chaos, łatwo o przesyt. Znacznie łatwiej było to wyrazić w opcji "track by track", bo za jakiś czas kompletnie nie będę pamiętał większości materiału... niby są różnice, ale ogólny obraz jest dość przeciętny. Wziąłem głęboki wdech i dałem sobie radę, ale po tych kilku dniach jestem rozczarowany. Brakuje myśli przewodniej albo lekkości, nie wiem czego bardziej. Pasuje do RAM Cafe lub wieczornych programów wielkomiejskich stacji w drugiej lidze mainstreamu, tyle że musiałbym tego słuchać w końskich dawkach, by się szczerze do tego przekonać.

Przynajmniej te chwalone kawałki były naprawdę spoko!
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13846
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 09 cze 2026 10:34

Flunk - For Sleepyheads Only


Intro, czyli I Love Music to kawałek który kupił mnie od pierwszego odsłuchu. Zaczyna się niemrawo, rachitycznym bitem i elektroniką faktycznie jakby gdzieś z Fruity Loopsa, potem wjeżdża wokalny sampel z dziadkiem i dziadek szybko wyjaśnia sytuację - jest muza dobra albo zła. I wtedy BAM, dostajemy w łeb doskonałą gitarą i wiadomo już po której stronie muzyki Panowie z Flunk stoją, przynajmniej w przypadku tego numeru...

Cover Blue Monday również chwycił mnie praktycznie od razu bo mi przywodzi na myśl skojarzenia z wrzucanym przeze mnie Honeyroot. Akustyczna gitara, delikatny damski wokal, odrobina fillerowej elektroniki do tego, jest naprawdę przyjemnie, nutka pod ciepłe wieczory jak najbardziej! W dodatku jest tam jeden dźwięk, niby bas to chyba czy coś który przypomniał mi zapomniany przez lata pewien nieco bekowy numer.

Wchodzi trzeci numer i powoli klaruje się sytuacja, faktycznie zapowiada się kolekcja leniwych brzmień na ciepłe popołudnia. W tym kawałku z kolei wokal tej laski brzmi dla mnie jak Björk nieco, taki zwiewny, głos koleżki z kolei niski, usypiający, równoważą się. Przyjemna gitara znów się pojawia tutaj.

Wchodzi Sugar Planet i zaczynają się trochę schody. W teorii jakieś takie bardziej instrumentalne muzakowate nutki powinny mi siedzieć jak złoto o tej porze roku, ale może robi się trochę za dużo tego samego? Delikatne pady, samplowane wokale, akustyczna gitarka, leżymy na plaży la la la, gdzieś w oddali pobrzmiewa jeszcze flecik. Trochę chill room, trochę TVN Meteo.

Honey's In Love, klimacik dalej rozmyty, senny, laska na wokalu coś tam mamrocze sobie, oczywiście pobrzękuje w tle jakaś gitara... Klimat, klimat, wciąż ten sam spójny klimat, instrumentalne szkice z grubsza, konkretnych piosenek tu za bardzo nie uraczymy. Te bity strasznie niemrawe jakby Panowie nie za bardzo umieli w automaty perkusyjne no ale Skandynawia to w sumie nie kojarzy się chyba z groovem myślę.

Magic Potion zwróciło moją uwagę dość szybko za sprawą tych reggae klawiszy, za sprawą niskich basów otrzymujemy delikatny ukłon w stronę muzyki dub, zawsze jakaś odmiana. Problemem tych kolejnych numerów jest dla mnie to że trochę za mało się w nich dzieje, jadą głównie na jednym patencie od początku do końca.

Your Koolest Smile niby nieco bardziej piosenkowe może ale wciąż na jednym tym samym brzmieniu co poprzednie praktycznie, panowie mają naprawdę wąską paletę. Panna usypia skutecznie, tytuł albumu całkowicie zrozumiały i zasłużony.

Kebab Shop 3 AM to w ogóle jakiś kosmos jest, najpierw jakby z lekkim hip hopowym zadziorem miało się zacząć ale zaraz skręcamy w instrumentalną muzykę tła znowu. Tytuł od czapki jakby to były jakieś moje własne młodzieńcze nagrywki w FL Studio. Niby nieco żywiej ale zarazem jeszcze większe skip value że tak powiem, cokolwiek nie zrobią jest chyba tylko gorzej?

See Thru You powraca na leniwe tempo, robi się nieco trip-hopowo. Problem w tym że na tym etapie albumu mam już po prostu dość tego klimatu, podobnych zabiegów i utworów utrzymanych na jeden-dwa sposoby przez większość albumu. Te utwory nie są na tyle dopracowane żeby sprawiały przyjemność na dłuższą metę.

Prawdę mówiąc na tym zakończę, idąc dalej widzę że usiłowanie opisywania tego kawałek po kawałku wiąże się tylko z powielaniem wcześniej użytych zwrotów tak jak ta muzyka zjada swój własny ogon na dystansie godziny. Myślę że tego typu vibe można by utrzymać z rigczem może na półgodzinnej płycie. Ostatni numer wyróżnia tylko to że podkreśla ten tytułowy charakter płyty konkretnymi samplami wokalnymi więc otrzymujemy jakąś klamrę.

Sorry Musiał ale ta płyta to kolekcja nudnych downtempo rytmów do przysypania, nie jest to album do ślęczenia nad nim i wytężania uszu i mózgownicy zdecydowanie, próby wyciągnięcia z tej płyty czegoś więcej niż na niej jest tylko mogą zniechęcić. Ja sam teoretycznie lubię różne muzakowate wakacyjne nutki ale to naprawdę już jest muzak jak dla mnie, to może lecieć w tle i nie przeszkadzać ale nie zapamiętam tego i tak i nie będę miał ochoty wracać do tych numerów z wyjątkiem dwóch pierwszych bo to intro i cover BM naprawdę były obiecujące. Nie wiem, nie kliknęło tym razem, może faktycznie ta płyta wlatuje za późno mimo wszystko bo pogodę mamy jak gorące leniwe lato już, może łatwiej by tego się słuchało faktycznie chłodniejszym kwietniem tęskniąc i wyczekując tego lata a tak to jest tego wszystkiego za dużo i to tylko podkreśla tą wszechobecną duchotę i poczucie znużenia? Maybe.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13846
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 15 cze 2026 09:46

Przypominam się że w piątek zleci miesiąc, domkniecie Flunka w tym tygodniu?
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24709
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 19 cze 2026 11:48

Ja domykam, z przyjemnością.

Flunk – For Sleepyheads Only

Musiał zrobił mi małe intro do tej płyty, jak się widzieliśmy jakiś czas temu. Jak zacząłem słuchać, to ogarnęła mnie mieszanina uczuć, jak to zresztą przy wrzutach Musiała, po których można spodziewać się wszystkiego. Ile razy jednak, coś od niego mi naprawdę nie wchodziło? No, to lecimy.

Album zaczyna się od prawdopodobnie najbardziej kretyńskiego monologu na temat muzyki, jaki słyszałem w życiu, a podkład brzmi jak coś, co ktoś zrobił w FL na szybko, po zassaniu nowej paczki z loopami (chociaż gitara jest spoko). Niezbyt udany początek, ale jest taki powiedzenie, że jak coś się chujowo zaczęło, to skończy się dobrze. No i dla mnie ta pierwsza niecała połowa płyty, była przy pierwszym przesłuchania mega nieprzekonująca, głównie po smrodzie pozostawionym przez „mjuzyk… mjuzyk”. Potrzeba było mojego niekwestionowanego nr 1 z tego albumu, czyli „Your Koolest Smile”. Ten numer zawiera wszystko, co lubię w tej płycie. Jest wolny, jest psychodeliczny, człowiek czuje się, jak na porannej fazie. Klimat absolutnie włada, i to był moment przełomowy, bo po tym, cała druga połowa albumu, wchodziła mi w uszy znacznie lepiej, a w efekcie, pierwsza połowa, przy kolejnych próbach, też na tym zyskała, ale też nie wszystko.

„Blue Monday” brzmi jak bonus track, który został perfidnie wepchnięty na pozycję drugą, na amerykańskim wydaniu albumu. Piszę amerykańskim, bo Japończycy chociaż dają takie rzeczy na końcu, a w USA, zwłaszcza w latach 90, wydawcy pozwalali sobie na naprawdę srogą ingerencję, wywalając kawałki bez zgody zespołu i zastępując je innymi, które uznali za bardziej sprzedajne, wciskając je w losowe miejsca, co np. totalnie zrujnowało flow koncept albumu jakim jest „Attack of the Grey Lantern” Mansun. I tak to „Blue Monday” brzmi, jakby nie miało go tu być, ale jest, bo jakoś trzeba sprzedać debiut norweskiego zespołu z dupy. Może sami Flunk myśleli w tych kategoriach, nie wiem. Cover, jak cover. Już oryginał mi się trochę zmęczył, tutaj jest chyba, nie wiem, ok? Niemniej, zupełnie niepotrzebny dodatek IMO, przynajmniej w ramach właściwego albumu.
Tutaj też pierwszy raz zderzyłem się z wokalem Anji Øyen Vister, który brzmi, no kurde jak jakaś Bjork w domu, z domieszką Geike Arnaert, a ja nawet oryginalnej Bjork nie za bardzo lubię za ten łamiący się, dziecięcy styl. W kwestii tego, czy to jest trip-hopowy album, no tripu jest na płycie sporo, hopu już zdecydowanie mniej, i może faktycznie label downtempo pasuje bardziej. W każdy razie, i tak momentami mam wrażenie, że oni tu próbują intencjonalnie tworzyć trip-hop. Trzeci album Bowery Electric taki jest, zawiera chyba każdy kliszowy trip-hopowy motyw z wielkiej księgi trip-hopu, ale lubię tamten album, może właśnie też z takich powodów. Tutaj jest to bardziej obojętne, inna sprawa, że nawet jeśli Flunk chcieli manufakturować trip-hop, to im nie wyszło i może nawet lepiej dla nich.

„Miss World” ma ten dziwny męski wokal, ala tak sobie udany impression jakiegoś Cohena, ale jest to nawet spoko, zwłaszcza przy kolejnych przesłuchaniach, miałem zdecydowanie więcej serca do tego numeru, pomimo wystękanego refrenu. „Honey’s in Love” to dziwny kawałek, ale też chyba w takich dziwactwach tkwi urok tego albumu, i ich muza mogłaby się nawet znaleźć na ost do Alana Wake’a. Podoba mi się jak tu wszystko płynie, momentami wokal potraktowany jest jak instrument, nałożone efekty, nie mam pojęcia o czym babka śpiewa, bo jest to kompletnie niezrozumiałe, ale to nie ważne, bo jest TEN charakterystyczny flow albumu. „Magic Potion” zaczyna się, jakby ktoś odpalił reggae w Sephorze. Jest jakiś rege rytm, ale też ten rozmyty klimat. I tu zdałem sobie sprawę, że to skojarzenie z Sephorą jest naprawdę trafne. Wiecie o co chodzi, bo już o tym pisałem, i to nie raz. Jest w tym jakiś taki niezwykły psychodeliczny chillout, brakuje żeby się naćpać zapachem tych perfum i odlecieć. Wokale Anji nie są jakieś mega specjalnie, mają w sobie niewiele melodii, momentami to niemal spoken word, ale też przestało mi to ostatecznie przeszkadzać. W tle dzieją się „rzeczy”, myślę, że nie da się lepiej zatańczyć o tej architekturze. Pomysły są fajne, zrealizowane elegancko i dobrze wyprodukowane (a to coś, na co ostatnio zwracam większa uwagę, kiedy sporo czasu spędzam, między innymi, z Musiałem, nagrywając album).

Zrobię aż nowy akapit, bo tutaj wjeżdża opus magnum płyty – „Your Koolest Smile”. Wyjątkowo zerknąłem na recenzje Murzyna i Smoka, widzę, że oni mają raczej ten numer w głębokim poważaniu, ale ja… ja totalnie przepadłem w tym klimacie. Może i na papierze to są nudy na pudy, ale ja jestem MUN FAKIN LUP. Biorę to na wakacje OBOWIĄZKOWO. Już widzę morze oświetlone słońcem, czuję bryzę płynącą z wiatrem, czuję ten luz i przenikający przez to wszystko magiczny flow tego kawałka. Wszystko mi tu siadło, nawet wokal. To był game-changer dla mnie podczas pierwszego przesłuchania i od tego momentu, zacząłem traktować Flunk poważniej. To już nie był „kolejny nijaki album wrzucony przez Musiała” tylko „kolejny intrygujący album wrzucony przez Musiała” (a większość jego wrzut zaczyna się od pierwszego, a kończy na drugim).
„Kebab Shop 3AM”, o Jezu, ten tytuł przenosi mnie na studia. Muzycznie, nie czuję jakoś bardzo kebaba (kebapa?), ale nie wiem. Aktualnie nie jadam kebabów, głównie ze względów zdrowotnych, ale jeśli już jem, to robię to w towarzystwie niejakiego Musiała oraz niejakiego Murzyna, w niejakim Bełchatowie. I coś czuję, że sobie puścimy ten kawałek w tym roku (chociaż nie będzie to o 3AM). Zakładam, że te gitary nie są samplowany i po raz kolejny na tej płycie, chwalę te zagrywki. Są proste, ale jak fajnie pomyślane i jak fajnie brzmiące.

„See You Sru”, to muzycznie też taka fajna Sephora. Wokal trochę męczy, ale też nie jest tak źle, babka stara się chociaż aż tak nie miauczeć, co szczerze doceniam. Jest tu więcej piosenki, niż tylko chillowego podkładu z powtarzanymi frazami (co też było jak najbardziej spoko dla mnie), więc trochę odświeżono formułę. „Sunday People” brzmi podobnie, tylko już bez piosenkowych naleciałości, jest to po prostu klimat przez ponad 5 minut. Chyba trochę za dużo, zwłaszcza na tym etapie albumu.

I teraz śmieszna sprawa, zwłaszcza w kotekście mojego rantu na temat bonusów na wydaniach z USA. Otóż, nie zauważyłem, że zassałem wersję z inną tracklistą i jest to wersja - AMERYKAŃSKA xD Piękne samozaoranie, ale nawet śmiechłem. Różnica jest niewielka, bo jeden kawałek zamieniono drugim. Zorientowałem się późno, ale lepiej tak, niż w ogóle. Na moim wydaniu nie było „Sugar Planet”, dlatego dopiero teraz go opisuję, bo on teoretycznie powinien być czwartym numerem. Kawałek jest trochę inny, bo nie ma tu w ogóle Anji, tylko sample (również wokalne) i ta fajna gitara. Doskonały numer, możliwe, że już tu bym się z Flunk przeprosił, gdyby ten kawałek był na wersji, którą zassałem. Trochę mi nawet to przypiomina wczesnego no-mana (te flety). Zamiast tego zacnego kawałka, ja dostałem „Indian Rope Trick” i… to jest tez mega zacny numer. Indyjskie klimaty, absolutnie świetna gitara, jedna z najlepszych na całym albumie, bardzo w klimacie. Jeden z tych momentów, który najlepiej zapamiętałem z „For Sleepyheads Only” i najwyżej cenię. Nie widzę żeby to był b-side, ale pochodzi z tamtych sesji i kurde, polecam, sprawdźcie, bo świetny kawałek. Ok, może z siebie trochę zrobiłem debila, ale przynajmniej dostałem dwa świetne kawałki, zamiast jednego. I generalnie widze, że z tego albumu było więcej bonusów/b-side’ów, które koniecznie muszę sprawdzić.

„Syrupsniph” zaczyna się, jak coś z „Dummy”, ale potem wchodzą jakieś randomowe sample. Płyta jest długa (prawie godzina), więc już tutaj nawet ta spehoryczność zaczyna mnie lekko nużyć, a tu kawałek ma 6 minut. No, ale moja klata nie takie rzeczy brała w tej zabawie, i ostatecznie kawałek fajny. Znowu robotę robi świetna gitara i miła produkcja. Wokale w tle oszczędne, ale podobają mi się. Nadal jest w świecie miejsce na kawałki, które zaczynają się, lecą i kończą się tak samo, bez oddzielnych refrenów, mostków, itd. Jest w tym jakaś tripowość, specjalnie nie mówię, że tripowość-hopowość, ale trochę też. „Distortion” to bardzo eleganckie zakończenie płyty, wyjatkowo krótkie i z samplowanych wstawek, sądzę że chcą nam trochę tutaj sprzedać opcję bardzo luźnego koncept-albumu. Czy ja to kupuję? Nie wiem, w sumie mogę, jakie to ma znaczenie xD Był to bardzo udany trip, to na pewno. Ok, ten wokal „dystrojszyn” już trochę wkurza, ale potem już się trochę lepiej układa i nie będę marudził, bo generalnie było super.

Ta płyta wyszła w 2002 r. i gdybym wtedy jej słuchał, to pewnie sam bym teraz wrzucał, bo by mi się wtedy absolutnie spodobała od razu. Ja wtedy słuchałem mnóstwo chilloutu, downtempo, czy nawet rzeczy typu Fatboy Slim, więc byłby dobrą gąbką na tego typu album. Teraz, to co w nim dobre, też się przebiło do mojej głowy, jednak nie straciłem serca do takiego grania. Spore zaskoczenie, bo z początku już myślałem jak będę ten album opisywał żeby szczerze napisać, co o nim sądzę, a jednocześnie żeby nie być zbyt okrutnym względem mojego przyjaciela Musiała. Jak się okazało, NIE MUSIAŁEM. „For Sleepyheads Only” dostarczyło. Nie wiem, może ten tytuł faktycznie coś znaczy. Może nie. Nie ważne. Jak na chill/trip/downtempo wydane w 2002 r. jest naprawdę naturalny album. Wiem, że pisałem, że czuć tu trochę manufakturzyznę, ale kurde, ci ludzie to czują. Wszedłem na Wikipedię i widzę, że wydali od groma płyt, w tym jedną w zeszłym roku. Póki co, kończąc tę recenzję, dojechałem jeszcze cztery bisajdy z tego okresu (w tym wypasioną wersję „Have Yourself a Merry Little Christmas”) i trzymają poziom reszty. Czyżby szykowało się poznawanie reszty płyt? Kurde, czemu nie. Letnia aura sprzyja leniwym (mega leniwym) rytmom i tego typu psychodelii. Panie Adrian Musiał, Pan dostarczasz dobry towar (sniff).

PS. oni nawet coverowali Finka xDDDD I "Famme Fatale" TVU i "See You" DM. My tu naprawdę wszyscy orbitujemy wokół jednej planety.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13846
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 24 cze 2026 21:59

Mentos i shodan, zapraszam
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18356
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 25 cze 2026 08:04

Flunk - For Sleepyheads Only

Zacznę od tego, że kompletnie nie znałem tego bandu. Nie miałem więc żadnych oczekiwań. Zacząłem słuchać nie czytając nawet opisu, więc album był dla mnie kompletną niewiadomą. Po pierwszym razie przytuliłem od razu do serca jeden utwór oraz zarejestrowałem, że album można podzielić na dwie grupy utworów: wokalne i instrumentalne. Po kolejnych dwóch odsłuchach utwierdziłem się w przekonaniu, że utwory wokalne interesują mnie dużo bardziej. Te instrumentalne to takie muzakozapychacze. Sytuacja dosyć podobna do The Sun Will Come od Honeyroot. Potem nastąpiły kolejne odsłuchy i wreszcie przeczytałem opis Deva, z którego się dowiedziałem, że Flunk to zespół z Norwegii. Fajnie, bo zawsze chętnie sprawdzam wykonawców ze Skandynawii. Flunk oznacza m. in. oblać egzamin. Zobaczmy więc, czy obleją ten muzyczny egzamin czy też nie.

I Love Music – otwieracz nie wybitny, ale dzięki jednemu elementowi jednak dobry. Tym elementem jest świetna gitara. Robi ona właściwie całą robotę. Bez nie byłoby dosyć bezbarwnie.

Blue Monday - przy pierwszym kontakcie byłem mocno sceptyczny. Ale to zrozumiałe, no bo jak się zna tą genialną i energiczną wersję New Order, to trudno się znienacka przestawić na zupełnie inną. Ale nie trwało to długo, bo za chwilę doceniłem wersję od Flunk. Dużo spokojniejsza, wolniejsza, na wpół akustyczna ale bardzo urokliwa. Znowu bardzo ładna gitara. No i Anja wypada tutaj super. W ogóle podoba mi się jej wokal i sposób śpiewania. Bardzo często mocno przypomina mi Bjork, czasami też wokalistkę zespołu Halou. A czasami jeszcze kogoś innego. W każdym razie lubię jej głos zdecydowanie.

Miss World – od pierwszego przesłuchania faworyt na albumie. Świetna Anja na wokalu. Świetna melodia. Świetny klimat, nieco baśniowy za sprawą fajnych padów, do których mam słabość. Znowu ładna akustyczna gitara co chyba powoli staje się ich znakiem rozpoznawczym. Bas też ładnie buczy w tle nie narzucając się zbytnio. Męski głos też pasuje. Wszystko jest tutaj bardzo dobre.

Honey’s in Love – kolejny dobry utwór, choć rzeczywiście trochę dziwny. Podoba mi się początek utworu i wysoki wokal Anji. Bardzo fajny rytm.

Magic Potion to z kolei kawałek fajnego reggae. Nie jestem raczej fanem takiego prawdziwego reggae rodem z Jamajki, wiecie jak Bob Marley. Ale lubię utwory, że się tak wyrażę, w stylu reggae. Reggae’ujące. Wiem, że durnie to brzmi, ale tak jest. Flet robi oczywiście dużą robotę. Bas też się wyróżnia. Anja śpiewa nietypowo nisko, ale też jest ok.

Your Koolest Smile – bardzo spoko utwór. Anja znowu zajeżdża mocno Bjork. Właśnie taką ją najbardziej kupuję. Przyjemna gitara, skromne klawisze. Ładnie to sobie płynie. Hien wspomina o zamiarze słuchania utworu nad morzem. Jak najbardziej to rozumiem, bo ja też lubię słuchać takiej nieśpiesznej i chillowej muzyki wpatrując się w bezkresną wodę.

See Thru You – od początku wyróżnia się dobra linia basowa. Ładna melodia, jeszcze lepszy wokal. Znowu mamy to co wyżej – fajny niespieszny rytm i przyjemny klimat, choć może odrobinkę bardziej niepokojący. Ale to też bym bez problemu zabrał na wakacje.

Distortion – ładne zamknięcie albumu. Fajna ta pogadanka na początku – jak z jakiejś bajki. Potem Anja przez większość tego krótkiego utworu powtarza w sumie tę samą frazę, ale to mi się podoba. Ładne brzmienia w tle. Klimat znowu lekko bajkowy, jak lubię. Super gitara. No i ciekawa końcówka z pianinem w stylu Susanne Sunfor.

Zostały nam jeszcze 4 utwory (Sugar Planet, Kebab Shop, Sunday People i Syrupsniph), które są w sumie instrumentalne nie licząc jakichś tam sampli głosowych. Utwory mające głównie rolę raczej wypełniaczy, co nie znaczy, że są złe. Może podczas uważnego słuchania albumu w fotelu trochę mogą usypiać, ale już np. podczas słuchania na spacerze lub pracy w ogrodzie dobrze spełniają swoją rolę czasoumilacza. Zaznaczę tylko, że dwa ostatnie, czyli Sunday People i Syrupsniph są dużo lepsze od dwóch pierwszych. Szczególnie Syrupsniph z tą bondowską gitarą jest fajny.

Generalnie oceniam ten album dosyć pozytywnie. Flunk wbrew swojej nazwie zdali egzamin na solidną ocenę. Po kilku pierwszych przesłuchaniach nie byłem przekonany do części utworów, ale kolejne odsłuchy zrobiły swoje. Dużo rzeczywiście na tej płycie tripu. Wiele fragmentów jest dosyć mocno filmowych. Sporo też tutaj chilloutu. Czyli album jak najbardziej nadaje się do tego, żeby zabrać go sobie na wakacje. Gdzieś nad morze właśnie. Na spacer w słoneczny dzień. Bo to taki letni album na pogodne dni. Na pewno częściej wrócę do kilku utworów wokalnych. Te instrumentalne raczej mają szansę na odsłuch tylko podczas przesłuchiwania całego albumu.
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6943
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 26 cze 2026 01:54

Flunk - For Sleepyheads Only

Nie wiem ile razy zaczynałem tutejsze recenzje od wzmianki o tym, że nie kojarzę danego artysty poza tym, że gdzieś mi mogła się przewinąć nazwa i że najwyzęj znam jakiś jeden kawałek co to był w bestce w 2022 i którego to nie słyszałem od tej pory. Mam wrażenie, że istnieje pokaźna grupa takich albumów i mam też wrażenie, że stanowi ją jakieś 3/4 wszystkich omawianych tu płyt (z czego prawie wszystkie wrzucane przez kolegę Musiałowskiego). W każdym razie ten album też ląduje do tego worka.

I ląduje też do tego najpokaźniejszego worka tzw. Płyt SOLIDNYCH, co to zawsze o nich piszę, że nie mam za bardzo się do czego przypieprzyć, ale też nie jestem w stanie się nimi zachwycać. Być może ktoś się tu poczuje rozczarowany faktem, że trzeba było aż tyle czekać na to, by rzucić tą niezbyt oryginalną myślą. Jestem w stanie to zrozumieć.

Mam jednak wrażenie, że na tym etapie paradoksalnie potrzebuję najwięcej czasu właśnie do tego, by móc z czystym sumieniem stwierdzić, że takie solidne płyty są po prostu solidne. Może i zabrzmi to nieco górnolotnie, ale CO NIECO SŁYSZAŁEM i z racji chociażby tylko tego rzeczy bardzo dobre oraz bardzo słabe rozpoznam praktycznie od razu. W przypadku reszty, czyli umówmy się - jenak większości muzyki, dużo zależy od nastroju, dyspozycji dnia, ochoty na dany gatunek, kursu jena japońskiego i cholera wie czego, przez co potrzebuję trochę czasu, by z czystym sumieniem napisać, że coś jest w miarę okej, a coś jest w miarę (gdybym był zoomerem to bym pewnie napisał, że coś jest w).

No i dzięki tej "solidnej" półce jestem w stanie pogodzić to, że generalnie zgadam się z Jackiem, że ta płyta to taki trochę muzak do słuchania w tle i który za bardzo nie angażuje ani nie urywa, ale jako taki quasi-ambient sprawdza się dobrze. Na dłuższą metę słuchać się tego z pełnym zaangażowaniem nie da, bo są tu mielizny, które z upływem każdego kolejego utworu są coraz badziej nużące, ale też oddam popularnym FLUNKOM, że momenty były.

I tu tym razem "kradnę" opinię Hienowi, bo zdecydowanym HAJLAJTEM tej płyty jest YOUR COOLEST SMILE. To dla mnie taka esencja z wszystkiego co dobre na tym albumie i niestety, ale też wszystkiego czym ta płyta być mogła, ale nie jest. Ale jest to faktycznie rzecz całkiem psychodeliczna, rozmarzona i subtelna oraz odpowiednio zaaranżowana - a nie ukrywam, że część utworów została położona pod tym aspektem, bo wiele z nich byłoby o wiele lepsze bez jakichś sampli wziętych z tyłka czy innych melodyjek z podstawowego pakietu Fruity Loops. Cześć otwieracz. Tak I LOVE MUSIC, o tobie piszę.

Ale skupię się jeszcze na pozytywach, bo co nieco wygrzebałem. HONEY'S IN LOVE jest supi. Ciut psychodeliczne, z aurą którą mógłbym roboczo określić jako "nie śpię w sobotę do 4 nad ranem i jestem szczęśliwy". Kapitalne mostki, jak to powiedział pracownik łódzkiego pogotowia.

Cover BLUE MONDAY trochę wymyka się ocenie, bo z jednej strony jest całkiem uroczą ciekawostką i nawet mi się podoba, ale totalnie nie kumam konceptu umieszczenia go jako drugiego utworu na trackliście - zwłaszcza, że brzmieniowo odstaje od reszty i w ten sposób sprawia wrażenie umieszczonego tam totalnie losowo albo wręcz omyłkowo.

Wyróżnię też coś in minus - KEBAB SHOP 3 AM jest może nie koszmarne, ale przyznaję, że od tego momentu płyta zaczęła mnie powoli nużyć. Pomysł może był fajny, ja wyobrażam sobie, że w założeniu ten utwór miał oddawać energię dużego miasta i stołowania się w budzie kebabem o chorej porze po imprezie czy coś w ten deseń, ale nie za bardzo to czuję. Dostałem jakąś chaotyczną i randomową sieczką.

I w sumie to chciałbym jeszcze tylko dodać, że SYRUPSNIPCH to trochę brzmi jak Portishead z Temu. Reszta w sumie przepłynęła, nie wywołujac u mnie jakichś większych emocji, ani też refleksji, ale całkiem podobają mi się te dubowe wstawki - gdyby było ich więcej, to bym pewnie wyrażał się o tej płycie cieplej. Albo i niekoniecznie.

No i z grubsza to tyle. Musiał "nastraszył" mnie wokalami, ale wcale nie był to największy problem z tą płytą, a w sumie to nawet nie uważam, by był to jakikolwiek z niąproblem. Mogło być nieźle, mogło być też gorzej, do całości raczej nie wrócę do tych kilku wymienionych kawałków - czemu nie.
DEPESZWIZJA 123: EDYCJA NOWOFALOWA
FINAŁ 21:15
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6943
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 27 cze 2026 16:22

na kogoś jeszcze czekamy? jeśli nie, to gdzie ojciec wrzucający?
DEPESZWIZJA 123: EDYCJA NOWOFALOWA
FINAŁ 21:15
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13846
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 27 cze 2026 17:47

Musialski podsumowanko!
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7403
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 29 cze 2026 14:59

Co mogę powiedzieć, cieszę się, że mimo wszystko każdy znalazł na tym krążku coś dla siebie. I ja nie uważam go za w 100% równe wydawnictwo, ale no, kurde, tamtą wiosną 2011 (to już 15 lat minęło!) był to swego rodzaju gejmczendżer dla mnie, przepustka do innych rzeczy niż te, których słuchałem jak dotąd. Justyna (tak na imię było owej ziomalce) znała się na rzeczy na tyle, bym ja potem sam zaczął się znać na rzeczy. Bardzo miło było czytać pełne propsy od Munlupa, ewidentnie się z tym krążkiem zaprzyjaźnił - i dobrze! Fajnie również, że Pani Vister przypadła do gustu Wujasowi - znaczy znaczek jakości Śpiewającej Pani jest <3

Zachęcam do zapoznania się z innymi rzeczami od nich - zwłaszcza z Treat Me Like You Do, czyli płytą wypchaną remiksami materiału z ich debiutu (trzy ich płyty dostały takie towarzystwa, a na pewno trzy o których wiem), oraz This Is What You Get - tytuł nieprzypadkowy, albowiem znajduje się tam dość dziwaczny, kwasowy cover Karma Police. W ogóle tych coverów trochę natrzaskali, na co zwrócił już uwagę Hien - wśród nich jest także rzeczone wyżej Radiohead, ale też True Faith od NO czy jeszcze Everything Counts od Naszego Ukochanego DM<TM>. Trochę szkoda, że zdecydowali się zakończyć działalność. Ale co pograli, to ich ^^
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13846
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 29 cze 2026 21:40

Dziękuję za podsumowanie, lecimy dalej.

The Orb — Moonbuilding 2703 AD (2015)

Dragon pisze:
17 cze 2026 22:57

Pamiętam swoje przygody z The Orb. Zawsze myślałem, że pomimo moich odsłuchów to wciąż twórcy z mojego drugiego/trzeciego szeregu. Zbyt solidni, by móc zignorować. Zbyt rozwlekli, by chcieć do tego wracać z nadgorliwością rozgorączkowanego fana. Latami skubię sobie płyta po płycie w poszukiwaniu faktycznie swojego odkrycia... i w pandemii wreszcie nastąpił przełom. Była obecność w GTA, średni kawałek z Żarem, klasyk umieszczony w Ishkurze, odsłuchy w pseudo barze studenckim w budynku IFP naprzeciwko Hali Targowej. Jeśli brakuje osobistych uczuciowych przeżyć, to niech będzie mityczne coś więcej czysto artystycznie. Tak właśnie mam z Moonbuilding 2703 AM. Późne The Orb, które właściwie w pięćdziesiąt minut daje bardzo szkolenie z elektronicznego ekletyzmu. Słychać wiek, doświadczenie, inspiracje. Ława twórców nowej elektroniki z początku najtisów to naprawdę bardzo dobrze osłuchana, świadoma, inteligentna grupa. Między kosmiczną izolacją, klubowo-piwnicznymi drgawkami basowymi, bogactwem sampli a tym niby futurystycznym, a jednak dość klasycznym brzmieniem. Aktywny wypoczynek, czysta przyjemność dla mózgu. Muzyka późnego wieczora z przejrzystym niebirm, otwartymi oknami i dobrym trunkiem przy sobie, niekoniecznie procentowym. Jak Spooky był od Songs of a Dead Dreamer, tak Fehlmann i Paterson prezentują tutaj suity dla Cosmic Wanderers. Trochę Wałbrzych, Wrocław, Warszawa albo przestrzeń orbitalna, nomen omen. Pierwszy rozdział bardziej dubowy, drugi — swoją drogą mój ulubiony — bardziej parkietowy, Moon Scapes to właściwy trans. Prawie 25 lat dochodzili do perfekcji formy, a przy tym wreszcie uniknęli dłużyzn i przestojów. Ambient house wreszcie zwycięski, bez kiczowatych dodatków, bez zbędnych piosenek, czysty lot. Lunar Caves chyba najbardziej klasyczne, choć na moje to zeszłoroczna płyta przyniosła najlepsze ukłony w stronę Wielkich Mistrzów. Na koniec znów bardziej rytmicznie. Nie ma co się rozpisywać, to w końcu też utwory sięgające piętnastu minut. Opisy i wrażenia pozostawiam Wam. Ja od lat jestem w statku, a teraz czekam na kolejnych pasażerów.

https://www.youtube.com/playlist?list=P ... eN5DXEpJ0n
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup